Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU -rozdział 4

 

 

(4)

 

PRZYBYSZ SZUKA MIESZKANIA  

Ala wraz przybyszem wędrowali wzdłuż ulicy częściowo tylko zamieszkałej. Rozmawiając szli w kierunku domu w którym mieszkała dziewczynka. Weszli na maleńkie podwóreczko przed domem. Dinozaurek nie był duży. Właściwie był to taki- ani – przedszkolak, ani młodzieniec, ale i tak był na tyle wielki, że bez podwinięcia ogona trudno mu było spokojnie obrócić się wokół siebie na tym podwóreczku.-

-Poczekaj tu.- Poprosiła Ala. – Muszę wpierw sama wejść i porozmawiać z mamą.

-A zgodzi się?

-Nie wiem. Mówiłam ci już że nie wiem. Nie wiem, gdzie byśmy cię położyli spać. Nie mamy takiego dużego łóżka.

-Byle gdzie. Na razie u was jest lato, a potem polecę do siebie.-

Ala odwróciła się na pięcie i wbiegła do domu.

-Mamo!- Zawołała.-Mamo! Mamy gościa!

-Gościa?- Spytała zaciekawiona mama wychylając głowę z kuchni. – Jakiego gościa? Czy może wujek z Wrocławia przyjechał, bo obiecywał, że wpadnie w drodze znad morza.

-Ale, gdzież tam!- Wołała Ala podskakując wesoło. – Innego gościa. Zobacz sama!- mam wyjrzała przed dom i aż załamała ręce ze zdumienia i przestrachu widząc raczej ogromnego jaszczura niż wujka.-

-Kogoś ty przyprowadziła i skąd go wzięłaś? Co my z nim zrobimy? Ponadto wcale się nie anonsował. Nawet nie mamy gdzie położyć spać. Ani nie ma takiego dużego pokoju, ani takiego łóżka które by go zmieściło i nie załamało się pod nim. Wykluczone.

-Ależ proszę pani.- Powiedział przymilnie prehistoryczny gad. – Pozwoli pani, że się przedstawię. Nazywam się Maciuś Skrzydlatek. Jestem najprawdziwszym dinozaurem, krewniakiem tego pra-pra-pra-pra wujka, którego wasi przodkowie podobno pokonali pod Wawelem za pomocą wypchanego siarką barana, choć był normalnym i najnormalniejszym dinozaurem, i pra- pra- prawnukiem pra-pra ciotki, która kiedyś mieszkała niedaleko stąd – w Kórniku. Przyleciałem zwiedzić jej rodzinne strony, posłuchać, co ludzie o niej mówią, a że w moim mieszkaniu w górach Dalmacji jest remont, musiałem się wynieść na jakiś czas, to i pomyślałem, że może bym się zajął genealogią mojego rodu? Oczywiście, jeśli ludzie mi pomogą, bo wielu spraw nie wiemy.

-Ależ proszę pana!- Krzyknęła oburzona prawie mama Ali.- Ani spać nie ma u nas gdzie, ani nie mamy czym żywić takiego ogroma.

-Przykro mi, że sprawiam kłopot. – Powiedział niefortunny gość i widać było mu trochę głupio, że sprawia kłopot.- Poradziłbym sobie, ale gór tu nie ma, jam też nie, więc wolałbym znaleźć jakieś lokum.- I tak w szerokim uśmiechu pokazał wszystkie zęby, zamiótł uroczyście ogonem aż tuman kurzu wzbił się w powietrze i spojrzawszy na stojącą w kącie wannę wymyślił, że zwinie się w kłębek i z niej zrobi sobie łóżeczko. Trochę trudno mu było przecisnąć się przez drzwi, ale jakoś przeszedł i wcisnął się do wanny, ale jej nogi zatrzeszczały i musiał z niej prędko wyskakiwać, lecz gdy kto wciska się gdzieś na siłę, trudno mu potem wyjść i nim się z niej wygramolił, złamała się jedna noga, druga nadłamała a wanna przewróciła się na bok.

-Ach!- Krzyknęła oburzona mama.- I co ja teraz zrobię? Wanien dostać nie można a tą kupiliśmy okazyjnie. Dla pana lepszy byłby basen kąpielowy a nie wanna w naszej kuchni. Och, że też mąż nie zdążył wykończyć łazienki ani kuchni i całe nasze życie kuchenno – łazienkowe toczy się w piwnicy. Bo to, gdzie jesteśmy, to nawet nie jest pokój ani kuchnia tylko piwnica.-

Maciusiowi zrobiło się głupio. Przeprosił i obiecał, że do jutra nowa wanna będzie stała w piwnicy. W tym czasie wrócił z pracy tata Ali i też był bardzo zdziwiony niezwykłą wizytą. Na zamieszkanie takiego gościa w ich domu również się nie zgodził, lecz pozwolił mu wylegiwać się na piasku za domem, a do spania znalazł mu budowany właśnie hangar do samolotów na pobliskim lotnisku.

-Ale do jutra nowa wanna musi być.-Nakazał. – Bo jutro po południu ma przyjść instalator i wannę trzeba podłączyć. Nie mamy się gdzie kąpać.

-Zrobi się. – zawołał uradowany Maciuś i wyszedł swoim kołyszącym się krokiem na drogę. Rozwinął skrzydła i wzbił się w górę. Aż piach z ulicy uniósł się tumanem, gdyż deszcz od dawna nie padał i było bardzo sucho. Wrócił po dwóch i pół godzinach w wanną na grzbiecie. Był zmęczony i spracowany, gdyż jak opowiedział, żeby mógł ją zabrać z fabryki, musiał pomóc ładować towar na ciężarówkę. –

-No tak. Powiedział z ogromną powagą tata Ali znad szklanki kawy. – Bez pieniędzy nic zabrać nie wolno. Ty, mój drogi pieniędzy nie masz, musiałeś sobie na nią zapracować.-

-Tak, proszę pana.- Zgodził się przybysz.-W fabryce też tak powiedzieli. Gdzie ją wnieść i postawić?

Najpierw wynieś tą, którą popsułeś i nową ustaw na jej miejscu.

.-Oczywiście proszę pana. Już niosę, tylko…że ja nie umiem jej prosto wynieść.

-Nie rozumiem. Jak to prosto? –Zaciekawił się tata Ali.

-No, tak prosto, żeby ona zmieściła się w drzwiach.

-Chyba się domyślam. – Roześmiała się Ala.- Patrz, tatusiu. Chodzi o to, że jak się ją weźmie tak samo jak ją panowie wnosili, to się zmieściła w drzwiach, a jak się przekrzywi, to już nie wchodzi. A nasz gość przecież nie wie jak ją wnosili, bo go wtedy u nas nie było.

- Nie widzę problemu. Twój gość Alu weźmie ją w swoje kacze łapki i postawi sobie na grzbiecie. A my będziemy pilnowali, żeby razem z nią prosto wychodził. Jak będzie krzywo, nakierujemy. No, panie pra-pra coś tam, tego no, że tak powiem, dinozaura spod Wawelu. Tylko muszę pana uświadomić, że tak naprawdę żadnego dinozaura pod Wawelem historia nie notuje i jego sprawa to są bajdy wyssane z palca. Bierz pan wannę i wynoś, a potem wnoś drugą. I nie warto kłaść się w drugiej, bo znów się załamie.

-Rozumiem już, że nie wolno nam, takim miłym jaszczureczkom kłaść się w ludzkiej wannie. Choć nie rozumiem, dlaczego w tej waszej fabryce robi się takie słabe wanny, które nie wytrzymają ciężaru niewielkiego, no…że tak powiem…małego jaszczurzątka…Tłumaczył się z zatroskaną minką niefortunny gość.- A z tą złamaną co zrobić?

-Jak będziesz odlatywał, możesz sobie zabrać. O ile mi wiadomo, dinozaury jedzą bardzo dużo. Zrobisz sobie z niej talerz.

-To jest pomysł, proszę pana, ale na razie dużo nie jadam.

-A ile na jeden posiłek?- Zainteresowała się mama Ali.

-No, tak naprawdę niewiele. Wystarczy mi worek kartofli, worek marchwi i dwie – trzy dorosłe kury. A jakby kur nie było, to dwie kopy jaj.

-O, ho, ho!- Zdziwił się tato. To się nazywa niewiele? Tyle to mnie, żonie i Ali razem na pół zimy starczy.

-To ile wy jadacie za jednym razem?- Spytał zainteresowany niezmiernie Maciuś. Mama nie odpowiedziała, lecz wyjęła z szafy dziecięcy talerzyk Ali malowany w krasnoludki i żeby mu pokazać, nalała do niego jedną nabieraczkę zupy pomidorowej z garnka, który jemu nawet na szklankę byłby za mały. Postawiła na stole, dała Ali łyżkę, która gościowi wydawała się mniejsza niż patyczek do loda i kazała jej jeść. Ala spojrzała na niego. Miała ochotę go poczęstować, ale nie miała pojęcia, jak się karmi takie dziwolągi. Popatrzyła na niego, ale on zbliżył tylko nieco nos do talerza i odwrócił się z niesmakiem.

-Nie lubię tego. Dziwne są wasze ludzkie zupy. My mamy swoją kuchnie. Co to takie czerwone w tej zupie pływa?

-Czerwone? pływa? A, chyba ci chodzi o marchewkę, a pomidory są ugotowane i roztarte.

-Naprawdę? My nie gotujemy swoich potraw. Bierzemy ziemniaka albo marchewkę do łap, a z łap do mordki i zjadamy w całości nawet nie gryząc. Nie mogłabyś Alu jeść tak samo jak my? W całości?

-W całości? Fe! Najpierw trzeba umyć, potem obrać, znów umyć, potem przyrządzić i dopiero jeść. A jak się je, to trzeba jeszcze dokładnie pogryźć, żeby brzuch nie bolał.

-Przyrządzić, czas tracić, robić taką kolorową wodę, potem nabierać tak troszkę na talerz, który jest mniejszy niż pół arbuza. I tym się najeść? Eeee, nie dla mnie.

-No, tak. Znamy to. – Roześmiała się mama Ali. – Wiemy, wiemy z badań naukowców i z bajek ile ten wasz przodek jadał. Rano jeden baran i wieczorem drugi, albo wół. W każdym razie ani pana nie zmieścimy w domu, ani nie wyżywimy.

-Z tym nie ma problemu. Ja i trawę czasem jadam, tak dla przeczyszczenia żołądka. Polecę na to wasze lotnisko i skoszę im zębami jeden trawnik. Ja podjem i oni nie będą mieli z nim pracy.

-Zgadzam się - Śmiał się tato.- Hangar w sam raz dla pana, trawniki też, ale zabraniam wyjadać krów z pastwisk.

-A co mam jeść?- Zmartwił się nie na żarty dobrze już podgłodniały przybysz.

-Nie wiem, co Pan jadał do tej pory, ale u nas kraść nie wolno. A ma Pan pieniądze, żeby kupić?

-A co to są pieniądze? Czy one też są do jedzenia?- Tato Ali nie wytrzymał. Roześmiał się, a z nim cała jego rodzinka. Zwierzak nie miał pojęcia dlaczego się śmieją, myślał, że coś bardzo dowcipnego powiedział i śmiał się razem z nimi. A śmiał się tak głośno, ze aż cały dom się trząsł, a z lotniska przybiegli zobaczyć, co się stało, bo myśleli, że jakiś helikopter spadł, lub zahaczył śmigłem o jakiś dach i nie może wzbić się w powietrze. Przybiegli, żeby mu pomóc i uwolnić jego śmigło. Zdziwili się, gdy zobaczyli nie maszynę lecz zwierza i to takiego, jakiego jeszcze nie widzieli. Od razu pomyśleli, że teraz trzeba sprawdzać cały dom, czy od tego śmiechu nie pękły ściany i wezwali ekipę budowlaną. Przyszła ekipa, przynieśli przyrządy, mierzyli każdą szczelinę i powiedzieli, że jeśli ktoś się tak głośno w domu śmieje jakby zagrzmiało, to trudno, żeby dom nie pękł. Teraz trzeba przynieść betoniarkę, pół przyczepy cementu i drugie tyle żwirku, wymieszać to wszystko z wodą, a potem brać kielnię w łapę i zaklejać szczeliny. Nie było wyjścia. Trzeba było posłuchać i lecieć na plac budowy i poznosić to wszystko, a potem brać się do pracy. Mieli rację jego wujowie i ciotki gdy gawędzili wieczorami, że u ludzi trzeba sobie za byt zapracować. Nie ma na to rady. Więc nabierał kielnią zaprawę murarską i nakładał na dziury, a raczej próbował nakładać, bo mu zaprawa z kielni spadała na ziemię i kleić się do muru nie chciała. Majster stał nad nim jak sęp i wyzywał co chwilę.

-Jak ty to robisz niezdaro? Rzuć porządnie zaprawę na mur i rozsmaruj kielnią jak się patrzy. A potem popraw pacą, żeby ładnie prosto było.

-Oj Babciu !- Wołał niefortunny tynkarz spocony z wysiłku i podekscytowania. –Miałaś rację w swoich księgach gdy opisałaś waszą pracę. Ja chyba najprędzej jak tylko się da odlecę do swojej jamy w Dalmacji.- Ale Babcia Dinusiowa była już daleko, daleko w zaświatach i kto wie, czy się w ropę naftową nie przemieniła, więc go pocieszyć, ani pomóc mu nie mogła. Może i lepiej, bo zegnałby na nią całą pracę, a tak musiał zrobić sam i przy okazji nauczył się trochę pracy tynkarza. Kiedy było już zrobione, zadzwonił oficer dyżurny z lotniska i zaprosił Skrzydlatka na nocleg do hangaru po helikopterze, który akurat był w remoncie w Berlinie. Kazali mu najpierw powynosić wszystkie sprzęty budowlane na miejsce i posprzątać po pracy, potem wynieść w kąt ogródka uszkodzoną wannę i dopiero pozwolili pójść do hangaru. Pójść, a nie odlecieć i nie pozwolili latać, póki nie zgłosi się do wieży kontrolnej lotniska i nie dostanie zezwolenia ani na start, ani na lądowanie. Nie wolno mu latać ani za wysoko ani za nisko, żeby samolotom nie przeszkadzać i nie pokazywać się w radarze, a w ogóle najlepiej chodzić pieszo.