BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU-rozdział 10

  • Drukuj

 

 

(10)

 

OPOWIADANIE O PARKU JURAJSKIM        

Do Bałtowa poleciał sam. Wprawdzie dzieciaki miały ochotę pojechać na jego grzbiecie, ale mamy nie pozwoliły. Bały się, że dzieci spadną w czasie lotu, a Maciuś Skrzydlatek przez te kilka tygodni poznał się trochę na dzieciach i również zaprzeczył.

-Nie, moi drodzy. Już ja wiem, czym by się to skończyło. Najpierw po drodze ze trzy razy trzeba by stawać na odpoczynek, jest was spora garstka i musiałbym was wszystkich dźwigać. Co prawda jestem silny, ale bez przesady. Dookoła lotniska bym was jeszcze jako tako dźwigał, ale nie pół tysiąca kilometrów?

- To to jest aż tak daleko? –Dopytywały.

--Może niezupełnie, ale z taką czeredą na grzbiecie musiałbym lecieć bokami, żeby mnie jakiś patrol nie chwycił. Tata Ali mówił mi, że bez pasów bezpieczeństwa w samochodzie nie wolno nikogo wozić, a w powietrzu tym bardziej.

- To jak bokami? – Nie rozumiem. – Spytała Ala.

-Oprzytomnij. !- Wykrzyknął Maciuś. – Bokami, to znaczy gdzieś ponad polnymi drogami, nad łąkami, polami, żeby tylko nie nad głównymi drogami, gdzie pełno patroli, radarów i tras samolotowych. Sam jakoś bardziej wykręcę w bok, minę, zniżę lot, wzbiję się wyżej, a jak bym was wszystkich miał na grzbiecie, to bym nie miał precyzji lotu.

-To chociaż nas zabierz.- Prosili Dominik z Domicelą i Ala.-

Tylko we trójkę ukryjemy się między twoimi skrzydłami i będziemy się trzymać kudłów.

-Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Jak nie całą ulicę dzieciaków zabierać, to choć troje. Jak ja tam z wami wyląduję, to najpierw będzie: „pić”, potem „jeść”, potem „siusiu”, „loda”, potem wymyślicie, że wam się nudzi, placu zabaw się wam zachce i z mojej wycieczki nic nie wyjdzie. A ja muszę zobaczyć się z moimi kolegami, porozmawiać, popytać naukowców, bo nas już na świecie właściwie nie ma. Jeden – Trzy na cały świat i to wszystko. A że większość z nas nie umie się zachować, to zdarzają się niemiłe przygody jak temu waszemu, o którego mnie stale meczycie. I w ten sposób może być nas znów coraz mniej. Lecę sam i koniec. A wy najwyżej zorganizujcie dla mnie większą ilość jabłek, bo wrócę głodny jak wilk.- I poleciał. Wrócił późnym wieczorem od razu na nocleg i jabłka zjadł dopiero na śniadanie. Usnął ze zmęczenia ledwo wylądował. Nawet do hangaru nie zdążył wejść i zasnął w progu. W nocy była burza z oberwaniem chmury. Spał tak mocno, że go nie zbudziła. A rano był zdziwiony, że płynie wartkim strumieniem w nieznanym kierunku. Zatrzymało go dopiero na jakimś mostku. Woda wpłynęła pod mostek, a Maciuś się nie zmieścił. Wyrżnął łbem w cembrowinę mostu aż mu świeczki w oczach stanęły, podrapał się, roztarł łapą guza i wylazł czym prędzej z rowu, bo woda nachodziła i już zalewała drogę sporym jeziorkiem, a ludzie wrzeszczeli na niego, że jeśli sam nie wyjdzie, ściągną traktor z Kółka Rolniczego i go wywloką na pole, żeby nie przeszkadzał wodzie płynąć do Warty. A jak nie ma co robić, to biegiem nad rzekę, bo woda po ulewie niebezpiecznie wezbrała i trzeba kłaść na brzegu worki z piaskiem, bo inaczej może być powódź. Nie miał wyjścia. Przyłożył sobie mokry liść od kapusty na łepetynę, ale i tak mu spadł, bo nie miało go co trzymać. Ludzie poganiali go, bo wody przybywało, więc poczłapał nad rzekę. Cały dzień układał worki, wchodził tam, gdzie ludzie już nie mogli, bo była woda i niesamowite błocisko po kolana, frunął nad wodą i wyławiał połamane przez wiatr drzewa i rozbierał w ten sposób zatory, uratował szafę jednej pani z Mosiny niesioną przez wodę chyba aż do morza, za co dostał od tej pani tabliczkę czekolady, wyniósł z malusieńkiej wysepki otoczonej zewsząd wodą konia Pana Jana z Puszczykówka, a potem Koło Gospodyń Wiejskich przywiozło dla ludzi grochówkę z wkładką i kawę, a dla niego wannę kalafiorów od ogrodnika i miskę od mycia herbaty rumiankowej, żeby go po surowych kalafiorach nie wzdęło. Późną nocą wrócił do hangaru, ale że było mokro, poszedł stamtąd i poleciał do Poznania szukać noclegu. Położył się na Moście Rocha bo tam było sucho i zasnął. A skoro świt obudził go ostry dźwięk klaksonów samochodowych, które nie mogąc przejechać swobodnie utworzyły korek z jednej strony aż do Małych Garbar, a z drugiej strony do Rataj, czyli tak średnio pod dwa kilometry z każdej strony. Skrzydła miał złożone, więc ludzie nie mogli zgadnąć, co to jest i myśleli, ze hipopotam uciekł z ZOO. Zadzwonili do Zoologu, przyjechała stamtąd ekipa z klatką na przyczepie, oraz dźwigiem. Nim się zorientował, już był obwiązany i przy pomocy dźwigu umieszczony w klatce. Zawieźli go do ZOO i na drugi dzień rozpisały się wszystkie gazety o nieznanym zwierzaku. Skrzydlatek próbował rozmawiać i tłumaczyć się, ale nie rozumieli jego języka. Czuli, że mają dinozaura, ale mieli problem z tym, że one już wyginęły, wiec skąd by się wziął? Dopiero rodzice Ali kupili gazetę, przeczytali i pojechali do ZOO porozmawiać z dyrektorem. Pan dyrektor nie posiadał się z radości, że ma prawdziwego dinozaura, ale nie mieli klatki na dłuższy pobyt. Mieli dopiero zbudować. Na razie wprowadzili go do starej zardzewiałej klatki po orłach. Ale jak się w nocy zawziął, trzepnął skrzydłami raz i drugi, stara klatka się rozsypała i uciekł. Rano był z dziećmi, które bardzo się ucieszyły jego powrotem. Musiał opowiadać o wszystkim. – o powodzi, o transporcie do ZOO i o tym, że remont jego jamy się kończy i niedługo odleci do domu. Dzieciakom smutno się zrobiło z powodu tej wieści, bo już się przyzwyczaiły do niego. Wolałyby, żeby został, ale i wakacje się kończyły, jesień nadchodziła, a z nią wichry i deszcze, a po nich zima z mrozem i śniegiem, a Maciuś był zmarzlakiem, więc nie chciał się zgodzić. Zresztą cóż? Za remont trzeba było zapłacić, więc trudno nie zamieszkać w świeżo wyremontowanej jamie. Firanki z ponaszywanymi dziecięcymi gryzaczkami były już gotowe, a że ich zostawało, mama Domiceli i Dominika uszyła jeszcze makatę na ścianę ze starej kapy na łóżko. Makata była w kolorowe kwiatki na łące, podobna do firanek, żeby był komplet. Niektórzy zastanawiali się, po co te muzealne eksponaty-jak nazywali wyciamkane gryzaki. Ano, tak na pamiątkę przygody z dziećmi z Osiedla Bajkowego i tego pierwszego kolorowego gryzaczka, który tak mu się spodobał i po którym ( tu brała go niemiła czkawka) rozbolał go brzuch. Wiec ogólnie rzecz biorąc czasu miał mało. A tu jeszcze trzeba było polecieć do Kórnika i opowiedzieć dzieciom o podróży do Bałtowa. Usiedli wszyscy na kupie przeschniętej już, ale rozmytej przez ulewę ziemi i zaczęło się opowiadanie.

-Zaleciałem bez problemu. Tylko na samym końcu mi się pokręciło.

-Czemu? – Spytał chłopczyk, który niedawno był w tamtych okolicach na wakacjach.

-Bo pomyliłem dwie rzeki – Kamienną z Iłżanką. I zaleciałem do Iłży. Tam zwiedziłem ruiny takiego zamczyska na górze i wcale nie jestem pewien, czy nie odłożę sobie pieniędzy i nie kupię tych ruin.

- A tobie po co? – Wykrzyknęła Ala.

- Ach, nie strofuj mnie.- Mitygował się Maciuś. Nie byłoby wam miło, gdybym mieszkał dość blisko was? Mógłbym czasem odwiedzić was na przykład w którąś niedzielę.

- Po południu na kawę? – zaśmiała się z okna mama

bliźniaków.

- Na przykład. – Odpowiedział Maciuś wyciągnąwszy szyję jak gęś.

-A jak było dalej z tym lotem? – Ciekawił się chłopczyk.

-Obejrzałem ruiny, zajrzałem tu i tam, nawet już wiem, gdzie moja komnata będzie…

-Ale przecież jesteś zmarzlak, a u nas ostre zimy. – Przerwała jakaś dziewczynka.

--E, to już mniejszy problem. – Jak będzie dobra jaskinia to i piec się zbuduje.

- A opał? – Koksu nie dostaniesz tak sobie. Z nim i tata ma kłopot.

-Są tam lasy, a w nich drzewa i chrust. Dałbym sobie radę, tylko najpierw musiałbym zapracować na kupno.

-Nie filozofuj ! – Zgromił go chłopiec z ogromnym lizakiem w dłoni. –Lepiej gadaj, jak cie tam w Parku Jurajskim przywitali.

-Ale zanim tam doleciałem, musiałem o ten cały Bałtów pytać ludzi.

-I co?

- Nie przerywaj.- Zgromił Dominik Domicelę. Mów dalej, Maciusiu.

-Ano kazali mi lecieć najlepiej nad drogą na Sandomierz żeby nie zabłądzić i w Szczekarzowicach skręcić w prawo. I wszystko byłoby dobrze, tylko że Szczekarzowic nigdzie nie było.

- A patrzyłeś dobrze? – Pytał chłopczyk z lizakiem.

- Jasne! Koło każdego znaku zniżałem lot i czytałem.-Ale u nas jest napisane po polsku, a nie po chorwacku? Jak sobie dawałeś radę?- Dziwiła się Ala.

- Tyle już umiem. Doleciałem aż do Ożarowa. Dopiero w cementowni powiedzieli mi gdzie trzeba lecieć, i ze Szczekarzowice wcale nie są Szczekarzowicami, tylko Czekarzewicami, tylko ludzie nazwali Czekarzewice Szczekarzowicami i tak zostało. Oni wiedzą co i jak. Ale ja? Skąd miałem wiedzieć? Zaleciałem z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. Ale doleciałem. Napiłem się wody z Kamiennej i poszedłem zwiedzać. I wiecie co? Ze wszystkich stron obstąpili mnie ludzie. Oglądali, dotykali ze wszystkich stron, nawet w zęby mi zaglądali, bo chcieli zobaczyć ile mam lat. Z początku myśleli, ze jestem chodzącą maszyną w kształcie dinozaura, ale jak dotykali, to się przekonali, że jestem żywy. Zrobiło się zbiegowisko takie wielkie, że nie mogłem ruszyć ani nogą ani ogonem. Dzieci chciały zobaczyć, czy umiem jeść i karmiły mnie trawą. Przyszli naukowcy i znów było oglądanie, zaglądanie w zęby, oglądanie pazurów, mierzenie, ważenie, robienie zdjęć z przodu, z tyłu, z prawego boku, z lewego, z uśmiechem i bez, a to z takim dinozaurem, a to z takim, mówię wam! Popularny byłem, że hej! Powiedzieli, że o mnie w Gazecie Świętokrzyskiej napiszą.

- I co stwierdzili tym oglądaniem?

- Uuuu! – Rozryczał się Skrzydlatek.- Powiedzieli, że jestem najzwyklejszym przetrwałym dinozaurem, a nie żadnym produktem z klonowania, a przecież moja mama nazywa się inkubatorem. Ale oni nie wierzą i mówili, że muszą zbadać skąd u mnie skrzydła, bo dotąd żadnego skrzydlatego nie znaleźli. Ohyda! Żeby mnie na jakieś tam ich badania brać! Przez całe wieki ludzie się nad tym nie zastanawiali, w bajkach o nas pisali, a teraz jakieś dziwne gatunki dinozaurów wymyślili! Jestem zrozpaczony… Uuuu! Ach! Jak ja zniosę tą hańbę?

-A jak mówią na ciebie w Dalmacji?

-Wcale nie mówią, bo moje mieszkanie jest w najwyższych górach, gdzie ludzie nie dochodzą, wiec mało mnie widzą.

-Ale mówisz, że mało cię widzą, a to znaczy, że trochę widzą?

-Ale to ci nad morzem z wiosek. Dają mi czasem coś do schrupania, czasem pomagam im w ciężkich pracach. I tak zarabiam na życie.

-To ty nie podkradasz jak w bajkach?

-Niech bym tylko coś ukradł! Już bym tam życia nie miał. Z wiatrówki by do mnie celowali. Musiałbym uciekać.

-To może ukradłeś coś, że przyleciałeś do nas tylko tak gadasz o remoncie?- Spytał podejrzliwie Dominik.

-UUU! – Rozryczał się Maciuś tak głośno, ze wszyscy ludzie wybiegli z domów. UUU!- Ryczał. –UUU! – Za złodzieja manie mają! UUU!

- No dobrze już dobrze, gości się szanuje. Wierzymy ci, że nie ukradłeś.

-To się rozumie. – Przestał ryczeć. Nic nie ukradłem. Nic! NAPRAWDĘ NIC!

-Wierzymy ci, wierzymy. – Udobruchał go chłopiec z patyczkiem od lizaka, bo lizaka już nie było. Na drugi dzień Maciuś miał lecieć do Kórnika oglądać byłe dobra pra-pra ciotki. Pożegnał się i wrócił do hangaru. Dzieciaki też wracały do domu.

-A ja bym wcale nie była taka pewna, że on nigdy nic nie ukradł. – Powiedziała półgłosem Ala do bliźniaków – Dominika i Domiceli, stając przy ich furtce.

-Bo jak do nas przyleciał, tato zabronił mu wyjadać krów z pastwiska, a on się zmartwił, że „co będzie jadł?”.

-Nie słyszałam, żeby ludzie skarżyli na niego.- Szepnęła Domicela- Pewnie się nawrócił.

-A tak, tak. Nawróci się z powrotem do Dalmacji. Lata nie wiadomo gdzie, je więcej niż krowa na jeden raz, już ja wierzę w jego nawrócenie! Z pieca na łeb! – Pokiwał głową Dominik.- Oj, baby, baby!