Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU rozdział 8

 

 

(8)  

                                                   GRYZACZKI

Maciuś Skrzydlatek bardzo się dziwił smoczkom dziecięcym. Jakieś śmieszne, szyjka i główka malutkie, gumowe, kółko z plastiku, trzeba nimi ruszać, żeby podskakiwały w buzi, a przez jeszcze inne, które wcale nie mają kółka, są brzydkie i nieprzystojne, leci przez nie mleko z butelki prosto do buzi dziecka. Wydziwić się nie mógł. Dziwne jakieś uspokajacze dla dzieci o śmiesznej nazwie na tym osiedlu mają. Ale skoro osiedle nazywa się Bajkowe, to wszystko na nim musi być z bajki. Smoczki też. Tymczasem dzieci przynosiły ich coraz to więcej. Wieść się rozeszła po całym mieście i Ala rano znajdowała w swoim ogródku po kilkanaście wyciamkanych eksponatów, czasem z już na pół zlasowaną gumką. Prawie wszystkie dzieci wrzucały po kryjomu. Każdemu było trochę wstyd się przyznawać, że jeszcze nie oddał plastikowo – gumowego przyjaciela pani dentystce. Ala i Dominik z Domicelą siedzieli na piasku i liczyli gryzaki. Było ich dwieście dwadzieścia osiem.

-Myślę, że jeszcze z dziesięć i powinno starczyć. – Zastanawiała się Domicela, która poprzedniego dnia pomagała mamie kroić firanki dla Skrzydlatka.

-A jak będzie mało? – Spytała Ala. – Odwołamy akcję, przestaną przynosić, a potem zabraknie i będzie brzydko.

-- To jak? – Zbieramy, czy nie?

- Zbieramy. Obojętnie ile przyniosą.

- A co zrobimy, jak będzie za dużo? Spalimy?

W żadnym wypadku! Najpierw zbieramy, żeby nie dawać pani dentystce do spalenia, bo to nasze zabaweczki, a my je kochamy, a potem mamy je palić jak pani dentystka to robi? Nigdy! Przenigdy! – Przestali liczyć gryzaki, bo już były policzone. Teraz segregowali je – czerwone do czerwonych, zielone do zielonych, niebieskie do niebieskich i tak dalej. Siedzą przed domem na kocu i segregują, a właściciel remontowanej jamy śpi za domem w cieniu i ani mruknie. Napracował się dziś na budowie. Pomagał przestawić ciężki dźwig budowlany, nosić cegły i zaprawę murarską na mury, a teraz odpoczywał. Obiad obiecywał sobie po drzemce. Więc dzieci zajmowały się przyszłą dekoracją jego firanek. Od razu od strony sklepu biegnie Isia mieszkająca na ulicy Jana Maklakiewicza tuż przy sklepie.

-Chowajcie wszystko!- Woła już daleka.- Jedzie tu pani dentystka!

-Skąd wiesz?- Spytały z niepokojem dzieci.

-Byłam z mamą w sklepie po masło. – Mówiła zdyszana.- Już płaciłyśmy, a tu wchodzi pani dentystka i pyta kasjerki, czy nie wie, gdzie mieszkają te dzieci, co zbierają gryzaki dla dinozaura. Na pewno jedzie je zabrać. Chowajcie! Ale szybko, bo ona juz tu jedzie!- Reczywiście, w początkach ulicy od strony Maklakiewicza wzmógł się kurz na ulicy i pojawił się zarys białego samochodu. Dzieciaki wrzuciły wszystkie worki z gryzakami do koca, na którym siedziały, a Dominik z Alą chwycili koc za rogi i szybko, szybko wnieśli do garażu. Tymczasem przed domem zatrzymał się samochód pani dentystki i wysiadła ona sama w reklamówką w dłoni.

-Macie. – To dla waszego gościa. Po co mam je palić, skoro jemu się przydadzą? Prawda?- Dzieci stały oniemiałe. Patrzyły na nią szeroko otwartymi oczami. Jak to? Pani dentystka przywiozła gryzaczki? Niesamowite. Aż niemożliwe. Stały i ani be, ani me. Zapomniały języków w buziach. A pani dentystka śmieje się i mówi.

-Nie bójcie się. Dziś ząbków wyjmować nie będę, ani sprawdzać. Chyba was nie bolą? Prawda? Proszę. – Powiedziała. No, bierzcie.- Wepchnęła reklamówkę pełną kolorowych gryzaczków w dłoń Ali. A ona tak się zagapiła, ze zapomniała nawet powiedzieć ‘Dziękuję”. Dobrze, że Skrzydlatek się obudził, przyczłapał i zrobił to za nią. Uśmiechnął się całym pyskiem pokazując swoje wszystkie zębiska, a jej aż dreszcz przez plecy przebiegł.

-Z takim zębiskami nie chciałabym mieć do czynienia.- Powiedziała z wymuszonym uśmiechem, gdyż się po prostu tych zębów nieco przestraszyła. Pożegnała się z dziećmi, jemu kiwnęła ręką na „do widzenia” i pojechała, aż kurz wzbił się w powietrze za białym „fiatem” od szybkiej jazdy.

- Straszna ona?- spytał z niepokojem Maciuś Skrzydlatek, bo poczuł roznoszący się jeszcze powietrzu zapach dentystycznego gabinetu. Nie wiadomo, skąd znal ten zapach, ale nie lubił go.

-Nie bardzo. – Opowiadał Dominik. – Ale bardzo lubi wyjmować z buzi ruszające się mleczaki.. Najpierw popsika takim czymś, a potem każe nadstawić łapkę i czekać. I płakać też nie każe zawczasu, mówi, ze ona powie kiedy można zaczynać płakanie. A potem ząbek ląduje w łapce, a gazik w twojej buzi, kiedy już po wszystkim, dowiadujesz się, że teraz możesz płakać. I po co, jak już po wszystkim? A tak naprawdę wcale nie wiadomo, kiedy i jak ona ten ząbek wyjmuje. Niby bierze jakieś błyszczące narzędzie z takiego pudełka świecącego że aż coś, potem pokazuje puste ręce, że niby nic w nich nie ma, a potem wyjmuje ząbek nie wiadomo jak i czym. Aż dziwne. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie te zabierane nam gryzaki. Dopiero dziś… Naprawdę, nie rozumiem jej.

-Znaczy, że też lubi naszego Maciusia. – Skwitowała Domicela.

-Chyba tak. – Zgodził się Dominik i usiedli na ziemi, żeby oglądać niezwykłą dostawę. Pachniała gabinetem.

-Trzeba będzie je umyć.- Skrzywił się tata Ali, który właśnie wrócił z pracy na podwieczorek, bo też pracował na budowie.

-Wystarczy wywietrzyć. Pamiętasz, jak mamie przepaliła się grzałka i narobiła brzydkiego zapachu, mama dwa dni prawie nie zamykała drzwi, tylko wietrzyła, I wyleciało.

-Zobaczymy. Na razie oglądajmy.- zaczęły zbiegać się inne dzieci, bo było już popołudnie i wracały z przedszkola.

-Ten był mój!

-A ten Mój! – wołały odszukując swoje właśności. Może by i possały trochę, ale cała paczka pachniała dentystą, więc nikt się nie odważył. Zresztą pani dentystka powiedziała wyraźnie, że to dla dalmatyńskiego mieszkańca niedostępnych gór.

-A nie można by ich umyć i zabrać sobie z powrotem? – Próbował perswadować Dawid, że właściwie można by panią dentystkę oszukać i gryzaczek wziąć sobie z powrotem do domu. –

-Dałeś pani dentystce i koniec pieśni. – Odpaliła Adriana z ulicy Wieczorynki.- A ona dała jemu. Więc tak czy tak, najpierw były jej dane, a ona zamiast spalić, dała do ozdobienia firanek. Czyli od początku i tak były dla niego. A kto daje i odbiera, ten się piekle poniewiera. Wiesz? – Spytała przechylając głowę i spoglądając chłopcu w oczy. Policzyli dar. Było sto dwadzieścia pięć. Ładna sumka.

- Dodajmy teraz tamte, żebyśmy widzieli, ile mamy razem.

-Lepiej zapytać mamę.- Przyznała Ala. Bo policzyć do tyle umiem, ale dodać nie.

- Nie umiesz dodać? Przecież chodzisz do zerówki. – Dziwił się Dawidek.

-Tak, ale my umiemy dodawać i odejmować mniejsze liczby. Te są jeszcze za duże dla nas.

-Za duże?

-No, za duże i koniec. Sam zobaczysz, jak będziesz chodził do zerówki. Bo zerówka to tak trochę przedszkola a trochę szkoły. A prawdziwa szkoła to dopiero od pierwszej klasy. To wcale nie jest tak łatwo dodawać i odejmować, a potem jeszcze mnożyć i dzielić jak dzieci ze starszych klas.

- Na wszystko przyjdzie czas, smyki. – Roześmiała się mama patrząc z okna.- Zaraz przyjdę i wam pomogę.-

Przyszła za chwilę, tylko musiała poczekać, aż się mleko zagotuje, żeby nie wykipiało. Liczyła, a oni układali według kolorów. Razem było trzysta pięćdziesiąt trzy gryzaczków. W czasie szybkiego przenoszenia posegregowanych byłych własności wszystkich osiedlowych dzieci do piwnicy trochę się kolory pomieszały, ale mama pomogła i szybko się uporali. Zresztą Skrzydlatek odpoczął i przyszedł pobawić ich opowiadaniem o życiu dinozaurów w zamierzchłej przeszłości.