Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU - rozdział 6

 

 

(6)

 

ZAPOZNANIE Z DZIEĆMI    

Jeszcze tego dnia z sąsiedniej ulicy przyjechało dwoje rozbawionych dzieci. Chłopczyk jechał rowerkiem, dziewczynka na hulajnodze. Zaparkowały pojazdy obok domu, oparły o płot i sprawdziły, czy wszystko dobrze i nic się nie przewróci. Na ramionach miały małe – w sam raz na ich wiek plecaczki. Weszły na podwórko. Zobaczyły Alę bawiącą się w piasku.

-Cześć, gdzie ten dziwny gość? – Zapytały. –Chcemy się z nim pobawić. Możemy?

-Ale on teraz śpi. Napracował się sporo w nocy i dzisiaj rano.

-To on pracuje?- Zdziwił się chłopczyk.

-Musi – roześmiała się Ala.- Inaczej nie miałby co jeść. Wiecie, jaki on ma apetyt? Musi pracować na swoje utrzymanie. Tatuś powiedział, że bez pracy nie ma kołaczy.

-A jaki?- Spytała dziewczynka.

-No, taki, że zjadłby na jeden raz jego, ciebie i mnie i dopiero by się najadł.

-To on dzieci łapię?- Przestraszył się chłopczyk.

-Ależ nie ! Nic podobnego. Tak tylko powiedziałam, żebyś sobie wyobraził jaki ma ogromny apetyt. On zjada…zajada… wyobraź sobie, że on zjada pełną wannę od kąpania warzyw na jeden raz!

-O, raju! – zawołała dziewczynka. – W całym naszym ogródku w ogóle aż tyle nie ma. I on to zjada na jeden raz?

-Na jeden i czasem jeszcze jest głodny.

-A czym dojada?

-Ostatnio jak był głodny poleciał do Warty i wypił z wodą pól ławicy płotek, a potem ości kłuły go w żołądku i narzekał.

-Słyszałem od dzieci, że on smoczki-gryzaki jada? Przywiozłem mu swój stary, bo już wyrosłem.

-No, nie. Raz zjadł, ale na zdrowie mu nie wyszło i powiedział, że więcej nie tknie.

-Szkoda. –Zmartwił się chłopczyk. – Będę musiał oddać go pani dentystce, bo jak się idzie do kontroli, to trzeba jej oddać swój gryzaczek, a potem ona wszystkie wrzuca do pieca! Tak! Wyobraź sobie, że pali nasze gryzaki! Bo mówi, że od smoczków ząbki się krzywią. A tak, oddałbym mu swój i by on go miał i żeby sobie ciamkał, a nie żeby pani dentystka wrzucała do pieca.

-Trudno.- Nie martw się Dominiku. –Pocieszyła go siostrzyczka.-Można mu coś zaproponować.

-A co?- Zainteresowała się inna dziewczynka - Paula, która od chwili stała za nimi i przysłuchiwała się rozmowie.

-Nie wiem jeszcze, ale to by musiało być coś czego się nie je, ale do ozdoby domu na przykład.

-Do ozdoby? Ale jak? Do ściany poprzyklejać?

-Mam myśl!- Wykrzyknęła Ala.

-Jaką?- Spytała Paula.

-Doskonałą!

-Więc mów śmiało!- Wykrzyknął chłopczyk w nadziei, że pomysł będzie dobry i pani dentystka jego smoczka do spalenia nie dostanie.

- Zapytamy go, jakie ma duże okno. A potem poprosimy nasze mamy o stare firanki i poprzyszywamy do nich wszystkie nasze gryzaczki. Będzie miał firanki w smoczki-gryzaczki jak w kwiatki.

- Może być. Czemu by nie?- Ucieszył się chłopczyk.- Nasza mama kupiła takie firany, które po upraniu do niczego się nie nadają. Na pewno je podaruje.

-A duże te firanki?- Spytała Ala.

-Duże. Na okno od balkonu.-A skąd weźmiemy tyle kolorowych gryzaków, żeby ładnie było?- Zastanawiała się dziewczynka, która przyjechała na hulajnodze.- Zamilkli i zastanawiali się chwilę. Po dłuższej chwili odezwał się Dominik.

-Można napisać dużo ogłoszeń, że zrobimy zbiórkę naszych starych pocieszycieli do ciamkania i że przyszyjemy je do firanek dla niezwykłego gościa naszej koleżanki. To będzie prezent dla niego od nas – dzieci z Osiedla Bajkowego do wyremontowanego mieszkania.

-A jedno takie ogłoszenie można powiesić w poczekalni u pani dentystki.

-Po co?- Spytał Dawidek, który stał z tyłu, bo przybiegł przed chwilą..

-Po to, żeby ktoś, kto przyniesie jej smoczek, nie oddawał go, tylko przyniósł go nam dla Maciusia Skrzydlatka.

-Kto za? – Spytała Ala rozglądając się wokoło. Przez ten czas zebrało się sporo dzieci i do góry podniósł się las rąk. Wszystkie były przeciwne oddawania swoich kochanych smoczków pani dentystce.

-To smoczki już mamy.- Cieszyły się dzieci.- Ale co powiesz mamie, jak ją poprosisz, żeby dała firanki?

-Mama sama mówiła, że je wyrzuci. Mówiła, że do gotowania klusek na parze się nie nadają, bo są stylonowe. To najlepiej by było, żeby dała je Maciusiowi, bo on nie ma żadnych, a mama ma nowe. – Rezolutnie mówiła dziewczynka.- Problem zużytego gryzaka o rozciągniętej i dobrze już pogryzionej gumce należącego do jej brata został rozwiązany. Okazało się, że to był nie tylko jego problem, ale większości przedszkolaków z osiedla. Opowiedziały Maciusiowi o swoim pomyśle. Z początku nie bardzo chciał się zgodzić. Bo jeśli gryzaki same ruszają się w buziach dzieci, to co będzie, jeśli powchodzą do jego pyska? Co się stanie, jeśli będzie musiał jakiś połknąć? Nawet nie wie, gdzie w Dalmacji jest ZOO, a w nim weterynarz. Ale dzieci opowiedziały mu, że to wcale tak nie jest i smoczek-gryzaczek trzeba ruszać językiem, żeby podskakiwał w buzi. Skrzydlatek bardzo się dziwił temu opowiadaniu, ale jeśli tyle dzieci naraz mówiło to samo, to widocznie on zupełnie się na tym nie zna i musi zapoznać się ze smoczkami nie tylko od strony zjadania ich, ale od tej, że gryzaczkiem można się po prostu bawić. Zresztą był już znudzony ich długą naradą. W końcu przyjechali wszyscy do niego, a zajmują się sobą i radzą jak się pozbyć swoich własności, z którymi trzeba coś zrobić, żeby nie dawać pani dentystce. Zaproponował, że pójdzie po zgodę na latanie nad osiedlem i powożenie dzieci na grzbiecie.