Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

KŁOPOTY GERWAZKA - (Mały Katechizm w opowiadaniach)

 

KŁOPOTY GERWAZKA

 

 

MODLITWA

 

 

Boże, Który posługujesz się ludźmi dla spraw Twojego Królestwa, racz przyjąć ode mnie- nędznej ludzkiej istoty hymn uwielbienia w postaci tego skromnego opowiadania rozpoczętego na prośbę mojej Przyjaciółki z Franciszkańskiego Zakonu Świeckich, ażeby dopomóc dzieciom poprzez przystępne opowiadania, zrozumieć trudno brzmiące zdania zawarte w Małym Katechizmie, racz udzielić mi Daru Mądrości i wszystkich pozostałych Darów Ducha Świętego, ażebym umiała sprostać nie tyle ludziom, lecz Twoim wymaganiom, gdyż wiem, że posługując się Przyjaciółką prosisz mnie przez jej usta, ażebym zajęła się tą sprawą. Dlatego pierwsze słowa kieruję do Ciebie przez pośrednictwo Tej, Która dla Ciebie była pierwszą Nauczycielką tu na Ziemi, Najświętszej Maryi Panny. Maryjo- Stolico Mądrości-proszę Cię, niech Twoje Matczyne Serce uczuli moje nędzne na potrzeby duchowe dziecka, abym to, co przekazać należy, przekazała w taki sposób, który pozwoli nie tylko zrozumieć, ale i zapamiętać Mały Katechizm na zawsze. Przekazuj, proszę każde zawarte tu słowo Sercu Twojego Syna, aby opowiadanie to stało się miłą wonią przed Świętym Tronem Jego. Amen.   

 

 

Słowo dla Rodziców i Podziękowania.

 

 

Szanowni Państwo.

 

Długo trwało napisanie opowiadania, wprowadzenie poprawek oraz uzupełnień i wstawienie ukończonego Dziełka na Stronę. Mam nadzieję, że zawarta w nim treść pomoże niejednemu dziecku w zrozumieniu Małego Katechizmu. Starałam się dotrzeć do umysłów dzieci przez wstawianie dialogów, a czasem śmiesznych lub poważnych historyjek wziętych z życia. Wszystkie one wydarzyły się naprawdę, choć niektóre z nich graniczyły z cudem, lub może już nim były. Akcję opowiadania umieściłam w ukochanej Sośnicy, którą w ten sposób postanowiłam uhonorować w podziękowaniu za coroczną gościnność udzielaną Grupie 9 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki w jej drodze na Jasną Górę. Nie szkodzi, że w tej wsi nie ma już szkoły. Ale była, a Pan Dyrektor był wielkim przyjacielem pielgrzymów. Dziękuję mojej ukochanej Gospodyni pielgrzymkowej z Sośnicy- Pani Józefie, którą w moim Opowiadaniu uhonorowałam osobą Pani Gospodyni na plebanii, zresztą wspaniałej kucharki. Pani Józefo, proszę przyjąć tą odrobinę wdzięczności,  a obiecany tort na XX rocznicę mojego pieszego pielgrzymowania, tort, który pozostał w pamięci, gdyż zdrowie nie pozwoliło mi w tym dniu zawitać w Sośnicy, niech w moim opowiadaniu zjedzą dzieci. Niech i wspomnienie o nim będzie wyrazem wdzięczności. Szczęść Boże Pani i całej Rodzinie. Szczęść Boże wszystkim mieszkańcom Sośnicy koło Pleszewa. Składam Kapłanowi- Proboszczowi parafii Sośnickiej serdeczne podziękowanie za ogromne zaangażowanie dla Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. W tej Parafii żaden pielgrzym nie został bez dachu nad głową na noc. Dziękuje Siostrze Ewie H. FZŚ z Poznania za zainspirowanie tematem. A teraz, gdy przekazuję ukończone opowiadanie Dzieciom, jeszcze raz ofiarowuję je oczywiście….

BOGU NA CHWAŁĘ!

 

          Z poważaniem autorka- Janina Snopek - Stefaniak

 

 

Rozdział I 

 

PRZEPROWADZKA

 

Gerwazek mieszka w Poznaniu- to znaczy, już nie mieszka, ale mieszkał do niedawna, bo teraz przeprowadza się do Babci na wieś, do Sośnicy. Będzie tam mieszkał razem z rodzicami, ale niezupełnie u Babci i Dziadka jak w wakacje, tylko całkiem niedaleko, bo na sąsiedniej ulicy. Pod koniec wakacji, gdy już wyjeżdżał z rodzicami do domu do Poznania, dosłownie na ostatnią chwilę, grubaśna ciocia Franusia, której mąż, a wujek Gerwazka dwie zimy temu poszedł mieszkać do Pana Boga, a ciocię zostawił samą w zbyt dużym domu ze schodami i niesamowicie łakomym piecem od centralnego ogrzewania. Wujek zbudował taki duży dom przed laty gdy był młody i prowadził firmę, ale kiedy wybrał się w tą najdalszą podróż, gdzie na stacji „Życie Wieczne” bilety na niebiański pociąg sprzedają tylko w jedną stronę, to dom zrobił się dla niej zbyt duży, bo zlikwidowała firmę i poszła na emeryturę. Więc kiedy dowiedziała się, że rodzice Gerwazka powinni wracać na wieś,  zaproponowała im, że mogą zamieszkać u niej. Pomogą utrzymać dom, a i ona nie będzie sama jak palec. Władek i Hanka- rodzice Gerwazka z początku myśleli, że Ciocia Franusia żartuje, ale ona wcale nie żartowała, więc obiecali, że od wiosny po Gerwazka I Komunii Świętej zaczną remont i pod koniec wakacji przeprowadzą się do cioci. Ustalili. Ciocia się zgodziła i tak miało być. A tu masz babo placek! Na drugi dzień po Andrzejkach ciocia wracając ze sklepu przewróciła się i złamała nogę w biodrze. Przyjechało pogotowie i zabrało ciocię do szpitala. Wyleżała się za wszystkie czasy. Najpierw założyli jej wyciąg, bo myśleli, że będzie dobrze, a tu nic. Nie było rady. Musiała być operacja, a po niej rehabilitacja. W tym czasie Gerwazkowa Babcia biegała do jej domu rano i wieczorem, podlewała kwiaty, przepalała w piecu żeby nie popękały rury, karmiła i poiła zwierzęta, więc pracy było na Babcię aż nadto. Ciocia  ma psa Burka i dwa koty- Mizię i Mrunia. Burek mieszka w budzie, ale Mizia i Mrunio  są niesamowicie rozpieszczone, bo to cioci ulubieńcy. Na dwór pójść nie chcą, tylko w fotelu by spały. Na dodatek ciocia hoduje kury i kaczki, więc trzeba dawać im jeść i pić, jajka zbierać, a że w stajence beczą dwie kozy, to i kozy doić trzeba. Za dużo to pracy na Babcię nawet przy pomocy Dziadka Staśka. Nie było rady. Dziadek z Babcią zrobili naradę i wymyślili, że skoro młodzi mają mieszkać u Franusi, to niech nie czekają do wiosny, tylko przyjeżdżają już. Co było robić? Cioci nie pomóc? Mama Gerwazka poszła do zakładu pracy i poprosiła o urlop bezpłatny na początek ze dwa- trzy miesiące. Ale nie bardzo chcieli dać, bo mieli ogrom pracy, więc po namyśle ustalili, że będzie co kilka dni przyjeżdżała i brała pracę do domu, a wykonaną odwoziła. Nawet dobrze, bo coś w ten sposób zapracuje. W taki sposób Gerwazek niespodziewanie szybko znalazł się w Sośnicy. Popędził do kolegów, przywitał się, wycałował psiaka na podwórzu, opił po uszy ciepłego mleka, które  Babcia przyniosła z obory w metalowym wiaderku, odwiedził wszystkie traktory i maszyny rolnicze i wrócił do domu mokry od śniegu, ale szczęśliwy. Ale co ze szkołą i katechezą? Nie było wyjścia, trzeba było zapisać go do wiejskiej szkoły. Będzie miał to, za czym tęsknił jesienią. Od Babci do szkoły blisko, ale i od domu cioci Franusi niedaleko, bo można przejść wąską dróżką między ogrodami. W szkole jedni przyjęli go z radością, a inni ze zdziwieniem, bo nie wszyscy zdążyli się dowiedzieć, że będzie w ich klasie. Tylko dzieci z sąsiednich wsi prawie go nie znały, a z wycieczki do wytwórni Hostii prawie nie pamiętały, ale za parę dni i te lody zostały przełamane.

 

 

 

Rozdział II

 

W NOWEJ SZKOLE

 

Pani posadziła go w ławce razem z Piotrusiem. Znali się z późnoletniej niemiłej przygody Gerwazka, w której główna wina leżała właśnie po jego stronie, ale już sobie dawno przebaczyli, więc nie było problemu. Piotruś jak dotąd siedział sam w ostatniej ławce, więc ucieszył się, że w końcu będzie z kim pogadać. I z tego zadowolenia za kilka dni musieli się przenieść z ostatniej ławki do pierwszej. Skaranie boskie! Teraz siedzieli tuż pod okiem wychowawczyni, bo ich ławka dotykała katedry. Tak więc w paru dniach jeden i drugi zarobili po jedynce za to, że nie uważają i doszli do wniosku że z panią Helenką nie ma rady. Mamy też nie były szczęśliwe, gdy podpisywały te „pały” w dzienniczkach. Pani Helenka zagroziła, że jak to nie pomoże, będzie musiała ich rozsadzić, bo się jak widać w korcu maku szukali. No to się uspokoili, ale odbijali sobie na przerwach goniąc się i wrzeszcząc, że mało szkoły i boiska nie roznieśli. Nie raz i nie dwa przyszli do domu z dziurami na kolanach, a raz Gerwazek rozdarł niemal pół spodni, bo uciekając przed Piotrusiem i jeszcze kilkoma chłopakami usiłował przeskoczyć przez płot i zahaczył nogawką za gwóźdź. Nie mógł się ruszyć, więc ze strachu zaczął wrzeszczeć jakby go ze skóry odzierali. Przybiegł dyrektor szkoły, woźny, wuefista i dwóch kolegów z najstarszej klasy i powoli wyswobodzili go z opresji. Przepłakał pół kolejnej lekcji, bo się bał co na to powie mama. Na dodatek trochę rozdrapał nogę i higienistka musiała polać skaleczenie wodą utlenioną i zakleić. Żal mu było samego siebie, a już szczególnie bał się mamy. Bo co teraz powie? W Poznaniu nigdy takich historii nie było. A tu, ledwo przyszedł… No, cóż? Zadzwonili po mamę, ale akurat malowała pokój i była popryskana farbą, więc przyjechał po niego Dziadek traktorem. Pokiwał nad nim głową, chwycił za ucho i wyprowadził ze szkoły.

 

-Urwisie, urwisie! Co cię napadło?  

 

-Nie napadło, bo się nie dałem…- Chlipnął i pociągnął nosem.

 

-Tylko co?

 

-Jakby nie ten wściekły gwóźdź w płocie, o który się zahaczyłem to by mnie akurat złapali!

 

-To gonitwa była?

 

-Nnnooo, takkk…

 

-To czemu się mażesz? Jak świat światem dzieciaki się goniły, tylko było umówione tak, że jak już do ciebie dolatywali, prędko kucałeś i nie wolno było cię klepnąć. No, już przestań. Spytamy Babci, może coś poradzi tym spodniom…

 

-Pochwalony! A tyś znowu na wsi? – Zawołał za nimi znajomy głos.

 

Obejrzeli się. To Ksiądz Proboszcz wędrował do szkoły na katechezę.

 

-Będę mieszkał niedługo tutaj.- Odpowiedział Gerwazek nieswoim głosem takim, jakby mu co najmniej kazano pół dnia w pokrzywach siedzieć.

 

-Na wieki wieków!- Odpowiedział Dziadek odwracając się do Proboszcza.- No, Gerwazek, przywitaj się.

 

Ale chłopak nachmurzony schował się za Dziadka.

 

-Coś ty taki honorowy dzisiaj?-Zapytał Proboszcz.

 

- Nieszczęście go napadło.- Uśmiechnął się Dziadek.-Przez płot kumplom uciekał i gwóźdź się w płocie napatoczył. Złapał za spodnie i ani rusz. Czterech go odhaczało i z płotu zdejmowało.

 

-To jutro ty jemu pokażesz gdzie raki zimują.- Uśmiechnął się Proboszcz. Weźmiesz młotek i wbijesz gwóźdź, żeby nie wystawał, bo jeszcze się kto inny zahaczy. Odwdzięczysz się gwoździowi.

 

-Ale…jak ja wyglądam? Na dodatek nogę skaleczyłem… Boli mnie teraz…

 

-I co? Szyć trzeba? Nie martw się. Gospodyni ma taką fajną cerówkę do naprawiania swetrów. Coś zmajstruje.

 

-Nie chcę szycia! Boje się!

 

-Zwariował chłopak do cna.- Powiedział Dziadek i pociągnął wnuka za rękę, żeby wreszcie wyszedł zza niego. Proboszczowskim oczom ukazał się strzęp spodni.

 

-Jakbym ja w szkole tak spodnie załatwił, to bym musiał sam zeszyć. A biada byle jak! Dostałbym nieźle po uszach. Ale za to nauczyłem się szyć. I to jak! Wszyscy koledzy mi w seminarium zazdrościli.

 

-Ale ja mam jeszcze tylko spodnie na niedzielę. W czym jutro pójdę do szkoły?

 

-Nie martw się. Jakby ci się nie udało zeszyć, pożyczę ci sutannę. Dobrze cingulum obwiążemy i będzie w sam raz.- Gerwazek zarumienił się po uszy i przestał płakać.

 

- Słyszę, że macie tu mieszkać u cioci Franusi?- Spytał Proboszcz.-

 

W odpowiedzi chłopaczek pokiwał głową.

 

- A ty o ile pamiętam, tego roku do Pierwszej Komunii Świętej idziesz?

 

-Nooo…

 

-A gdzie? Tu u nas, czy tam?- Spytał Dziadka.

 

-Kto wie, czy nie tu?- Odpowiedział pytająco Dziadek, bo sam nie wiedział jeszcze jak to się wszystko rozwinie.

 

-To się zastanówcie i dajcie mi znać, bo muszę się zorientować, ile mały umie z katechizmu. Muszę z nim porozmawiać. – Proboszcz podał rękę Dziadkowi, potargał Gerwazka po czuprynie, z której zsunęła się czapka i spadła na ziemię i poszedł do szkoły. A Dziadek kazał chłopakowi podnieść czapkę i wsiedli na traktor. Oj, miała Babcia robotę. Do wieczora naprawiała spodnie, a chciała drzeć pióra na jaśka, bo cioci Franusi było niewygodnie na  sfatygowanej szpitalnej poduszce.

 

 

 

Rozdział III

 

KONTROLA WIADOMOŚCI

 

Ciocię Franusię przewieźli na rehabilitację do innego szpitala. Powolutku musiała nauczyć się chodzić, wozili ją na salę gimnastyczną i na basen. Babcia gotowała dla niej galaretki z cielęcych giczy, żeby tylko prędzej się zagoiło. A mama już pomalowała dwa pokoje, które mieli zająć i na cioci starej maszynie- jeszcze poniemieckim „Singerze” szyła zasłony do dużego okna, a tato musiał zostać jeszcze w Poznaniu, no i z przeprowadzką przecież nie tak prosto. Gerwazek na razie chodził w naprawionych spodniach, ale nikt z dzieci nie robił mu wyrzutów z tego powodu ani się z niego nie śmiał. Wprost przeciwnie- niektórzy mu współczuli, inni pytali, czy jeszcze boli go noga, a wszyscy pocieszali, że nic się złego nie stało. Zupełnie inaczej niż w Poznaniu, gdzie chłopcy, a już najbardziej dziewczynki śmiały się z byle plamki lub malutkiego rozdarcia. Tutaj było inaczej. Gerwazkowi coraz bardziej się podobało. Z Piotrusiem nacieszyli się sobą i przestali szaleć, choć chętnie biegali i gonili się na przerwach. Na najbliższej katechezie Ksiądz Proboszcz  zrobił Gerwazkowi egzamin, na który przyszedł on specjalnie i okazało się, że w ogromnej klasie, do której dotąd chodził w Poznaniu dzieci umiały dużo mniej, więc należało podgonić wiadomości. Gerwazek musi przychodzić do Księdza Proboszcza dwa razy w tygodniu i będzie się uczył. Ksiądz Proboszcz zresztą lubił solidną robotę i jeśli któreś dziecko wolniej się uczyło albo chorowało, zapraszał na indywidualną naukę. Cóż? Musi chodzić czy mu się podoba czy nie. Tato przywiózł w niedzielę z domu kolejne walizki z jego ubraniami i dwie walizki z odzieżą mamusi tym bardziej, że zrobiły się mrozy, a obydwoje mieli zbyt cienkie ubrania. Na przerwach nie zawsze wychodzili na dwór. Jednego dnia była taka gołoledź, że nikt nie poszedł do szkoły, a Babcia z Dziadkiem do zwierząt dochodzili oparci dobrze o Gerwazkowe saneczki. Wydojone mleko trzeba było zostawić na korytarzu obory bo nie było sposobu przewiezienia ani przeniesienia go do domu i do popołudnia przeszło zapachem obory. Nie nadawało się do picia i ucieszyły się nim świnie.  Ale Gerwazek po mleko i tak by nie doszedł, więc na śniadanie musiał wypić herbatę,  choć zwykle na wsi opijał się mlekiem jak bąk.