Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU-rozdział 9

 

 

(9)

JAK TO Z WAWELSZCZAKIEM BYŁO  

Skrzydlatek siadł na środku ulicy. A dookoła obsiadły go dzieci. Ledwo rozsiedli się wygodnie, a tu rozległo się głośne „Au, Au, Au” i w ulicę Lisa Witalisa skręca karetka pogotowia. Dzieciaki bystre, nóżki młode, zwinne, prędko powstawały, ale nie uszło to uwadze kierowcy. Gorzej było z Maciusiem Skrzydlatkiem. Był ciężki, nogi miał krótkie, więc zanim się pozbierał i zgramolił z jezdni, karetka zatrzymała się przed nim i wyskoczył z niej zły jak szerszeń kierowca w czerwonym mundurze i jak nie zacznie krzyczeć zarówno na dzieciaki i na ogromnego jaszczura !

-Wynoście się wszyscy gdzie pieprz i wanilia rosną! Żeby karetka pogotowia spokojnie przejechać nie mogła, bo żeście sobie wszyscy miejsce do zabawy na środku ulicy znaleźli? Już my pójdziemy do waszych rodziców i porozmawiamy z nimi! – Krzyczał kierowca, a sanitariusz i lekarz zaczęli się rozglądać, w którym domu firanki wiszą, bo to znaczy, że w tym domu ludzie już mieszkają, więc i dzieciak któryś może być stamtąd. Od domu Ali nawet drzwi były otwarte, bo ona co chwilę wbiegała po coś do domu: a to pić jej się chciało, a to po cukierki, po ciastko, po lalkę i tak dalej. W tą i powrotem, a mama narzekała, że jej na dywan piasek z ulicy w sandałkach wnosi. Kierowca zauważywszy owe drzwi zapytał dość grzecznie.

-Nie wiecie, kto tu mieszka?- Nie odezwał się żaden dzieciak, ale Maciuś nie mając pojęcia o co chodzi, bo karetkę pogotowia pierwsze w życiu widział, uśmiechnął się od ucha do ucha i wyszczerzywszy w tym pięknym uśmiechu wszystkie zęby powiedział przewracając ślepiami.

-Moja koleżanka, Ala. To ta milutka dziewczynka, gościnna, która mnie- Maciusiowi Skrzydlatkowi z dalekiej Dalmacji pozwala przychodzić na swoje podwórko.

-Ala powiadasz, Ala? Ach, to ja już z jej mamą sobie porozmawiam. Od kiedy to dzieci na ulicy się bawią? Czy nie wiecie, że ulica jest dla samochodów? Trzeba będzie tu przysłać pana policjanta, żeby rodziców i dzieci, a także ciebie dziwaku jeden pouczył, gdzie wolno bawić się dzieciom. –To mówiąc wbiegł do domu Ali nawet bez pukania, taki był zły. Mama myła okno od strony ogrodu i wcale nie widziała, że dzieci siedziały na środku ulicy. Przestraszyła się pana w czerwonym mundurze z karetki i myślała, że coś złego się stało. Kierowca powiedział krótko, gdzie się bawiły dzieci i że będzie niedobrze, jeśli będą tak robić dalej, a teraz karetka bardzo się spieszy, więc oni odjeżdżają, ale jeśli w drodze powrotnej znów kierowca zobaczy choć jedno dziecko na ulicy, to zaraz przyjedzie policjant i wypisze mandat. Mama bardzo się zdenerwowała i kazała dzieciom iść do ogródka. Karetka pojechała razem ze swoim ‘au, au”. Domicela martwiła się, bo lubiła Alę. Jakby tak Pan policjant rzeczywiście przyszedł i może nawet zabrał Alę i jej mamę ze sobą do aresztu? Ojej! Trzeba jakoś zaradzić. Może by gdzieś pójść? Ale gdzie? Przypomniała sobie, że naprzeciw jej domu na ulicy Brzechwy jeszcze nic nie zbudowano i pole jest wolne. Może by tam zrobić bazę? Tam są nawet ogromne kopce wywiezionej z wykopów ziemi. Może by gość zrobił sobie w którejś górce jamę czy norę jak ta nad Wisłą obok Wawelu jeśliby chciał ? Byłoby fajnie, bo na końcu osiedla jest ulica Smoka Wawelskiego, ale nie ma ulicy Smoczej Jamy. Zbuntował się Darek mówiąc, że nie wszystko musi być ze starej jak świat bajki. Może być przecież ulica Pana Dinozaura. Z tymi smoczymi jamami nie ma co przesadzać, bo co za dużo to niezdrowo, a zresztą mama Ali tak nazwała swoją piwnicę, w której postawiła wannę i ta piwnica na razie służyła za kuchnię, bo w tej niby kuchni nie ma okien, za to jest szaro i ponuro, to znaczy, że jamie jest paskudnie Zresztą pomysł nazwania ulicy Smoczej Jamy wybiła im z głowy również Daniela mówiąc, że jak już jest jedno, to drugie podobne nie może być, bo by się wszystkim myliło, a zresztą Spółdzielnia Mieszkaniowa i tak nie pozwoli przezwać ulicy Brzechwy na jakąś tam inną. Brzechwy to Brzechwy. Tak jest i tak musi zostać. Powstała sprzeczka. Jedni mówili tak, a drudzy inaczej i każdy chciał mieć rację. Jedna Domicela milczała zamyślona.

- Czemu się tak zamyśliłaś? – Spytał Maciuś Skrzydlatek. Domicela powiedziała jak myśli rozwiązać problem. Spodobało się wszystkim. Powiedzieli mamie dokąd idą i rządkiem, cicho koło płotu, bo a nuż karetka pojedzie z powrotem i znów będą wyzywali, przeszli do ulicy Złotej Kaczki i stamtąd wąską ścieżynką do Brzechwy, Przemknęli jak myszy na drugą stronę ulicy, gdzie było puste pole, a na nim kupy wywiezionej ziemi i jeden wykop. Jak to na budowie. Koło drogi leżała wyrzucona wczoraj przez mamę bliźniaków spora kupa grzybów. Nazywały się goryczaki, ale mama myślała, że to są prawdziwki. Dobrze, że na czas przyszła pani sąsiadka i kazała niedobre grzyby wyrzucić. Mamie było ich bardzo żal, ale co miała robić? Nie chciała, żeby się ktoś od nich rozchorował. Teraz grzyby leżały na smutnej kupie za drogą. Zobaczył je nasz obżartuch i bardzo się ucieszył. Powiedział, że jemu od nich na pewno nic nie będzie, bo w Dalmacji wszystkie grzyby zjada z apetytem i w chwili spałaszował co do jednego goryczaka. A potem zadowolony oblizał szeroko pysk i usiadł wygodnie na kupie piachu. Dzieciaki usiadły przed nim, a on rozejrzawszy się wokoło rozpoczął opowiadanie:

-Wmawiają mi, że wawelski to mój pra- pra – prawujek. Właściwie to raczej pra – pra- prastryj.

-Jak może być taki pra –pra stryj?- Zdziwił się Kamilek.

-Widać może. Ja się tam na genealogii nie znam. Ale wiem skąd jestem. Jak mi nie będziecie przeszkadzali, to postaram się wam opowiedzieć.

-Cicho bądź i nie przeszkadzaj. Mów Maciusiu. – Zwrócił uwagę Jaś. Maciuś pomyślał chwilę.

- Na czym to skończyłem?

- Na tym prastryju. Jak było dalej?

-On wcale nie mieszkał w Krakowie.

- A gdzie

-Gdzieś, gdzieś , dokładnie nie wiem gdzie, ale podobno to były góry Finlandii, ale tam mu było za zimno, więc uciekł.

-A skąd się wzięli twoi przodkowie? – Zainteresował się Marek. – Rodzą się tak jak inne zwierzęta?

-A ja słyszałam, że się lęgną z jaj! – Oświadczyła triumfalnie Ala.

- Lęgli. Poprawił Maciuś.

-Jak to lęgli? A ty?

-Ja się nie ulągłem.

-A co? Bocian cię przyniósł? Nie gadaj. Podobno chciałeś jednego zjeść tylko cię ochrzanili i musiałeś puścić?

- No wiesz? Coś muszę jeść.

-A co? Zdechłeś z głodu bez tego jednego bociana?

- Nie zdechłem, ale chcecie wiedzieć skąd się wziąłem, czy nie?

-Chcemy! Chcemy!- Krzyknęły dzieciaki.- Mów, Maciusiu, a ty Ala siedź cicho i słuchaj.

-No, cóż? Mozę to i dziwne, ale ja jestem z … probówki.

-Z czego? –Spytali wszyscy.

-Było to tak. Daleko stąd w Australii. Jeden bogacz wykombinował, że trzeba obudzić dinozaury.

-Jak to obudzić?

- Masz rację.- powiedział Maciuś wskazując piórem w skrzydle Angelikę.-Otóż on dał ogromny swój ogród na park jurajski i zapłacił naukowcom, żeby za pomocą badań i jakichś tam bardzo mądrych prac sklonowali z resztek dinozaura nowe osobniki. A klonuje się probówce. Jak zrobili, nie wiem. Ale zacząłem rosnąć jak ta wasza słynna owieczka Dolly w probówce. Jak otworzyłem jedno oczko, to też już w niej siedziałem. A potem rosłem coraz mocniej. Nawet nie wiem jak oni zrobili skrzydełka. Przodkowie mieli czy nie mieli. Ja mam. Co jedli nie wiem. Ja lubię i jadam wszystko. Podobno jedne dinozaury jadły tylko rośliny, inne co im się trafiło, a jeszcze inne tylko mięso.

- Jesteś sam jeden na świecie?

-Nie, jest nas trzech. Tamci są już w tym parku. A ja uciekłem i schowałem się w górach Dalmacji.

-Dlaczego? Nie chcesz, żeby cię ludzie podziwiali?

-Wyszedłem żeby zwiedzić świat i zabłądziłem. Już nie odnalazłem drogi. Nie wiem gdzie jest Australia, ale spodobała mi się wolność. Mieszkać w parku? Eee. W górach lepiej. Kiedyś znajdę drogę, wrócę, zabiorę moją dziewczynę i się z nią ożenię. Będziemy mieszkać w górach.

-To ty masz dziewczynę?

-Jak ludzie mają, to ja też mogę mieć. Kiedyś się z nią ożenię. A potem ona zniesie jajka i wyklują się malutkie dinozaury tak jak przed wiekami. Kupię malutkiemu dinusiowi wózek i gryzaczek z czerwonym kółkiem. I będę jeździł na spacery tak jak wasze mamy jeżdżą ze swoimi dziećmi i dają im do buzi śliczny gryzaczek i mleczko z buteleczki też przez smoczek ale brzydszy, bo bez kółka. ja też bym tak chciał. Tak bym malutkiemu dinusiowi kupował mleczko, gotował, dosypywał kaszki, a potem karmił go buteleczki i huśtał na kolanach.

-A skąd ty to wszystko wiesz, jeśli cię sklonowali?

-Bo mi się przypomniało jedno, a zaobserwowałem drugie.

-To masz niezłą pamięć. I dobrą obserwację. A twoją dziewczynę też sklonowali? I ty to wszystko pamiętasz? A ja słyszałem, że dinozaury mają móżdżki jak orzechy?- Wykrzyknął Dominik.

-Cicho bądź. Nie dokuczaj mu!- Wrzasnęła Ala.- Jesteś niegrzeczny! Przepraszam cię, Maciusiu. Mów dalej

-Nie gniewam się. On ma rację. Mamy takie małe mózgi. Dlatego pewnie nigdzie nie możemy trafić.

- No dobrze. To powiedz nam, dlaczego ludzie gadają, że ziejecie ogniem. Myśmy u ciebie nigdy tego nie widzieli.- Spytał Dawidek. Maciuś podrapał się głowę.

-Nie wiem dokładnie. Spróbuję to wymyśleć.

-Ale my chcemy znać prawdę. – Skomentowała Domicela.

- Powiem najlepiej jak potrafię.

 

-Trudno mi powiedzieć, skąd się wziął pierwszy z nas. - Powiedział z namysłem nie chcąc się przyznać, że po prostu nie wie skąd się wzięli jego przodkowie. - Jesteśmy i koniec, a czy to ważne skąd się wzięliśmy? To dla was ludzi ważne, ale nie dla nas, zwierząt. Może z jajka rzeczywiście? Jak kurczak może wylęgać się z jajka, to dlaczego nie my? I już sobie wyobrażam, jak kłuję maleńkim dziobkiem gładką skorupę od środka. Ale gdzie u mnie dzióbek? Mam tylko zęby, ale jak siedziałem w probówce, to ich nie miałem, bo mi nie urosły, ale i tak od środka jajka skorupa i probówka jest wklęsła, więc jak wbić w nią zęby i przegryźć? Widziałem, jak Ala jadła jajko i łyżeczką stukała w skorupkę, żeby pękła, a że nie sądzę, żebym w środku skorupy jaja miał łyżeczkę : Nie wiem, mnie sklonowali, moją dziewczynę też i jeszcze jedną. Jest nas teraz troje. Dwie dziewczynki i ja jeden chłopak.

-A skąd wziął się pierwszy z was na świecie –Tyle chyba jednak wiesz? – Spytał chłopczyk siedzący za Alą.

-Mówiłem, że nie wiem. Tylko, ze wam się chce wiedzieć o smokach z bajki a smoki nie istniały. Mówię, że ja jestem dinozaurem. Było tak. Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze ludzi nie było na świecie i nas też nie było, rosły wszędzie ogromne bory. Były skrzypy wielkie jak sosny w lesie i większe. Nawet takie wielkie jak sekwoje.

-Eee, a jakie są sekwoje i co to jest? – Zdziwiła się dziewczynka, która otrzymała już świadectwo z pierwszej klasy i przeszła do drugiej.

-Sekwoje to takie wielkie drzewa. Rosną w Ameryce. Widziałem kiedyś sekwoje. Ludzie mówili, że miały trzydzieści metrów wysokości.

-A ile to jest? – Spytała Ala.

-Cicho, nie przeszkadzaj, bo jak będziemy go co chwilę o coś pytali, to nas wreszcie rodzice zawołają na kolację i nie zdąży nam opowiedzieć. – Krzyknął Dominik prosto w jej prawe ucho. Odgoniła się od niego jak od muchy i potarła ucho, bo jej w nim zadźwięczało. Maciuś przerwał na chwilę i poczekał aż się uspokoją. Widząc, że przestali gadać, rozpoczął opowieść.

-A więc było tak: Dawno, dawno, kiedy nie było ani nas, ani was i tylko te drzewa rosły, było dużo, nawet bardzo dużo takich gór, które buchały płomieniami. Dzisiaj też są i nazywają się wulkanami. Ale dużo z nich wygasło i zostało już mało. Dziś są spokojniejsze, a kiedyś jaki taki wybuchnął, to wszystko dookoła siebie zniszczył. Jak starzy dziadowie nasi opowiadali, kiedyś wybuchł taki wulkan. Wybuch był tak potężny, ze urwało całą górę i poszybowała w powietrzu. Leciał i leciała, a końca tego lotu nie było widać. W kraterze palił się ogień i co chwilę buchał ogniem i dymem. A potem nastąpił jeszcze jeden wybuch i góra rozerwała się na dwie mniejsze. I leciały obie części obok siebie , leciały, aż po wielu latach opadły na ziemię. Jeszcze trochę buchały ogniem, a potem malały i malały, aż zrobiły się takie małe jak jajko od strusia Tylko, że to już były kamienie, które przypadkiem zastygły w takie okrągłe kule, a z czasem w jakiś sposób jeszcze wyokrągliły się. Teraz ludzie gadają, że to pewnie nasze jaja, nawet je znajdują i na sztuki sprzedają. A ogień? Pewnie te wulkany. Wulkan zieje ogniem, to pewnie my też. Guzik prawda. Widzieliście, żebym ział?

-A ten wawelski zieje.- Dopytywał Boguś.

-I, tam. Bajki. Nic nie zieje. Reklama i koniec. Turyści przyjeżdżają zdjęcie sobie robić z metalową kukłą dinozaura. I wszystko.

-A zianie? Przecież widziałem.- Dyskutował Dominik.

-Jak ci to tłumaczyć? Ja dinozaur na waszej technice się nie znam, ale jak tam byłem ,to ludzie gadali, ze w środku jest palnik gazowy i jakaś tam czujka ustawiona na czas włącza gaz co jakiś czas. Tam na stałe pali się taki malutki knotek i od tego knotka zapala się płomień i bucha z żelaznego pyska. To wszystko. Cała tajemnica. Ja nawet gorącej herbaty nie pijam. Ala mi do miski prawie zimną leje. Kiedyś zajrzałem przez otwarte okno po przedszkolnej kuchni. Akurat kucharki odlewały ugotowane kartofle. Aż mnie cofnęło jak zobaczyłem i poczułem gorącą parę. Dzielne macie kucharki. Ja bym dawno uciekł. Więc nie ziejemy, jesteśmy prajaszczurami, nazywamy się dinozaurami i było nas wiele, bardzo wiele gatunków.

-Masz rację. Byłem z rodzicami w takim parku, gdzie były sztuczne dinozaury i i tam też pisało, że się dinozaury z jajka lęgły, a te sztuczne były całkiem podobne do ciebie. Ale tylko pterozaur miał skrzydła. Dopiero wczoraj wróciliśmy z wakacji. Mam nawet zdjęcie koło jednego dinozaura. Mogę ci pokazać. Chcesz? Mówisz prawdę. Jesteś zwykłym dinozaurem, tylko trochę innym niż tamte, bo ty masz skrzydła a one nie miały. I w telewizji podawali, że gdzieś z lodów na północy wykopali całego dinozaura i będą go ożywiali. A nie jesteś nim ty czasami?

- Ja? Nim? Nie, absolutnie, ale… mówisz ciekawe rzeczy. A gdzie jest ten park? Może bym poleciał zobaczyć i przywitać się z nimi?

- To było daleko, daleko. Trzeba długo jechać w Góry Świętokrzyskie aż do Bałtowa.

-Gdzie? – Spytał Maciuś.

- Do Bałtowa. Bałtów. Wiesz, ile ich tam jest? A jakbyś ty tam się pojawił, o wiele więcej gości by do nich przyjechało.

-A jak się nazywa to miejsce?

-Bałtów. Mówię ci przecież. Nie rozumiesz?

- Nie o to mi chodzi.

-A o co?

-O to, że to podwórko, albo ogródek w którym one mieszkają musi się jakoś nazywać.

-A, to Park Jurajski.

-Park Jurajski? Jak tam, w Australii?

-Acha. To kiedy lecisz zobaczyć?

-Może jutro, a może jeszcze dziś w nocy polecę, żeby już rano być.

- A trafisz?

- Może chcesz mapę?

-Albo przewodnika?

-Powiedz mi tylko, przez jakie miasta lecieć.

- A bo ja wiem? Tata kierował samochodem, a mama mi bajki czytała, bo tam tak długo się jedzie i jedzie to mi się nudziło.

- A nic nie widziałeś? Ani żadnej górki, ani jeziora?

- A były i lasy i jeziora i rzeki, ale nie wiem jak się nazywały.

- I jak tu lecieć? – Uuuu! – Rozryczał się Maciuś. Porządny dinek chce lecieć zobaczyć swoich przodków i nikt nie potrafi pokazać mu drogi. Uuuu!

-Czego ryczysz?- Rozzłościł się Tomek- Jak na Bałtów, to idź na lotnisko. Oni znają się na nawigacji to ci wszystko dokładnie wytłumaczą, nawet na kartce narysują.

-Tylko gdzie ty tą kartkę po drodze będziesz trzymał, żeby mieć przed ślepiami?

- W pysku może mieć. –Doradziła Domicela.

-Połknie jak zgłodnieje albo gębę otworzy jak się czymś zadziwi i zgubi.-To mu

pożycz torbę podróżną. – Uciął Dominik.

-Nie trafię! Nie trafię!- darł się Skrzydlatek.

- Z ciebie taki podróżnik jak ze mnie chińska cesarzowa.

-A to królowa dinozaurów?- Zapytał Maciuś przestawszy nagle ryczeć.

- Dinozaurów? A ona nie jest dinozaurem, tylko człowiekiem, ale o żółtej skórze.

- O, to też musze polecieć zobaczyć ją. A którędy to się leci?

- Słyszałem w szkole, że Chiny są za Uralem, za Mongolią i za Himalajami.

-Tak daleko? Aż trzy nazwy?- Jak trzy nazwy? Pytaj o kraje nie o nazwy.

-A źle pytam? Dlaczego?

- Z Dalmacji przyleciałeś, trafiłeś prawie i nie wiesz jak trafić do Chin?

-Trafiłem? Nie trafiłem. Mieszkam u was już miesiąc i nikt z was nie wie, gdzie ten Kórnik.

-Jutro spytam tatusia, to ci powie, dobrze?

- Zgoda. A dzisiaj nie możesz?

- Nie bo dzisiaj tatuś jest zmęczony po pracy. Ale tam jest teraz Biała Dama. Nie wiem, czy cię wpuści.

- Gdzie? Do Kórnika? Mnie, potomka mojej pra pra ciotki nie wpuści? Mnie nie wpuści? – Obruszył się Maciuś.

-To było więcej pra -Poprawiła Isia.- a poza tym, jeśli ty masz skrzydła a tamte sztuczne nie, to kto wie, czy cię nie sklonowali i nie skrzyżowali jeszcze na dodatek z pterozaurem.

-O słodka godzino!. Ale te wasze domysły. Naukowe. Dawniej to byliśmy my, nie jakieś jeszcze pte-ro zau-ry. Nawet tego słowa dobrze wypowiedzieć nie można.

-A czemu jakiegoś waszego tam pra wywalili z Finlandii?

- Pewnie go wywalili za obżarstwo. – Skwitował ze śmiechem Dominik.

- Za co? – Zdziwił się Maciuś

-No, wiesz. On miał ogromny apetyt. Pewnie im wszystko zjadł i grzecznie go poprosili, żeby gdzie indziej poszukał sobie nowego mieszkania. – Przymilnie z udawanym szerokim uśmiechem powiedziała Ala.

-Może tak, może nie? Nie wiem. Ale wiem, że tam już rzeczywiście nie było co jeść i poleciał w nowe miejsce. Zresztą tam było mu za zimno. O mało nie utopił się po drodze w morzu, bo był głodny i chciał złapać wieloryba. A on myk! pod wodę, a stryj chlup ! do wody. Mało się nie utopił.

- Szkoda. Szepnął jakiś chłopczyk. Przynajmniej w Krakowie mieliby spokój.

-Już przestań z tym Krakowem. Dinozaury wyginęły, bo podobno jakiś ogromny meteoryt spadł i było tak gorąco, że od razu wszystkie zdechły. Od takiego jednego wzięli coś tam i sklonowali jego. Kapujesz?

-Maciuś, a jak ty tak będziesz podróżował id o Bałtowa do Kórnika i do Chin, to za ile lat będziesz w Dalmacji?- Zmieniała temat Dominika.

-Muszę tam dolecieć przed zimą, Bo jakbym zimą leciał, to by mi skrzydełka zmarzły. I u was nie miałbym co jeść. Nie wiem czy zauważyliście, ale ja niechętnie jadam mięso. Wolę warzywa.

-A jak przyleciałeś, to i ko kurach mówiłeś, i marudziłeś, że jak krowy nie złapiesz to będziesz głodny i bociana mało co nie zjadłeś. Już nie wymawiaj się, bo nie uwierzymy. – Ripostował Dominik.

-Kto?

-Przecież, że nie ja.

-To Ali ojciec tak z tymi krowami wyleciał. Krowa ma rogi. To potężna broń.

- I ty się ich naprawdę boisz?

-Oj, nie męczcie mnie. Spać mi się chce. – Jęknął osaczony pytaniami Maciuś. Naprawdę było mu głupio przyznać się do tego, że od czasu do czasu lubi coś mięsnego podjeść.

-To kiedy lecisz do Bałtowa? – spytał prędko Marcinek, bo mama właśnie zawołała na kolację.

-Jutro z rana.