Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU -rozdział 11

 

 

(11)

NA WŁOŚCIACH PRZODKINI                    

Z wyprawą do Kórnika było gorzej jak w Góry Świętokrzyskie. Niby to tylko kawałek drogi, ale znów leciał nad drogą, żeby nie pomylić kierunku. Tato Ali wytłumaczył mu dość prosto. Polecisz nad Wartą do Mosiny, a w Mosinie przy drodze stoi drogowskaz na Kórnik. Albo jeszcze inaczej. Jak Zobaczysz Czapury, to znajdź rzeczkę, która wpada do Warty. Leć wzdłuż niej aż do jezior, potem nad nimi prosto do Kórnika. Powtórzył mu to z pięć razy, a on niby zrozumiał. Powiedział, że bez problemu da radę i poleciał. Na ogonie zawiązał kokardę, żeby lepiej się w Kórniku zaprezentować, ale zniżył na chwilę lot nad Laskiem Marcelińskim żeby coś zobaczyć i zawadził kokardą o czubek drzewa. Zaczął się szarpać, drzewo nie puszczało, więc latał dookoła drzewa, w nadziei, że może jakoś się urwie. Kokarda się odwiązała, lecz zasupłała i dodatkowo wplątała w gałęzie. Nie wiedząc jak sobie poradzić, latał wokoło drzewa i w ten sposób kokarda robiła się coraz krótsza, aż nareszcie niemal go unieruchomiła. Machał skrzydłami w powietrzu, żeby nie spaść, ale właśnie nisko nad nim przeleciał helikopter policyjny. Biedny Maciuś wpatrzył się w niego miłosiernym wzrokiem i próbował nadać coś w stylu SOS, ale musiał osłonić łeb łapami, bo pęd powietrza rozwiał mu prapióra na pysku, które zaczęły go gwałtownie łaskotać w nos. Osłanianie nic nie dało. Psiknął raz i drugi, zachwiał drzewem i w ten sposób zawisł na nim. Obciążone drzewo pochyliło się i złamało, a Maciuś spadł na ziemię. Było to miejsce bagniste koło stawu i obrośnięte krzakami, w których miała gniazdo z dzika świnia z prosiętami. Skoczyła na ratunek prosiaczkom i poczęstowała napastnika szablami poniżej ogona raz i drugi. Ryknął jak boeing, świnia i prosiaczki wystraszyły się nie na żarty i z kwikiem uciekły. Helikopter zawrócił, obleciał ze dwa razy miejsce wypadku i zawiadomił straż pożarną z lotniska. Przylecieli helikopterem bojowym, zeszli po drabince i odcięli nożyczkami wstążkę od gałęzi. Był wolny, ale zraniony. Powlókł się do stawu zrobić nasiadówkę i obmyć rankę. W chłodnej wodzie szybko przestało go boleć, zerwał się i poleciał do Kórnika, lecz wskutek tej przygody zapomniał na śmierć jak powinien lecieć i skierował się nie na Wartę, w Luboniu, ale poleciał kawał dalej do Szreniawy na wszelki wypadek omijając wszystkie wyższe drzewa. Zobaczył z góry skansen i myślał, że to już Kórnik. Może by się nie pomylił, ale tam stała taka wielka lokomobila i myślał, że co jak co, ale to na pewno samochód jego historycznej ciotki. Nie wpadło mu go głowy, że w czasie gdy ona żyła, nikt jeszcze nie myślał o produkcji samochodów. Obszedł lokomobilę dookoła, pospacerował po parku, wsadził nos do hali, gdzie była wystawa, ale że zmieścić się w drzwiach nie mógł, musiał obejrzeć tylko wystawę na dworze. Ludzie omijali go z daleka nie wiedząc co to za dziwadło. Nie mieli ochoty na jego towarzystwo, a to pewnie dlatego, że wskutek zadanej ranki pupa mu napuchła i nie wyglądał ładnie. Wreszcie ktoś się zlitował i kazał mu lecieć do najbliższego weterynarza, żeby mu ranę zszył. Nie miał czym zapłacić, ale wyboru też nie miał. Dobrze, że weterynarz miał dobre serce. Po godzince leciał dalej z opatrunkiem przymocowanym ogromnym plastrem. Lekarz kazał lecieć do Stęszewa, a stamtąd prostą drogą do Mosiny i dalej do Kórnika. Tylko że w Mosinie drogi rozchodzą się w kilku kierunkach, pomyliło mu się i poleciał do wsi Baranowo, apotem nad Żabno i Grzybno, bo te nazwy mu się spodobały. Wreszcie zobaczył Wartę i przypomniało mu się, że nad Wartą miał lecieć, więc poleci, a że leci już długo, to pewnie zaraz będzie ta rzeczka nad którą miał skręcić w lewo, lecz rzeczki -Głuszynki nie było i nie było, bo przez to swoje błądzenie przeleciał dawno Czapury, a ponadto widząc rzekę nie wiedział, w którą stronę trzeba polecieć – pod prąd czy prądem. Wybrał dobry kierunek, ale małej rzeczki nijak nie widział. Wreszcie zobaczył i ruszył wzdłuż jej koryta. Rzeczka z dość szerokiej zrobiła się węższa, rozgałęziała się, nie wiedział, którą odnogę wybrać, aż wybrał… Leciał, leciał, a Kórnika jak nie było, tak nie było. Popołudnie już zawitało i zgłodniał potężnie. Na małej łące pasły się trzy krowy i cztery owce, a obok na polu rolnik grabił zielonkę. Maciuś oblizał się i pomyślał, że wyląduje i o trochę zielonki poprosi, ale gdy zniżył lot i już był o krok od lądowania, krowy się go wystraszyły i zegziły. Tylko zamiast uciekać do domu, pobiegły w stronę przeciwną przez przerzuconą nad wąziutką rzeczką kładkę. Była to Struga Średzka W Strudze pełnej wody rosły trzciny, bo nikt dawno nie czyścił koryta, za rzeczką było pegeerowskie pole, a na nim buraki. Krowy pędem wbiegły na tą kładkę, a owce bystrzejsze schowały się pod wóz. Ostatnia krowa niechcący kopytem strąciła kładkę. Przyprowadzenie ich z powrotem stało się problemem, bo najbliższy mostek był w sąsiedniej wsi, o jakie trzy kilometry. Dojście tam przez łąki było trudne, co kawałek rowy, nierówności, a krowy za rzeczką weszły w pegeerowskie buraki i jadły spokojnie. Maciuś nie myślał nic złego, bowiem nie miał zielonego pojęcia o całej bardzo niezręcznej dla rolnika sytuacji, więc spokojnie wylądował na łące i człapie ku gospodarzowi. A ten niewiele myśląc grabie w rękę i dawaj go gonić! Bał się, że mu krowy albo owce wyłapie. Biedny głodny i niefortunny podróżnik zerwał się i uciekł. O zielonce nie było co marzyć. Leciał niedaleko, patrzy, stoją dwa domy, jest sad, a pod drzewami owoce – jabłka i gruszki. Osiadł i z głodu zjadł wszystkie spady-dobre i zgniłe. Może byłby poczęstował się i tymi, co na drzewie rosły, ale zobaczyły go psy – biała w jasnobrązowe łaty Baja i mniejszy biały w czarne łaty Azorek. A już z łańcucha rwał się ogromny zły Nero i czarny, mocny jak koń, ciągnący budę za sobą Moła – okaz wszelkiej złośliwości. Jak gad tą czeredę zobaczył, zapomniał o gruszkach na drzewie, zerwał się poleciał tak szybko, że nawet nie zauważył jak przeleciał nad pociągiem pośpiesznym do Katowic i drugim – towarowym jadącym ze Śląska do Gdyni z ładunkiem węgla. Przeleciał nad samotnym gospodarstwem i kury się go wystraszyły. Gospodarz pogroził mu batem. Ale on tego nie widział tylko pędził przed siebie. I znów był jakiś las i drzewa. Bał się tam lądować wiec poleciał nad jezioro, a za jeziorem był kolejny las. Nie wiedział co robić. Gdzie wreszcie ten Kórnik? Gdyby miał więcej oleju w głowie, zauważyłby, że właśnie przeleciał nad parkiem i zamkiem kórnickim, a jezioro, przy którym wylądował, to Jezioro Kórnickie. Ale on nie wiedział. Nie poznał. Był już bardzo zmęczony. Znalazł miejsce nad jeziorem i zasnął. Rano zbudził go krzyk koguta, a że głodny był jak wilk, poleciał w tą stronę, skąd krzyk dolatywał.

-A mam cię! Będę miał śniadanie! – Zawołał i cap! gębą metalowego kogucika na kórnickim ratuszu. A ludzie stoją na Rynku i się śmieją.

-Oj, dinozaury, dinozaury! Macie mózg wielkości orzecha to i rozumku w nich niewiele.-

A dinozaurzysko postawiło krótkie nogi na kórnickich kocich łbach. Obok na ławce siedziała jakaś babcinka obwieszona od góry do dołu różnymi świecidełkami. Zainteresowali się sobą wspólnie – on nią a ona nim. Dogadali i za chwile obydwoje pozowali do zdjęć wraz z wycieczkowiczami. Dorobili sobie pozowaniem – ona do renty a on na śniadanie, które zjadł na podwórku koło restauracji zwanej Białą Damą. Zaprzyjaźnił się z babcinką. Pokazała mu park i zamek. Ażeby tradycji stało się zadość, kazała mu siąść na takim dziwnym korzeniu wyrastającym z błotnistej łąki w środku parku. Wytłumaczyła mu, że jeśli cierpliwie posiedzi, być może wysiedzi sobie szczęście albo dobą żonę. Trafi mu się przystojna z jego rodu dziewczyna i będzie wesele. Więc siedział cierpliwie do popołudnia i wstał dopiero wtedy, gdy sobie od wąskiego korzenia dobrze siedzenie odcisnął, choć i tak przesiadał się z jednego korzenia na drugi, wygodniejszy, szerszy, czasem siedział na dwóch korzeniach naraz. Ciekawy był, co to za drzewo, gdyż w górach Dalmacji takiego nie widział. Dobrze, że przechodziła tamtędy wycieczka z przewodnikiem i właśnie ów przewodnik tłumaczył dzieciom, iż to jest cypryśnik błotny i oddycha wystającymi z ziemi korzeniami. Maciuś był trochę rozczarowany, bo myślał, że to są specjalne gniazdka do wysiadywania szczęścia, a babcinka przecież o szczęściu mówiła. Mimo to przyglądał się drzewu z zachwytem. Takie ogromne, rozłożyste, piękny cień dawało, lecz gdy wstał, czuł się jak po katordze. Korzenie były zbyt niskie jak na jego wzrost, na pośladku miał szwy, więc stał trzymając się łapą za pupę, a łeb przekrzywiał w jedną i druga stronę, uśmiechał do drzewa i krzywił gębę z bólu na przemian. Wypadło mu jednak zdobyć się na ogromny wysiłek i zrobić jak najlepszą minę do złej gry, bo wycieczka zażyczyła sobie z nim zdjęcie. Więc trochę podparł się ogonem, trochę podskoczył, do zdjęcia ustawił, skrzydła rozłożył, bo źle stanął i się zachwiał akurat w momencie, gdy fotograf naciskał migawkę. Wyszło, jakby skrzydłami niczym parasolem wszystkie dzieci osłaniał od słońca. Obiecali, że przyślą mu odbitkę do Dalmacji jeśli poda adres. Podał do znajomego straganiarza w Sucuraju, bo do jego grajdołka żaden listonosz nie docierał. Potem poleciał na spóźniony obiad. Obgryzł liście dzikiego rabarbaru i je zjadł razem z winniczkami, których na liściach było pełno, oblizał pysk myśląc o sjeście, a chcąc odpocząć na ławeczce pod platanem złamał ją, nim jeszcze dobrze zdążył się rozeprzeć, wypił pół wody z fosy, a potem rozłożył się na trawniku i zasnął. Śniła mu się pra pra ciotka i wszystko mu opowiedziała. Mówiła o tym, jak zalecieli do Kórnika, bo im się droga do Swarzędza pomyliła, jak pracowali i rozsławili Kórnik, bo dzięki ich pracy i pomysłowości mieszkańców miasto dobrze się rozwijało i prosiła go, żeby zawsze był bardzo pracowity i dobrze żył z ludźmi, nie kradł im zwierząt i najbardziej lubił szpinak. A w ogóle pochwaliła pomysł zamieszkania w ruinach zamku iłżeckiego, ale na kupno musi uczciwie zapracować. Powiedziała i znikła. Obudził się. Przetarł oczy. Noc głęboka, księżyc świeci, w parku ciemno choć oko wykol, a tu na ścieżce słychać tętent koński. Patrzy, Biała Dama jedzie dostojnym cwałem wierzchowca wśród parkowych ścieżek. Słyszał o niej i ciarki go przeszły. To jednak prawda z tą Białą Damą? Przejechała, pomachała mu ręką, pojechała. Zegar na wieży wybił pierwszą po północy. Ale on do rana nie zasnął. Leżał, patrzył w gwiazdy i myślał. Zastanawiał się, jak i gdzie zapracuje na te ruiny. W Chorwacji bezrobocie. Do rwania winogron nie pójdzie, bo nim się zastanowi, wszystkie zje. Jeszcze mu każą za nie zapłacić. To może jak przodkowa, która mu się przedstawiła jako Sabinka będzie orał pole i pługi ciągnął? Niezły pomysł na przyszłość. Wie już wszystko o cioci Sabince i jej dzieciach. Opowiedziała mu o wszystkich dinozaurowych ciotkach i wujkach. I kazała nazywać siebie ciocią dinozaurowi albo, co wolała ciocią Sabinką. Pokazała mu miejsce swojej jaskini. Pozwoliła pobawić się w archeologa i odkopać ją. Tam ukryła swoje skarby. Może wszystkie zabrać. Więc kopał od rana do wieczora. Wykopał. Znalazł korale Sabinki i jej mamy, pierścionki i kolorowy kapelusz na niedzielę. Ale kapelusz był damski. Znana mu z Rynku babcinka obiecała, że przywróci mu dawną świetność i dostosuje do mody. Reszta – to były gliniane skorupki po naczyniach. Niewiele tego, ale zawsze jakaś pamiątka. Ktoś zawiadomił archeologów z półwyspu Szyja. Przyjechali tak szybko jak mogli. Pytali. Skąd jest, po co przyleciał, nagrywali na taśmy magnetofonowe i MP3 –ki, robili mu zdjęcia, przymierzyli ów zdezolowany kapelusz i korale, które wymagały renowacji, a że był głodny, załatwili mu świetny rosołek od gotowania kaszanek z pobliskiej masarni. Wypił całą kadź. I nic mu nie było, choć rosół był niesamowicie tłusty. Przyszli redaktorzy z miejscowej gazety, z Biblioteki, podziwiali, życzyli wszystkiego dobrego, dziękowali za niespodziewane odwiedziny i opowiadali, co jeszcze kto o jego pra-pra praciotce i jej rodzinie wiedział. Ale wiadomości już nie różniły się od tego, co mu ona sama opowiedziała w nocy. Tylko ktoś z biblioteki przyniósł do pokazania obraz pani Elżbiety, którą wyswatano swarzędzaninowi. Śliczna dama zachwyciła Maciusia. Było już dobrze po południu, gdy wyprowadzili go ku drodze do Poznania, pokazali, doradzili lecieć prościutko nad drogą i nigdzie nie zbaczać, póki nie wyląduje w Poznaniu. A tam już musi sobie sam poszukać lotniska. Byłby trafił bez problemu, gdyby nie samolot sportowy, który leciał na lotnisko Aeroklubu. Nie chcąc błądzić, poleciał za nim. A samolot leciał zamiast do portu lotniczego, to na malutkie lotnisko Aeroklubu z drugiej strony miasta. Samolot na ziemię, to i on. Stanął, patrzy, a tu obok pędzi hucząca żmija. Z drugiej i trzeciej strony też. Przyczaił się za hangarem. Czeka. Przeleciały, poleciały gdzieś w świat. Wyszedł zza hangaru i poszedł zobaczyć to też to takiego mogło być? Ale nie było nic oprócz błyszczących wstążek. Chciał obejrzeć je dokładnie, próbuje podnieść, ciężka. Pociągnął mocniej. Oderwała się razem z kawałkiem belki. A tu piloci z lotniska krzyczą, że jakieś nieznane zwierzę tor kolejowy rozbiera. Dopiero zaczął się szum! Telefony, policja, na wszelki wypadek straż pożarna i pociąg naprawczy z dźwigami. Zobaczył, że niewesoło i uciekł za las nad malutką rzeczkę i znalazł…pół zasypaną jamę po Przodku Swarzędzkim. Chodził dookoła, oglądał, szukał, ale nikt nic nie wiedział. Nikt nic o takim dziwadle nawet nie słyszał. Siedzi zrezygnowany nad Cybiną, plecami o jamę oparty, myśli. Na płacz mu się zbiera. A tu jedzie na rowerze jakaś pani. Ciężko jej, naciska pedały z całych sił. Wiezie w siatkach i koszykach masę ziół. Zobaczyła nieboraka, zlitowała się. Spytała o powód troski. Wysłuchała długiego opowiadania, wypytywała, doradzała, opowiedziała że był tu taki i to pewnie nie sam jeden, bo naokoło są złoża gazu ziemnego, pokazała wszystkie miejsca, w których za jego życia coś się działo i na pożegnanie dała bajeczki o tym prapradziadku czy praprawujku. Swarzędzkim i o jego prapraciotce Sabince, której postać stworzyła dla bajki i powiedziała, ze te wszystkie historie o okolicznych dinozaurach ona ułożyła. Obiecała, że napisze i o nim, bo w tych stronach nie znaleziono żadnych szkieletów dinozaurów. Szkoda, że nikomu nie przyszło na myśl, że przecież musiały być, skoro znaleziono niedaleko również trochę ropy naftowej. A potem pokazała kierunek prościusieńko do portu lotniczego w Poznaniu. Poleciał i nareszcie trafił do swojego hangaru. A rankiem opowiedział dzieciakom przygody ostatnich trzech dni.