Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU -rozdział 12

 

 

(12)

 

NIEFORTUNNA NOC  

Siedzą wszyscy na kupie ziemi i rozmawiają o tym i o owym.

A tu biegnie Romek na pulchniutkich nóżkach i woła, że tato właśnie wyjeżdża, a mama boi się nocy bez taty, bo a nuż pojawi się jakiś nieproszony gość, jakiś złodziej albo ktoś jeszcze?

-A jaki ktoś? – Pytają dzieci.

-Nie wiem, w każdym razie mama się boi i prosi cię Skrzydlatku, żebyś w nocy domu pilnował.- A kiedy tata wraca?

-Podobno za trzy dni. Na delegację pojechał. – Powiedział Romek i kiwnął dłonią wyjeżdżającemu właśnie z podwórka ojcu. Tato ostrożnie wyjechał z wjazdu na drogę, skręcił kierownicą, a potem powoli oddalał się ku początkowi ulicy. Po chwili zniknął za zakrętem.

-Przecież macie psa. Nie wystarczy? – Spytał Maciuś niezbyt zadowolony z powodu wizji, jaką przed nim roztaczał Romek. Domu pilnować jak pospolity kundel?

-Mamy, ale to piesek do zabawy, nie umie bronić domu przed złymi ludźmi.

-Masz ci los! – Zawołał przyszły stróż.- Robiliśmy w historii różne rzeczy, ale siedzib ludzkich nie pilnowaliśmy. Co za to będę miał?-

-Nie wiem. Mama nie mówiła, tylko prosiła, żebyś został.

-To idź pogadaj.- Chłopiec pobiegł i po chwili wrócił z pytaniem od mamy, czy koniecznie musi być zapłata. Ostatecznie Maciuś zgodził się siedzieć w nocy koło ich domu za wszystkie skórki od pomarańcz, które mama moczyła w wodzie, żeby je usmażyć w cukrze. A na dodatek musi dostać wszystkie grzyby niejadalne, bo jemu żaden nie zaszkodzi, które rosną w pobliżu osiedla w Lasku Marcelińskim. Mamie ciarki przeszły po plecach na samą myśl, że miałaby chodzić po lesie, skoro w domu być się bała. Romek biegał tam i z powrotem od mamy do Maciusia i z powrotem przenosząc wiadomości i ustalenia, gdyż mama nie umiała rozmawiać z prehistorycznym stworem. Ostatecznie stanęło na tym, że gdy ona z synkiem będą grzybki zbierać, on pospaceruje po leśnej dróżce i popilnuje, żeby się ktoś niemiły nie pojawił. Ale gdy znajdą jakieś jadalne, mogą zabrać do domu i ugotować sobie obiad. Mama miała jeszcze jedną obawę, że zimą tatuś miał wyjeżdżać znów i to na długo, ale Maciuś zdecydowanie odmówił. Jak to? W Dalmacji czeka ogrzewana komnatka zrobiona z pięknej jaskini, a on tu będzie leżał na mrozie i śniegu całe dnie i noce i pilnował domu? Nie. Na to się zgodzić nie może i poradził kupić ostrego psa. Te dwa – trzy razy może się zgodzić, bo jeszcze jest lato, ale zimą? Cóż? Mama Romka nie miała nawet garażu, żeby go tam umieścić. I musiałaby go karmić. A czym, skoro on zjadał na jeden raz wannę warzyw? Zimą trudno latać na giełdę ogrodniczą, żeby szukać odrzuconych warzyw i owoców. A jak mróz przychwyci ostro, to ludziom ręce i nogi marzną, a on oprócz lekkiego upierzenia nie ma nic, ani butów, ani szalika na szyję, ani nawet serdaka. Nie mówiąc już o rękawiczkach, no bo na co miałby je założyć? Na skrzydła? Nie sądził, żeby mu to pomogło w lataniu. Teraz to jeszcze, ale on musi już myśleć o powrocie. I tak mu się pobyt przedłużył. Opowiedział dzieciom o Kórniku i o zielarce, która obiecała napisać o nim bajkę, a potem przyszła noc. Położył się tak, żeby złodziej w razie czego widział, że domu ktoś pilnuje. Późnym wieczorem przyszła burza z wichrem i z piorunami. Zmókł i zmarzł jak nieszczęście, więc Romkowa mama musiała mu dawać gorącą herbatę przez okno w misce do mycia. Burza odeszła kawałek, ale po pewnym czasie zawróciła i krążyła wokoło. U nich już nie padało, ale piorun trzepnął w niedaleki transformator i zapanowała ciemność, bo popaliło przewody. Maciuś zły na siebie, że podjął się niewdzięcznej funkcji rozłożył się jak długi na mokrej ziemi, położył łeb na łapach i próbował się zdrzemnąć. Pewnie byłby usnął, ale właśnie przez Romka ogródek na ukos, gdyż u nich płotu jeszcze nie było, wędrowała gromada młodzieńców po wesołym wieczorze, nie bacząc, że niszczą truskawki, które mama dla Romka hodowała. Chłopcy prowadzili ze sobą ogromnego wilczura, który wszędzie z nimi chodził. Gdyby na ulicy świeciły lampy, może obyłoby się bez awantury. Zobaczyliby przeszkodę na swojej drodze i ominęli. Ale w oczach im się dwoiło, ciemno było choć oko wykol, więc weszli wraz z psem wprost na wyciągnięty Maciusiowy ogon. Zahaczyli nogami i runęli każdy inaczej – jeden poleciał jak stał do przodu i runął wprost na klapę od szamba wywołując łomot, drugi na niego, trzeci zahaczył nogami o wierzgające w powietrzu nogi tamtych dwóch, nieopatrznie uderzył psa, który nie wiedząc z której strony oberwał, z głośnym ujadaniem złapał zębami Maciusiową łapę. Reszta chłopaków z wrzaskiem padała jak popadło. Wrzask, harmider, ujadanie psa i ryk przerażonego dinozaura rozległy się w jednej chwili. Młodzieńcy nie mieli pojęcia co się stało, dlaczego upadli, a zresztą nie mieli czasu tym myśleć, bo padając potłukli się nieco wzajemnie, a Skrzydlatek wściekł się nie na żarty i zamachał skrzydłami, co spowodowało wiatr, jakby nagle nie burza, ale tajfun przyszedł. Błyskawice powracającej burzy rozjaśniły niebo raz i drugi, chłopcy zobaczyli co było powodem wywrotki, a znając łagodność Maciusia byliby może sprawę zignorowali i poszli, ale on wcale nie poczuł się w tej chwili łagodny i pokazał co umie. Zaryczał tak, że aż się wszystkie domy na całym osiedlu trzęsły, aż ludzie ze strachu pozamykali okna. Błyskał groźnymi zębiskami, które świetle błyskawic były jeszcze groźniejsze. Wśród zawianych chłopaków powstał niesamowity popłoch. Pies zawył i uciekł nie wiadomo gdzie, a oni zerwali się na równe nogi trzeźwiejąc w jednej chwili i uciekli. Mama Romka myślała, że to napad złodziei i gratulowała sobie słusznie podjętej decyzji zatrudnienia stróża, Dominik z siostrzyczką wyjrzeli przez okno, ale szybko uciekli z powrotem do łóżek nie wiedząc o co chodzi, a dorośli zainteresowali się słupem ognia niewiadomo skąd, bo właśnie w tej chwili piorun uderzył w pozostawioną przez traktorzystę beczkę z resztkami oleju i słup ognia wzniósł się na kilka metrów wysoko. Od beczki zapaliła się druga beczka a od niej, bo już była blisko kupa chrustu i starych szmat w Maciusiowej norze. Zbiegła się gromada gapiów. Chłopacy siedzieli po przeciwnej stronie drogi za kupą ziemi nie śmiąc się ruszyć, każdego coś bolało po niefortunnym upadku, jednemu z kieszeni wypadł podobno dziwny twór, który po południu wyniósł cichcem z laboratorium i pofrunęło to nie wiadomo gdzie, więc był dodatkowo wściekły na siebie, bo musiał to koniecznie odnaleźć, a deszcz znów zaczął padać, straż pożarna z lotniska jechała żeby ugasić płomień z podpalonej przez piorun beczki, A on łypał groźnym wzrokiem w kierunku winowajców, których widział za kupą ziemi, bo jego łeb był wysoko, a ogień i błyskawice rozjaśniały mrok, przy tym gapie stwierdzili, że trzeba uciekać bo sprawa ma się niewesoło. Na dodatek chrust w norze już spłonął co niezwykle rozgniewało jej właściciela i postanowił pogonić kota winowajcom. Ruszył pędem w ich stronę z groźnym rykiem. Chłopcy widząc, że nie przelewki uciekali przez ploty, ogródki i każdy w inną stronę, gdzie którego oczy niosły. Tylko zapomnieli, że Maciuś jest wielki i choć miał krótkie nogi, to i tak były wyższe od płotów, toteż po krótkiej pogoni przyniósł w zębach tego, który ukradł coś z laboratorium. Przyjechała na syrenie straż pożarna, służba ochrony pogranicza, bo innej policji na lotnisku akurat nie było, a do ugryzionego Maciusia lekarz z ZOO. Chłopiec ze strachu się nie chciał się przyznać do kradzieży, pozostałych ludzie też wypatrzyli i pokazali strażnikom. Straż pożarna ugasiła ogień jednym porządnym strumieniem z sikawki i dobrze zlała na wszelki wypadek pakamerę Pana Majera bo to było blisko, weterynarz w świetle błyskawic i reflektorów samochodowych opatrywał Maciusia. Przy czym zajrzał mu do gardła, bo podczas gdy paliło się wyposażenie nory, jej właściciel ujrzawszy stratę tak ryczał z rozpaczy, że nawdychał się gorącego powietrza, a potem ryczał jeszcze z opisanej już złości i na dodatek przecież dźwigał w zębach łobuza, więc teraz piekło go i drapało w gardle i wszystkie zęby go bolały. Mama bliźniaków dała mu z lodówki lodu do ssania, lecz weterynarz i tak stwierdził, że Maciuś musi lecieć do ZOO i zostać parę dni aż do wyleczenia. Chłopcy dostali burę za nocne hałasy i nieposzanowanie czyjegoś ogródka tym bardziej, że jeden z nich – ten który mieszkał na pięterku u Dominika i Domiceli podczas ucieczki przez czyjeś ogródki wpadł w ogromny krzew cukrowej róży o ostrych i haczykowatych kolcach i tak się wplątał, ze strażacy musieli ściąć pół krzewu, żeby go wyplątać. Ubranie podarł doszczętnie i pokłuł się mocno. A na dodatek właściciel ogródka zażądał odszkodowania za stratę., Maciuś za pomoc w łapaniu chuliganów dostał nagrodę w postaci odznaki straży ogniowej i drugą od policjantów, którą dumnie przypięli mu klamerką od bielizny do ucha, ukradziony kawałek nieznanego nikomu preparatu z laboratorium trzeba było koniecznie znaleźć i odnieść kierownikowi zakładu choćby się na głowach mieli postawić. Więc szukali przez trzy dni wszędzie: w ogródku, na schodach, na ścianach, zajrzeli na dachy, a nawet w domach na firankach i za nimi szukali. Nie znaleźli. Najgorsze w tym było to, że tak naprawdę nie wiedzieli, czego mają szukać, bo mówili, że to coś zmienia kolor i konsystencję. Wystraszonego psa szukali jeszcze tydzień. Nie było mu źle przez ten czas, bo ktoś go zaprowadził do schroniska, ale oni po całej awanturze nie śmieli rozwiesić ogłoszeń bo i tak całe osiedle o nich gadało. Przez dwie pozostałe noce nikt Romkowego domu nie pilnował i nic się nie stało. Ale Maciusiowi opóźnił się wylot.