Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU rozdział 7

 

 

(7)

WYCIECZKA NAD MIASTO              

Akurat mieli spokój na lotnisku, bo najbliższy samolot miał lądować za dwie i pół godziny, więc mogą sobie latać, ale jakby zobaczyli, że coś pojawia się na horyzoncie, muszą od razu zniżać lot, żeby nie przeszkadzać. W tym czasie dzieciaki które już umiały pisać, wykaligrafowały kilka ogłoszeń i tym, którzy byli w kolejce do oblotów na końcu, kazały pójść i powiesić ogłoszenia na przystankach, na sklepie, a nawet gdyby ktoś zdobył się na odwagę, wszedł do poczekalni dentystycznej, a tam, choć w pośpiechu i krzywo, ale powiesiłby ogłoszenie o zbiórce starych smoczków. nie tylko gryzaków ale i na butelkę. Trzeba wysłuchać przez zamknięte drzwi, czy pracuje wiertarka, a jeśli tak, to można wieszać spokojnie. Pani dentystka jest zajęta i na pewno nie wyjdzie i nie przyłapie na wieszaniu ogłoszenia. Gryzaczki zanosić należy oczywiście do Ali. Jeśli komuś wstyd, że jeszcze go nie pozbył, może wrzucać anonimowo przez płot do ogródka.

Kiedy jedne dzieci rozwieszały ogłoszenia, inne latały na Maciusiowym grzbiecie nad osiedlem, nad lotniskiem, a niektóre miały szczęście przelecieć nad Wartą i zobaczyć, jak wygląda z lotu ptaka. Dominik i jego siostra Domicela oraz Ala lecieli na końcu, bo kiedy inni już latali, oni musieli pojechać do mamy do pracy i dowiedzieć się, czy da firanki. Wrócili z pomyślną wiadomością. Dlaczego nie miałaby dać? Firanki były ładne do pierwszego prania, a potem nie nadawały się już na okno od balkonu, natomiast małe niekształtne okienko od jego jaskini mogły jeszcze długo zdobić. Nawet zobowiązała się, że je przeszyje tak, żeby miały falbanki i żeby do tych falbanek przyczepić wszystkie gryzaki, a wtedy one będą wyglądać jak kwiatki malowane na firankach. Tylko właściciel niezwykłego mieszkania wewnątrz góry musi pokazać, jakie ma duże okno. Więc gdy lecieli, starał się wypatrzeć coś, co by wielkością przypominało to okno. Znalazł. Okno było tak długie i szerokie jak ich samochód z lotu ptaka. Był tak szczęśliwy z powodu firanek, że woził ich najdłużej. Lecieli nad stawem koło lasu, nad torem kolejowym i widzieli pędzący pociąg ekspresowy „Berolinę” jadący z Berlina do Moskwy przez Poznań i Warszawę. Widziały ptasie gniazdka z żółtymi pisklętami, ogromne słonie i żyrafy w ZOO, a także kominy czarne od dymu i sadzy. Obejrzeli z ciekawością na fabryce słodu takie dziwne hełmy na kominach. Kołowali raz niżej raz wyżej, szybciej, wolniej, przelecieli nad pracującym na polu traktorem i latali dość długo nad miastem. Dzieci oglądały tramwaje, sznury samochodów i chodzących chodnikami ludzi wyglądających jak kolorowe potoki. Wszystko było piękne. Nawet regaty kajakarskie zobaczyli na Warcie i barkę wiozącą piasek. Patrzyli bardzo ciekawie z bijącymi mocno sercami i trzymali się jego puszystych prapiór. Tak się zalatali, zagapili, że zapomnieli wylądować o czasie. Ani się spostrzegli, jak koło nich przeleciał samolot pasażerski z Warszawy. Zobaczyli ich pasażerowie i kiwali im z okien chusteczkami. Maciuś wystraszył się, że przeholowali i skierował się ku osiedlu i ulicy Lisa Witalisa. Ale dzieci wcale nie chciały rozstawać się z lataniem. Maciusiowi żal było dzieci. W końcu było lato i wakacje. Najlepszy czas na wycieczki. Pomyślał chwilę i zaproponował wycieczkę w rodzinne strony jego przodków, czyli do Kórnika. Wylądowali. Dzieciaki zeszły na ziemię. Nogi kołysały się pod nimi jakby zeszli z huśtawki. Chciały mu zaproponować, że pohuśtają go na swojej huśtawce, ale Ala opowiedziała im o wannie, wiec zrezygnowały. W zamian dostał główkę sałaty i pęczek rzodkiewek, które już wyrosły i dla dzieci się nie nadawały, lecz on mógł je zjeść ze smakiem. To była wspaniała nagroda. Bardzo się nią ucieszył. A jakby się nie obrazili, zje chętnie wszystkie chwasty z ogródka, jeśli się je wyrzuci za drogę do rowka.