Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BAJKA O ALI I MACIUSIU SKRZYDLATKU rozdział 15 - ostatni

 

(15)

 

PRZYGOTOWANIA DO ODLOTU I ODLOT

Wszystko co dobre, szybko się kończy, ale nie wiadomo, czy dla Maciusia pobyt na Osiedlu Bajkowym był tylko dobry. Poznał dzieci, wiele zobaczył, był w parkach jurajskich i poznał, że takich jak on, a właściwie podobnych było wielu, więc nie jest samotny na świecie. Tylko ta nazwa… Dinozaur ! Ohydne…Dino… krótko i ładnie. Ale jakiś dinozaur? Wstrętne. Tylko…naukowcy powiedzieli i to wszyscy, iż teraz mówi się tylko o dinozaurach, a dziwolągi, o których bajecznie gada cały świat nigdy nie Istmniały. Tymczasem szkielety dinozaurów stale się odkopuje, a nawet jakiegoś znaleźli daleko w tundrze zamrożonego dokładnie i podobno chcą go odmrozić i może uda im się go ożywić? Może? Cieszyłby się z tego powodu, ale nic by nie zmieniło jego nazwy. A właściwie to o co chodzi? Kiedy go klonowali mówili tylko o dinozaurze, gdy mówili, że go klują z jajka też mówili o nim „dinek”, a Pan naukowiec w białym kitlu bardzo chwalił, że udały im się dinozaurusie. opowiedział mu wszystko o jego przodkach żeby wiedział kim jest. Dinozaurem. Poza tym czy potrzeba mu więcej dowodów? Odwiedził trzy parki jurajskie. Widział szkielety swoich przodków takie same, jak ten, z którego brali malutką cząstkę, żeby jego Maciusia sklonować. Tak myśląc sprzątał hangar. Szorował posadzkę szczotką ryżową i mył mopem, zmył ściany i zszorował część farby. Ale niech tam! Ważne, żeby mu nie wypomnieli jakiegoś niedomycia. Od Ali dostał stary tornister na pamiątki po pra-pra babce Sabince, a od mamy Romka mocną i dobrze mocowaną do jego szyi sakiewkę na zapracowane pieniądze. Dostał album ze zdjęciami, na których był on i wszystkie dzieci. Każde podpisało siebie, żeby nie zapomniał jak kto miał na imię. Ala z Dominikiem i Domicelą zapakowali pięknie firanki i makatę w smoczki. Isia dołożyła poduszeczkę pod głowę, żeby mu było miękko w komnatce, gdzie jak przypuszczała śpi się na podłodze, bo pod Maciusiem każdziutkie łóżko musiałoby się zarwać. Każde dziecko coś dawało na pamiątkę, więc wkrótce zebrało się tego tyle, że nie w szkolnym plecaku, ale w porządnym plecaku turystycznym byłoby to trudno pomieścić. Ale nie było takiego plecaka. Z pomocą przyszedł Pan Kapitan Portu Lotniczego i dał swój stary plecak wojskowy, a do tego koc i wojskową pałatkę. Zamiast kanapek na drogę pani z piekarni dała mu kilka bochenków chleba, którego wczoraj nie sprzedała. Tak obładowany stanął gotowy do drogi w sobotni poranek. Długo trwały pożegnania, podziękowania i uściski. Dzieciom żal było, że odlatuje, ale i on przyzwyczaił się do nich. Zastanawiał się, czy może rzeczywiście nie odłożyć pieniędzy i nie kupić ruin w Iłży. Byłoby bliżej do dzieci. Ale w końcu…zawsze w wakacje może sobie zrobić dalszą wycieczkę i odwiedzić je. Teraz na pewno trafi, bo poznał dość dobrze okolice. Pan Kapitan wytłumaczył mu dokładnie jak trzeba lecieć, żeby nie przeszkadzać samolotom, ani helikopterom, a nawet motolotniom. Przypomniał jak używać kompasu i założył go Maciusiowi na szyję. Przy samym panu Kapitanie musiał obrać kierunek, azymut i powiedzieć, czym będzie się kierował.

-Pamiętaj, nie napsoć po drodze.- Przypominała Ala.

-A odwiedź nas jeszcze kiedy!- Zawołał z dachu Pan Majer.

-Najlepiej żebyś leciał wzdłuż Warty pod prąd, a jak zobaczysz jej źródło w takie prawie okrągłej jakby kapliczce, to już zaraz jest Górny Śląsk i dalej prosto do Krakowa.- Doradzała Mama Isi.

-Nie mylcie mu, bo jak zacznie wszystkich słuchać, to na pewno do domu nie trafi. Nauczył się nawigacji, niech z niej skorzysta. – Powiedział Pan kapitan i zrozumieli, że ma rację.

- Nie zapoć się po drodze, bo się przeziębisz! Pamiętaj, szczotkuj codziennie zęby i za rok przyleć do kontroli!– Krzyknęła przez otwarte okienko białego fiata pani dentystka jadąca do pracy.

-Dziękuję. Będę pamiętał. - Odkrzyknął i pomachał skrzydłem. Do zobaczenia!

--Do zobaczenia.! – Odkrzyknęła i pojechała, ale za moment zawróciła i podjechała do mającego już startować dinozaura.

-Acha, byłabym zapomniała. Weź ode mnie szczoteczkę do zębów, żebyś miał je czym czyścić. Będzie w sam raz dla twoich ogromnych zębisków. – Powiedziała i podała mu szczotkę – zmiotkę, którą pół godziny temu kupiła w AGD. Uśmiechnął się, przyłożył sobie do otwartego pyska udając, że je czyści.

-A jak mam to robić proszę pani? – Spytał patrząc troszkę lękliwie, akurat tak, jak dzieciaki w gabinecie na nią spoglądały, gdy mówiła o oddawaniu smoczków.

- Tak jak cię uczyłam. Z góry na dół pamiętaj. Rano i wieczorem. A już ja się dowiem, czy myłeś.

-O, mamo!- Jęknął. – Przed nią nic się nie ukryje!-

-Poza tym jak tylko spojrzę na zęby, od razu wiem, czy były myte. Na zębach jest wszystko tak jakby napisane. Pamiętaj. Do zobaczenia u mnie w gabinecie.- Machnęła ręką, dodała gazu i już jej nie było.

Miał już prawie startować, a tu jedzie pędem Pan Weterynarz.

-Zapomniałem ci dać kartę wypisową z naszego szpitala, a tu masz parę tabletek na kaszel i na gardło na wszelki wypadek. Tylko nie zjedz od razu. Pamiętaj. Trzy razy dziennie po jednej. Nie pomyl.

-Nie pomylę. Zapamiętam. – Uśmiechnął się praprawnuk Sabinki – to znaczy dinozaur – to znaczy pterozaur a może tyranozaur. A zresztą, czy to nie wszystko jedno? Jeszcze ostatnie ukłony, przesyłane całuski. Machnął skrzydłami raz i drugi. Wzbił się w powietrze. Poleciał. Najpierw do Krakowa, zobaczyć metalową kukłę dinozaura ziejącą ogniem gdy zadziała czujnik, a potem do Dalmacji. Nie pomylił drogi. Potem przyszedł list adresowany do Ali. Był także do wszystkich dzieci. Maciuś Skrzydlatek opisywał drogę, pozdrawiał, a skończył tymi słowami. „ Pozdrówcie także Lisa Witalisa”.

 

KONIEC