Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

BOGU NA CHWAŁĘ-opowiadanie dla dzieci w wieku pierwszokomunijnym

 

BOGU NA CHWAŁĘ

 

Opowiadanie dla dzieci

 

Rozdział I - PSZENICA

 

Dziadek Stasiek z wnuczkiem Gerawazkiem odstawili traktor pod szopę. Odpięli siewnik i oczyścili go z ziemi i resztek pszenicy.

-No, tośmy zasiali. Niech rośnie.- Powiedział Dziadek.- Bogu na Chwałę i nam na pożytek.

-Bogu na Chwałę?- Spytał Gerwazek.- A po co? Przecież wiadomo, że jak urośnie To i tak zetniemy jak tamtą co za torem rosła. Zabrałeś na wóz i zawiozłeś do skupu. I tyle z tego. Pewnie nawet dla kur nie będzie i jaj nie zniosą i Babcia nie sprzeda ich. I barana nie upasiesz bo nie będzie czym i nie sprzedasz go. A ogonowe to z czego dostanę? A nam na pożytek to jak, skoro pszenica już w skupie?- Nachmurzył się Gerwazek. Dziadek zamyślił się. Jego wnuk nie rozumie, co znaczy „Bogu na Chwałę”. Poza tym nie podobała mu się chciwość dzieciaka. Ogonowe… a gdzie to napisane, że musi dostać? Przecież tylko raz dostał parę złotych po odstawie świń do skupu i widać spodobało mu się. Niedobrze. Nie powinien się uczyć łatwego zarobku. I to tam, gdzie nie pracował. Trzeba z nim nie tylko porozmawiać, ale pokazać i to i tamto. Podparł dłonią głowę siedząc na opartym o ziemię dyszlu. Gerwazek popatrzył z zainteresowaniem. Czy Dziadka boli głowa? Dziwne. Na polu mu nic nie było. Siał pogwizdując wesoło.

-Co, Dziadku?- Spytał z zadziwieniem.

-Siadaj tu na skrzynce po owocach. Porozmawiajmy.- Powiedział poważnie Dziadek wskazując dłonią skrzynkę po zeszłorocznych jabłkach.

-O czym?- Z nadzieją w głosie zapytał Gerwazek.

- O tym i o tamtym. Chyba wiele mam ci do opowiedzenia.

-A od czego zaczniesz? Może od supermena?- Ucieszył się chłopiec, bo Dziadek kiedyś wymyślił mu na dobranoc krótką bajkę o supermenie.

-E, takie bzdury! O czym tu mówić?

- Bzdury? Jakie bzdury? On jest ekstra!

-Ekstra? Tak naprawdę on to nie istnieje. To postać wymyślona, a więc wcale go nie ma. Jak może być ekstra coś czego nie ma? Lepiej wiec opowiadać o tym co istnieje lub istniało.

-A czy to co jest lub było może być takie ekstra jak supermen?

-Jeszcze lepsze. Tylko trzeba umieć patrzeć i słuchać.

- No to opowiedz. –Zgodził się Gerwazek. Dziadek Stasiek poprawił się na dyszlu i rozpoczął powoli.

-Bo widzisz. Jedno zboże zebraliśmy, a drugie zasialiśmy ale już z tego ziarna, co je tydzień temu na polu wymłócił kombajn.

- Jak z tego samego? Z tego co wywiozłeś do skupu? Sprzedali ci w skupie z powrotem do siania czy jak?

-Nie rozumiem o czym myślisz. Pamiętasz, jak sypaliśmy zboże z kombajnu do worków, kilkanaście odstawiłem na bok żeby było na siew, dla drobiu, na śrutę dla zwierząt, na mąkę dla nas, a tylko nadmiar odwiozłem do skupu.

-To gdzie ta reszta?

-A gdzieżby? Jak zwykle na strychu. A słoma w stodole.

-A po co?

-O, widać, żeś miastowy. Niewiele wiesz.

-Wszystko wiem!- Obruszył się Gerwazek.

-Tak, o supermenie, ale nie o tym co ważne.

-Na przykład o czym, co ważne?

- A o czym rozmawiamy?

-Zacząłeś o ziarnie.

-No, widzisz. To słuchaj, nie przerywaj. Wiesz przecież, że jak jeden mówi, drugi słucha.

-Przepraszam Dziadku. Powiadaj. Już nie będę przerywał.

O którym ziarnie opowiesz?

- Najpierw o tym, co odwiozłem do skupu. Zawiozłem, zważyli ile tego jest, zapłacili. Pojechałem z pełną przyczepą, wróciłem z pustą, ale z pieniędzmi w portfelu.

-A co za nie kupisz?

-Dobre pytanie. Pewnie chciałbyś, żebym kupił kupę nowych zabawek, gum do żucia i innych drobiazgów.

- No pewnie!- ucieszył się Gerwazek.

-Nic z tego. Nie wolno marnować pieniędzy na byle co. Kto ciężko na nie pracuje, wie, jak się je oszczędza.

-Marnować? Zabawki są mi potrzebne. Wszyscy koledzy je mają.

-Zgoda, ale wszystko w miarę. Niekoniecznie wszyscy muszą mieć wszystko. Jeden to drugi tamto. W ten sposób można się dzielić zabawkami, ale też uczyć się szanować i swoje i czyjeś. I ładnie się przy tym bawić na przykład nie zabierając komuś zabawek. A pieniążki? Trzeba umieć mądrze nimi gospodarować. Najpierw odłożyłem na paliwo do traktora. Potem na nawóz, na opryski, na paszę dla zwierząt, czyli na wszystko co nam pilnie potrzebne w polu i zagrodzie. I już dziś trzeba myśleć jak gospodarować, co i jakie zasiać i kiedy, żeby na drugi roku było co kosić.

-Tyko myśleć i myśleć! A bawić się kiedy?

-Jak będziesz taki duży jak ja, przestaniesz się bawić. Tylko dzieci się bawią. Dorośli pracują, a po pracy odpoczywają,

śpiewają, rozmawiają, grają czasem na instrumentach jeśli ktoś potrafi, inni tańczą w takt muzyki, ale tylko wtedy gdy mają czas.

-Dobrze. Ale co z tym ziarnem co zawiozłeś? My mamy pieniądze, oni mają ziarno, Na co im?

-O, dobre pytanie. Najpierw wszystko ziarno które przywożą rolnicy zsypuje się do silosów i dosusza na wszelki wypadek, gdyby było wilgotne. Nie może zapleśnieć bo by się zniszczyło. Potem wiozą je do młyna, gdzie ziarno mieli się na mąkę, a potem wsypuje się mąkę do torebek i przewozi do sklepu, gdzie każdy kto potrzebuje do czegoś mąkę może ją kupić. Twoja mama też…

- A Babcia?

- Babcia nie kupuje. Dla niej ja przywożę z młyna.

-Z młyna? A jak tam jest?

-Ciekawie. Właśnie Babcia prosiła, żeby jej przywieźć mąki ze świeżego ziarna. Upiecze nam z niej może placka ze śliwkami. Więc jutro jedziemy. Chcesz?

-No jasne!!!- Ucieszył się Gerwazek.


Rozdział II - JEDZIEMY DO MŁYNA

 

Był piękny słoneczny poranek. Babcia lała na talerze pachnącą polewkę. Na talerzu leżał babciny przepyszny pieczony w domu chleb posmarowany świeżutkim masłem, które Gerwazek wczoraj z zapałem ubijał w drewnianej maślnicy. Stoisz sobie i nic nie robisz tylko Puk! Puk! Tak stukasz sobie ubijakiem w dno maślnicy. A śmietana w maślnicy Plusk! Plusk! I ni z tego ni z owego na wierzchu śmietany zaczynają pływać żółciuteńkie kawałeczki wspaniałego masełka. Jak malutkie kaczuszki. Pychotka! Gerwazek wczoraj próbował. A śmietana przestaje być sobą i nagle staje się maślanką. Oczywiście z maleńkimi kawałeczkami masła. Co to za rarytas! Gerwazek by pił i pił. A dziś Babcia ugotowała z niej polewkę.

-No, siadajcie. Jedzcie. Musicie jechać.

-Dokąd, Dziadku?

-Zapomniałeś? Do Młyna!- Gerwazek aż poskoczył z radości. Najchętniej nie jadłby śniadania, byle szybciej jechać. Polewka była gorąca, wiec trzeba było uważać i jeść powoli. A tu młyn czekał i na pewno się niecierpliwił, dlaczego ich tak długo nie ma. Może już lepiej nie jeść byle prędzej… Ale Dziadek jadł spokojnie podmuchując w łyżkę i dogryzając chlebem. Babcia nadrobiła sobie kawałków chleba wprost do zupy i wkruszyła twarogu.

-A ze serem jest dobre?- Spytał Gerwazek.

-Spróbuj.- Powiedziała Babcia i podała mu talerzyk z okruchami twarogu. Chłopiec spróbował i bardzo mu zasmakowało. Chwycił garstką sera i wrzucił sobie do talerza. To troszkę ostudziło zupę, ale chwilę twaróg stał się jeszcze smaczniejszy, taki lekko ciągliwy. Pychotka! Jadł aż mu się uszy trzęsły. W pewnej chwili przypomniał sobie dokąd mają jechać i że chyba trzeba się śpieszyć. Odłożył łyżkę.

-Czemu nie jesz?- Zainteresowała się Babcia.

-Już chcę jechać.

-Na głodniaka daleko nie zajedziesz. Trzeba się dobrze najeść. We młynie trochę czasu nam zejdzie. To coś zjadł, to dopiero połowa porcji.

-A młyn?

-Nie bój się. Nie ucieknie. Jedz. Młyn stoi mocno na fundamentach. Nie ma mowy, żeby się stamtąd ruszył.- Śmiał się Dziadek. Gerwazek spojrzał i znów podniósł łyżkę do ust. Zjadł wszystko, a nawet o dolewkę poprosił.

-Babciu, a jak się takie smaczności gotuje?- Spytał z zainteresowaniem.- Mama gotuje czasem, ale nie takie dobre jak ty.

-Dziękuję.- Uśmiechnęła się Babcia.- Najsmaczniejsza wychodzi z wiejskiej maślanki zaprawiona wiejską śmietanką. U was w sklepie takiej nie dostaniesz. A jak się gotuje? Prosto. Wodę zagotujesz, dodasz maślanki, zaklepiesz mąką i śmietaną, osolisz i gotowe.

-Mąką? A po co?

-Żeby była gęsta i pożywna.

-Acha. To daj mi jeszcze trochę.- Babcia uśmiechnęła się i dolała jeszcze pół talerza. Patrzyła z zachwytem jak wnuk wcina zupę dogryzając kawałeczkiem chleba i dosypując troszkę twarogu. Bała się, żeby się nie przejadł, bo przejedzenie jest niezdrowe. Ale nic się nie stało. W podziękowaniu podskoczył i pocałował Babcię prosto w policzek.

-Podziękujmy Panu Bogu za posiłek.- Powiedział Dziadek i wstał. Babcia wstała również.

- Dziękujemy Co Panie Boże za wszystkie łaski i dobrodziejstwa Twoje, Który żyjesz i królujesz na wieki wieków.

-Amen.- Odpowiedziała Babcia.- Gerwazku dodałbyś może coś do modlitwy?- Chłopiec stał chwilkę ze złożonymi rączkami.

-Panie Boże.- Zaczął niepewnie.- Nasze śniadanko było przepyszne. Wiesz? Ale pamiętaj proszę i o tych dzieciach, które gdzieś na świecie nie mają co jeść. Dobrze? I niech im też ktoś ugotuje taka pyszną polewkę. I…i… na Twoją Chwałę!- Dokończył triumfująco.

-Amen. Amen.- Zawołała Babcia-Świetnie sobie poradziłeś.

-Jedziemy.- rzucił krótko Dziadek. Wyszli na dwór. Jeszcze tylko załadować na przyczepę trzy worki pszenicy i jazda. Zrobili to prędko z pomocą wielokrążka. Wsiedli na traktor. Dziadek zapiął wnuka pasami jak w samochodzie na bocznej ławeczce w kabinie nowoczesnego traktora. Chłopiec wolałby jechać na przyczepie między workami, ale Dziadek nie pozwolił.

-Nie wolno. Mógłbyś się przechylić i wypaść, a poza tym nawet gdybyś siedział grzecznie, to gdyby spotkał nas policjant zapłaciłbym mandat. Dziadek był stanowczy, wiec wnuk nie oponował. Zaturkotał silnik. Pojechali. Było cieplusieńko, choć dwa dni temu popadało i na drogach były jeszcze kałuże. Okna kabiny mieli otwarte. Dziadek śpiewał głośno „Kiedy ranne wstają zorze”. Gerwazek nie umiał. Najchętniej pośpiewałby coś ze szkoły, ale tego z kolei nie umiał Dziadek. Więc gdy Dziadek skończył swoje śpiewanie, Wnuk postanowił pokazać Dziadkowi, że też umie coś ładnego, wiec zaklaskał w rączki i zaśpiewał najładniej jak umiał, żeby go Dziadek pochwalił „ Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka”. Piosenka rzeczywiście podobała się Dziadkowi, ale trzeba było uważać, bo polna droga była trochę błotnista. Ziemia tu była tłusta i koła pojazdu ześlizgiwały się trochę w wybite koleiny. Trzeba było prowadzić traktor powolutku i uważnie. Troszkę rozmawiali, ale niewiele. Gerwazkowi zaczęło się trochę nudzić i nie mógł się doczekać, kiedy dojadą. Dojechali do lasu, droga trochę się poprawiła, A za lasem na skraju wsi pojawiła się jakaś mała fabryczka.

-Co to, Dziadku?- Spytał zniecierpliwiony Gerwazek.

Młyn.- odpowiedział z uśmiechem Dziadek.

 

ROZDZIAŁ III - WE MŁYNIE

 

Zatrzymali traktor przed szerokim wejściem tuż przy rampie.

-Dzień dobry!- Zawołał Dziadek.- Szczęść Boże!

- Bóg zapłać!- Rozległo się z młyna. – A dobry, dobry! – Słychać było zza tych szerokich blaszanych drzwi. – Witamy po żniwach!

-Świeży chleb ze świeżej mąki piec trzeba.- Mówił Dziadek do jeszcze starszego dziadka o lasce- ojca kierownika młyna.

-A przywieziecie na spróbowanie?- zażartował stary Młynarz.

-No, pewnie!- Odpowiedział dziarsko Dziadek.- Niech tylko Babcia upiecze!- Młynarz wyjrzał zza drzwi.

-O, toście widzę w towarzystwie?

-A jakże!- Wnuk z miasta na wakacje przyjechał!- Chwalił się Dziadek.

- To i młyn chętnie zobaczy. Chodź, mały, jak ci na imię?

Gerwazek wypiął się z pasa i prędko, prędko podbiegł do Pana Młynarza. Stanął naprzeciw niego i poważnie podał staremu Młynarzowi swoją maleńką rączkę.

-Gerwazy Nowacki jestem. Z Poznania.- Powiedział poważnie.

-O, jaki grzeczny chłopczyk.- Pochwalił Pan Młynarz.- a ja jestem… jestem… Stary Młynarz. Tak będzie najlepiej. Wszyscy tu tak na mnie mówią. Bo ja już jest stary, naprawdę stary. Taki sam stary jak Święty Jan Paweł II. Ale miło mi ciebie poznać. Być na wsi u Dziadka i młyna nie widzieć? Choć. Oprowadzę cię. Młyn to taka fabryka, w której zboże miele się na mąkę. Tu pracują maszyny. Nie wolno ich dotykać jeśli nie pozwolę. Tu zobacz, kręcą się koła, na które nałożone są takie szerokie pasy. To pasy transmisyjne. Koło należy do silnika, a pas przenosi napęd na walce, a te zgniatają ziarno i trą na mąkę.

-Rozumiem, proszę pana.- Odpowiedział rezolutnie Gerwazek, a oczy błyszczały mu z ciekawości. Stary Młynarz chwycił małą rączkę chłopca w swoją wielką ubieloną mąką dłoń i poszli w głąb młyna. Tymczasem dwóch młynarczyków wskoczyło jak sarny na przyczepę, znieśli dziadkowe worki i zanieśli je do młyna. Stary Pan Młynarz z Gerwazkiem podeszli i chłopiec zobaczył jak młynarczyk odwiązuje wory i wsypuje ich zawartość do ogromnego czworokątnego wsypu, pod którym okropnie huczało i trzęsło.

-Czemu tak?- Zdziwił się Gerwazek.

-Najpierw musimy przesiać zboże. Mogą się w nim znajdować jeszcze kawałeczki słomy lub kłoska, wiec to wszystko zostanie na sitach a tylko czyste ziarno poleci dalej. Pod sitami biegnie powietrze posyłane przez taką dmuchawę. Musi ono wydmuchać ziarenka, które nie są pszenicą i ewentualne śmiecie, gdyby tam jeszcze jakieś przez sita przeleciały. .

-A jakie ziarenka?

- Kąkole, chabry, maki polne i inne ziarna. Potrzebujemy czystej mąki. Takie ziarenka by ją zanieczyściły.

-I co by się stało?

- Nie każde ziarna nadają się do spożycia, a już na pewno nie kąkole. One są trujące, więc nie wolno, żeby dostały się do mąki. Ale oglądajmy maszyny. Popatrz, jak sita trzęsą się i huśtają w prawo iw lewo, a pęd powietrza odrzuca na bok zanieczyszczenia. Teraz czyste ziarno wpadnie do innego wsypu, a niego do dużej maszyny, napędzanej jak widziałeś przy pomocy koła i pasa.- Gerwazek spojrzał. Koło kręciło się prędko, a na niego nałożony kręcił się pas i poruszał innym mniejszym kołem. Koła były mocno osłonięte specjalnymi blachami dla bezpieczeństwa młynarzy. Gerwazek miał ochotę dotknąć wirującego w pędzie koła zamachowego choć tylko troszeczkę, ale Stary Młynarz jakby wyczuł zły podszept i ścisnął mocniej rękę dziecka.

- Nie wolno. Mówiłem. To maszyna w ruchu, a więc niebezpieczna. Koło napędza walce w maszynie.

- A co te walce robią?- Oczy chłopaczka błyszczały z ciekawości.

-W tej maszynie pierwsze żarna najpierw obtrącają z ziaren kiełki i tą żółtą pokrywę. Zostawią samo białe ziarno bez skórki.

-Dlaczego kiełki się obtrąca?

-Teraz tak robimy. Kiedyś, kiedy kobiety same ścierały ziarno na mąkę przy pomocy kamiennych żaren, nie robiono tego.

Wtedy mąka ma inny smak. Teraz pracuje za nas maszyna, wiec można sobie pozwolić na większą dokładność.

- Proszę pana, a co to są kiełki?

-Kiełki? Bo widzisz. Żeby z jednego ziarna mogła wzejść nowa roślina, musi być wyposażona w coś, co da jej nowe życie. Tym czymś jest kiełek. Na razie uśpiony w ziarenku, ale jeśli ono trafi do ziemi, pod wpływem wilgoci ziarno najpierw pęcznieje i wtedy zaczyna budzić się kiełek. Powiększa się on, a potem zaczyna z niego wydobywać się taki malusieńki jakby patyczek, który zaraz zielenieje, rośnie coraz bardziej, zaczyna wytwarzać pierwsze malutkie zaczątki listków, a z ziemi wyglądają pierwsze roślinki. Ale zanim wytworzy on malutkie korzonki, które zaczną brać dla całej roślinki pokarm z ziemi, coś musi jeść. Wtedy żywi się tym, co jest w pozostałej części ziarna. Boża Opatrzność stworzyła ziarenko tak, żeby na początku mogło się samo wyżywić, zanim zacznie żywić je ziemia. Gdyby nie kiełek, roślinka by nie wzeszła. Kiełek daje jej nowe życie.

-A to ciekawe. Nigdy o tym nie słyszałem. A co by się stało, jakby się taki kiełek zjadło?

-Nic. Zupełnie nic. Nawet jada się kiełki. Są bardzo zdrowe.

-To po co je obtrącać?

-Z ziarna trzeba obetrzeć skórkę, a kiełek odskakuje też. Jest jakby przyklejony.

-Acha. A mogę go zobaczyć?

-Na świeżym ziarnie nie zobaczysz, ale w domu zrób sobie doświadczenie. Nasyp na talerz ziarna i co dzień mocz, żeby było cały czas wilgotne. Obserwuj. Za trzy dni zobaczysz kiełki.

-A jak już będą?

-Albo ziarenka zjesz, albo posadzisz w ziemi, żeby sobie rosły.

-A można zajrzeć, jak ta maszyna co obtrąca kiełki pracuje?

-No, zobacz.- Pan Młynarz podniósł pokrywę, ale Gerwazek niewiele rozumiał. Pod pokrywą obracały się prędko dwa walce jeden przy drugim. Ziarno z takiego przezroczystego wsypu wpadało wprost na walce, które je obcierały z żółtej skórki i razem to wszystko spadało niżej, jakby gdzieś pod maszynę, ale dalej już nic nie było widać.

-A gdzie to wszystko teraz leci?

- Tymi rurami jest tłoczone do kolejnej maszyny. Ale wpierw przechodzi przez sita, które odsiewają pierwsze łuski.

- A druga maszyna co robi?

-Chodź, pokażę ci. Ona znów trze i miażdży ziarna, ale już drobniej i znów odsiewa te łuski, które jeszcze zostały.- I znów druga maszyna była podobna do pierwszej, ale Pan powiedział, że walce w niej są inne. Były zasypane mąką i nie można było tego zobaczyć, ale i dotknąć nie wolno, bo cały czas się kręciły. Wszystko trzęsło, szumiało, huczało. Między walcami coraz bardziej bielała mąka. Jeszcze widać było jak w rurze przebiega nie tylko pył mączny, ale i łuski. Kolejna maszyna podobna i Gerwazek nie widział w niej nic szczególnego poza tym, że pod pokrywą była już tylko biała mąka, ale dotknąć nie można było niczego, więc nie dało się porównać jakości przemiału, lecz pyliło się wszystko coraz bardziej, gdy Pan Młynarz podnosił pokrywy maszyn i wszystko po kolei tłumaczył chłopcu. Gerwazek najchętniej sam by wszędzie zaglądał i biegał po młynie jak myszka tu i tam, ale jak nie wolno to nie wolno. Koła pędzą, pasy na nich drżą i może być, że który spadnie, choć każdy z nich za osłoną, ale zawsze to pewne niebezpieczeństwo. Dlatego Pan Młynarz trzyma mocno rękę dziecka. Powolutku odwiedzili wszystkie maszyny, obejrzeli wszystkie żarna. Chłopczyk zobaczył, że w ostatnich maszynach mąka była już biała, a do ogromnych drewnianych skrzyń sypały się żółciutkie otręby. Babcia lubiła w nich otaczać chlebki i bułeczki. Były takie chrupiące. Zanurzył rączkę w otrębach. Najchętniej pofikałby w nich troszkę i posypał siebie po głowie, bo bardzo mu się spodobały. Zanurzył rączkę w bielutkiej mące sypiącej się z ostatniego zsypu. Rozkosz! Mięciutka, bielutka, puszysta. A tu wszystko drżało, huczało i pyliło pachnącą świeżutką mąką. Pierwszy raz dowiedział się, że mąka pachnie. Wszystko w młynie było pokryte grubą warstwą mąki, a jego niebieskie ubranko, które rano dała mu Babcia było szare. Włosy nos i reszta ciała były też szaro-białe. Brązowe sandałki były nieznanego koloru. Wyglądał jakby wyszedł z burzy piaskowej. Zresztą stary Pan Młynarz wyglądał nie inaczej. Z boku dla ozdoby młyna stało stare nieużywane już żarno kamienne.

-A to, to co to jest?- zainteresował się Gerwazek.

-O, widzisz. To jest żarno takie samo jak kiedyś używały nasze pra i praprababcie. Jak chcesz, możesz spróbować jak pracuje.- powiedział Pan Młynarz i rzucił duży kubek pszenicy do otworu. Chwycił drążek i pokazał jak kręcić. Żarno poruszyło się ze zgrzytem. Gerwazek spróbował także. Nie było to łatwe. Kamień młyński był ciężki i poruszał się z trudem. Nim w otworze znikł wsypany kubek ziarna chłopak był spocony i nieźle zadyszany.

– Ciężko się miele. Ile tego trzeba namielić na chleb?

-Zależy ile chleba chcesz upiec. Ale z pół wiadra musiałoby chyba być albo i więcej.

- Pewnie wolałbym nie jeść niż tak się męczyć.

-Póki byś nie zgłodniał.-Zaśmiał się Pan Młynarz.-Chleb jest bardzo ważny w życiu ludzi. Jest naszym głównym pokarmem. A wiesz może jak dawniej ludzie mówili?

-Nie wiem.

-„Jak jest chleb i woda to nie ma głoda”.

- Chleb i woda? A gdzie masło do chleba, a ser albo kiełbasa? Sam chleb?- dziwiło się dziecko. – My nie pijamy prawie wody. Mama daje nam herbatę, kawę z mlekiem, a rano na śniadanie daje mi mleko albo kakao.

-O, to same dobroci.- Pochwalił Pan Młynarz. Też bym tak chciał. Ale córka daje mi najczęściej zupę z płatków owsianych i mówi, że dla dziadka to najzdrowsze.- Śmiał się starzec.- I widać jest zdrowe skoro żyję już tyle lat i we młynie pracuję.

-A ile lat Pan żyje?- Spytał ciekawie chłopiec.

- Zgadnij.

- Nie wiem. Siedemdziesiąt?

-Więcej.

- Osiemdziesiąt?

- Więcej. To nie wiem. Sto?

- Troszkę mniej. Ale niewiele.

- To nie wiem. Dziewięćdziesiąt dziewięć?

- No nie. Już ci powiem. Dziewięćdziesiąt dwa!

-Ho, ho!- A ja też tyle dożyję?

- Skąd mogę wiedzieć? Sam zobaczysz. Jak nie będziesz się opychał słodyczami to może. –

Gerwazek rozejrzał się dookoła czy ktoś tam jest jeszcze tak wiekowy i zobaczył młodego pracownika, który specjalną zszywarką zaszywał ich worki z mąką.

-Gerwazku, jedziemy! Nasz mąka już zapakowana. - Zawołał Dziadek z rampy i podszedł do Pana Młynarza, żeby zapłacić. W tym momencie przy rampie zatrzymał się samochód dostawczy i wysiadł z niego starszy poważny mężczyzna. Pan Młynarz zauważył go przez otwarte drzwi młyna i zawołał:

-A, witamy! Po mąkę? A jaką?

-Jak zwykle najlepszą jaka tylko jest we młynie.- Odkrzyknął nowy klient. Gerwazek stał już przy Dziadku razem z Panem Młynarzem. Starzec uśmiechnął się i wskazując przybyłego powiedział z uśmiechem:

-Pan Szczepan po najlepszą mąkę w świecie.

-Ma się rozumieć!- Zawołał przybysz.- Na nasze wypieki musi być najlepsza z najlepszych.

-A co będzie Pan piekł?- Zaciekawił się Gerwazek.- Moja Babcia najlepszą używa do klusek na parze.

- No, nie, nie będę gotował klusek na parze, choć bardzo je lubię, a szczególnie z sosem grzybowym.

-To do czego najlepsza mąka?- Nie ustępował ciekawski chłopiec.

-Jestem kierownikiem takiej specjalnej piekarni. Wiesz co się w niej piecze?

-Nie.

-Hostie. Hostie do Mszy Świętej, do Komunii Świętej i opłatki na Wigilię. Lubisz opłatki?

-No, pewnie!- Wykrzyknął Gerwazek.- Uwielbiam!

-Do której klasy chodzisz?- Spytał Pan Szczepan.

-Przeszedłem do drugiej.

-O, to pięknie. Za rok Pierwsza Komunia Święta. Cieszysz się?

-O, tak! Chrzestny obiecał mi rower.

-To ty dla roweru cieszysz się, że pójdziesz do Komunii? Wiesz? Ja chodzę do Komunii na każdej Mszy Świętej i wcale mi do żadnego nowego roweru nie tęskno. Trzeba się cieszyć z tego, że przyjmujesz do serca SAMEGO PANA JEZUSA! A rower? E, tam! Taki tam dodatek! To Pan Jezus jest ważny, nie rower. Ale jeśli już się spotkaliśmy, powiedz, z kim przyjechałeś do młyna?

-Z Dziadkiem.

-To ja mam propozycję. Zapraszam cię do zwiedzenia naszej Wytwórni Hostii. Nie tylko ciebie, ale i twojego Dziadka i wszystkie dzieci z twojej parafii razem z waszym księdzem proboszczem.

-O, dziękujemy.-Zawołał Dziadek.-czemu zawdzięczamy takie wspaniałe zaproszenie?

- Przypadkowemu spotkaniu z wami tu we młynie.- Odpowiedział spokojnie i z uśmiechem Pan Szczepan. Na potwierdzenie słów podał Dziadkowi swoją wizytówkę i kazał dzwonić, żeby ustalić termin wycieczki. Podał rękę Dziadkowi i Gerwazkowi i wszedł do młyna. A oni wsiedli na traktor i pojechali do domu. Chłopiec po drodze szczebiotał jak młody wróbelek i nie mógł się doczekać, kiedy opowie wszyściutko Babci.

 

Rozdział IV - OPOWIADANIE KSIĘDZA PROBOSZCZA

 

Kiedy weszli do domu, Babcia akurat zarabiała ciasto na makaron.

-Pochwalony Jezus Chrystus. Nareszcie jesteśmy.

-Na wieki wieków. Aleś biały Gerwazku. Jakbyś się w worku mąki wyturlał.- Śmiała się Babcia gniotąc kulę ciasta.

-No, aż tak to nie, ale żebyś wiedziała Babciu, ile ja dziś zobaczyłem! Widziałem maszyny co mielą zboże na mąkę. One nazywają się żarnami! Wiesz? I widziałem jak zboże się sypie i jak się w mąkę powoli zmienia i jak się otręby sypią i mąka do worków leci. Wszystko widziałem! Wszystko!- To mówiąc podskakiwał jak piłeczka.- I wiesz, kto nas zaprosił na wycieczkę?

-Kto?- zaciekawiła się Babcia.

-Pan kierownik od Wytwórni Hostii!- Wrzeszczał niemal chłopczyk nie mogąc powstrzymać się z radości.

-O, raju!- wrzasnęła niemal Babcia. A gdzieżeście się z nim spotkali?

- We młynie!. Po mąkę przyjechał! Po mąkę! I to po tą najlepszą, Babciu!

-No, pięknie, ale nie krzycz tak Gerwazku, bo ogłuchnę.- Roześmiała się Babcia radośnie przerywając na chwilkę zagniatanie ciasta. – I kiedy pojedziecie?

-Dziadek pójdzie do Księdza Proboszcza, bo ten Pan nas wszystkich zaprosił. Wszystkie dzieci z parafii! Dziadek powiedział, że porozmawia z Proboszczem w sprawie wycieczki. – Podskakiwał z radości chłopczyk i aż połykał słowa z emocji.

Babcia opuściła ręce ze zdziwienia, a okruchy ciasta z jej dłoni i resztki mąki posypały się na podłogę. W tej chwili wszedł do kuchni Dziadek i postawił przed Babcią worek mąki.

-Masz i gotuj, piecz nam na pożytek, a Bogu na Chwałę.-

Babcia otworzyła wór.

-Jak pachnie, jaka śliczna, pulchna. Dodam do makaronu takiej świeżutkiej.-Powiedziała i sypnęła na stolnicę garść mąki zaczerpniętą i worka. Gerwazek oparł się rączkami o stół i patrzył. Dziwił się, jak to zawieźli do młyna ziarenka pszeniczne, które jeszcze parę dni temu rosły sobie na polu, a dzisiaj Babcia sypie z nich mąkę na stolnicę i za chwilę będą ją jedli w makaronie. A Dziadek mówi, że to Chwałę Bożą. Jak to tak? Przecież zjedzą ją oni- Dziadek, Babcia i Gerwazek.

-Babciu?

-Co, kochanie?

- A czemu Dziadek mówił, że na Chwałę Bożą? Przecież te kluski my zjemy? Prawda?- Babcia spojrzała. Podsypała mąki pod ciasto i zaczęła je wałkować. Kula ciasta powoli robiła się coraz bardziej płaska, aż zmieniła się w cieniutki szeroki placek zwisający ze stolnicy. Babcia wzięła garnek, nalała do niego wody i postawiła na ogień. Potem wzięła duży szeroki nóż kuchenny i zaczęła kroić ciasto. Powoli zmieniało się w cieniuteńkie kluseczki.

-Jak pachną.- Mówiła.- A to wszystko dzięki łasce Pana Boga. Gdyby nie Jego błogosławieństwo, nie mielibyśmy mąki i tak pysznego makaronu. Wszystko, co Pan Bóg nam daje, jest dobre.

-A co na przykład On nam daje?

-No, na przykład to ziarno na mąkę.

-Nieprawda!- wykrzyknął chłopczyk. Wczoraj z Dziadkiem we dwoje zasialiśmy ziarno do ziemi. A zeszłego roku widziałem jak zasiane ziarno wschodziło, potem rosło, potem kwitło i takie malutkie patyczki na kłosach miało wcale niepodobne do kwiatka, kilka dni temu razem z Dziadkiem skosiliśmy je kombajnem! A Dziadek mnie nawet pasem przypiął do ławeczki, żebym nie spadł pod koła albo na kosę. I krzywdy sobie nie zrobił! I wszystko widziałem, jak zboże wpierw rosło, a potem jak śmigło zagarniało pszenicę pod siebie, jak kosa cięła i potem jak zza kombajnu wypadała wymłócona słoma. A ziarno wpadało do wielkiej skrzyni w kombajnie. A dzisiaj we młynie widziałem jak maszyny zmieniają ziarno w mąkę. Pan Młynarz mi wszystko poka…-

W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

-Proszę!- odkrzyknęła Babcia.

- Pochwalony Jezus Chrystus!- W progu stanął Ksiądz Proboszcz, którego Dziadek już zdążył o wszystkim zawiadomić. Był tak zaskoczony zaproszeniem, że nie czekał ani do jutra ani do pojutrze z omawianiem jakby tu i kiedy wycieczkę zorganizować.

- Jakem stary, pierwszy raz mi się taka gratka trafiła. Trzeba prędko wycieczkę omówić i zrobić, żeby się czasem nie rozmyślili. Myk-myk i jedziemy. Sam niezwykle ciekawy jestem jak oni to robią.

- To ksiądz nie wie? Myślałam, że wie, jak się komunikanty piecze.

-Teoretycznie tylko, ale nigdy nie widziałem.

-Ale przyszedł nam ksiądz akurat na czas. Nasz wnuk ma problem ze zrozumieniem tego, że cokolwiek wykonujemy, robimy na Chwałę Boga.

-Rozumiem, że tylko to, co jest dobre. Tego co jest złe na Jego Chwałę nie przeznaczamy? Dobrze was rozumiem?

-Oczywiście, że tylko to, co jest dobre. Wytłumaczy ksiądz naszemu wnukowi co i jak?

- No cóż? Trzeba. Małe to jeszcze, ale spróbujemy. To jakie te wątpliwości konkretnie?- Babcia przedstawiła wątpliwości wnuka. Proboszcz usiadł na ławie i zaprosił Gerwazka obok siebie.

-Musimy pogadać. Opowiem ci parę ważnych spraw. Usiądź, bo opowiadanie może nam się przeciągnąć. To, o co to chodzi? O to, że coś ofiarujemy Bogu na Chwałę?

- No, właśnie. Ja tego nie rozumiem. Ofiarujemy, czyli oddajemy. A jak oddamy to znaczy, że nie będziemy mieć. Bośmy oddali. A tu Dziadek wsiał ziarno w ziemię i powiedział, że Bogu na Chwałę. Młynarz miele i mówi, że Bogu na Chwałę. Guzik prawda! Nam na kluski. Sam widziałem, jak Dziadek postawił w kuchni worek mąki i powiedział, że Bogu na Chwałę, a Babcia dosypała tej mąki do klusek. To jak? Trochę tej mąki odebrała, żeby na Chwałę mniej było? A pani katechetka jak Kasia odebrała Maćkowi podarowany ołówek, to powiedziała, że kto daj o odbiera, ten się w piekle poniewiera!

-To jest troszkę inaczej. Pan Bóg nam nic nie odbiera jeśli Mu coś na Chwałę oddamy. Bardzo się ucieszy, bo wtedy widać, że człowiek dobrze zrozumiał, iż to co nam urosło albo cośmy zapracowali mamy dzięki Bożemu błogosławieństwu. Oddać Bogu na Chwałę to znaczy tak najpiękniej jak się tylko potrafi podziękować. No i używać tak jak się daną rzecz czy żywność używa, a nie na przykład teraz tą mąkę cośmy Bogu na Chwałę dali weźmiemy w rękę i będziemy rozrzucać po podwórzu, gdzie sie zmarnuje, bo jej stamtąd wyzbierać nie damy rady.

-A jakbyśmy tak zrobili?

-To byśmy zgrzeszyli, bo mąka to żywność, a żywości nie wolno marnować.

- A dlaczego Młode Pary obsypują ryżem, a Pan kościelny potem go zamiata i wyrzuca. Jak mąkę grzech i to i ryż też. My ryż bardzo lubimy.

- Masz rację. Umiesz myśleć. Ja zawsze jak udzielam ślubu Młodej Parze, to ostrzegam gości weselnych, że nie wolno sypać Młodych ryżem. Kto marnuje żywność specjalnie, grzeszy. Musi się z tego spowiadać.

-A jak byłem na weselu, to Młoda Para wypiła szampan i stłukła kieliszki. To mogli? Kieliszki nie są jedzeniem.

-Nie są. Ale popatrz. Ktoś je wyprodukował i pracował najpierw, żeby szkło z rudy szklanej wytopić, a to jest bardzo ciężka praca. Ktoś inny w innej fabryce topił tafle szkła, żeby z niego zrobić płynną masę i z tej płynnej masy zrobić kieliszki, ktoś je zapakował w pudełka, zawiózł do sklepu, sprzedał, ktoś za nie zapłacił pieniądze, a oni wezmą, rzucą i potłuką, czyli zniszczą. Takie świadome niszczenie też jest grzechem.

-Ale ciocia powiedziała mi, że to na szczęście.

-Nieprawda. Żadnego szczęścia od tego nie przybędzie. Kiedyś nikt kieliszków nikt nie tłukł na szczęście i ludzie więcej szczęścia mieli niż dziś. Bo więcej się modlili. Szczęście to Boże błogosławieństwo. O nie trzeba się modlić. Tylko modlitwa daje szczęście, bo zapewnia nam Bożą Opiekę. A im więcej ktoś się modli, tym bardziej pokazuje Panu Bogu, że Go kocha. A za miłość Pan Bóg nagradza szczęściem i Swoją Opieką.-

W tym momencie Babcia zaprosiła, żeby ksiądz razem z rodziną zasiadł do stołu i zjadł obiad. Troszkę się krępował, ale Dziadek wskazał mu piękne miejsce przy stole i tak zasiedli do wspólnego obiadu. Babcia podała makaron z sosem pomidorowym, malutkie klopsiczki gotowane w rosole i surówkę z kiszonych ogórków. Ksiądz pobłogosławił posiłek- Bogu na Chwałę, oczywiście, a jedzącym na zdrowie. Obiad jedli w ciszy, każdy zajęty swoim talerzem. Ksiądz zaproponował, żeby w czasie jedzenia każdy zastanawiał się nad tym, jak dobry jest Bóg, że takie pyszności pozwala ludziom jadać i chwalić Go porządnym jedzeniem bez grzebania w talerzu, jak to często robią dzieci.

 

Rozdział V - JAK TO ZE STWORZENIEM ŚWIATA I Z ZAWODAMI BYŁO

 

Gdy zjedli obiad i wypili kompot z wiśni, Ksiądz Proboszcz opowiedział Gerwazkowi, jak to ze stworzeniem świata było. Zanim urosło nam i rośnie co roku takie zboże jak dziś mamy, pierwsze zboże stworzył Pan Bóg, bo nie było go wcale. I świata też nie było. Wszystko od początku stworzył Pan Bóg.

-A z czego stworzył?

-Z Miłości.

-Jakże to? Z Miłości, ale jej przecież nie widać. To jak można zrobić coś z czegoś, czego nie ma lub nie widać? Jak nie mam plasteliny, nie zrobię konika.

-Ale Pan Bóg ma Miłość, czyli Jego taką niewidoczną dla nas plastelinę. Z niej wszystko potrafi zrobić i zbudować.

-Jak? Jak ja Babcię albo Dziadka albo rodziców kocham, to mogę ich tylko uściskać, a oni mówią mi, że nie tak mocno, bo ich uduszę. Jak z takiego uściskania można coś zbudować?

-Z naszego ściskania rzeczywiście niewiele można zrobić. – Śmiał się Proboszcz, ale Boża Miłość jest inna i widać, że można z niej wszystko zrobić, skoro cały świat zbudował, rośliny, zwierzęta i ludzi. Tylko Pan Bóg tak umie. My ludzie nie. A wiec najpierw stworzył Niebo i Ziemię. Ale na Ziemi było pełno wody. Potem oddzielił wodę od lądu, zbudował też piękne doliny i góry. Posłużył się przy tym zdaje się ogromnym lodowcem. Stworzył też Słońce, Księżyc, Gwiazdy, Planety i mgławice. Firmament był już gotowy. Każda planeta pędziła po swoim okręgu, księżyc również, a piękne Słońce jak dozorca lub dobry ojciec stało na środku i wszystkiego doglądało. Oświetlało promieniami, grzało, a Pan Bóg wszystkiemu błogosławił. Następnie stworzył po kolei rośliny, czyli malutkie ziółka i kwiatki oraz ogromne drzewa. Potem kolejno stworzył zwierzęta. Dużo tego, oj, dużo. Zobacz, robaczki, ryby, rekiny i ogromne wieloryby, tak wielkie, że aż Julian Tuwim w wierszu opisał. Znasz bajkę o Panu Maluśkiewiczu?

- Znam, mama mi czasem czyta.

-No i jak tam napisane o nosie wieloryba?

-„A wyspa? Jaka znów wyspa? To mego nosa koniuszek!”

-No widzisz. Pięknie. Potem zwierzęta wszystkie jakie znasz.

- I dinozaury?

-Tak, dinozaury też. Może kiedyś naukowcy odkryją prawdę dlaczego wymarły. Tak to na świecie pojawiły się nie tylko lwy i tygrysy, ale i krowy dające mleko i konie do pracy, owce na wełnę, a nawet osiołki do podróżowania. A na końcu jak już wszystko było gotowe, Pan Bóg stworzył nas, ludzi. A kiedy coś stworzył, wszystkiemu błogosławił i nakazał wszystkiemu, aby tworzyło potomków i napełniało sobą Ziemię. Tak wiec w jabłku masz pestki, które zobaczysz, gdy ci zostanie ogryzek. Pestka to nasionko, z którego, gdybyś posiał, może wyrosnąć nowa jabłonka czyli nowe drzewko. Ono urodzi nowe jabłka, w których znów będzie ogryzek z pestkami, a z tych pestek kolejne jabłonki i tak przez wieki, aż po dziś dzień. Jabłoń po jabłoni, grusza po gruszy, ziemniak po ziemniaku, a trawa i zboża po trawie i zbożach. Wszystko rozsiewało i rozrastało się po całej ziemi. To, co kiedyś było pierwsze, wydało owoce, a w nich nasiona, albo w ogóle nasiona jak w trawach, które różnymi drogami zdobyły cały świat. Zobacz na przykład mniszek, czyli mlecz- dmuchawiec. Watr zerwie te malutkie parasole, na którym pędzi jedno ziarenko. I rozniesie. A na drugi rok z jednego mniszka wyrośnie z pięćdziesiąt albo ze sto nowych roślin. Ptak naje się jakichś jagód, owoce strawi, pestki nie. A gdy wydali, na wiosnę z tych pestek pojawią się nowe malutkie roślinki. To samo z grzybami. Zwierzęta lubią grzybki, ale nie strawią zarodników. I za rok borowik wyrośnie tam, gdzie go nigdy nie było.

-Fe!- Skrzywił się Gerwazek. Proboszcz uśmiechnął się i ciągnął dalej.

- I tak po kolei rośliny i zwierzęta wypełniły całą Ziemię.

A na koniec Pan Bóg stworzył Adama i Ewę i osadził w prześlicznym ogrodzie, który mieli uprawiać. Było tam wszystko co najpyszniejsze i najpiękniejsze. To był Raj. Ale, niestety! Zgrzeszyli i musieli opuścić to piękne miejsce.

-I nigdy tam nie wrócimy?

- Wrócimy. Kiedyś. Ale na to musimy sobie zasłużyć pięknym życiem tu na Ziemi. Raj czeka na każdego z nas. To my decydujemy, czy chcemy tam iść, ale nasza decyzja to nasze dobre postępowanie. Nie można pójść, zwiedzić albo tak, że ja będę broił ile wejdzie ale do Raju muszę iść bo chcę. Raj będzie w nagrodę za dobre życie na Ziemi. Ale opowiadajmy dalej, bo czas leci. Gdy Pan Bóg stworzył człowieka, dał mu rozum żeby rządził i kierował wszystkim, co zostało stworzone, żeby uprawiał pola i sady, hodował zwierzęta i ptaki- na przykład kury i gęsi. Aby z dzikich traw z czasem wyhodował różne gatunki zbóż, z dzikiej marchwi nasze kochane marchewki do chrupania i tak dalej. Człowiek przez lata nauczył się mielić zboża na mąkę, ale Pan Bóg dbał o to i dawał ludziom dobre natchnienia co i jak można zrobić. Z dzikich owoców człowiek wyhodował szlachetne odmiany, gdyż dzikie odmiany nie były zbyt smaczne, choć zapewne zdrowsze od hodowlanych.

- To dlaczego Pan Bóg nie tworzył od razu szlachetnych odmian tylko te dzikie i niesmaczne? Nie umiał, czy co?

- Umiał, On wszystko umie. Stworzył raczej kilka gatunków dzikich, żeby było co łączyć ze sobą w nowe odmiany. Pozwolił, żeby i człowiek postarał się coś zrobić dla siebie, żeby w ten sposób skłaniał się do pracy nad ulepszaniem swojego życia, a nie patrzył na ręce Boga, że wszystko od Niego dostanie i nie leniuchował. Oczywiście, że nie zostawił ludzi samych z tą pracą, tylko cały czas po cichutku im podpowiadał co i jak, uczył ich życia na Ziemi, bo Pan Bóg jest bardzo dobrym Tatusiem. On kocha wszystkie Swoje dzieci zarówno grzeczne jak i te niegrzeczne. Więc stale po cichutku podpowiadał ludziom jak żyć na Ziemi uprawiać ją, jak orać pola, jak je nawozić i od tego czasu człowiek pracuje pod niewidocznym kierownictwem Pana Boga, o ile oczywiście chce Go słuchać. W ten sposób przez wieki człowiek może powiedzieć, że odkrył zawód rolnika, ogrodnika i sadownika. Nauczył też ludzi obserwować Słonce, gwiazdy chmury i zjawiska pogodowe. Nauczyli się wiec przepowiadać pogodę i tak powstali astronomowie. A ponieważ na świecie jest zimno i gorąco, ludzie muszą się ubierać żeby nie zmarznąć, albo nie poparzyć słońcem. Pierwszym rodzicom- Adamowi i Ewie Pan Bóg Sam uszył ubrania ze skór zwierzęcych, a potem oni sami już wiedzieli jak je zrobić. Nauczyli się uprawiać len i konopie, hodować jedwabniki na jedwab, a z wełny owiec, wielbłądów i lam robić cieplutką wełnę. Nauczyli się prząść kłaczki lnu, które musieli się nauczyć wydobywać z lnianego źdźbła. Wszystkim tym opiekował się Pan Bóg. A z nici trzeba było tkać materiały na ubrania. A ubrania trzeba było nauczyć się farbować, bo ludzie zawsze chcieli ładnie się ubierać, szczególnie panie. Więc jakie zawody powstały w ten sposób?-

Gerwazek wbił wzrok w podłogę i kręcił nogami pod ławką.

-No, pomyśl.- Zachęcał ksiądz. Chłopiec milczał.

-Przą…przą…- Naprowadzał kapłan.- prząśnicz…- Chłopak nad milczał. –Prząśniczka.- Dokończył ksiądz. – Nie śpiewałeś nigdy piosenki „U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki, przędą sobie przędą jedwabne niteczki”…

-Nie wiem…

-To posłuchaj. W ten sposób powstało kilka zawodów. Najpierw rolnik musi zasiać, wyhodować i wyrwać len. Potem się go młóci, ziarno bierze na olej i lekarstwa, a to co zostanie po wytłoczeniu oleju z ziaren lnu, to jest makuchy, na paszę dla zwierząt, a słomę moczy się w wodzie kilka tygodni. Musi się skruszyć skóra rośliny. Potem wyjmuje się len z wody i suszy na słońcu, a gdy wyschnie, jest gotowy do obtłuczenia z niego tej skóry. Wcześniej by nie odeszła, bo trzyma mocno. To obtłukiwanie zwie się międleniem. Tym zajmowały się najczęściej kobiety, wiec mamy zawody międlarek, a że po wymiędleniu nitki były bardzo poplątane, trzeba było je gręplować to znaczy rozczesywać, żeby łatwiej było spleść równą nitkę. Dopiero gdy strzępy nici były rozczesane, paździura wybrane, można było wziąć kądziel, a później kołowrotek i prząść nici. Dopiero potem jak już nici były gotowe, co trwało nieraz całe tygodnie, zanim wieczorami po parę metrów dziennie kobieta naplotła, mogła zakładać je na warsztat tkacki i tkać płótno, albo z wełny ciepły materiał na chłodne dni. Więc mamy kolejne zawody: tkaczki, farbiarki, a na końcu krawcy i krawcowe.

-Ojoj! Aż tyle tego? Nie wiedziałem. To jakby mi mama chciała uszyć bluzeczkę albo spodnie to jak długo bym czekał?

-Od wiosny do zimy albo i jeszcze dłużej, zanim od ziarenka lnu powstałby materiał na szycie bluzeczki. Była to długa i ciężka praca, dlatego rodzice bardzo się gniewali, jeśli dziecko niszczyło ubrania. I nie można było powiedzieć rodzicom tak po prostu, że chce się nowe modne ubranko, bo jakieś przestało się podobać, albo koledzy mają inne, więc chce się mieć takie samo. Nie. Jak starszy brat wyrósł z ubranka, nosił je młodszy braciszek po nim, po starszej siostrzyczce młodsza siostrzyczka, a jak się… dziurka zrobiła, należało zaraz ją zaszyć, żeby się z małej dziurki nie zrobiła większa, i nie zniszczyło w ten sposób całe ubranie.

-I z łatami się chodziło? No, a jeśli koledzy się śmiali?

-Nikt się nie śmiał. Koledzy też mieli łaty na spodniach albo na swetrze. No widzisz, ile trzeba było pracować, od wiosny do zimy, aby uszyć ubranie lżejsze na lato i cieplejsze na zimę?

I nikt nie miał całej szafy ciuszków, tylko jedno na co dzień, drugie na niedzielę i wszystko. Latem gdy było cieplutko należało ostrzyc owce, ich wełnę uprać, gręplować, i prząść, a potem albo robić swetry albo tkać materiał, z którego szyło się cieplejsze ubrania. Mamusie nie oglądały telewizji bo jej nie było, tylko całymi wieczorami przędły, tkały materiały na ubrania, albo darły pierze na poduszki i pierzyny. A dzieci bąków nie zbijały. Musiały pomagać. W ten sposób wszyscy pracowali i pomagali jeden drugiemu sobie i drugim na pożytek, a Bogu na Chwałę. Trzeba było jeszcze znaleźć czas na ugotowanie obiadu, oporządzenie zwierząt gospodarskich, posprzątanie mieszkania, upieczenie chleba i tak dalej. Mamusie miały bardzo dużo pracy. W domu wszyscy pracowali. A takie małe dzieci jak ty pasły gęsi, świnie a potem troszkę starsze pasły krowy na łące, nosiły mamie drwa, żeby było przy czym gotować obiad. Pracy było ho, ho! A pranie! Nie było prądu ani pralek.

-To jak się prało?

- Brało się brudne ubrania i szło się nad rzekę. Tam klękało się nad wodą, moczyło ubrania w wodzie i wybijało brud kijem. Jesienią, wczesną wiosną i zimą kobiety bardzo marzły przy tej pracy. Nie raz się przeziębiły i były chore, a nawet niektóre zmarły.

-Aż tak? Ojej. To jakbym widział, że to tak, to bym nic nigdy mamie nie pobrudził. Moja mama ma automat. Wrzuca do automatu i wyjmuje uprane.

- Kiedyś ich nie było. Jeszcze moja mama go nie miała i prała we „Frani”, a babcia moja na tarze.

-A widzisz, mamusie jeszcze chleb dla rodziny wypiekały, placki i bułeczki tak jak twoja Babcia.

-A dlaczego nie mogły kupić w sklepie, tak jak moi rodzice?

-Kto miał blisko do piekarni, to mógł, ale chleb był także drogi. Nie wolno było zmarnować kruszynki. Jeśli komuś kawałek chleba upadł, należało go oczyścić, ucałować i zjeść. Chleb się szanowało i nadal należy go szanować.

-A widziałem nieraz, jak ludzie na śmietnik wynoszą?

-Oj, to bardzo brzydki zwyczaj. Jest to lekceważenie chleba, którego należy kupować tyle, ile się zje, a jeśli zostanie na drugi dzień, to trzeba go także zjeść, choć już nie jest ciepły, albo wkruszyć do mleka, do zupy, albo odgrzać na patelni na pyszne grzanki. Ale marnowanie chleba jest grzechem. Należy go spożywać Bogu na Chwałę, a jak się chleb napoczyna, należy go przeżegnać. Chleb taktuje się jak świętość. Jest podstawowym pokarmem człowieka.

-Nie wiedziałem. A ja zimą kruszę dla ptaszków. To źle?

-Jak ci został w szkole i zapomniałeś wyjąc z tornistra, to lepiej, żeby ptaszki zjadły niż żeby się zmarnował. Ptaszki zimą są głodne i chętnie go zjedzą. A masz karmnik?

-Mam, tatuś zbudował.

-I przylatują ptaszki?

-Czasem tak. Czasem nie. Pewnie jak głodne to przylecą, ale podpatrzeć nie można, bo jak ruszę firaną to uciekają.

-No, to jak widzisz przez firanę, że są, to nie podchodź do okna. Bo jak je wypłoszysz, to im przeszkadzasz w posiłku. To tak jakbyś głodnego człowieka odganiał od stołu.

- Aż tak?

-No, pewnie.

-Ale wracamy do rozmowy o zawodach, bośmy odbiegli od tematu. O czym to było?

-Już nie wiem.

-No, widzisz. Było o tym, że w miastach były piekarnie, ludzie młócili wpierw zboże i odsyłali je nie do skupu, tylko do młyna. Najpierw trzeba było zboże ściąć sierpem albo kosą, a potem zbudowano kosiarki, później snopowiązałki, a kombajny zupełnie niedawno. Tak samo chleb pieczono najpierw zarabiając go rękoma, a dopiero później wynaleziono maszyny piekarskie. Tak więc żeby maszyny mogły powstawać, jaki zawód musiał się znaleźć?

- Albo ja wiem?

-No, to ci powiem. Konstruktora! Ale ten zawód powstał dużo później. Wpierw byli lekarze, aptekarze, piekarze, kucharze, no i zduni.

-A kto to?

-Widzisz, żeby upiec chleb, trzeba mieć w czym. Do tego potrzebny jest piec. Nie każdy umiał go zbudować. Do tego potrzebny był zawód zduna. Zdun to po prostu fachowiec od budowania pieców.

-A jakich?

- Różnych. Kaflowych do ogrzewania mieszkania, pieców kuchennych do gotowania posiłków no i piekarniczych.

- A Hostie to w którym piecu się piecze?

Cierpliwości, kochany. Tego dowiemy się w Wytwórni.

 

ROZDZIAŁ VI - ZAWÓD KSIĘDZA

 

Gerwazek milczał chwilę i skubał jakiś pęczek na spodenkach.

-Coś cię niepokoi?- Spytał Ksiądz Proboszcz.

-Bo ja chciałbym wiedzieć… no…że…no…A zawód księdza to kiedy powstał?- Wypalił jednym tchem po chwili zastanawiania i pojąkiwania.

-Hm, jakby ci tu powiedzieć? Zawód? Raczej posługa, ale niech ci będzie. Można tylko powiedzieć, że o kapłanach tyle wiemy, że jeden miał na imię Mojżesz. Po nim był jego brat Aaron, a po nim Jozue. Potem byli inni. Zanim narodził się Pan Jezus, było wielu kapłanów. Oni opiekowali się ludźmi. Modlili się za nich i z nimi. A takich kapłanów jakim ja jestem, ustanowił Pan Jezus w Wieczerniku. Dowiesz się wszystkiego na katechezie. A kapłaństwo to służba najpierw Bogu, potem ludziom. Jemu na Chwałę, a ludziom, żeby mogli pójść do Nieba. Kapłan odprawia Mszę Świętą, która jest odzwierciedleniem Męki Pana Jezusa na Krzyżu i ponowną Ofiarą Jego Męki, tylko, że już bezkrwawą, bo Pan Jezus nie może ponownie za nas umrzeć. Każdy ruch dłoni księdza lub odmawiana modlitwa jest przypomnieniem tego, co działo się z Panem Jezusem podczas Jego Męki. Tak wiec mamy chwilę, w której On idzie do Ogrójca, kiedy staje przed sędziami, kiedy Go biczują, kiedy idzie na Golgotę, a potem krzyżują Go i umiera. Msza Święta kończy się jak wiesz błogosławieństwem, które jest pamiątką rozesłania Apostołów na cały świat. A oprócz odprawiania Mszy Świętej ksiądz w Imieniu Pana Jezusa odpuszcza ludziom grzechy w konfesjonale, głosi kazania z ambony, organizuje i prowadzi procesje i wiele innych posług jeszcze wykonuje.

-A tatuś mówił, że widział jak ksiądz płot koło kościoła malował.

-Cóż? Skoro nie było chętnego do pracy, to malował sam ksiądz, ale byłoby dla Pana Jezusa bardzo miłym, gdyby przyszedł jakiś parafianin malować, a ksiądz mógłby w tym czasie zająć się czymś ważniejszym.

-A czym?

-Między innymi i tym, że musimy zacząć organizować wycieczkę, ale tak naprawdę to pielgrzymkę czyli wyjazd religijny do…?

-Wytwórni hostii!- Wykrzyknął triumfalnie Gerwazek.

-No, właśnie. Muszę zamówić autokar, zadzwonimy z twoim Dziadkiem do tej Wytwórni, żeby ustalić termin naszego przyjazdu, trzeba zebrać dzieci i panie katechetki jeśli nie kąpią się w morzu, bo przecież są wakacje, zawiadomić rodziców, żeby przyprowadzili dzieci w oznaczonym dniu o godzinie koło kościoła na zbiórkę i wtedy pojedziemy. Gdy już tam dojedziemy, obejrzymy jak z najlepszej mąki wypieka się Hostie, żebyśmy my- kapłani mogli je przemieniać mocą Chrystusa w Jego Ciało. Żebyśmy to czynili na Jego pamiątkę gdyż tak nam nakazał, Jemu na Chwałę, a ludziom podawać Komunię Świętą dla ich zbawienia. No, dobrze. To teraz poproszę cię, żebyś poszedł się pobawić, a my z twoim Dziadkiem omówimy wyjazd.- Gerwazek uśmiechnął się, zeskoczył z ławki i poszedł na dwór, ale postanowił wspiąć się na gzyms fundamentu, rączkami uchwycić ramy otwartego okna i wsadziwszy głowę pomiędzy dość duże asparagusy podsłuchać o czym mówią. Ale Babcia wychodząc z domu po wiśnie na świeży kompot wypatrzyła go i kazała natychmiast zejść tłumacząc, że podsłuchiwanie jest bardzo nieładne. Cóż było robić? Siadł pod oknem i kopiąc malutką łopatką ogromną dziurę w ścieżeczce między piwoniami starał się wysłuchać jak najwięcej. Ale niewiele słyszał. Konkretna data też nie padła, bo ją należało ustalić z wytwórnią przez telefon i to obiecał zrobić ksiądz.

 

Rozdział VII - PLACKI NA WYCIECZKĘ

 

Minęło kilka dni. Wszystkie szczegóły zostały ustalone. Wycieczka, a właściwie pielgrzymka miała być w czwartek.

-To dobrze.-Chwaliła Babcia.- Bo w czwartek była Ostatnia Wieczerza i Pan Jezus ustanowił podczas Niej Komunię Świętą, Mszę Świętą i Kapłaństwo i Sakrament Spowiedzi.

-Aż tyle?- Dziwił się Gerwazek.-

Tyle. Najważniejsze na ostatnią chwilę. Ale dzisiaj mamy środę Gerwazku, więc żebyście nie byli głodni, chodź, upieczemy kilka placków, które zabierzecie ze sobą.

-Ojej!- Ucieszyło się dziecko.- To kiedy pieczemy?

-Zaraz.- Uśmiechnęła się Babcia i poszła do spiżarni po wszystko co było potrzebne do pieczenia placków. Niosła na dużej tacy garneczek z mlekiem, kilka kostek masła, torebkę z cukrem, miskę pełną jaj, i drożdże. Postawiwszy to na stole wzięła miskę i wróciła po mąkę. Potem grzała mleko na piecu, zarabiała rozczyn drożdżowy, a wnuczek stał obok niej, chciał pomagać we wszystkim, wchodził niemalże pod ręce, wiec dawała mu- a to drożdże rozkruszyć, a to z mlekiem wymieszać, dodać trochę mąki, znowu wymieszać, cukrem zasypać, ale z nadgorliwości nasypał zbyt dużo mąki, trzeba było dodać mleka, znów nalał trochę za dużo i było zbyt rzadkie, wiec Babcia wzięła garstkę mąki i delikatnie posypała dość płynną masę.

-Teraz zamieszaj.- Chłopczyk zacisnął wargi i jak nie okręci kulką dookoła miski, aż trochę rozchlapało się na stół.

-No, nie tak ostro!- Ze śmiechem zawołała Babcia.- A teraz zostawimy, niech urośnie.- Gerwazek stał i wpatrywał się w rozczyn. Liczył pękające i tworzące ciągle na nowo pęcherzyki powietrza i wołał głośno ile ich jest i że pojawił się nowy, a teraz trzy od razu, a potem się nieco zniechęcił, bo pęcherzyków było tak dużo, powstawały i pękały tak szybko, że nie zdążył ich liczyć. Tymczasem Babcia w mleku rozgrzewała masło. Wnuczek stał i obserwował rozczyn. Liczył i liczył, ale nie zauważył, że rozczynu zrobiło się dwa razy tyle. Tak był zajęty liczeniem.

-No, wystarczy tego rośnięcia.- Zawyrokowała Babcia ujrzawszy efekt w misce.- Zarabiamy ciasto. Podawaj jajka.- Poprosiła i brała z rączek Gerwazka jedno po drugim, oddzielała żółtka od białek i wkładała te żółtka do rozczynu, dokładała cukru, ucierała troszkę, znów dodawała żółtek i cukru, a nawet trochę białek, potem mąki rodzynek i znów mąki, aż postało piękne sprężyste ciasto. Potem Babcia przykryła je czystą białą ściereczką i robiła kruszonkę, a Gerwazek kroił śliwki i wydłubywał z nich pestki. Gdy ciasto urosło, Babcia poprosiła, żeby wnuczek wysmarował blaszki i na świeżo posmarowane kładła pachnące żółciusieńkie ciasto rozsmarowując je równiutko po blaszce. Wnuczek układał śliwki i sypał kruszonkę. A potem placki rosły i z równiutkich stały się troszkę pagórkowate. A potem… Babcia napaliła w piecu i piekli jeden po drugim. Gdy wszystkie placki stały już gotowe, należało je jeszcze polukrować. Pierwszy z nich po wyschnięciu lukru rozkroili i położyli na talerzu. Babcia upiekła po prostu o jeden więcej. Teraz tylko czekać na wyjazd. Czekał Gerwazek i wszystkie dzieci z parafii. Czekały placki z spiżarni. Pan kierowca szykował autokar, a Ksiądz Proboszcz układał plan wyjazdu, tylko Dziadek nie mówiąc Gerwazkowi ani słowa zniknął gdzieś na jakie dwie godziny.

 

Rozdział VIII - PRZY PLEBANII

 

Najpierwsze pojawiły się miejscu zbiórki bliźniaki od pani sklepowej, bo pewnie nie mogły z emocji wcale w nocy spać. Potem pojawiła się Grażynka Fitznerówna, ta, u której w sadzie na czereśni pyszni się strach ze starej lalki i nie wpuści żadnego szpaka, a jako trzeci przyszli dziadek z Gerwazkiem, ale blach z ciastem ze sobą nie mieli, bo autokar i tak musiał przejeżdżać koło ich domu, wiec po prostu się zatrzyma, a Babcia poda wprost do autokaru. Placki czekały już na ławce przed domem, a Babcia pilnowała, żeby Reksik z Azorkiem nie zrobili sobie uczty. Po kolei przychodziły panie katechetki i wszystkie dzieci, które miały jechać. Okazało się, że nie tylko Gerwazkowa Babcia wpadła na pomysł upieczenia placków, ale prawie każde dziecko coś słodkiego ze sobą miało. Był wiec jeszcze placek z jagodami, makowiec i sernik, a nawet murzynek z powidłami się trafił. Wreszcie z plebanii wyszedł Ksiądz Proboszcz z dość duża torbą i jakąś walizeczką na plecach, o której Dziadek wiedział, że Ksiądz zabrał akordeon. I on miał malutką walizeczkę, ale trochę inną. Gerwazek widział, że Dziadek ma w niej skrzypce. Wszystko było gotowe. Czas odjazdu nadchodził, a autokaru nie było. Czekali już dziesięć minut, a tu nie ma. Pojawił się dopiero po dwudziestu minutach. Kierowca wysiadł i przywitawszy się z dorosłymi wyjaśnił powód spóźnienia.

-Wieczorem było wszystko dobrze. Rano w jednym kole nie miałem powietrza, musiałem koło zmieniać, stąd to spóźnienie. Mogę gdzieś umyć ręce?-

Proboszcz zaprowadził go na plebanię, co jeszcze o jakie pięć minut opóźniło wyjazd. Nareszcie zapakowali się do autokaru, pomodlili chwilkę, Ksiądz pobłogosławił i powoli po szosie potoczyły się koła. Jeszcze tylko zapakowali babcine placki i autokar nabrał rozpędu.

 

Rozdział IX - PODRÓŻ I POWITANIE

 

Jechali dość długo. Droga była dobra, szeroka, a kierowca miał wprawę. Modlili się, śpiewali, Proboszcz wygrywał na akordeonie, a to religijne pieśni i piosenki, a to coś skocznego aż się tańczyć chciało, więc nikomu się nie nudziło i nawet nie wiedzieli, kiedy zeszła dosyć daleka podróż. Autokar zatrzymał się przed bramą. Ku ich zdziwieniu szlaban otworzyła im siostra zakonna. W Wytwórni czekano na nich wiedząc, że mają opóźnienie, gdyż Proboszcz zawiadomił przez telefon. Gerwazek był bardzo, ale to bardzo ciekawy, jak w tej Wytwórni może być. Autokar zaparkował na dziedzińcu, a dzieciaki wysypały się na zewnątrz jak stadko rozćwierkanych wróbli. Sam dyrektor czyli Pan Szczepan porozmawiawszy chwilę z Księdzem i Dziadkiem poprowadził gromadkę ustawioną w pary do swojego biura. Dzieciaki usiadły na dość puchatym dywanie, a dorośli na krzesłach. Wiecie?- Mówił Dyrektor.- ja jestem dyrektorem technicznym, a od całej Wytwórni jest siostra Hiacynta.

-A po co tylu dyrektorów?- Wyrwało się Gerwazkowi.

-Cóż? Nie wszyscy mogą zająć się wszystkim. Siostry zajmują się wszystkim oprócz zaopatrzenia i odstawy do punktów sprzedaży wyrobów naszej piekarni.

-A co to jest zaopatrzenie?- Zapytała kuzynka Gerwazka- Joasia , która też przeszła do drugiej klasy. Miała krótkie mysie ogonki, które ze względu na loczki były stale potargane.

-To jest dowożenie mąki na przykład i to tej najlepszej, dlatego jeździmy po nią dość daleko. Trzeba dbać o konserwację maszyn, o odwożenie gotowych hostii i opłatków wigilijnych do sklepów, do których przyjeżdżają księża. Muszę pilnować, żeby samochody dostawcze były sprawne i o różne inne sprawy. Siostra Hiacynta trzęsie mną.-Roześmiał się.

-A co ona jeszcze robi?- Spytała pani katechetka.

-Cóż? Przy okazji jest przełożoną w klasztorze, który jest zaraz obok. Musi dbać o wiele spraw. Ma dużo pracy.-Wziął słuchawkę telefonu, nacisnął jakiś klawisz i powiedział:

-Są siostro, przyjechali. Dobrze. Czekamy.-

Musimy chwilkę poczekać, siostra zaraz przyjdzie. –W międzyczasie opowiedział, że Wytwórnia Hostii to specyficzna fabryczka. Najpierw zanim się ją otworzy, musi się wiedzieć, jak się takie produkty piecze, Maszyny są też specjalne a zanim się rozpocznie produkcję, trzeba otrzymać specjalne zezwolenie od samego księdza biskupa i to na piśmie. Nie ma rady. Inaczej nie wolno. Przepis też musi być ścisły. A kto wie, co się daje do ciasta?- Dzieciaki zgłaszały się kolejno, lub w zależności od tego kto co wiedział po kilkoro naraz. Wołały więc, że mąkę, masło, margarynę, cukier, rodzynki, kakao, jajka, ale ikt nie wpadł na to, że do ciasta konieczne są drożdże albo proszek do pieczenia.

-I co jeszcze?- Pytał Pan Szczepan.

-Może kartoflankę?

-Może otręby?

- Siemię?

-Co jeszcze?- Odezwała się za nimi siostra, która przysłuchiwała im się od chwili.

-Landrynki do posypania.- Wypaliła Grażynka.

-No, można, Ale jak się nie da czegoś? Czegoś? To będzie ciasto do niczego, bo będzie twarde jak kamień. No, co to jest?

-Herbata do namoczenia.- znalazł wyjście z sytuacji Marcinek.

-No, może być i tak, ale o coś innego chodzi. Kto słyszał o czymś takim jak rozczyn?

-Ja!-= Zawołał olśniony nagle Gerwazek.- Wczoraj z Babcią piekliśmy placki do zabrania i ja kruszyłem drożdże.

-No, brawo! A jak nie drożdże, to co może być? Co się daje na przykład do pierników?

- Natron!- Agata była tak pewna siebie, że nawet nie starała się powiedzieć prawidłowo.

-No, może być.-Odpowiedziała siostra Hiacynta. Ale tak naprawdę nie nazywamy tego natronem tylko sodą oczyszczoną, a do ciastek lub pierników dajemy jeszcze amoniak. Słyszał ktoś o amoniaku?

-Ja słyszałam, ale moja ciocia mówiła, że to się używało do cucenia jak ktoś zemdlał.- Siostra uśmiechnęła się.

-Do cucenia też, ale kiedyś, dziś już się tego nie daje. Dziś podnosimy omdlałemu nogi wysoko do góry. Ale amoniak to świetny środek spulchniający. My tu w klasztorze jak pieczemy ciasteczka na niedzielę, zawsze go sypiemy. Mamy przepyszne amoniaczki. Ale i tak widzę, że wiecie dużo. Pewnie wielu z was pomaga swoim mamusiom?

-No, pewnie!- Wykrzyknął ktoś zza Księdza Proboszcza.- Ja, proszę Siostry kiedyś sama upiekłam biszkopt jak mama zbierała kartofle na polu i nie miała czasu!

-No, pięknie, a nie poparzyłaś się?- Spytała Siostra

-Tylko troszeczkę jak wyjmowałam z pieca. Ale już się zagoiło.

-Lepiej jednak nie kombinować samemu, jeśli nikogo starszego nie ma w domu. A kto jeszcze pomaga?

-Ja!- Zawołał Wojtek, który wczoraj sam ze sobą bawił się we fryzjera i niezbyt równo mu wyszło.

-Jaka jest twoja rola wtedy?- Spytała Siostra.

-Donoszę jajek z kurnika i rozbijam je na talerz, a potem ubijam trzepaczką. Albo czytam mamie przepis z książki kucharskiej, bo mama wygrała na dożynkach taką wielką i grubaśną książkę kucharską z kolorowymi obrazkami. Teraz po kolei próbujemy rożne przepisy.

-No, brawo, Wojtku. A kto jeszcze pomaga?

-Ja.-Odezwał się Gerwazek.- Ale moja Babcia nie potrzebuje książki kucharskiej. W ogóle do niej nie zagląda, tylko bierze mąkę, jajka, drożdże albo proszek do pieczenia, masło i miesza jedno z drugim, dodaje po kolei, popatrzy, stwierdza, że czegoś mało i jeszcze troszkę doda, a jak upiecze, to palce lizać! A ja jej pomagam, wałkuję, podaję foremki, smaruję tłuszczem blachy do ciasta, wykrawam ciasteczka i posypuję je cukrem albo po upieczeniu lukruję. Ale nigdy jeszcze nie pozwoliła mi wstawić do pieca ani wyjąć, bo mówi, że się poparzę.

-No, to widzę, że ty pewnie na cukiernika wyrośniesz?

-To ja wam teraz opowiem, jak się piecze hostie. Najpierw bierzemy mąkę. Kto wie jaką?

-Żytnią!

-Pszenną!

-Krupczatkę i troszkę kartoflanki!- Wołały dziewczynki.

-Pszenną taką najlepszą jak tylko jest we młynie!- Zawołał Gerwazek.

-Brawo.-Pochwaliła siostra.-A skąd to wiesz?

-Bo jak byliśmy z Dziadkiem we młynie to przyjechał akurat Pan Dyrektor po mąkę i powiedział, że na hostie, więc musi mieć najlepszą.

A kto wie, albo się domyśla, dlaczego musi być ta najlepsza?

-Bo nie może mieć glutenu.- Powiedział Mateusz z trzeciej klasy.

-Nie prawda. Musi mieć. –Sprostowała Siostra.- A co to jest gluten?- Spytała go.

-Nie wiem, ale to takie coś co jest w mące i tego nie wolno alergikom.

-Takie coś, powiadasz? My pieczemy z tym „takim czymś” i „to coś” musi być koniecznie, ale dla alergików inna piekarnia piecze, z tym że troszkę „tego czegoś” koniecznie musi być. Taki jest przepis, inaczej nie wolno. A kto wie z czego jeszcze piecze się hostie?- Dzieciaki rozwinęły pomysłowość. W składzie nie znalazły się chyba tylko rodzynki, bo ani w hostiach w kościele ani w opłatkach wigilijnych nikt ich nie widział.

-No, to wam powiem teraz ja, jak się je piecze. Piecze się podobnie jak prawdziwy chleb, tylko z niekwaszonego ciasta. A dlaczego z niekwaszonego? Może ktoś wie?- Nie wiedziało żadne dziecko.

-A tłumaczyłem wam przed Pierwszą Komunią Świętą. Widać teraz jak uważaliście. – Odezwał się po raz pierwszy Ksiądz Proboszcz. To jak? Wie ktoś, czy nie?- Panowała cisza.- Czy może ktoś przypomina sobie jak to było z wyjściem Żydów z Egiptu?

-Nie mieli chleba i na pustyni dostali mannę od Pana Boga!

-Wcześniej.- Drążyła Siostra.-Zanim wyszli na pustynię.

- Mieli głód bo była susza i musieli jeździć do Egiptu po zboże.-Odezwała się Maniusia, która zawsze wszystko umiała.

-Tak, ale to było czterysta lat wcześniej.- Podpowiedziała pani katechetka, ale nic nie pomogło. Wobec tego siostra, aby nie przedłużać niefortunnego egzaminu postanowiła opowiedzieć.

-Było to tak. W Egipcie ludziom było bardzo źle. Faraon i jego słudzy strasznie krzywdzili Żydów i ci biedni ludzie wołali do Pana Boga o pomoc. Pan Bóg wysłuchał i najpierw zesłał dziesięć plag na Egipcjan. No, już nie będziemy wymieniali, jakie to były plagi, żeby się nam nie przedłużyło. Ale faraon nie chciał słuchać rozkazu Boga i dopiero gdy zmarł jego pierworodny syn, puścił Naród Żydowski. Pan Bóg przez Anioła rozkazał Żydom, żeby przygotowali się do drogi. Mają się zapakować na wozy, ale przed podróżą należy się najeść, żeby mieli siły iść. Pominiemy co i jak było z tym nocnym wyjściem, tylko powiem wam tyle, że do mięsa pieczonego w ogniu mieli jeść chleb niekwaszony, bo na zakwaszenie ciasta już nie było czasu. I na pamiątkę tego chleba nie kwasimy ciasta na hostie, gdyż Żydzi co roku na pamiątkę tej Nocy spożywali Paschę, czyli mięso z niekwaszonym chlebem i gorzkimi ziołami. Gdy Pan Jezus z uczniami spożywał Ją w wieczerniku w Wielki Czwartek i chleb przemienił w Swoje Ciało, a wino w Swoją Krew, to też użył niekwaszonego chleba. Dlatego używamy niekwaszonego pszenicznego ciasta. Wszystko jasne? Co pominęłam, wasz Ksiądz opowie wam w drodze powrotnej w autokarze. No, tośmy porozmawiali, teraz pójdziemy oglądać produkcję. Ale pamiętamy. Idziemy cichutko, nie krzyczymy, nie rozmawiamy, nikt nikogo nie popycha, ani nie dotykamy czego nie pozwolimy dotknąć. W tej fabryce zachowujemy się inaczej niż w normalnych. Tu zachowujemy się tak troszkę jak w kościele, bo przecież pamiętamy, że to co upieczemy, we Mszy Świętej zostanie zamienione w Ciało Pana Jezusa. Dlatego wszystko musi być pobożnie i z godnością. No, ustawiamy się parami i idziemy na halę produkcyjną.

 

Rozdział X - ALE PACHNIE NA TEJ HALI !

 

Najpierw dano wszystkim bez wyjątku foliowe ochraniacze na obuwie, takie jak dają szpitalach.

-Nasza wytwórnia należy do fabryk żywności, dlatego muszą być wszystkie obostrzenia. Wszyscy musimy mieć też specjalne badania lekarskie jak kucharze, piekarze, kelnerzy i inni.- Wyjaśniła siostra Dyrektor. Towarzyszył im także Pan Szczepan-Dyrektor techniczny.

Szli dość wąskim korytarzem ku hali produkcyjnej odwiedzając najpierw magazyn mąki. Stało tam niewiele-bo kilkanaście worków pszennej mąki.

- Niewielki ten zapas.- Powiedział półgłosem Dziadek

-Na dość długo wystarczy.- Wyjaśnił Dyrektor.- Tutaj, kochani jak widzimy stoją worki z zapasem mąki. Nie może być ich bardzo dużo żeby coś się przypadkiem nie zalęgło, bo już by się nie nadawała. Wolimy zatem kupować mniej, a częściej. I stąd pójdziemy już do hali. Proszę, żeby nie krzyczeć, nie przepychać się, idziemy parami. Zachowujemy się jak mówiłam, tak troszkę jak w kościele, bo przecież wiemy, że co tu produkujemy trafi do kościoła i stanie się Ciałem Chrystusa. Zatem idziemy i nie rozrabiamy.- Dzieci szły cicho, nabożnie jakby owiane jakąś tajemnicą. Pewnie gdyby nie to, że trzymały się za ręce, złożyłyby je. Właśnie szedł z czymś w rodzaju taczki o dwóch kołach ubielony pracownik. Zeszli mu trochę z drogi, żeby przeszedł spokojnie, a on wszedł do magazynu mąki i wrócił do hali z pełnym workiem, gdy już w niej byli. Spojrzał na nich i poszedł nic nie mówiąc. Hala była dość duża i widna. Wyłożona była białymi płytkami od podłogi do sufitu, na podłodze też były białe, ale nie błyszczały, gdyż na błyszczących można się łatwo poślizgnąć. Stanowisk pracy było kilka. Wszyscy pracownicy świeccy mieli białe mundurki i białe czepce. Dzieci stanęły niemal w progu hali onieśmielone. Siostra otworzyła ramiona i gestem zaprosiła je żeby weszły dalej.

-Jak powiemy pracownikom? NIECH BĘDZIE… ( zaczęła powoli, a dzieci w mig podchwyciwszy dokończyły wraz z siostrą) …POCHWALONY JEZUS CHRYSTUS!

-NA WIEKI WIEKÓW AMEN!- Odpowiedziały dość głośno i niemal chórem pracownice, z których niektóre były siostrami zakonnymi, niektóre nie.

-Ale tu pachnie!- Wyrwało się dzieciom.- W powietrzu roznosił się słodkawy cudowny zapach pieczonego ciasta trochę taki jak w piekarence gofrów. Siostra uśmiechnęła się.

-Kochane dzieci.- Zaczęła uroczyście.-Tu dzieje się najważniejsze. Podejdźmy troszkę bliżej do tego stanowiska.- Wskazała dłonią.- Tu zaczynia się ciasto, które przygotowujemy tylko z mąki i wody w ściśle określonej proporcji. Wszystko musi być bardzo dokładnie zrobione, dobrze upieczone, nic nie wolno przypalić, ani nic innego nie wolno do ciasta dodać, bo w skład chleba przaśnego, o którym już mówiłam wchodzi tylko mąka i woda.

-A cukru nie wolno?

-A jajek?

-A drożdży albo proszku do pieczenia?

-A jakby ktoś dodał?

-A jakby siostra poznała, że ktoś coś dodał, jakby się to ciasto wyrobiło?- Zaczęły pytać małe gosposie.

-Ale prosiłam, żeby nie gadać.-Upomniała Siostra Dyrektor.-U nas jest tak: Jest taki specjalny przepis i o nim zdecydował sam Papież. Do tego przychylili się biskupi. Ustalili co może być w hostyjkach, jakie produkty, żeby hostie nadawały się do Mszy Świętej. Nazywa się to „Wartość Materii Eucharystii”. Wiem, że to dla was może zbyt mądre słowo, ale tak to nazwano. I wydano na ten temat taki specjalny dokument, opieczętowano i jego musimy się trzymać. Każda osoba, którą zatrudnię musi złożyć przyrzeczenie w kaplicy i podpisać oświadczenie, że będzie pracowała bardzo uczciwie. Dlatego zauważcie. Czy słyszycie jazgot na hali? Rozmowy głośne? Jakieś chichoty?

-Nie, nie, nieee…-Odezwało się parę głosów.

-No, właśnie. A wiecie dlaczego? Otóż dlatego, że ci, którzy tu pracują zamiast gadać modlą się. Mamy głośnik, który pomaga nam w tym. Z głośnika słychać rano Godzinki, potem Różaniec, potem jakieś pobożne pieśni, ale wszystko dość cicho, żeby nikogo od hałasu nie rozbolała głowa. Teraz wyłączyliśmy na czas waszego pobytu na hali, ale ludzie i tak się modlą sami.

-Cały czas?- Spytał Gerwazek.- A nie nudzi im się tak ciągle bez przerwy się modlić?

-Modlitwa to rozmowa z Panem Bogiem, który jest nie tylko Bogiem ale i najukochańszym Tatusiem każdego z nas, gdyż jak wiemy zostaliśmy stworzeni przez Boga na Jego Obraz i podobieństwo. Zatem, czy rozmowa z kochanym Tatusiem może być nudna?

-Nie powinna.-Skwitowała Agnieszka, która przeszła już do piątej klasy.

-Masz rację.- Ale jak to zrobić, żeby nie powinna?- Spytała Siostra. Tego nikt nie wiedział. Wszyscy odmawiali pacierz, a ci, którzy nie odmawiali, bo gdy rano wstawali biegli od razu pytać mamę, co dziś na śniadanie, nie odzywali się w ogóle, bo obok stał Ksiądz Proboszcz. A nuż powie coś, co spowoduje, że wstyd będzie przed całą grupą i przed siostrą Dyrektor? Ci, którzy chodzili już do Spowiedzi woleli już powiedzieć o swoim lenistwie konfesjonale niż przyznawać się przed wszystkimi. A ci, którzy u Pierwszej Komunii Świętej jeszcze nie byli, mieli jeszcze kilka miesięcy czasu na poprawę, wiec też milczeli. Katechetki nie odzywały się.

-No, to może spytamy waszego Księdza, który modli się o wiele więcej od was, czy mu się nie nudzi na modlitwie?- Wszystkie dzieci z zaciekawieniem zwróciły ku niemu oczy. Bo co teraz powie? Nie kręci się jak mówi pacierz? Nie swędzi go na przykład ucho, noga, albo nie chce mu się psiknąć, albo kolana nie zabolą? W kościele gdy na niego wszyscy patrzą ma ręce złożone, ale jak go nikt nie widzi to też? I naprawdę nie marudzi, że musi mówić pacierz jak chce mu się spać?- Cisnęło się w głowach dzieciom. Tymczasem Ksiądz wysunął się troszkę do przodu i powiedział z uśmiechem.

-Moglibyśmy o to samo spytać Siostrę Dyrektor, ale powiem tylko jedno. Jeśli ktoś kocha Pana Boga, nigdy nie nudzi się na modlitwie choćby nawet cały dzień mówił Różaniec po Różańcu. A to dlatego, że podczas modlitwy myśli o Bogu, a więc kieruje się do Nieba. A jak ktoś zaczyna się uczciwie modlić, nawiązuje się z Panem Bogiem przyjaźń i rozmowa. A rozmowa z Takim Przyjacielem jest zawsze miła i chce się z Nim rozmawiać zawsze.

-Tylko jak to zrobić?- Zdziwił się Gerwazek.

-Tobie Dziadek wyjaśni. On umie. Ale nie zagadujmy Siostry, bo czas ucieka.

-To już podejdźmy najbliżej jak możemy do tego stanowiska.- Zaprosiła i podprowadziła grupę do maszyny zarabiającej ciasto.- Może oddam teraz głos Panu Dyrektorowi technicznemu. Proszę, Panie Dyrektorze.- Pan Szczepan podszedł do maszyny. Była duża, większa od niego samego i troszkę przypominała wielki mikser. Była biała i miała na przedniej ścianie kilka guzików do programowania. U dołu miała mieszadło, a z boku takie duże koło z uchwytem i dźwignię. Mieszadło właśnie miało przerwę w pracy, bo siostra obsługująca tą maszynę przed chwilą odniosła do piekarek urobioną masę i właśnie zaczynała szykować nową porcję składników. Obok niej stał worek niedawno przywieziony z magazynu, a ona trzymając w dłoni zwykłe wiaderko napełnione mąką brała z niego miarką i wsypywała do dużego kotła ustawionego na postumencie poniżej głowicy maszyny tak, żeby mieszadło było umieszczone wewnątrz kotła. Innym pojemnikiem nalewała wodę. Wsypawszy i wlawszy odpowiednie ilości tych tylko dwóch składników włączyła maszynę. W górę uniosło się trochę pyłu mącznego, ale zarabiarka nie dawała za wygraną i zamiast pozwolić mące odfruwać, pochłaniała ją wirującym mieszadłem łącząc z wodą. Ono kręciło się z dość cichym buczeniem silnika. Mieszało i mieszało. Siostra pozwoliła dzieciom podejść do samego kotła i zajrzeć. Ciasto było półpłynne, podobne do ciasta na gofry lub naleśniki, ale bielutkie i nie mogło mieć nawet najmniejszych grudek.

-A czym się mieszało, gdy nie było takiej maszyny?- Spytał Ksiądz raczej ze względu na dzieci niż dla siebie.

-Cóż? Nasza piekarnia to swoista kuchnia, zatem używało się zwykłych mątew i kopyści. Przecież od niedawna mamy takie elektroniczne udoskonalenie. Mieliśmy też taką zarabiarkę na prąd, którą nam ktoś zrobił, ale już ją oddaliśmy do Muzeum Chleba. A zanim, to także była tu podobno taka zarabiarka na korbę, ale ja już jej nie pamiętam. A siostra pamięta?

-Jeszcze troszkę, ale nie potrafię już o niej opowiedzieć dokładnie. W każdym razie to było urządzenie własnej roboty, bo kościołów przybywa i hostii więcej potrzeba. A najwięcej pracy mamy bliżej Bożego Narodzenia, gdy pieczemy jeszcze opłatki wigilijne. Wtedy prawie nie śpimy, tylko pieczemy i pieczemy.

-O, już się urobiło.- Powiedziała siostra obsługująca maszynę. Wcisnęła guziczek i maszyna zatrzymała się. Podeszła z boku, pokręciła kołem i chwyciwszy uchwyt podniosła głowicę maszyny. Mieszadło uniosło się ukosem kapiąc ciastem do kotła. Siostra wziąwszy ogromną chochlę przelała ciasto do przyniesionego przed chwilą przez inną siostrę wiadra, a ta zabrawszy je poszła w głąb hali.

-Dziękujemy siostrze. Przejdźmy dalej.- Powiedział Pan Dyrektor i ruszył ku innym troszkę dziwnym maszynom. Stały rzędem jedna obok drugiej na podłużnych stołach wykonanych z dość błyszczącego metalu. Przy kilku z nich stały siostry, przy innych panie mistrzynie od takich wypieków. Właśnie siostra obsługująca maszynę uniosła wieko urządzenia, które było bardzo podobne go gofrownicy, ale miało bardzo błyszczące powierzchnie i nie miało wewnątrz znanej dzieciom kratki jak to w gofrownicach, ale widać było bardzo delikatny rzeźbiony w metalu rysunek religijny. Siostra bardzo ostrożnie podważyła palcami duży opłatek jeszcze cieplutki i przeniosła go na stół zasłany białym obrusem. Następnie wzięła jakby pudełko z rączką, które miało na dole kilka lejków i przesuwając nad bardzo błyszczącą płytką maszynki, kilkoma strumieniami ciasta wyrysowała na niej kratkę przesuwając nad gładką powierzchnią owej „gofrownicy” w tą i z powrotem, prędko rozsmarowała równo i przy pomocy dźwigni zamknęła maszynkę. Tymczasem zgasło światełko na sąsiedniej maszynce, co oznaczało, ze kolejny opłatek upiekł się. Dzieci patrzyły i dziwiły się, bo komunikant, hostia kapłana i opłatek wigilijny są dużo mniejsze, a tutaj wielkość opłatka była podobna do kartki komputerowej. Siostra podeszła do kolejnej maszynki i zrobiła to samo. Układała upieczone opłatki jeden na drugim. Przy kolejnych stanowiskach pozostałe osoby robiły to samo, tyle, że ciasto na powierzchnię „gofrownicy” do opłatków, którą to zwały po prostu „żelazem” nalewały nie takim urządzonkiem tylko chochelką z dzióbkiem.. Na stołach przybywało opłatków wielkich jak kartka.

-Nie są tak równe jak dostajemy w paczkach, ale powyginane nieco.- Zauważył Ksiądz Proboszcz.

-Tak.-Zgodził się Dyrektor.- Są teraz bardzo kruche, dlatego nie możemy ich na razie obrabiać dalej. O, tam troszkę dalej, gdzie zaraz podejdziemy, zobaczymy jak ułożone w stosy delikatnie banderoluje się, żeby się nie rozsypały i zanosi do magazynu. Ale wpierw każdemu z was pozwolimy upiec jeden opłatek. Tak więc prosimy, niech Ksiądz rozleje na płycie ciasto, rozsmaruje i przykryje, a potem po kolei każdy z was.-Ksiądz umiał korzystać opłatków, ale posiadając gospodynię nawet naleśników sobie nie smażył, więc ręce mu drżały trochę, rozlało się nieco ciasta wokół maszynki, ale ostatecznie poszło i opłatek się udał. Siostra obcięła go troszkę z jednego boku, ale mógł pójść do magazynu. Gorzej było z opłatkami dzieci. Po lekkim przestygnięciu każde dostało swój najczęściej źle rozsmarowany i różnej grubości opłatek do ręki i mogło go zjeść. Był pyszny, taki jeszcze cieplutki, a ogromny jak kartka. Najbardziej podobały im się obrazki na wierzchniej bardzo błyszczącej płytce maszynki. Widniały na niej choinki, stajenki, Święta Rodzina, a na małych okrągłych hostyjkach były różne krzyżyki i napisy IHS. Wszystko to na razie było na wielkim opłatku. Teraz przeszli do tego pana, który układał świeże płaty w stosy, delikatnie żeby nie połamać , banderolował i wynosił do magazynu układając stosiki na półce. Poszli za nim. Było tutaj trochę duszno, jakoś wilgotno i ciężko się oddychało.

-Tutaj opłatki sobie poleżą w tej wilgotnej atmosferze aż zwilgotnieją, dopiero wtedy je wytniemy. Inaczej by się pokruszyły i nic by z nich nie wyszło.- Powiedział ten Pan i odszedł do swojej pracy.

-Właściwie już nam opowiedział i nic nie mam do dodania.- Roześmiał się Dyrektor.-To prawda. Wszyscy widzieliśmy, z opłatki po wyjęciu maszyny były zaraz suchutkie jak pieprz, a takie pokroić się nie dadzą. Poleżą sobie tu spokojnie, gdzie powietrze jest specjalnie nawilżane parą wodną.- Rozejrzeli się. Wszędzie na półkach były stosy opłatków. Poszli dalej do mniejszej hali, tam, gdzie działo się coś ciekawego. Dwie siostry rozwiązywały takie banderole, a dwie kolejne przy pomocy ciekawej maszynki uruchamianej pedałem wycinały malutkie komunikanty albo duże hostie dla kapłana. Maszyny były różne. Jedna i druga były troszkę jakby podobne do maszyny do szycia, tyle, że jedna zamiast igły i głowicy miała pusty w środku tubus o ostrych brzegach do wycinania komunikantów. Ile ich można było wyciąć z takiej opłatkowej płytki! Siostra podkładała płytkę równiutko, żeby nie było zbędnych strat i naciskała nogą pedał. Tubus obniżał się i z płytki opłatkowej wycinał po jednym –Ciach! Ciach! Tak ze czterdzieści kilka hostyjek z całego opłatka. Gotowe spadały do szuflady poniżej, a stamtąd partiami przesypywano je do koszyczków, w których musiały wyschnąć do jutra, bo przecież były lekko wilgotne. Po tym czasie należało je przebrać, odrzucić nadłamane, a resztę policzyć i zapakować do woreczków, nakleić etykietę i do magazynu wyrobów gotowych. Ciekawsza była druga maszyna. Miała dużo tubusów połączonych jakby na jednej płycie, więc wycinała za jednym nie nadepnięciem, ale pociągnięciem dźwigni komunikanty z całego wafelka naraz. Gotowe hostie sypały się w dół do podstawionej szufladki. I dalej tak samo jak w poprzedniej maszynie. Prostsza była sprawa z opłatkami wigilijnymi. Jedno -drugie cięcie specjalną gilotynką i gotowe.

-A co z tymi resztkami, co pozostały po wycinaniu?- spytał piegowaty Maciejek o rudych włosach.

-Dowiecie się później. A potem pakujemy wszystko w kartony i do kościołów.- Przy wypełnionych koszach kilka osób pakowało opłatki do woreczków, a gotowe pakieciki do kartonów. Teraz do magazynu wyrobów gotowych, a stamtąd do sklepu z dewocjonaliami i do kościołów.

 

Rozdział XI - PEŁNI WRAŻEN

 

Pełni wrażeń wyszli z hali. Zdjęli foliowe buciki, w których nogi spociły im się tak, że skarpetki mieli wilgotne i zaprowadzono ich na podwórko, gdzie mogli porozmawiać swobodnie. Kto chciał, zadawał pytania, dziewczynki najchętniej obchodziły ścieżeczki i oglądały kwiatki, a chłopcy pewnie by wrócili żeby jeszcze raz przyjrzeć się maszynom. Gerwazek też by chętnie wrócił, a najchętniej przyprowadziłyby starego Pana Młynarza. Niechby też zobaczył. A jak tam pachniało? Tymczasem Ksiądz Proboszcz gdzieś zniknął i dzieci zostały z paniami katechetkami. Zniknął i Dziadek. Dopiero po długiej chwili zaproszono dzieci do kaplicy, gdzie Ksiądz rozpoczął Mszę Świętą, a zapowiedział dzieciom jeszcze w autokarze, że do Mszy Świętej użyje hostii wypieczonych oczywiście w tej piekarni. Gerwazek dziwił się. Dopiero niedawno siał z Dziadkiem zboże, potem kosili je, wieźli do młyna, gdzie zapoznali Pana Dyrektora, a teraz z takiej samej mąki, tyle że najlepszej pod słońcem siostry i panie upiekły hostie, które Ksiądz Proboszcz przemieni w Ciało Pana Jezusa. Żal mu było, że nie był jeszcze u Pierwszej Komunii Świętej i nie będzie mógł Jej przyjąć w kaplicy, ale trudno. Usłyszeli skrzypce. To Dziadek grał na rozpoczęcie Mszy Świętej. To nic, że nie umiał zagrać takich pieśni, jakie najchętniej śpiewałyby dzieci. Ale i inne też przecież umiały, więc dziecięcy śpiew wypełnił kaplicę. Przyszła chwila Procesji z Darami. Jako pierwszą ustawiono Grażynkę Fitznerównę z małym snopkiem złocistej pszenicy, która na wiosnę rozsypała się na rowie i wyrosła sama, więc nikt jej nie skosił, potem trochę małego na swój wiek Jareczka Organiściaka ze świecą, następnie na przykrytym białym obrusem wózku pożyczonym z produkcji obie katechetki wiozły dar od Dziadka- dwa worki najpiękniejszej mąki, po którą w tajemnicy przed Gerwazkiem jechał wczoraj do młyna. Jako ostatnie szły bliźniaczki od pani sklepowej z Darami Chleba i Wina. Po Mszy Świętej przyniesiono do stołówki wszystkie placki zabrane z domu. Siostry przyniosły wycinki od opłatków. Można było jeść ile się chciało. Przyszli pracownicy na przerwę w pracy i razem z dziećmi objadali się plackami, których było więcej, niż na duże wesele. Siostry przyniosły herbatę, bo wszystkim chciało się pić. Nie wszystkie placki zjedli. Zostawili je siostrom i pracownikom piekarni. Tylko z blaszek je siostry wyjęły, żeby dzieci mogły zawieźć puste mamusiom. Do każdej nasypano wycinków. Było ich tyle, że cała pielgrzymka nie zjadła. A po posiłku rozpoczęło się radosne świętowanie przy śpiewaniu piosenek religijnych. Pracownikom przedłużono przerwę, żeby mogli śpiewać także. Dziadek z Księdzem akompaniowali- jeden na skrzypcach, drugi na akordeonie. Wszyscy śpiewali i śpiewali aż prawie zachrypli i siostry musiały donosić herbaty i soku z wiśni. Potem była kolejna atrakcja. Siostra zaprowadziła dzieci do malutkiego Muzeum wypieku hostii sprzed wielu lat. Właściwie nie było to Muzeum, tylko stara piekarnia. Piec opalany drewnem był już gorący. Palił się w nim ogień. Na dużym stole stało wiaderko z ciastem przyniesione z produkcji i leżały różne żelaza, czyli szczypce do ręcznego wypieku opłatków nad ogniem. Były dziwne, brzydkie, bure, wcale nie przypominały tych maszynek tak podobnych do gofrownic, tylko trochę były podobne do szczypiec kowalskich oglądanych w skansenie. Ale każde szczypce miały taką rozszerzoną płytkę i po otwarciu ich można było zobaczyć rysunek krzyżyka, albo napis IHS, albo coś ze Stajenki Betlejemskiej. Siostra pokazała, jak na spodnią stronę tych „szczypiec” nalewa się troszeczkę ciasta, zamyka przyciskając wierzchnią częścią tych szczypiec zaciskając je jak nożyczki i piecze nad ogniem. Brzegi potem należało obciąć, bo się przypalały, ale w środku opłatek był w sam raz. Zaproponowała, aby każdy spróbował upiec, dzieci oczywiście z pomocą dorosłego. Pierwsze piekły panie katechetki i jedna przypaliła, druga nie dopiekła. Księdzu trzęsły się ręce i niedużo brakowało a by się oparzył, bo źle ustawił żelazo, ręka mu się przekręciła za mocno i…dobrze, że Siostra podskoczyła i pomogła. Z dziećmi było różnie. Najpierw wszystkie naraz chciały, ale ustawiono je w kolejce i to najpierw chłopaków, bo w kościele oni mają pierwszeństwo i mogą być ministrantami, a niektórzy już są i dziś nawet do Mszy Świętej służyli. Gerwazkowi całkiem nieźle poszło i znów się dowiedział, że ma predyspozycje do zawodu piekarza. Z dziewczynkami różnie było, ale ogólnie im wiodło się troszkę lepiej niż chłopcom. Najlepiej poszło Dziadkowi, bo upiekł tak, jakby to robił od dawna, a panu kierowcy ciasto się wylało i musiał dostać drugą porcję, którą solidnie przepiekł.

-No, wiecie- Usprawiedliwiał się. U mnie w domu żona wszystko robi, bo ja stale za kółkiem.- Swój opłatek każdy mógł albo zjeść albo zabrać do domu.

Późnym popołudniem wsiedli do autokaru. Dzieci machały na pożegnanie Siostrze Dyrektor i Panu Dyrektorowi od spraw technicznych. Tylko kierowca postraszył ich, że po takim objedzeniu się plackami nie będzie mógł prowadzić pojazdu. Ale jakoś poprowadził i nawet dobrze mu poszło. Miało się ku wieczorowi, gdy autokar zajechał przed plebanię i wysypała się z niego gromadka szczęśliwych pełnych wrażeń dzieci. Gerwazek pożegnawszy się z Księdzem i z całą gromadką szedł obok Dziadka niosąc puste blaszki po plackach. Oczy mu błyszczały od wrażeń. Jakże był szczęśliwy! Szczęśliwy był także dziadek i Ksiądz Proboszcz. Powiedział, że wycinkami opłatkowymi poczęstuje każdego parafianina w niedzielę po Mszy Świętej gdy będą wychodzili z kościoła. Gerwazek do późnego wieczora szczebiotał i opowiadał Babci, co widział, a Dziadek narobił dla Babci dużo zdjęć, żeby i ona coś zobaczyła. Nawet i film nakręcił kamerką. Wszyscy będą mieli piękną pamiątkę. A Gerwazek sam powiedział Babci, że tam wszystko się robi Bogu na Chwałę.

 
Rozdział XII - ZA ŻNIWA TRZEBA PODZIĘKOWAĆ

 

-Drodzy Parafianie- Rozpoczął Ksiądz Proboszcz ogłoszenia.-Żniwa pięknie się nam udały. Zboże pięknie posypało, więc czas na podziękowanie Panu Bogu. Żeby nie robić dwa razy, ustaliliśmy z Panami Sołtysami, że zrobimy w jednym dniu dożynki parafialne i dla poszczególnych wsi. Prosimy o wykonanie wieńca dożynkowego z każdej wsi, chleby dożynkowe będą dwa i poniesie je nasza wspaniała Babcia Franciszka. Wieńce od nas mają być dwa- jeden do kościoła a drugi dla wójta. Z pozostałych wsi po jednym. Proszę, żeby panowie sołtysi zajęli się wydelegowaniem panien i kawalerów do wykonania wieńców i do korowodu dożynkowego. W czasie Mszy Świętej i po Mszy do tańca zagra nam wspaniała Kapela znad Baryczy.

-Oooo!- wyrwało się z wielu ust i huknęły oklaski.

-Przygotujemy im wspaniałą scenę!- Krzyknął ktoś z tyłu nie mogąc się doczekać aż Proboszcz skończy. Ksiądz uśmiechnął się.

-Trzymam za słowo!

-Zrobimy piękną scenę na przyczepie od traktora. Pomalujemy na zielono i ozdobimy jak tylko będziemy umieli.-Deklarowali ludzie.

-No, dobrze, to po Mszy, w salce omówimy wszystko, pozwólcie mi dokończyć ogłoszenia.- Umilkli, Proboszcz czytał jeszcze kiedy w czyjej intencji Msza Święta będzie, ze dwie zapowiedzi ślubne i podziękował za wspaniałe placki. Planuje się jeszcze dwie pielgrzymki do Wytwórni Hostii- jedną dla pań, a drugą dla panów. Dlaczego osobno? Ktoś musi zostać na gospodarstwach. Ale to już po zakończeniu jesiennych prac. Teraz przyjmijmy błogosławieństwo Chrystusa. -Powiedział uroczyście Ksiądz Proboszcz i wzniósł rękę do błogosławieństwa. Zagrały organy na ostatnią pieśń. Ludzie śpiewali pełnymi piersiami. Powoli wychodzili z kościoła. Kto chciał pomagać w dożynkach szedł od razu do salki. Rozsiedli się na składanych krzesłach zabrali do omawiania. Przewodniczyli Proboszcz i sołtysi. Długo rozmawiali. Żony i teściowe już dawno ugotowały obiady, rodzina zajadała, a oni jeszcze układali plan Dożynek. Kartofle dawno wystygły jak w progu pojawił się Dziadek.

-Jestem głodny jak wściekły wilk!- zawołał od progu.

-A czegoście tyle tam siedzieli?- Spytała Babcia.

-Długo by opowiadać. Będą dożynki jak się patrzy. Chleby niesiemy aż dwa!

-A dlaczego aż tyle? Zawsze był jeden?- dziwiła się Babcia.

-A, bo nie było wiadomo, komu by go trzeba dać. Proboszczowi, bo dożynki parafialne czy wójtowi, bo i gminne. Tośmy wymyślili dwa i obydwa ty Babciu upieczesz. Tak zdecydowało gremium.

-Moiście wy ludzie!- załamała ręce Babcia.- A to będę miała robotę. Zawsze na pokaz trzeba się przyłożyć, ażeby ładny, ażeby dobrze wysmarowany, ażeby się nie przypalił i tak dalej. No, ale skoro tak żeście ustalili, niech będzie.

- Gerwazek ładnie rzeźbi, to dostanie kawałek lipowego drewna i zrobi boćka na gnieździe, które się przyczepi do dachu stodoły, bo nasza wieś taki wieniec robi.-Zarządził Dziadek.- Drugi ma być dla wójta, żeby coś i w gminie stało.

-To jedną zrobią stodołę?! A drugi?- Wykrzyknęła Babcia.

Ano, stodołę. Będzie tak: Najpierw płyta, żeby to trzymało. Na tym robimy drewnianą konstrukcję, obijamy ściany beleczkami na zacios, dach słomiany, wrota otwarte i koń z wozem pełnym zboża. Konia też zrobi Gerwazek z drewna i pomalujemy go lakierem i mokrego obsypiemy makiem. Ale to już zrobią panny te, które będą wieniec zdobiły. Drugi będzie o wiele skromniejszy. W gminie ma stać taki typowy.

-A gdzie bociek będzie?- Spytał Gerwazek.

-A gdzieżby!? Na dachu stodoły, kochany na dachu!- wykrzyknął radośnie Dziadek, dla którego Babcia zapomniała szykować obiad z przejęcia, że tyle na nich spada, stała i wsparta pod boki układając w głowie jak chleb przyozdobi słuchała Dziadkowego opowiadania. –Za stodołą będzie pole- ciągnął Dziadek- A na nim mendle z różnych kłosów. Dziewuchy powiedziały, że nawet ściernisko zrobią! Na klepisku dwóch będzie młóciło słomę cepami i na kawałku pola za stodołą jeden będzie kosił owies kosą, dwie będą wiązały snopki, dwie ustawiały mendle, no i dwa wozy będą woziły. Jeden będzie już na podwórzu, a drugi będzie ładował snopki na wóz. Wszystko wysypujemy ziarnem, bo to przecież wieniec dożynkowy…

-Dziadku! Gadasz bo gadasz. Mówisz o dwóch wozach a jednego konia każesz robić.- Dziadek zamilkł na chwilę.-No, tak, pomyliło mi się. To może ten drugi wóz dla odmiany by ciągnęły woły? Pojadę jutro do miasta to może w zabawkarskim takie krowy bym kupił?

-Nic z tego!- Zawołał Gerwazek. Wszystko sam zrobię! Jeszcze dziś zacznę!

-Hola! Dziś niedziela, Dzień Pański. Niedzielna praca się w nicość obraca.- Zestrofowała Babcia. Gerwazek podrapał się po czuprynce.

-To może bym poczekał dziś do północy i zaraz zaczął?

-A jutro nie ma dnia?

-Ale mi się śpieszy. Wiesz Dziadku jak lubię rzeźbić. Zawsze gadasz, że się utnę. To teraz będę robił oficjalnie na twoje życzenie i zobaczysz, że nie utnę się wcale!

-A kto cały winiec robi?- Spytała Babcia i odwróciła się, żeby wziąć się wreszcie za grzanie klusek dla Dziadka.

-Wszystkie panny ze wsi. Dużo ich nie ma, bo tylko pięć. No i dwóch kawalerów mamy! Oni zrobią konstrukcję, dziewuszki ozdobią.

-A skąd postacie ludzkie? Przecież na wozach będą chłopi, ktoś musi na wozie odbierać snopki, żniwiarz, żniwiarki no i młocarze. Tyle ludzi.

-Małe lalki się kupi. Maryśka Grzechowianka wszystkie poubiera. Zobaczycie, jaki będzie wieniec do kościoła z naszej wsi!

-A kto go poniesie?

-Kto i robił. Będą go nieśli wszyscy, bo będzie wielki i ciężki. Zrobią uchwyty, żeby go był łatwo trzymać.

-Dziadku!- Przecież oni się wszyscy koło wieńca nie zmieszczą. Obstąpią go i nie będzie nic widać. Zasłonią te moje koniki.- zmartwił się Gerwazek.

Mówisz?- No to jak?

-Najlepiej, jeśli już, to zróbcie na drążkach jak feretron.- Podpowiedziała Babcia.- Wtedy można wszystkich ustawić.

-Może i racja. Muszę im podpowiedzieć.- Powiedział Dziadek i zabrał się za jedzenie rosołu z ogromną górą makaronu. Gerwazek chodził to tu to tam i kombinował jakby tu wejść w jaki kąt i od razu mimo niedzieli brać się za rzeźbienie. Ale Dziadek po niedługim odpoczynku zabrał go nad staw po szczupaki na kolację i podstęp się nie udał. Za to w poniedziałek ledwo zjadł śniadanie pobiegł do Dziadka po lipowe klocki i już rzeźbił siedząc na schodach werandy. Oczy pałały mu, język wystawił na wargi, kręcił głową, co chwilkę oglądał to z tej to z tamtej strony, to tu przytnie, to tam poprawi, to znowu coś podetnie i tak pomalutku ze zwykłego klocka zaczął wychodzić śliczny konik. A potem drugi i woły w chomątach, ale z nimi nie szło mu tak łatwo i co chwilę podpatrywał z jakiegoś starego obrazka. Ale jak się zawziął to robił całymi dniami. Dostrugał wozy drabiniaste i na końcu pięknego boćka na gnieździe, którego trzeba było do strzechy przykleić klejem. A taki był zajęty, że Babcia nie mogła go dowołać ani na obiad, ani na kolację ani do spania. I nie uciął się. Ani raz. Jednego konia posypano makiem a drugiego mielonym lnem. Dziewuszki związały im śliczne półszorki. I tak powoli powstawał wieniec. Chłopcy zbijali drewnianą konstrukcję, Anielka z Maryśką kupowały laleczki i inne drobiazgi, Maryśka ubierała je w ludowe stroje, Anielka z Dorotą kleiły ziarenko po ziarenku, a Andzia z Halinką zwijały się przy robieniu stodoły i pola. Dla każdej starczyło pracy. Lewo się wyrobiły na czas. A ten drugi jaki ładny zrobiły! Chłopcy zrobili uchwyty jak przy feretronie. Sprawdzili dokładnie, czy wszystko działa. A potem od piątku wieczora przez całą sobotę ćwiczyli jak to będą szli ze swoim dziełem, żeby ładnie, żeby się nic nie przechyliło, nie odkleiło, nie spadło i nikogo nie dopuszczali, żeby nie podpatrywał. Nawet Gerwazka. To była ich tajemnica.

 

Rozdział XII - DOŻYNKI

 

Dożynki przypadły w niedzielę na tydzień przed końcem wakacji. Gerwazkowi żal było ogromnie, że one się kończą. Najchętniej zostałby na wsi u Dziadka i chodził do szkoły z wiejskimi dziećmi, które bardzo polubił, ale jego szkoła była aż w Poznaniu i nie było na to rady. Nie lubił drogi do szkoły. Na światłach stój i jeszcze uważaj, wokoło rwetes, jeżdżą samochody i dymią, a to tramwaj, a to ktoś przepycha w pośpiechu i jeszcze się kłóci, a tutaj spokój, uważać by trzeba tylko na jednym przejściu, dzieci grzeczne, nie rzucają kanapek na ziemię, gdy mama da nie z tym co by się chciało, więc najlepiej, żeby mama i tata przeprowadzili się do Dziadka. Ale trudno, widać nie chcą albo nie można. No to już pojedzie do tego Poznania, ale niezbyt chętnie. Na razie jednak przyjechali na dożynki Mama z Tatą i przywieźli mu nowe spodnie i nową bluzę żeby wyglądał na dożynkach elegancko. Tylko, że ta bluza była dziwna, trochę wyszywana, trochę jakaś. Takiej jeszcze nie miał. Spodnie też były za szerokie, ale Babcia powiedziała, że na dożynkach tak będzie, a potem mu się je przeszyje. W sobotę po wczesnym obiedzie Babcia z Dziadkiem i Gerwazkiem poszli do kościoła, żeby ćwiczyć orszak dożynkowy, a świeżutko upieczone bochny chleba pachniały na stole jeszcze ciepłe. Mama z tatą poszli do Księdza Proboszcza spytać, czy byłoby coś do zrobienia i dostali ważną pracę- obierania warzyw do jutrzejszej grochówki, którą miała ugotować Marysi mama, ale akurat na świat przychodziły malutkie prosiątka i mamie Marysi dużo czasu zeszło, więc potrzebowała pilnej pomocy. Mama Gerwazka chętnie zabrała się do pracy, tato rąbał i nosił drzewo do kuchni polowej, słowem chyba nie było we wsi rodziny, która by czegoś nie robiła. Sąsiadki ustawiały stoły, ławy, piekły placki, ci, którzy mieli już zrobione wieńce dożynkowe robili dekoracje, a dzieci wszędzie musiały być, pomagały, znosiły co trzeba, wszędzie było ich pełno, malowały manekinom ze słomy oczy, nosy i usta, ale Gerwazek nie mógł być pośród nich. Babcia zabrała go na próbę. W niedzielę ubrano go w przywiezione przez Mamę spodnie i bluzę, którą Dziadek przepasał swoim pasem, ale on sam razem z babcią długo stroili się w sąsiednim pokoju. Gdy wyszli, Gerwazek gdyby nie wiedział, że to oni, pewnie by ich nie poznał. Mieli na sobie stroje ludowe, a Babcia była wyjątkowo gruba. Na zielonej spódnicy pysznił się biały wyszywany fartuch, bluzka miała falbanki i koronki, a przede wszystkim ogromny kołnierz, a na nią Babcia nałożyła serdak koloru spódnicy. A głowa? Spod białego dziwnego czepka wiązanego pod brodą na ogromną kokardę wystawały mocno trefione włosy. Jak nie Babcia. Taka dama? Babcia, która na co dzień biega w fartuchu między domem a podwórzem i nawet idąc do Sklepu z fartuchem się nie rozstaje, teraz wygląda jakby co najmniej w „Mazowszu” tańczyć miała. Dziadek ubrany był w białe spodnie włożone w wysokie wyglancowane buty, czarną koszulę, a na niej pyszniła się marynarka koloru ni to czerwonego ni to liliowa. Na głowie kapelusz- z piórkiem, oczywiście.

-Dlaczego tak dziwnie się ubraliście?- Spytał oszołomiony widokiem Gerwazek.

-Tak trzeba.- Odpowiedziała Babcia.- Strój ludowy świadczy o naszej przynależności do Polskiego Narodu. Mamy dużo, oj dużo strojów ludowych w Polsce. Co kawałek to inaczej się ubierali. Ale najczęściej na święto. A dziś podtrzymujemy polskie tradycje, aby nikt o nich nie zapomniał. Polska jest piękna i bogata w tradycje. To wspaniały kraj, Gerwazku.-

W tym czasie Mama doprasowała serwety i rozłożyła je na tacach, na których położyła dwa ogromne chleby wczoraj upieczone.

-No to idziemy.-Zawyrokowała Babcia –Wzięła jeden bochen, a Gerwazkowa Mama drugi. Szli powoli bo chleby były dość ciężkie i trzeba je było nieść przed sobą, a ludowe stroje także nie pozwalały iść szybko. Doszli do kościoła. Na placu kościelnym ustawiono ołtarz polowy, bo spodziewano się bardzo wiele ludzi. Chleby położyli na specjalnie przygotowanym stole. Zagrała orkiestra dęta. Proboszcz wyszedł do Mszy Świętej w asyście wszystkich ministrantów z parafii. Towarzyszyli mu okoliczni proboszczowie. Złote ornaty lśniły w słońcu. Ministranci nieśli małe snopki pszenicy, żyta owsa i jęczmienia. Droga procesyjna wysłana była złocistą słomą. Jak dożynki to dożynki. Ołtarz ubrano zbożem i kwiatami. Ludzi był tyle, że zastawili cały plac przy kościele, gdyż przyjechali na dożynki i goście gospodarzy. Wójt usiadł w pierwszym rzędzie krzeseł. Razem z żoną też nałożyli stroje ludowe. Ona lulała w wózku swoją maleńką córeczkę powożąc wózkiem w tą i z powrotem. Maleństwo było przykryte puchatym kocykiem, z którego nieustannie się wykopywało i nieco marudziło gubiąc smoczek. Wójt wolałby, żeby dziecko zasnęło, ale było jak było. Msza się rozpoczęła i na razie było jak na każdej Mszy. Na kazaniu dzieciom trochę się nudziło, bo ksiądz mówił do gospodarzy, ale po kazaniu zaczęła ustawiać się procesja. Na samym początku szły dziewczęta i chłopcy z wieńcem dożynkowym ze wsi, a za nimi ustawiały się delegacje z wieńcami z każdej parafialnej wioski. Prześliczne były te wieńce. Jeden piękniejszy od drugiego. Wieniec wioskowy jako wieniec główny był ogromny. Wszystko wyszło ładnie, nawet bocian na gnieździe się nie chwiał, tak go dobrze przykleili. Pomalowali go konkursowo. Dziób i nogi miał jak straż pożarna, bo taką farbę dostali. Wieniec dźwigały dwie panny i dwóch kawalerów, pozostałe dziewczęta, które brały udział w budowie tej piękności poprzedzały ich delikatnym jak wiosenny wietrzyk tanecznym krokiem. Za nimi niesiono kolejne wieńce, a potem szli Babcia z Dziadkiem niosąc ów ogromny bochen, a przed nimi wędrował dumnie Gerwazek z pięknym bukietem kolorowych georginii. Za nimi niesiono winogrona i butlę wina mszalnego oraz cały karton hostii zakupionych przez Dziadka w Wytwórni. Karton przykryty był wyszywaną serwetą. Dopiero za nimi szły gospodynie z Darami, które wkrótce miały stać się Ciałem i Krwią Pana Jezusa. Kiedy dziewczęta prowadzące korowód doszły docelebransa, ustawiły się z boku szpaleru i trzymając w dwóch paluszkach obydwu rąk rozłożyste suknie trwały jakby w pokłonie. Ksiądz Proboszcz przyjmował każdy dar z osobna. Bochen pocałował i pobłogosławił, po czym postawił go na ołtarzu, karton z hostiami i pozostałe dary na specjalnie przygotowanym stole. Na Gerwazkowy bukiet czekał ogromny wazon. Kiedy do Księdza podeszły gospodynie z hostią i winem, dziewczęta trwające w pokłonie ustawiły się za nimi i gdy gospodynie podały już to co przyniosły i wyszły z szeregu, dziewczęta ukłoniły się razem pięknym dziewczęcym dygiem, odwróciły leciutko jak frunące ptaszynki i odeszły na miejsce. Msza była bardzo uroczysta. Orkiestra dęta grała tak, że słuchać ich było chyba w sąsiedniej gminie. A jak huknęli na Przeistoczenie, to jeszcze chyba tak pięknie nie grali. Za żniwa i chleb trzeba dziękować. Śpiewał chór, który na czas Komunii Świętej przygotował pieśni z Czterech Ołtarzy z Uroczystości Bożego Ciała.

-Dlaczego oni to dzisiaj śpiewają?- Szepnęła Maryśka.- To się śpiewa przy ołtarzach.

- Wiesz, jak dziękujemy za Najświętszy Sakrament, to i dziś pamiętamy, że właśnie chleb powszedni stał się Ciałem Boga. Dlatego dla czci Chleba Eucharystycznego, który przecież wypieka się z mąki, zaśpiewali wyjątkowo te pieśni.

-Acha. -Odszepneła Maryśka. Komunię Świętą rozdzielono przy drodze procesyjnej. Słoma trochę się plątała księżom pod nogami i czepiała alb oraz damskich spódnic, ale ostatecznie nie było tak źle. Potem Proboszcz poświęcił chleb i po uroczystym błogosławieństwie znów zagrała orkiestra. A potem zaczęło się to na co wszyscy czekali, czyli orszak dożynkowy. Wieńce wzięto dla ponownego wniesienia we wspólnym korowodzie, bo teraz dopiero można było zagrać tradycyjną pieśń dożynkową „Plon niesiemy, plon”. I znów pierwszy szedł główny wieniec- stodoła, a za nim pozostałe wieńce, które po przedstawieniu Proboszczowi stawiano znów na ołtarzu, którego nie rozebrano. Tylko doszedł jeszcze jeden wieniec, który był w czasie Mszy ustawiony gdzieś z boku-dla wójta. Babcia z Dziadkiem nieśli swój kolejny bochen, który tym razem dano wójtowi jako gospodarzowi gminy, choć na dożynkach parafialnych był przecież gościem. Gerwazek z ubraną w stój krakowianki Magdusią szli przed Babcią i Dziadkiem z koszem od prania pełnym malusieńkich chlebków takich jak do wielkanocnego koszyczka, aby później poczęstować wszystkich uczestników dożynek. Upiekł je Tata Gerwazka jako niespodziankę. Skąd umiał? Babcia go nauczyła. Ksiądz pobłogosławił te chlebki. Był nimi niesamowicie zaskoczony i widać było, że bardzo się wzruszył.

-Chcielibyśmy mieć takiego piekarza w parafii- Powiedział.- Otworzylibyśmy piekarnię w naszej wsi. Szkoda talentu-Rzekł patrząc w stronę wykonawcy.-Talenty trzeba rozwijać. Jeśli Pan Bóg dał dwa, trzeba je pomnożyć może aż do dziesięciu. Zatem zapraszam. I Gerwazkowi byłoby miło i nam. Polubiliśmy tego smyka… - Może by i powiedział więcej, ale właśnie rozległy się oklaski i ktoś rozpoczął skandowane okrzyki:

-Władek, Hanka powracajcie!

A mieszkanie sprzedawajcie!

Rodzicom Gerwazka łzy stawały w oczach. Dawni koledzy i koleżanki prosili by powrócili. Ale jak to zrobić?

-Pomożemy! Pomożemy!- Wrzeszczeli koledzy szkolni.

-Ze wsi jesteś, na wieś wrócisz!... Wrzeszczeli by tak jeszcze gdyby orkiestra nie zagrała od ucha sygnału do rozpoczęcia poloneza. Wszyscy ustawili się parami. Wszyscy mieszkańcy i goście. Malutka wójtówna spała spokojnie w wózeczku, wiec wójt z żoną mogli też zatańczyć. Korowód taneczny prowadzili Babcia z Dziadkiem bo poloneza tańczyli w młodości więc znali figury, a za nimi wszyscy w strojach ludowych. Dopiero za nimi ustawili się wszyscy uczestnicy dożynek. Na końcu tańczyły dzieci. Księża nie tańczyli, gdyż jak orzekli, że w sutannie nie pasuje. Po tańcu przyniesiono tyle balonów ilu jest mieszkańców parafii i jeszcze trochę dla gości. Były piękne, kolorowe i na wszystkich napisano: „Bogu na Chwałę.” Dziewczęta rozdały każdemu i na hasło wszyscy puścili sznureczki. Poszybowały ku Niebu jak kolorowe kwiaty. Ludzie patrzyli jak płyną powietrzu aż zniknęły im z oczu. A potem odsłonięto stragany pełne łakoci. Czego tam nie było? Kiełbaski z grilla, szaszłyki, kotlety i kotleciki, grochówka z kuchni wojskowej, chlebek ze smalcem i ogórki kiszone, a nawet polewka z kartoflami w łupinach, albo kartofle z twarożkiem, jak kto wolał. A ciast ile było? Musieliby z tydzień świętować, żeby to wszystko zjeść. Gry i konkursy przeplatane pieśniami i piosenkami religijnymi, bo przecież to parafialne dożynki Bogu na Chwałę. Organista rozstawił organy i zaprosił na estradę dwadzieścia osób nie mówiąc im co będą robili i powiedział, że zwycięzca otrzyma deskorolkę, a potem powiedział, że teraz po kolei każdy zasiądzie przy organach spróbuje coś zagrać obojętnie czy umie czy nie. Chociaż troszkę. Jak coś wyjdzie, już się liczy. Ile było śmiechu gdy uczestnicy konkursu walczyli o trzymaną przez Księdza Dziekana deskorolkę! Nacisnąć na klawisze to jeszcze, ale wygrać cokolwiek? To już gorzej. Męczyli się, próbowali. Trochę udało się sklepowej, miał kłopot Dziadek, bo on umiał grać na skrzypcach a nie na organach, fałszowała Mama Gerwazka, dopiero prawie na końcu prawdziwy koncert dała staruszka, która mieszkała w małym pokoiku nad sklepem. Nikt nie wiedział, że umie grać. Grała piosenkę za piosenką i nie mogła się oderwać od klawiatury. Zebrała burzę oklasków. Ale co zrobi z deskorolką? Słowo się rzekło. Wygrała. Obiecała, że będzie uczyła się jeździć. Konkursu udoju kozy nie wygrał nikt, bo koza wystraszyła się orkiestry i bodła, a po chwili zerwała się i uciekła. Owcę najlepiej strzygł wójt. W końcu placu harce wyprawiał byk napędzany silnikiem i zrzucał z grzbietu każdego, kto go próbował dosiąść. Dziewczynki mogły robić łańcuszki na szydełku, gdzie nagrodą była szpuleczka nici- kordonka, a te najmniejsze walczyły, która ładniej i prędzej ubierze lalkę. Chłopcy mogli kopać ogródek i siać rzodkiewkę, gdzie do konkursu liczyło się jak równo zagrabią grządkę i czy rzędy będą równe. Magdusia uwiła najładniejszy wianek, a biednej Babci wypadło wypić cały kielich soku z cytryny w nagrodę za piękne chleby. Ozdobiono ją orderem uśmiechu zrobionym przez przedszkolaki jeszcze przed wakacjami. Dzieci fikały koziołki od startu do mety chyba ze trzydzieści metrów kto prędzej, a jako utrudnienie na końcu trzeba było przecisnąć się przez ciasną obręcz. Najszybciej fikał Gerwazek, ale w obręczy mu nie poszło i zdobył drugie miejsce. Ale dobre i to, bo dla głównego zwycięzcy była lalka. Dostał grę-samotnika. Były i inne konkursy- kto najładniej zaszczeka, zamiauczy, kto najpiękniej zaryczy jak krowa, a jak przynieśli duże kubki z mlekiem kto najszybciej wypije, wójt polał się bardziej niż jego malutka córeczka. Kilka gospodyń ubijało masło. Biły więcej niż godzinę. Śmietana była za zimna, burzyła się, i nijak nie wychodziło. Dolewały wrzątku, żeby ją ocieplić, nareszcie jakoś tam ubiły, ale nie dało się zrobić ładnych osełek. Zwyciężczyni dostała nową maślnicę. A ile było śmiechu z przygotowaniem do pracy lampy naftowej! Wszyscy już zapomnieli jak wygląda, a tu trzeba nafty nalać, cylinder oczyścić i przyciąć knot, dopiero na końcu zapalić. Ten kto tą konkurencję wymyślił wyjątkowo zabrudził cylindry i upalił knoty. Dzieciaki nosiły wygrane maskotki, baloniki i różne inne drobiazgi. Babcia wygrała bieg w worku i dostała garnek do gotowania mleka, a Dziadkowi za obieranie kartofli przydzielono jako nagrodę bat na konia. Tylko, ze Dziadek ma już tylko konie mechaniczne. Śmiali się z niego, że musi się dobrze przyłożyć, żeby nim tą cywilizację pognać. Zbliżał się wesoły wieczór. Rozpoczęto tańce przy lampach naftowych. Dzieciom nie bardzo chciało się iść do domu, więc które wytrwałe, doczekało północy. A wtedy odmówili modlitwę na pożegnanie jednego dnia i przywitanie drugiego i rozeszli się do domów. Zostało dużo zupy i ciasto. Więc zaraz rano ksiądz zadzwonił do domu dziecka, żeby przywieźć dzieci, bo z kuchnią polową trudno było jechać. Przyjechały, zjadły, pobawiły się na placu zabaw, dostały niewygrane maskotki i lizaki i pojechały. Obejrzały wieńce i były zdziwione jak można ze zboża takie cudeńka robić. Więc dostały śmietanę i mogły ubić masło. Każde chciało, ale prędko się zniechęcały, bo myślały, że wystarczy dwa razy ruszyć i będzie gotowe. A tu stukasz, stukasz a śmietana pluszcze i śmieje się, póki się jej nie przechytrzy. Ale jakoś ubiły i zjadły chleba ze zrobionym przez siebie masłem. Gospodarze odpoczywali po dożynkach.

 

Rozdział XIII - NIEMIŁA PRZYGODA

 

Chodź, Gerwazku, wybierzemy się na pole.- Zaproponował Dziadek po śniadaniu, ale jemu nie bardzo się chciało, bo właśnie wczoraj po południu umówił się z chłopakami na piłkę, a tu ma jechać na pole?

Eee, Dziadku. Nie chce mi się. Jedź sam.

-Dlaczego?- Zaniepokoił się Dziadek.

-A, bo wiesz? Chciałem z chłopakami pograć w nogę.

-No, masz ci los. Pierwsze zawsze są obowiązki, przyjemność potem. Długo tam nie będziemy. Sprawdzimy, czy wschodzi.

-Ale chłopaki będą czekali…-Bronił się chłopczyk.

-No, trudno. Pojadę sam.- Powiedział Dziadek i wstał krzesła.

Wyszedł na dwór i podszedł do traktora. Gerwazek widział przez okno jak zapuszcza, a potem odjeżdża. Coś krzyczało w nim, że nie należało tak postąpić. Skoro Dziadek prosił? Razem siali to i sprawdzić razem powinni. Ale…ale już wcześniej obiecał kolegom, że pograją razem w piłkę. Wyszedł z domu i poszedł na boisko. W zamyśleniu nawet nie powiedział Babci „Zostań z Bogiem”. Z dala zobaczył już Stana i jeszcze kogoś. Podbiegł. Był to Franuś.

-Cześć.- Zawołał. A gdzie pozostali?

-Andrzej pojechał z mamą na targ, a bliźniacy Paweł i Piotrek zachorowali na ospę i leżą w łóżku.

-To z powodu głupiej ospy muszą leżeć i nie mogą przyjść? To mnie Dziadek koniecznie na pole chciał ciągnąć, ale mu powiedziałem, że nie da rady, bo idę grać z wami. No i nic się nie stało.

-Jakby ci tu powiedzieć? Trzeba było z nim jechać. Myśmy też tylko przyszli na chwilkę, żeby ci powiedzieć, że teraz nie możemy pograć, bo zaraz jedziemy do księgarni po nowe tornistry i po książki do szkoły. Umówmy się na popołudniu.

-E, nie wiem jak będzie. To może by teraz? Choćby z dziesięć minut…- Prosił Gerwazek bo żal mu było, że nic mu się od rana nie udaje. Tylko chwilkę.

-Ale tak nas mało? We trójkę? To wchodźcie na boisko i bawimy się w kutego. Każdy po kolei aż do skucia.-Zaproponował Stan, a Franuś przytaknął.

-Stawaj Gerwazek, będziemy ciebie kuć pierwszego, a potem ty nas.- Zarządził Franuś. Gerwazek w podskokach wbiegł na boisko. Stan wyjął z krzaków ich ukrytą piłkę i zamachnął się nią. Gerwazek odskoczył i nagle…przewrócił się, ponieważ trafił nogą w jakieś zagłębienie czy też może nadepnął na kamyk. Poczuł silny ból w kostce. Przez chwilę z bólu czuł się jak zamurowany. Ani płakać ani oddychać. Dopiero po chwili czuł się na siłach zapłakać głośno. Nawet nie zauważył, że koledzy od chwili stoją koło niego i nie wiedzą, dlaczego nie wstaje. Przecież nawet go nie trafili.

-Czego wrzeszczysz?!- Zawołał dość głośno Franuś zdziwiony tym, że jeszcze przed chwilą był taki wesoły.

-Noga… moja noooga…- Jęczał Gerwazek.- Boli! Oj! Jak Boli!!!

-Nie wrzeszcz! –Ofuknął Franus- Jesteś chłop czy baba? Chłop nie beczy o byle co. Wstawaj i uciekaj, bo będę cię kuł. Przewrócił się trochę i wielkie ryki.- Strofował. Gerwazek spróbował, ale noga zabolała mocniej i upadł z jękiem.

-Nie mogę…oj, jak boliiii.- Rozpłakał się.

-Zwariował czy co?- Zdziwił się Stan.- Co mu się mogło stać? Złamał nogę czy co?

-A, dobrze mu tak. Ma nauczkę. Na drugi raz nie będzie krytykował bliźniaków, że z powodu ospy nie przyszli grać. Widzisz? Pan Bóg cię ukarał…-Syknął Franuś w ucho Gerwazkowi.

-A kogoż to i za co ukarał Pan Bóg?- rozległo się nad nimi. Obejrzeli się, a tu Księdza Proboszcza gospodyni po zakupy z koszem wędruje.

-Jego!- Wrzasnął Stan wskazując palcem siedzącego na trawie Gerwazka i obejmującego dłońmi puchnącą już kostkę. Twarz miał zapłakaną.

-Za co?

-A za to proszę pani, że śmiał się z Piotrka i Pawełka, że się lelkają ze sobą i jak mają ospę to nie mogą przyjść i grać.

-A wy możecie? Wszystko na pewno w porządku? -Spytała podejrzliwie Gospodyni.

-My? No… też tak… tak, my możemy.-Skłamał nagle Stan.

-Na pewno? A właśnie przed chwilą mama cię po drodze szukała i pytała, czy cię nie widziałam, bo podobno macie do miasta jechać. A tyś jej się wymknął z domu. –Zawołała dość ostro i triumfalnie.

-Bo… bo on mnie namówił…żebyśmy poszli…- Jąkał się przed chwilą jeszcze dzielny Stan wskazując palcem Franusia.

-Bo… Myśmy chcieli jeszcze zagrać zanim pojedziemy.

-Nie prawda! Nie myśmy, tylko tobie tak na graniu zależało i żeś mnie namówił! Nie kłam!- wrzasnął Stan.- a ogóle tośmy przyszli, żeby jemu powiedzieć, że nie gramy.– Próbował się otrząsnąć z winy jak psiak po wyjściu z wody oskarżającym ruchem dłoni wskazując Gerwazka.

-Czyli wspólne twoje i twoje nieposłuszeństwo.-Powiedziała gospodyni wskazując obydwu. Należało nie wybierać się nigdzie tylko do Gerwazka zatelefonować.

-Jakbym…jakbym wiedział, że oni nie mogą, to bym pojechał z Dziadkiem na pole, bośmy mieli zobaczyć, czy zboże wzeszło…-Rozszlochał się Gerwazek.

-I co było? Jak Było?- Zainteresowała się nagle gospodyni.

-A nie powie pani Księdzu Proboszczowi? –Zaniepokoił się pochlipując Gerwazek.

-A dlaczego nie mam powiedzieć? No, tego bym się po tobie nie spodziewała. Z twojej mowy wynika, że coś chcesz ukryć. I jak widać przed księdzem. Masz szczęście, żeś jeszcze u pierwszej spowiedzi nie był, to i nie wiedzieć możesz. Zapamiętaj na zawsze. Żebyś kiedy czasem nie wymyślił, że na spowiedzi grzech zataisz, bo by spowiedź świętokradzka była. Rozumiesz? No to jak było?

-Bo… bo myśmy się wczoraj umówili na granie w nogę…i…oj, jak mnie boli noga…bo na coś nadepnąłem albo w dołek wbiegłem, proszę pani…

-Nie zastawiaj się teraz nogą, tylko mów.-Ponaglała gospodyni i widać było, że jej się śpieszy do sklepu.

-I…i Dziadek rano prosił, żebym z nim pojechał na pole zobaczyć czy zboże wzeszło cośmy siali, ale myśmy się umówili i ja… ja… nie chciałem jechać…i…i on… pojechał sam, a ja przy…przyszedłem do nich. I za…częlismy grać…

-Czyli zebrała nam się spółka nieuczciwych dzieci.-Zawyrokowała Gospodyni.-Wy dwaj uciekliście z domu, choć wiedzieliście, że macie obowiązek jechać z mamą. Nieposłuszeństwo jest grzechem. A ucieczka również, bo to bardzo nieuczciwe wymykać się mamie i pędzić do kolegów. Mama jest pierwsza, koledzy później. Żeby to nie było telefonów! Wystarczy skorzystać z tego dobrodziejstwa i poinformować kolegę, że nie możecie. Tam twoja mama, Stan, się denerwuje, żeś jej znikł z oczu, jechać trzeba, a tyś tu w niezłe kłopoty wpadł. I to przez nieposłuszeństwo i samowolę. Z tobą Franek jest dokładnie to samo. Tylko wy jesteście jeszcze w gorszej sytuacji, boście już po Pierwszej Komunii i wiecie dobrze co to jest grzech. Oczywiście, że opowiem Księdzu Proboszczowi. A dziś przed wieczorną Mszą Świętą obydwaj stoicie w kolejce do spowiedzi. I prawdę opowiedzieć. Wiecie, że nic zataić nie wolno, bo by jak mówiłam, spowiedź świętokradzka była. A nieźle nabroiliście. Cała trójka. No, no, Gerwazek a co tobą? Tyś na tym wyszedł najgorzej. Ty już też wiesz trochę o grzechu, resztę teraz zrozumiałeś?

-Tak, proszę pani.

-No, czasem potrzebna jest kara Boża, żeby zrozumieć złe postępowanie. Jeśli bliźniacy są chorzy, to oczywiście, że nie wolno im wyjść na dwór, a tym bardziej do dzieci. Ospa jest bardzo zaraźliwa. Jedna zabawa i wszyscy się zarazilibyście. Ty też mogłeś do nich telefonować. Prawda?

-Ja nie znałem numeru.-I ja tak bardzo nie umiem go wybierać.

-No, jesteś mniejszy, to prawda. Ale trzeba było poprosić Babcię albo Dziadka o pomoc.

-Mogłem, ale nie pomyślałem. Chciałem pograć i być słowny wobec nich, że przyjdę.

-Bo zależało ci na graniu. Gdybyście wszyscy byli uczciwi, pogadalibyście pięć minut, umówili się na inną godzinę i dobrze by się skończyło. Poprosiłbyś Dziadka, żeby chwilkę na ciebie poczekał aż się rozmówisz z kolegami i wszystko by było dobrze. I co ja mam teraz z tobą zrobić, smyku? Tobie trzeba do lekarza.

-Oj, nie proszę pani. Ja nie chcę!

-Nie masz wyjścia. Stało się i koniec.- Wyjęła telefon z torebki i zadzwoniła po Księdza Proboszcza. Podjechał samochodem, wysłuchał co i jak i znów nakazał Frankowi i Stanowi spowiedź przed Mszą Świętą. A Gerwazka wziął na ręce i wsadził do samochodu. A potem wniósł do babcinego domu. Po chwili wrócił Dziadek z pola.

-Może i dobra to nauczka- powiedział dowiedziawszy się co i jak. Będziesz wiedział jak wybierać ważniejsze i komu pierwszemu posłuszeństwo się należy. A tego bym się po tobie nie spodziewał, żebyś ty śmiał się z chorych kolegów? Widzisz? Bardzo szybko i tobie się choroba przytrafiła i to na trzy dni przed szkołą. Ciekawe, jak do niej będziesz chodził? Jest Gerwazku takie mądre przysłowie. Wiesz jak brzmi?

-Nie..- Odpowiedział wnuk cicho.

-„Nie śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku. Bo dziś mój, a jutro twój.” I tobie się zaraz przytrafiło. Od razu. Tak jakby Pan Bóg chciał cię pouczyć czego i jak robić nie wolno. No, a teraz do lekarza.

- Podwiozę was.- zadeklarował Ksiądz.

-Oj, mamy zamudzać? –Wtrąciła Babcia.

-Żadne zamudzanie. – Potrzeba chwili i koniec. Pomoc bliźniemu to też jest Bogu na Chwałę. No, jedziemy.-

Dziadek wyniósł malca do samochodu. Babcia ubrała prędko wyjściową sukienkę i wsiadła z Gerwazkiem. Dziadek dosiadł tak jak stał. Pojechali. Pan doktor obejrzał opuchniętą nogę, pokręcił nią, choć to bolało, miła pani doktor prześwietliła i stwierdzili wspólnie, że na szczęście złamania nie ma, ale tylko skręcenie. Chodzić nie wolno. Okłady, maści i po kilku dniach przejdzie. Jakby bolało, trzeba dać tabletkę. No i bandażować. Wrócili do domu. Przyjechała powiadomiona mama. Była smutna powodu złego postępku synka. Teraz będziesz leżał.-Powiedziała, choć gdybyś był posłuchał, myślę, że teraz mógłbyś wesoło i zdrowo się bawić.

 
Rozdział XIV - KONIEC WAKACJI

 

I leżał Gerwazek. Noga powoli przestawała boleć, choć nadeptywanie było jeszcze trudne. Z początku nawet do ubikacji mama go nosiła, potem kuśtykał sam. Dzieci chodziły już do szkoły, a on chorował u Babci jeszcze ze dwa tygodnie. Franuś i Stan nie odwiedzili go ani razu. Babcia tłumaczyła mu, że nie mają śmiałości. Ale on był niepocieszony. Bo umawiać się z nim to mogli, nawet nie dowierzali, że mu się naprawdę coś stało. Tacy z nich widać koledzy! Leżał na swojej kanapce i nudził się jak mops w szufladzie. Jakże chętnie pojechałby z Dziadkiem na pole. „Jaki ja byłem głupi !”- Myślał sobie.-„Już nigdy nie posłucham złych podpowiedzi”. Jakże chętnie poszedłby do spowiedzi, żeby zrzucić z siebie ciężar tego grzechu. Ale musiał czekać, aż dzieci z jego klasy będą mogły klęknąć pierwszy raz przy konfesjonale. Oni już się wyspowiadali, ale widać poprawa im nie w głowie, skoro nie przychodzą. Dziś po południu odwiedzili go Ksiądz Proboszcz z Panią Gospodynią. Przyniosła mu czekoladę i dwa banany. Powiedziała, żeby się nie martwił, wszystko będzie dobrze, ale musi teraz uważać ze skakaniem i bieganiem, bo jak ktoś nogę raz skręcił, to może się powtarzać, więc trzeba spokojnie czekać, aż się to wszystko porządnie wygoi. I kazała Mamie dawać mu dużo galaretki z nóżek cielęcych i wieprzowych. Po co? Żeby torebka stawowa wzmacniała się. I najlepiej, żeby choć z miesiąc nie ćwiczył w szkole, żeby nie przeforsował stawu. No, jeszcze tego brakowało! Wszyscy będą biegać, skakać, a on będzie siedział i patrzył tylko? Łzy stanęły mu w oczach.

-Proszę księdza! Proszę księdza! – Zawołał z rozpaczą. Proboszcz przerwał dyskusję z Dziadkiem na jakiś temat i zajrzał do pokoju.

-No, co tam, smyku? Co cię tak rozżaliło?

-Bo nie będę mógł biegać na gimnastyce tylko mam siedzieć na ławce.

-To wszystko dla twojego dobra. Życie jest długie. Zdrowa noga będzie ci potrzebna. Lepiej wyleczyć porządnie raz, a dobrze niż żeby się coś działo co trochę.

-A…a…

-Co, a…a…a…?

-A…jak to jest z ta karą Bożą za nasze grzechy? Słyszałem jak jakaś pani mówiła do drugiej, że Pan Bóg nie każe, tylko doświadcza. A ja ledwo tylko sprzeciwiłem się woli Dziadka, to zaraz bęc! I kara jest. Tak powiedziała pani gospodyni jak leżałem na trawie.

-Widzisz- Powiedział z namysłem Ksiądz Proboszcz. – Ty jesteś bystry chłopczyk i dużo rozumiesz. Czy znasz już z nauki katechizmu Główne Prawdy Wiary Świętej?

-Znam. Tata mnie nauczył, zanim poszedłem do szkoły.

-No, proszę!- No to wymienisz je teraz?

-No… spróbuję. Jeśli nie zapomniałem troszkę.

- Nie bój się, podpowiem ci. Pierwsze?

-Pierwsze-Jest jeden Bóg.

Drugie?

-Drugie- Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym, Który za dobro wynagradza, a za złe karze. Trzecie…

-Poczekaj. Tyle nam wystarczy. Właśnie. Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym. Ale co dopowiem jeszcze, że jest i dobrym zapobiegliwym naszym Ojcem. Postanowił dać ci od razu nauczkę, żebyś nie myślał, że wszystko wolno, bo jedno i drugie nieposłuszeństwo powoduje, że człowiek się do złego przyzwyczaja, dobrze mu z tym złem i powoli zaczyna się złem bawić. Głos sumienia, który jest głosem samego Pana Boga cichnie, aż wreszcie człowiek przestaje go w ogóle słyszeć. Mówią ludzie, że kogo Bóg miłuje, temu krzyży nie żałuje. Wiesz po co?

-Nie. A po co? Dziadek mówił mi kiedyś, jak sobie zdarłem kolano, gdy spadłem z roweru to samo.

-Hm. Spadłeś z roweru, teraz upadłeś skręciłeś nogę… Każdemu dziecku zdarzają się upadki. Nawet jest bajka „ Żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała”. Znasz ją?

-Nooo- Odpowiedział z niechęcią Gerwazek.- Mama mi ją teraz do znudzenia czyta.

-To wierszyk na czasie? A jak się on kończy?

- „A ja znam może dwadzieścia innych kózek, co od rana do wieczora skakały i zdrowe są, i wesołe, i nic im się nie stało, i dalej skaczą! Grunt, żeby się nie bać! Tak skakać, żeby się nic nie stało! Bo inaczej, co by za życie było? Prawda?" I skacz, ile ci się podoba. Niech dorośli zobaczą, jak się to robi!”

No, wspaniale! Ale zobacz, tam jest ostrzeżenie. Tak skakać, żeby się nic nie stało. Wszędzie trzeba uważać. Niemiłe przygody wypadki wynikają najczęściej z nieuwagi. Nieuwaga zaś wynika z pośpiechu, albo z chęci zrobienia kilku rzeczy naraz, albo z zaufania samemu sobie i wielu jeszcze innych. Wszędzie należy być rozważnym, uważać na słowa i czyny. I koniecznie pamiętać należy, że na każdym kroku czyha zły duch, który stale szepce po cichutku co i jak zrobić, żeby sprzeciwić się Panu Bogu. Tobie i kolegom podpowiedział, jak można przekroczyć czwarte Przykazanie, które brzmi: „Czcij ojca twego i matkę twoją" Ale Dziadka, Babcię, panią w szkole, księdza także. I Ojczyznę, bo to także matka. Ty nieposłuszeństwem przekroczyłeś je. Oni też. Dostali od rodziców karę i nie wolno im wychodzić poza podwórze. Ze szkoły prosto do domu mają wyznaczony czas. To za karę. A ty dostałeś karę od razu tam na boisku. Widocznie Panu Bogu bardzo zależy na tym, żebyś się nad tym nieposłuszeństwem dobrze zastanowił. Widocznie miał w tym cel. Uchronił cię od nauczenia się nieposłuszeństwa, żebyś nie przynosił smutku rodzicom i Dziadkom i szanował ich. Kto starszych szanuje, zaskarbia sobie łaski u Pana Boga. Podziękuj Mu za to choć jest niemiłe, odmów sobie Spowiedź powszechną tak, jak odmawiamy na początku Mszy Świętej…

-Już ją ze sto razy odmówiłem i nie pomaga!

-Pan Bóg już ci przebaczył, bo wie, że to nie była tylko twoja wina wasza ale wspólna, a ty się jeszcze o grzechach mało uczyłeś, ale będzie trzeba, żebyś to powiedział podczas pierwszej spowiedzi. Nie martw się. Nie czujesz, że spowiedź powszechna pomaga dlatego, że znowu zły duch ci podpowiada, żebyś się zamartwiał. W ten sposób uczy cię barku zaufania Panu Bogu. Nie wolno złego słuchać. Przeprosiłeś już Boga, wyznasz na pierwszej spowiedzi i koniec. Teraz zdrowiej i baw się wesoło. Tylko uważaj jak ta kózka miała uważać. Tak się bawić, żeby się nic nie stało. Bo, pamiętaj jeszcze o piątym przykazaniu- Nie zabijaj.- Ono mówi też, że nie wolno szkodzić także na zdrowiu, więc Pan Bóg nakazuje uważać na każdym kroku, żeby nie zrobić krzywdy sobie, komuś albo zwierzęciu. A i roślin bez potrzeby nie zrywać i nie obtrącać, bo one też żyją. I słuchać dorosłych bo to podstawa. Oni uczą dziecko życia i prowadzą je do Boga. Złóż raczki, pobłogosławię cię.- Gerwazek posłusznie złożył rączki, a Ksiądz proboszcz położył mu ręce na głowie i modlił się nad nim dobrą chwilę, a na końcu pobłogosławił go. Gerwazek był szczęśliwy. Cały problem gdzieś uciekł. To zły duch wystraszył się kapłana, który zastępuje Pana Jezusa na Ziemi. Ksiądz obejrzał jeszcze zabawki Gerwazka i kazał niektóre wyrzucić, bo powiedział, że mają brzydkie rysunki.

Gerwazkowi żal było Spidermana, ale „coś” mu podpowiadało, że trzeba posłuchać. Poprosił Mamę o reklamówkę i wszystkie zabawki, które wybrał Ksiądz, kazał jej zaraz wynieść śmietnika, albo lepiej do pieca, żeby go nie kusiło wyciągnąć stamtąd. Uspokoił się. Nawet nie bardzo mu ich było żal. Czuł się jakby Ktoś tulił go i gładził po włosach. Wydawało mu się jakby słyszał pochwałę; „Dobrze, Gerwazku. Jestem z ciebie dumny”. Już nawet wiedział, Kto to powiedział. Ale jeszcze raz poprosił żeby Ksiądz, który wyszedł na poczęstunek, jak zje ciastko wszedł na moment bo mu zapomniał czegoś powiedzieć.

-O czym?- Spytał Proboszcz wchodząc do pokoiku chłopca.

-Ja zapomniałem powiedzieć, że jak oni nie przychodzą do mnie, to ja ich podejrzewałem, że mają mnie teraz w nosie. I dlatego nie przychodzą.

-No, podejrzenia nie zawsze są słuszne. Czasem kogoś oskarża się niesłusznie tylko dlatego, że nam się coś zdaje i robimy komuś przez to krzywdę. Lepiej nie podejrzewać, ale jeśli możemy kogoś zapytać, to zróbmy to. Czasem udaje się w ten sposób coś wyjaśnić.

-Babcia mi mówiła, że oni nie śmią, bo im głupio.

-No, mogliby się też bać, że jak wejdą we drzwi, dostaną od Babci albo Dziadka reprymendę. I dlatego też mogliby robić wszystko, żeby twoi Dziadkowie nawet z daleka ich nie zobaczyli. Ale oni dostali po prostu karę za swój postępek.

-Kara? A te panie powiedziały, że Pan Bóg nie karze tylko doświadcza?

-Słuchamy tego co Kościół nas uczy, a nie co panie wymyśliły. Mówienie o tym, że Bożej Kary nie ma, jest wygodne. To jest takie jak w przysłowiu „hulaj dusza, piekła nie ma”. Doświadczenie brzmi łagodnie i człowiek myśli, że za złe zachowanie nic mu nie grozi. Dlatego może broić. Tymczasem nie. Omówiliśmy drugą Prawdę Wiary. Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym, który?

-Za dobro wynagradza, A za złe karze!- Zawołał Gerwazek.

-Brawo! Uszy do góry, smyku. Będą z ciebie ludzie. Mimo wszystko chciałbym cię mieć w parafii.

 

Rozdział XV - DO DOMU

 

Gerwazek wydobrzał. Chodził sobie po podwórku oglądał czy coś się może zmieniło podczas gdy leczył nogę na kanapie. Wprawdzie miał ją jeszcze obandażowaną dla wzmocnienia stawu, ale już nie bolała. Od poniedziałku miał iść do szkoły, więc na sobotę mama zapowiedziała odjazd. W domu też trzeba będzie przejrzeć zabawki. Ale gdzie je wyrzucić, żeby nikt nie zabrał, skoro mają brzydkie obrazki? Rodzice na pewno coś poradzą. Na razie poszedł na podwórko, gdzie Dziadek robił coś koło traktora.

-Dziadku- Zaczął nieśmiało.

-No co mi powiesz?

-Zawieziesz mnie na pole?

-Chcesz się z nim pożegnać?

-Nie. Chcę zobaczyć jak powschodziło to, cośmy posiali.

-Dlaczego?

-Chcę naprawić zło, które wyrządziłem.

-Ach, tak? No dobrze. Myślisz prawidłowo. Po obiedzie pojedziemy, bo teraz muszę drew na ogień przygotować i świnkom podścielić, żeby sucho i czysto miały. Bo widzisz, jeśli się człowiek nimi opiekuje, musi o nie dbać tak, żeby krzywdy od niego nie miały. Dlatego pieski, koty i wszystkie zwierzęta muszą mieć karmę i wodę tyle ile im trzeba, a jak przyjedziemy, jeszcze pod wieczór Reksikowi i Azorkowi ocieplimy budki, żeby im jak przyjdą jesienne i zimowe chłody zimno nie było. Pamiętasz, co Ksiądz mówił? Piąte Przykazanie zwierzątek też dotyczy.

-Pamiętam.

-Gerwazku!!!-Zawołała z progu Babcia. – Chodź, proszę cię, poleć mi po ocet do sklepu, bo mi do kapusty zabrakło.

-Dobrze, Babciu. Już biegnę.-Powiedział, wziął pieniążki, siatkę i poszedł. Nie biegł, bał się, żeby znowu coś się nodze nie stało. Co prawda zapomniał po co ten ocet i na płacz mu się zaczęło zbierać, bo nie wiedział, czy w takim razie dobrze poprosi, ale pani sklepowa spytała o co płacze i powiedziała, żeby się nie martwił, bo ocet jest ten sam i do grzybków w occie i do barszczu i do kapusty.

-Właśnie!- Wykrzyknął triumfalnie Gerwazek.- Miał być do kapusty!

-No to świetnie sobie z nim poradziliśmy. Idź ale uważaj, nie stłucz po drodze i nie zgub reszty.

-Nie zgubię. Dziękuję pani. Jutro odjeżdżam do Poznania do domu. Do widzenia.

-Powodzenia w szkole. I do miłego zobaczenia.-

Wyszedł przed Sklep niosąc reklamówkę z butelką octu. Właśnie zszedł ze schodów, gdy usłyszał znajome wołanie. To Stan z Franusiem biegli do niego.

-Cześć!- wołali daleka.

-Cześć.- Odpowiedział nie bardzo wiedząc jak się zachować, bo mu się przypomniały własne podejrzenia.

-Ty, Gerwazek, myśmy cię chcieli przeprosić za to wszystko i za to, żeśmy ciebie nie odwiedzili, ale wiesz, rodzicie sprawili nam taką burę, jakiej nie pamiętaliśmy, a potem wolno nam było wyjść z podwórza tyle co do szkoły i powrotem. Dziś pierwszy raz nam pozwolili. Słyszeliśmy, ze jeszcze jesteś, więc chcieliśmy iść do ciebie, ale jak żeśmy cię tu spotkali? Nie martw się. Kiedyś zagramy jeszcze w nogę. Daj grabę. Piątka?

-Piątka.- Odpowiedział Gerwazek.- Ja was chłopaki też przepraszam, ja też nie byłem bez winy. Nie wiem, jak to wyszło. Tak jakoś. Nie wiem, co mnie podkusiło.

-Proboszcz nas nieźle zjechał. Ale przy konfesjonale już nie wyzywał, choć nam się nogi trzęsły jak żeśmy w kolejce stali. Popamiętamy tą przygodę. Na długo.

-Ja też.-Ale muszę już iść. Babcia czeka. Cześć.

-Trzymaj się, Stary. Dobrego roku szkolnego.

-Wam też.-

Gerwazek powoli ruszył ku domowi niosąc butelkę octu w reklamówce. Zastanawiał się jak to wszystko się potoczyło. Ile problemów ze zwykłego zdaje się niewinnego nieposłuszeństwa i chęci postawienia na swoim. Gdyby pojechał był Dziadkiem, by wszystko dobrze. To tak, jakby Pan Bóg chciał mu coś pokazać, lub zwrócić uwagę na posłuszeństwo. Właśnie, posłuszeństwo dziecka wobec starszego to ważna sprawa. Ksiądz mu to wyjaśnił. Trzeba choć trochę spróbować naprawić, choć nie wszystko się da. Doszedł do domu i oddał ocet i resztę pieniędzy Babci. A potem kuchnię napełnił wspaniały zapach kapusty i po półgodzinie jedli obiad. Gerwazek wcinał aż mu się uszy trzęsły. Po obiedzie Dziadek zapuścił traktor i pojechali. Pole wyglądało jak zielony równiutki dywan. Delikatne roślinki poddawały się powiewowi wiatru. Chłopiec pochylił się i dotknął delikatnych roślinek. Przesuwał dłonią jak po puszystym dywanie.

- Piękne, prawda, Dziadku?

-Piękne. Jak tu byłem przed twoją przygodą, właśnie wychodziły z ziemi. Właściwie już wyszły, ale widać było jak niektóre roślinki wystawiają spod niej pierwszy listek. I Popatrz. Z suchego ziarenka Pan Bóg wyprowadza nową roślinę.

-To z tego kiełka, o którym opowiadał Pan Młynarz?

-Dokładnie tak.

-A jak to jest, że z suchego ziarenka wschodzi nowa roślina?

-Wszystko ma w sobie życie właściwe dla niego. Skoro ziarnko trafi do ziemi i otrzyma od niej wilgoć, pęcznieje, a dalej budzi się zawiązek umieszczony w kiełku. Najpierw odżywia się tym, co mu Pan Bóg dał w ziarnie, potem puszcza maleńki korzonek, który natychmiast czepia się ziemi i się rozrasta. Pierwsze listki wydobywają się spod ziemi, a kiełek coraz głębiej wrasta nią. Następuje już tylko wzrost rośliny, a ziarno, z którego wzeszła, obumiera do niczego już niepotrzebne. Teraz roślinka już jest tak silna, że radzi sobie sama. – Przypomniał Dziadek to samo, o czym już mówił Pan Młynarz.

-Ale z pomocą Pana Boga?

-Oczywiście. To On prowadzi ją do góry, daje jej deszcz, słońce, nawet burzę żeby huk piorunów wzruszał ziemię, a nawet wiatr gdy zboże kwitnie.

-A dlaczego musi wiać?

-Kiedy zboże kwitnie, wiatr unosi pyłki z jednego kwiatu i osiadają na sąsiednich. Kwiatem zboża jest taka malutka pałeczka. Gdy one zwisają z kłosa, mówimy, że zboże kwitnie. Poprzez pomoc wiatru możliwe jest zapylenie i odtąd w kłosku zaczyna wzrastać ziarenko. Gdy urośnie i dojrzeje, dojrzewa i słoma, która ni musi już podawać kłoskowi ani wody ani składników odżywczych. Ziarno dojrzewa i gdy dojrzeje, nadchodzi czas żniw.

-A kto tym wszystkim kieruje, żeby wszystko było na czas i w koniecznej ilości?

-Jak myślisz?

-Pan Bóg?

-A pani w szkole mówiła, że Matka Natura.

-Eeee! Tak gadają, ale nie żadna Matka Natura, tylko wszystkim kieruje Pan Bóg. Tylko On. Nikt więcej.

-A jak On sobie z tym wszystkim radzi?

-Jest Bogiem. Jest wszędzie obecny, wszystko widzi, wszystkiemu zaradzi, wszystko co zbudował jest zrobione idealnie, nie ma nic zbędnego, wszystko jest mądre, prawidłowe i tylko grzech Adama i Ewy spowodował wiele zakłóceń całym świecie. Powoli się o tym dowiesz. Ale Pan Bóg jest Wszechmogący i Wszechmocny, dlatego ze wszystkim sobie radzi.

-A jak gdzieś na przykład leje i leje i zrobi się powódź, to Czemu Pan Bóg nie zahamuje na czas? Mówisz, że wszystko może?

-Bo może. Tylko Pan Bóg dał także Przykazania, a poza tym prosi i prosi, żeby ludzie zastanowili się nad swoimi grzechami i żeby się modlili. No to Pan Bóg ześle na kogoś doświadczenia na opamiętanie, a na kogoś już karę, żeby się nawrócił i zastanowił. Za każdy zły postępek trzeba pokutować, wyznać go na spowiedzi i gdy się obiecuje przy spowiedzi poprawę, trzeba starać się dotrzymywać słowa i walczyć pokusami.

-Rozumiem. A co zrobić, jeśli już się coś złego zrobi?

-No, to tak jak z wami było. Nim się zastanowiliście, już było nabrojone. Najpierw dobrze jest pomyśleć, zanim się coś zrobi. Jeśli jest odwrotnie, to czasem już nie ma jak naprawić szkody.

-A jak?

-No, jak? U ciebie trzeba było czekać, aż się noga wygoi, ale jak na przykład ktoś spowoduje wypadek i zginie w nim, to co zrobi, żeby samochód pozbierać i ułożyć do takiego jak był przed wypadkiem, a jak życie przywrócić?

-Masz rację. Nie pomyślałem.

-No, ale jak się stało, to jak się naprawia?

-Zależy co i jak. Ciebie zawieźliśmy do lekarza i kosztowało cie to i tak dwa tygodnie choroby. Dobrze, że ci się nic więcej nie stało, bo by choroba mogła trwać dłużej. A jak ktoś za długo nie chodzi do szkoły, to go nie przepuszczą do następnej klasy i musi chodzić jeszcze raz do tej samej.

-Ojoj! A koledzy?

-Idą do kolejnej, a ty zostajesz na drugi rok. Trudno.

-To ja tak nie chcę, Dziadku. A dalej?

-Dalej- jeśli samochód na przykład trochę roztrzaskany, wiezie się go do mechanika, blacharza, lakiernika i naprawia. A jak całkiem rozbity, odwozi się go na złom i już nie ma auta. Jeśli by się Babcia zagapiła i przypaliła zupę, już nie naprawi tylko taką przypaloną da nam na talerze. A czasem tak się mocno przypali, to jest taka wstrętna, że nie da się zjeść. I nie ma obiadu. Mięso, kartofle i co tam jeszcze się do garnka wrzuci zniszczone jest na zawsze. A jak się z kolegami pokłócisz, możesz i powinieneś się z nimi pogodzić. A jakbyś komuś szybę w oknie wybił piłką, to tata musi pójść, przeprosić za ciebie i szybę komuś wstawić komuś.

-A sam sobie nie może?

-Nie. Ten, kto uszkodził, naprawia. Za dzieci szkody naprawiają rodzice. I na przykład mogą ci nie kupić obiecanej zabawki, bo pieniądze pójdą na naprawę twojej szkody. Rozumiesz?

-Rozumiem. Nie chcę komuś robić szkód.

-No tak, ale jeszcze koniecznie pamiętać trzeba o przeproszeniu. A kto już był u Pierwszej Komunii Świętej, to musi taki grzech wyznać na spowiedzi.

-A jak na przykład nikt nie widział, kto nabroił?

-Pan Bóg widział. Przed Nim nic się nie ukryje, choćbyś nabroił na samym dnie kopalni, to i tak On zobaczy, a twój Anioł Stróż, który cię nie opuszcza, zapisze w twojej księdze życia.

-To taka jest? A co w niej napisane?

-Wszystko co robisz, o czym myślisz, zapisane są tam dobre i złe uczynki, jaki i za co stopień w szkole dostałeś, jak się odnosiłeś do rodziców, do nas, komu w czym pomogłeś, a z kim się kłóciłeś nie ma czegoś, czego by Anioł tam nie zapisał.

-A jak ja pochowam wszystkie długopisy, kredki i ołówki, to nie zapisze, bo nie będzie miał czym.- Dziadek uśmiechnął się i pokiwał głową.

-Zapisze, zapisze. Ona ma swoje pióra i długopisy.

-A jakbym mu schował?

- Po pierwsze go znajdź. Anioł niewidoczny i jego przybory do pisania też, bo są z Nieba, więc takie specjalne, Aniołkowe. A po drugie to by była kradzież, czyli grzech. Znowu źle.

-To jak wreszcie żeby było dobrze?

-Dobrze? Właśnie dobrze postępować. Innego wyjścia nie ma. Za zło wynagradzać i nie ma wyjścia. Ze złego musimy się stale poprawiać.

-No, ja się staram, ale zawsze mnie coś podkusi, Dziadku.

-Każdego kusi. Od tego Bóg dał rozum, żeby złe rozpoznawać i walczyć z nim. I stale poprawiać się.

-E, to trudne. I nudne. Napsocić to zaraz wyzywacie, a nie psocić, to co robić? Jak się stale jest grzecznym, to nudne.

-Wcale nie. Można ładnie grać w piłkę, rysować, pomagać i różne inne rzeczy robić i będzie dobrze.

Chodźmy Dziadku lepiej nad rów. Pooglądamy kiełbiki.

- To chodźmy.-Poszli wzdłuż bruzdy na łąkę, przez którą przepływał dość głęboki rów.

-Uważaj jak idziesz, żebyś znowu nogi nie przekręcił.

-Dobrze, Dziadku. Uważam, bo już mi mówiliście, że teraz może być częściej. Brrr! Nie chcę!- Doszli nad rów. Był tam duży bród, do którego podchodziły krowy wodę pić. Woda była tu płytka i czyściusieńka jak łza. Gerwazek pochylił się nad nią. Przez chwilę żadnych kiełbików nie było, dopiero po chwili napłynęła ławica. Ruszały śmiesznie ogonkami były maleńkie. Najchętniej zabrałby je do Poznania, ale Dziadek nie pozwolił chwytać. Chłopiec wkładał dłoń do wody robiąc miseczkę.

-Co kombinujesz?

-Chcę kilka schwytać.

-Po co?

-Zabrać do domu.

-Nie można. Dzikie rybki potrzebują swobody. Zdechną ci. Szkoda. Niech sobie tu pływają.

-Naprawdę? A ja chciałbym zabrać kilka.

-Poproś tatę o rybki akwariowe, ale tylko wtedy, gdy będziesz o nie dbał.

-Sam?

-No, sam. Twoje rybki i twoja praca.

-A co trzeba robić?

-No, jeść dać, akwarium wyczyścić, dbać, żeby aparat do pompowania powietrza do wody stale działał, bo się bez powietrza poduszą.

-Jak to bez powietrzna. Przecież powietrze jest. Mi duszno nie jest.

-Boś nie ryba. Ryba oddycha powietrzem rozpuszczonym w wodzie, a ty w wodzie byś się utopił, bo masz płuca nie skrzela. Rybę Pan Bóg stworzył, żeby żyła w wodzie, a zwierzęta i ludzi przystosował do oddychania powietrzem z atmosfery.

-Ojoj! Gdzie się obrócić, wszędzie coś innego i trochę inaczej stworzył. Jak to jest, że nic Mu się nie pomyliło co z czym i dlaczego trzeba zrobić?

-Bóg jest doskonały, wiec nic nie pomyli. Chodź, idziemy, bo jeszcze budki psom poprawić trzeba. Jesień idzie. Byłoby im zimno. Pomożesz mi?

-No, jasne! Będę gwoździe przybijał.

-A nie trzaśniesz się w palec?

Pewnie, że nie. Zawsze uważam jak wbijam gwoździe.

-Zobaczymy. Wsiadaj do traktora.- Powiedział dziadek, bo właśnie doszli do pojazdu. Gerwazek wdrapał się na swoje siedzenie, Dziadek zapiął go znowu i pojechali do domu. Azor stał pochylony nad miską i chlipał coś z niej. Chłopak podszedł blisko i przykucnął obok.

-Co pijesz? –Spytał pieska.

-Wrrr!- Odwarknął psiak obnażając zęby. Gerwazek cofnął się trochę.

-Nie dokuczaj psu, niech je, bo cię zębami poczęstuje.-Ostrzegł Dziadek.

- Przecież mu nie biorę!- Bronił swej racji chłopczyk.

-Ale zawracasz mu łeb. Jak pies je, to mu się daje spokój, bo może ugryźć.

-A czego?

-Dlaczego? A tego, że pies broni swojej miski. Jest jego i koniec. Daj spokój. Chodź, ukrusz kawałek chlebka i daj kurczątkom. Babcia tam ma kawałek dla nich. Idź do niej.- Gerwazek poszedł niezbyt chętnie, bo miał ochotę podrażnić Azorka, ale skoro ten pies nagle taki groźny, lepiej nie ruszać. A nuż spodnie skroi i Mama będzie wyzywać. Wrócił z kuchni z kawałkiem czerstwego chleba i wszedł między żółciutkie pisklęta. Była to gromadka małych spóźnialskich, którym pod jesień na świat się zachciało. Kokoszka zniosła jaja w szopie za warsztatem dopiero Dziadek idąc po młotek i gwoździe wypatrzył je tam. Babcia zrobiła im śliczne gniazdo w kurniku i przeniosła szczęśliwą mamę i jej puszyste maluchy. A teraz miały już kilka dni i biegały po podwórku. Gerwazek podszedł do nich i kruszył drobniutkie kawałeczki. Biegły i zdziobywały z ziemi maleńkie kruszynki biegając z popiskiwaniem od jednej do drugiej przewracając się nawzajem i rozbawiając tym chłopca. Okazało się, że trzeba odganiać wróble, bo te cwane łakomczuchy wypatrzyły poczęstunek zaczęły zlatywać się gromadą. Rozbójniki jedne tu i tam wpychały się między kurczątka dziobiąc je. Gerwazek urwał prędko liść łopianu spod płotu i machał nim ile weszło. Uciekły, ale za chwilę znowu jeden i drugi przylatywał zbadać, czy można już bezpiecznie kraść kurczątkom jedzenie. Podbiegła kokoszka i dalejże machać skrzydłami. Znowu uciekły. Ale kurczaczki też dziobki miały i powoli zjadły okruszki. Dziadek przyniósł narzędzia spod szopki ocieplili psie budy. Przybili styropian do ścianek, na niego położyli trochę pilśni, a wejścia do bud zrobili zamykane na kawał starej opony od traktora. Do budek włożyli sienniki zrobione z worków. Teraz Azorek ani Reksik nie zmarzną. A te psiaki uparły się Inie chciały wchodzić do budy, bo nie umiały pokonać opony. Potem piszczały, bo nie umiał wyjść z budy. Do drugiego dnia trwała nauka. A następnego dnia rano zobaczyli siennik i wywleczone z budy i zupełnie podarte. Nie chcieli tego ani Azorek ani Reksik. Gerwazkowi prawie na płacz się zbierało. Tyle pracy było z wypychaniem sienników i na nic. Co one sobie myślą? Dziadek miał nadzieję, że psiaki się do zimy nauczą, tylko musi się zimno zrobić, to same wyczują ciepło idące od siennika i przyjmą go. Ale był już wieczór i Mama pakowała jego walizki. Do jednej wkładała ciuszki, a do innej zabawki. Wcale mu się nie chciało odjeżdżać. Tu jest tak przyjemnie, cicho, a tam huk tramwajów i samochodów , w oczy gryzą spaliny i nawet kwiatki nie pachną w kwiaciarni tylko wszystkie równo czymś cuchną. U Babci w sadzie fioletowo-szaro lśniły śliwki na drzewach. Zimowe jabłka coraz bardziej czerwieniły się, a jemu każą odjeżdżać. Ale trudno. I tak był dłużej niż powinien. Tak powiedzieli rodzice. Babcia upiekła dla niego placek ze śliwkami. Jeszcze na śniadanie ugotowała przepysznej polewki, ale jemu było smutno i jadł bo jadł. Wyjeżdżali po południu. Byli już zapakowani. Już pożegnali się z Dziadkiem i Babcią, wygłaskał Azorka i Reksa, zajrzał do bud. Buchnęła duchota. Już wiedział, dlaczego psiakom tam teraz niemiło. Podniósł zasłonki i przewiązał sznurkiem przyniesionym prędko z szopki. Niech psiny mają na razie otwarte okienka. Wsiedli do samochodu. Ruszyli.

-Tatusiu…- Odezwał się cicho Gerwazek.

-Co, synku?- Spytał ojciec.

-Podjedźmy do plebanii. Chcę się pożegnać.

-W porządku. Minuta i będziemy- Odrzekł Tato i rzeczywiście chwilka i już była plebania. Gerwazek wyskoczył z samochodu i już cisnął na dzwonek. Nie puszczał. Drzwi otwarły się i stanęli w nich równocześnie Ksiądz Proboszcz i Pani Gospodyni z wałkiem do ciasta w dłoni.

-Cóż to za alarm?- Spytał zdziwiony Ksiądz.

-Odjeżdżam. Zabierają mnie do tego całego Poznania. A ja nie chcę. Wolę być tu. Ale muszę jechać. Przyszedłem się pożegnać.

-To miło twojej strony, że pamiętałeś o księdzu. Widzę, że jesteś smutny. Nie martw się, przecież dość często przyjeżdżacie.

-Ja bym najchętniej wcale tam nie jechał. Nie lubię miasta. Ja lubię pola, łąki, ogródki i śliwki na drzewach.

-Śliwki się skończą, drzewa stracą liście. Zrobi się zimno i niemiło. Wrócicie na pewno na którąś niedzielę.

-Wiem, na Babci imieniny za trzy tygodnie.

-Gerwazku! Pośpiesz się!- Zawołała Tata.

-Zaraz!- odkrzyknął.

-Rodziców trzeba posłuchać. Uczyliśmy się? Prawda?

-Nooo!- Powiedział z niechęcią.

-Powiedz mi Gerwazku, Fajnie tu było? Prawda?

-No, Przecież!

-Ja myślę, że te piękne wakacje można Bogu ofiarować. Jak Myślisz?

-Jasne!- Ucieszył się Gerwazek. –Nawet wiem jakiej intencji.

-No?

-Bogu na Chwałę!

-Wspaniale! No to chodź jeszcze na chwileczkę ze mną do kościoła. Zrobimy to.- Proboszcz skinął na rodziców. Wysiedli z pytaniem w oczach o co może chodzić, ale nim się odezwali, Proboszcz zaprosił ich przed Ołtarz.

Klęknęli wszyscy pozdrowili Pana Jezusa. Gerwazek nie czekał na nikogo. Sam Zaczął.

-Panie Boże- Modlił się.- Wiesz, że wcale mi się nie chce stąd wyjeżdżać. Nie mógłbyś coś zrobić, żebym nie musiał? Ty też mieszkałeś w mieście i wiesz, że w mieście jest niefajnie. Ale skoro już muszę tam jechać, to chociaż Ci te wakacje na Twoją Chwałę ofiaruję. Przyjmiesz?

-Przyjmuję z miłością- Zdawało się chłopcu, że słyszy słodki głos w swoim serduszku. Uśmiechnął się. Zamilkł.- Jedź z rodzicami. Błogosławię dzieciom, które ich słuchają. A Ja obiecuję, że zrobię coś dla ciebie. Zgoda?- Gerwazek kiwnął główką. Proboszcz szepnął z ulgą.

-Dogadali się…- Pobłogosławił i uściskał Gerwazka. Pożegnał się z jego rodzicami. Pani Gospodyni dała Gerwazkowi siatkę rumianych jabłuszek z księdza Proboszcza ogrodu.

-Jedz na zdrowie.- Powiedziała i uścisnęła go. Wsiedli do samochodu. Ruszyli, ale tacie zabrakło jeszcze papierosów i postanowił zatrzymać się przy sklepie. Już wsiadał prawie do auta, gdy usłyszał czyjeś wołanie:

-Władek! Hanka!- Obejrzał się.

-Ciotka Franusia nas woła.- Powiedział do żony, grubaśna Ciotka Franusia dyrdką podbiegała do nich.

-Poczekajcie!- Wołała zdyszana.

-O, Jak tam u cioci?- spytała Mama.

-Gonię was, bo widzę, że jedziecie do tego waszego Poznania. Wiecie co? Chcę wam coś zaproponować. Ja mam duży dom i mieszkam sama. Nie mam nikogo. Starzeję się. Nie zawsze sobie radzę ze wszystkim. Dlatego jak usłyszałam jak do was wołali na dożynkach to pomyślałam sobie, że co ja mam się sama ze wszystkim męczyć? Mnie wystarczą ze dwa pokoje, a wy byście zajęli resztę? Wy mi pomożecie i ja was ściągnę tu z powrotem. Nie mam komu tego domu dać. Bylibyśmy razem. Tylko wiecie? Ja mam jedną wadę. Mam te swoje sto kilo i lubię dobrze zjeść.

 

KONIEC

 

POST SCRIPTUM:

OPOWIADANIE MOJE OFIAROWUJĘ OCZYWIŚCIE BOGU NA CHWAŁĘ, A NAPISAŁAM JE DLA DZIECI PRZYGOTOWUJĄCYCH SIĘ DO PIERWSZEJ KOMUNII ŚWIĘTEJ I TROSZKĘ STARSZYCH. Składam serdeczne podziękowanie najpierw Panu Bogu za natchnienie. Dziękuję Siostrom Benedyktynkom z Łomży za zrozumienie tematu i pomoc w opracowaniu dwóch rozdziałów o wycieczce do Wytwórni Hostii Liturgicznych. Niech dobry Bóg wynagrodzi. Dziękuję Przyjaciółkom Ewie i Bogusi za podpowiedź, żeby napisać coś pięknego dla dzieci. To dzięki Waszej inspiracji wynikającej z modlitwy kontemplacyjnej zrodził się pomysł napisania tego opowiadania. I jeszcze na koniec dziękuję Panu Marianowi Mężyńskiemu-Młynarzowi- Seniorowi z Młyna Gospodarczego w Bardzie pod Wrześnią. To On dopomógł mi zrozumieć działanie młyna omawiając dokładnie i demonstrując pracę maszyn. Bez Pana pomocy nie potrafiłabym pokazać dzieciom w moim opowiadaniu jak miele się zboże na mąkę, oraz jak cennym darem jest zawód młynarza.


 z poważaniem

 Janina Snopek- Stefaniak

Swarzędz, 21 wrzesień 2015