Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU - rozdział 2

 

(2)

PRZYBYSZ ZWIEDZA OSIEDLE

Przybysz długo przyglądał się rosnącym domom z lotu ptaka, lub jak kto woli z lotu pterozaura czy jak go tam nazwać.. Przez nieoszklone jeszcze okna zaglądał do domów, czasem mówił coś w tureckim, a może w innym, podobno chorwackim języku do murarzy. Wprawdzie oni jego języka nie znali, ale jak ktoś bardzo chce, to się przynajmniej na migi z obcokrajowcem dogada. Z obcokrajowcem, bo jak słyszały miejscowe dzieci, podobno przyleciał z Dalmacji. Tam są góry wielkie i piękne. Budowa trwała i trwała, gdyż kiedy jedna ulica została zbudowana, pracownicy przechodzili na drugą jeszcze nie rozpoczętą i od nowa zaczynano wykopy pod fundamenty, zaś te fundamenty trzeba było wylać z betonu, potem ściany sufity, dachy, a od czasu do czasu przejeżdżał samochód, z którego wyglądali przyszli mieszkańcy osiedla ciekawi jak idzie budowa. Przyjeżdżali zobaczyć, czy ich dom już się buduje, czy może go już zbudowano, panie sprawdzały jakie duże będą okna i czy można już u krawcowej zamawiać firanki. A domom jeszcze coś brakowało. To jeszcze wanien nie zamontowano, a to brakowało umywalek, pieców i zlewozmywaków i nadal nie można się było wprowadzać. Koło żadnego domu nie było chodnika, trawnika, ani jednego kwiatka. Za to wszędzie było pełno ziemi przeoranej gąsienicami dźwigów i koparek, która w czasie deszczu zamieniała się w takie błoto, że ludziom grzęzły w nim nogi i gubili buty. A murarze budowali i budowali. Tynkarze kładli białe tynki na każdą ścianę, kominiarze sprawdzali, czy kominy są proste i czy będzie się dobrze je czyściło. Bo komin musi być prosty i bardzo dokładnie zbudowany. Dekarze zakładali papę na dachach. Chodzili po dachach jak szpaki. Było wysoko jak to na dachu, więc żeby ktoś nie spadł i krzywdy sobie nie zrobił, dekarze musieli się na takich długich linach uwiązać się do komina. Na wszelki wypadek, bo dachy były trochę spadziste. Kiedyś jeden dekarz się nie uwiązał. Może mu się nie chciało, może przyszedł tylko na chwilę. Zobaczył to wąsaty majster, o którym wszyscy mówili „Majer”, bo zostawił pieczątkę byle gdzie i mysz mu kawałek odgryzła. Próbował naprawić, ale się nie dało, bo myszka pewnie była głodna lub swędziały ją ząbki i zjadła aż dwie literki – S i T. Od tej pory miał na pieczątce napisane MAJER i wszyscy tak na niego mówili. Właśnie wtedy, gdy dekarz wędrował sobie spokojnie nieuwiązany po dachu, ulicą szły na wycieczkę przedszkolaki obejrzeć budowę nowego osiedla. Przyszli, oglądają, Pan Dyrektor tłumaczy i opowiada dzieciom jak się domy buduje. Sześciolatki słuchają uważnie, panuje cisza, żeby było słychać wszystko, bo Pan Dyrektor bardzo ciekawie opowiada. Aż tu naraz rozlega się gromki głos pana Majera: „Hej tam! Uwiążesz mi się, czy nie!” – Przestraszyły się dzieciaki i pochowały za panią. Dyrektor rozejrzał się uważnie. Patrzy, majster stoi i groźnym okiem spogląda górę. Spojrzał i on w stronę, gdzie Pan Majer kieruje wzrok, a pod nosem majstra sumiasty wąs groźnie się ruszał. Dekarz biegał po dachu bez liny.

– Widzicie dzieci – mówi Dyrektor do przedszkolaków. – Na budowie musi być bezpiecznie, dlatego Pan Majer krzyczy na niego. A ja będę musiał ukarać dekarza, bo bez linki po dachu chodzić nie wolno. Kto z was będzie kiedyś domy budował?- Nie odezwało się żadne dziecko.

– Nikt? – Zdziwił się dyrektor.

–Nie, bo jak na budowie tak wyzywają, to my nie chcemy być dekarzami, ani murarzami. – Odezwał się odważniejszy chłopczyk. Pan dyrektor uśmiechnął się.

–Panie Majer, straszy Pan dzieci. Kto będzie osiedla budował w przyszłości?- Przedszkolaki wróciły do przedszkola. Domy rosły jak grzyby po deszczu. A gdy były gotowe, przyszli jeszcze inni fachowcy i na ścianie każdego domu przybili tabliczkę z numerem, a na rogu każdej ulicy przymocowali tabliczkę z jej nazwą. Tabliczki były śliczne- niebieskie i niezwykły przybysz nie wiedząc co to jest, chciał je dokładnie obejrzeć, bo pomyślał, że to domy mają oczy i że te oczy na niego patrzą i mrugają. Złożył skrzydła i wylądował na środku ulicy. A że był ciężki jak każdy prehistoryczny olbrzym, aż ziemia zadudniła pod nim, gdy jego nogi dotknęły ziemi. Może byłby ciszej lądował, ale on miał długaśne skrzydła po rozłożeniu i bał się, że może je sobie skaleczyć o dach lub komin przy lądowaniu. Więc złożył je zawczasu i zeskoczył. Gruby Bogdan Spych zapuścił swoją maszynę i prędko jak tylko mógł pojechał zobaczyć co tak huknęło. Myślał bowiem, że może któryś nowo wybudowany dom się zawalił, albo startujący samolot leciał zbyt nisko i zahaczył o coś. Objechał cztery ulice. Wszystkie domy stały spokojnie, samolotu też nie było widać, tylko na jednej z ulic zobaczył jakieś wielkie zwierzę, które zaglądało do każdego domu pytając o coś w nieznanym języku. Wprawdzie niektórzy murarze już rozmawiali trochę z tym dziwolągiem, ale Bogdan Spych był chory, wiec nie miał okazji z nim rozmawiać, ani go zobaczyć. Więc gdy go teraz zobaczył, nie wiedział, czy zawierać z nim znajomość, czy zawracać i uciekać. Z początku myślał, że to gęś, ale to było za wielkie. Bogdan nigdy tak wielkiej gęsi nie widział. Do psa też nie było podobne, może do żyrafy? Ale gość był zielony, a żyrafa jest inna. Więc stanął i patrzył zastanawiając się, co też to takiego i co ono robi. A zwierz szedł od domu do domu, przyglądał się wszystkim tabliczkom, czytał je, a na niektórych drzwiach były już nawet wizytówki. Więc zainteresował się nimi bardzo, bo pomyślał sobie, że warto by tego Lisa Witalisa poszukać i zawrzeć z nim znajomość, lecz nie miał pojęcia, jak ten Witalis wygląda. Szedł i mruczał do siebie.

-Lis Witalis- któż to taki?

Czy z Zoologu uciekł jaki?

Czy ma głowę, czy ma ogon,

Czy postawę ma wzorową?

Czy je siano, czy kotlety,

Nosi spodnie czy żakiety?

Czy śpi w ulu czy też w jamie,

Mówi prawdę, może kłamie?-

Tak rozmyślał i szukał. Chciał poznać i nie mógł, bo Lisa nigdzie nie było. W ogóle w domach nie było ludzi, bo jeśli ktoś powiesił wizytówkę, to oznaczało najczęściej, że ten dom należy do niego i tu będzie mieszkał. Ale zamiast mieszkać, musiał jeszcze biegać do sklepu żeby kupić farby do malowania ścian, tapety, lub ładne, najmodniejsze baterie do wanien i prześliczne meble. No bo jeśli dom nowy to wszystko w nim musi być nowe. Oczywiście. Więc dywany i chodniki też trzeba było kupować. A jeśli ktoś aż tyle kupuje, to zamiast siedzieć w nowym domu, biega do sklepu, ogląda, wybiera, kupuje, a potem jeszcze wszystko co kupił musi przywieźć, więc musi biegać do postoju, gdzie ustawione w rządku taksówki bagażowe czekają na klientów. Toteż w żadnym domu nie mógł nikogo znaleźć, dopiero w przedostatnim zobaczył kogoś, kogo jeszcze nie znał. Była to dziewczynka o jasnych włosach.