Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU- rozdział 13

 

 

(13)

LECZENIE                    

Leczenie w ZOO trwało półtora tygodnia. Przez ten czas nie mógł nic jeść, tylko kucharz gotował dla niego polewkę i różne zupki mleczne bez klusek, do picia, wiec głodniejszy był niż wilk i wył aż go słychać było chyba w Napachaniu. Nawet trawy skubnąć nie mógł, bo go bolały zęby i zły był na siebie, że zgodził się na nocne pilnowanie domu. Weterynarz co dzień rano i wieczorem smarował mu pysk lekarstwami, a na dodatek kazał nauczyć się płukać gardło. Pogryzioną łapę trzeba było zszyć i zabandażować. Nareszcie wszystko przeszło i mógł wracać, ale jego zęby były też nadwątlone. Czekało go wiele wizyt u pani dentystki. Tylko jej fotel był za mały, żeby mógł w nim usiąść, a nawet do gabinetu by się nie wcisnął. Musiał wstawiać łeb przez okno, pani dentystka przysuwała wiertarkę i reperowała ząb po zębie, bo niektóre zęby się nadłamały, ale i tak dobrze się stało, bo w kilku były dziury i wkrótce te z próchnicą mogły go zaboleć. Było z tym sporo kłopotu. Zęby jego były wielkie jak ćwierć nogi od krzesła, wiertełko malutkie jak dla ludzi, dziury okazywały się wielkie tak, że brakowało lekarstw do ich zaplombowania, więc weterynarz musiał zamówić w fabryce specjalną wiertarkę i wiertła, oraz pół samochodu lekarstw dentystycznych, żeby starczyło na naprawę Maciusiowych zębów. Podróż do Dalmacji się odwlekała. Ludzie w najlepsze kopali ziemniaki, palili ogniska na polach, a w powietrzu rozchodziły się smakowite zapachy pieczonych kartofli. A on na końcu prawie każdej wizyty u pani dentystki dowiadywał się, że ma jakiś czas nie jeść i nie pić – a to pól godziny, a to godzinę, a to dwie lub dłużej, bo im większa plomba tym dłużej musi schnąć. Więc musiał obywać się smakiem. Coraz częściej mówił o odlocie. Nawet rozmawiał o tym z kapitanem Portu Lotniczego. Dowiedział się, że musi zapłacić czynsz za czas zajmowania hangaru, choć statek powietrzny cały czas był w remoncie. A co gorsza, musiał zostawić hangar dokładnie wysprzątany, wyszorowany, śmieci wyniesione, słowem – musiało wyglądać lepiej niż zastał. Skąd miał wziąć pieniądze na czynsz? Głowił się dwa dni, wreszcie poszedł do Pana Majera do pracy narażając się na jego częste wyzywanie. Pracował cały miesiąc. Nosił zaprawę i wszystkie inne ciężary, pilnował chodzących po dachach dekarzy, pomagał tynkować ściany, a szczególnie tam, gdzie było wysoko, wiec nie trzeba było stawiać rusztowań, pomagał na lotnisku w czym tylko się dało i zapoznawał się z działaniem radaru. Uczył się nawigacji w obawie, że nie trafi do domu. Kupił kompas, który jako przestarzały wymontowali z jednego samolotu. Dzieci chodziły do szkoły bo było po wakacjach, więc widzieli się nieczęsto. Mieli dla siebie soboty i niedziele. Oni opowiadali jak to jest uczyć się literek, dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia. On opowiadał o wizytach u pani dentystki, o pracy na budowie i lotnisku i dziwił się dlaczego to tak jest, że gdy się taki jaszczur jak on między ludźmi pojawi, zwykle przegrywa. Nie udało się wawelskiemu, ciotce Sabince i jej rodzinie, ani też Swarzędzkiemu. Opowiedzieli mu o całej plejadzie jego pradziadów przetworzonych przez czas na ropę naftową, więc dołączył ich do listy ziomków, którym się nie udało. Dzieci poradziły mu, żeby spróbował odwiedzić jeszcze inne parki jurajskie, może się czegoś milszego o sobie dowie, a nie tylko tego, że nie jest chyba tyranozaurem i że należy do grupy nieszczęśników, którym się tylko i wyłącznie nic nie udaje i że gdzie pójdzie, napsoci.