Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

Kłopoty Gerwazka cz 3

Rozdział IX

NIE ZABIJAJ

-No, właśnie. Za chwilę do niego dojdziemy. Poprzez wyśmiewanie się z chorych sprawiamy im przykrość nawet wtedy gdy myślimy, że nie rozumieją. Bo choć ciało czyni człowieka niesprawnym, jego dusza pracuje bez zarzutu. Nawet nieprzytomny człowiek słyszy i rozumie co się koło niego mówi. Opowiem ci historię. Dawno temu bo już z pięćdziesiąt lat temu był sobie w jednej wsi taki mały Leonek. Był bardzo miłym i wesołym chłopcem, ale jednego dnia stało się nieszczęście, bo zachorował na ciężką chorobę, która nazywa się zapaleniem mózgu. Chłopaczek leżał w szpitalu i na dodatek lekarz popełnił jakiś błąd. Choroba przeszła, ale zostawiła po sobie bardzo przykre pamiątki. Leonek zaniewidział i nie mógł mówić, dlatego wszystkie dzieci ze wsi wyśmiewały się z niego, że Leonek jest głupi i rzucały w niego wszystkim, co im weszło pod ręce. Aż Leonek się kiedyś zdenerwował mocno, chwycił coś w rękę i zaczął dzieciaki gonić. Ale one widziały, Leonek nie, więc uciekły, a na dodatek naskarżyły na niego. Wtedy on wytłumaczył swojej mamie jak umiał, że mu dokuczały i rzuciły dużym kamieniem. Nawet umiał pokazać jak dużym. Nigdy nie wolno krzywdzić chorych i niepełnosprawnych. Pamiętaj. Gdybyś widział, że ktoś krzywdzi, należy obronić. I tak słowo do słowa, już jesteśmy w piątym Przykazaniu. Nawet nie obejrzeliśmy się jak nam to poszło. Ale poczekaj chwileczkę, zadzwonię do twojej mamy, żeby się nie denerwowała o ciebie, bo jak żeśmy zaczęli, to dobrze jest temat skończyć.- Proboszcz sięgnął telefon z biurka i chwileczkę rozmawiał, po czym pożegnał się miłym słowem i kontynuował rozmowę z Gerwazkiem.

-Podam ci jeszcze jeden przykład. Była sobie dziewczynka, która mieszkała w tej samej wsi co Leonek. Nosiła okulary i mówiła troszkę niewyraźnie, więc wszystkie dzieci w szkole śmiały się z niej, a że rodzice wychowywali ją kulturalnie, nie biła i nie przezywała nikogo, za to jej dokuczali prawie wszyscy. Często płakała przez nich, a oni nie słuchali nawet nauczycieli i nadal robili jej wiele krzywd. Minęły lata. Dziewczynka wyjechała i chodziła do jednej, potem drugiej szkoły, skończyła studia i stała się bardzo mądrą kobietą, choć we wsi ciągle śmiali się z niej, że jest głupia. W świecie wielu ludzi ją poważało. A oni? Nie skończyli żadnej szkoły, bo nie chciało im się uczyć. I zostali w swojej wsi przy najgorszych pracach, bo odpowiedzialnej nie powierzył im nikt, ponieważ byli nieukami. Popatrz. Przez dokuczanie robimy ludziom wiele przykrości i krzywd. Powiedz mi, co by było, gdyby dzieci trafiły Leonka kamieniem w na przykład w głowę?

-Mogłyby go zabić.

-No, właśnie, a on nawet nie mógł się uchylić przed kamieniem, bo był niewidomy i nie widział lecącego nieszczęścia. Dobrze, że nie trafiły w głowę. Zabójstwo jest grzechem ciężkim. A nawet skaleczenie jest grzechem. Dlatego nie wolno wymachiwać nożyczkami ani niczym ostrym, bo można kogoś lub siebie skaleczyć. A czy wolno bić?

-Nie wolno.

-Biciem robimy krzywdę i zadajemy ból. Dlatego nie wolno. Tak było z dziewczynką, o której ci opowiedziałem. Bito ją, popychano do rowu, gdy wracała z dziećmi ze szkoły, wyśmiewano się z tego, że nosi okulary, a wiele razy płakała, bo ją straszono tym, czego ona się bała. A czy wolno bić zwierzęta?

-A po co robić im krzywdę?- Spytał z zapałem Gerwazek, choć na jego buzi zaczynało malować się znużenie. – Ja nigdy nie krzywdzę kotków ani piesków.

-No, ale ja widziałem jak chłopcy szczuli kota psem i ten biedny kotek bardzo się bał, gdy pies ujadał obok niego. Sam broniłem przed chuliganami niejednego kociaka.  

-  A może Ksiądz znowu coś opowiedzieć?

-No, masz ci los. Co mam ci mówić? No, czekaj. Opowiem ci o Wioletce.

-A kto to taki?

-Moja znajoma. Szła z drugą osobą ulicą parkową nad jeziorem w swoim mieście, naraz usłyszały żałosne miauczenie. Patrzą, a między gałązkami krzaka wciśnięty głęboko siedzi sobie mały kotek i żałośnie miauczy. Postanowiły go sięgnąć, ale był tak wystraszony, że nie mogły nic zrobić, tak się bronił. A byli w pobliżu chłopcy i patrzyli jak one męczą się z wydobyciem z gałęzi przestraszonego zwierzątka. Mieli psa. A one nie mogły dać rady choć koteczek był mały. Wreszcie jedna z nich skądś przyniosła jakiś kocyk i przez niego chwyciły maleństwo, które ze strachu wrzeszczało wniebogłosy. Przyniosły do domu, choć bardzo się wyrywał i dały mu mleka. Pił, był bardzo głodny, a potem usnął w kąciku. Potem znów dały mu mleka i czegoś jeszcze i znów usnął, tak był wyczerpany. Pomalutku się oswajał i stał się wspaniałym kotkiem, przyjacielem całego domu. Ale gdyby nie one, nie wiadomo, czy przeżyłby do drugiego dnia. A powiedz mi, jak opiekujemy się zwierzętami na podwórzu?

-Dajemy im jeść i pić.

-A wolno zapomnieć o tym?

-Chyba nie.

-Chyba czy na pewno?

-Na pewno nie wolno.

-Dlaczego?

-Bo by były głodne.

-No tak, a czy głód jest wrogiem czy przyjacielem?

-Wrogiem.

-Prawda. Dlaczego?

-Babcia opowiadała mi, że we wojnę Niemcy morzyli ludzi głodem. I ludzie bardzo cierpieli i umierali. Więc nie wolno.

-A jak ktoś się chce odchudzać i nie je, to co?

-Mama zawsze po zimie mówi, że musi się odchudzić i je na przykład tylko taki malutki jogurt.

-Oj, tak, tak. Z tym odchudzaniem nasze panie mają trzy światy. Najpierw całą zimę przejadają się słodyczami, a potem na wiosnę gwałtu rety, bo sukienka za ciasna i dawaj się głodzić. Najpierw przejadanie się, a potem odchudzanie, jakby nie szło jadać z umiarem cały rok. Brak umiaru to też grzech przeciwko ciału. A spytam cię jeszcze o coś.

-Już mi się nie chce, proszę Księdza.

-Dokończymy tylko ten temat. Musisz nadgonić to, co twoi nowi koledzy już wiedzą. Było was dużo w klasie, a takiej dużej grupie źle się przekazuje wiedzę. Wyobraź sobie, że zachorowałeś. Lekarka przepisała ci lekarstwo, mama podała ci i kazała zjeść, a ty gdy się mama odwróciła, wyjąłeś prędko z buzi tabletkę i schowałeś do kieszeni, a potem wyrzuciłeś. Dobrze to tak?

-A jak tabletka niedobra?

-Tabletkę popija się wodą albo jakąś herbatką i poleci do żołądka. A jak ktoś nie chce pobierać lekarstw gdy jest chory, to choroba się przedłuża albo pogłębia. I potem jeszcze gorzej z wyleczeniem, bo człowiek zamiast zdrowieć staje się coraz bardziej chory. lekarstwa, za które mama zapłaciła dużo pieniędzy leżą w szafce, albo wyrzucasz do klozetu, żeby nie widziała, zdrowia nie przybywa, czasem taki upór kończy się szpitalem, bo wszyscy myślą, że przepisane lekarstwo było złe. Potem rodzice mają kolejny kłopot, bo jeżdżą do takiego łobuza do szpitala, tracą pieniądze na podróż, kupują łakocie, żeby zrobić choremu dziecku przyjemność, a ten płacze jak odjeżdżają i udaje że mu w szpitalu niedobrze, bo musi dostawać zastrzyki. Tymczasem wystarczyło, żeby grzecznie zjadł paczkę przepisanych tabletek i by było po chorobie, albo gdyby nie chodził po kałużach, czy też niepotrzebnie po deszczu czy zimnie, to by się nie zaziębił.

-No, tak. Też coś chyba mam na sumieniu.  

       -A powiedz mi Gerwazku, jak to jest z roślinami? Widziałem nieraz w lesie na drzewie takie urocze serduszka wycięte w korze i napisane na przykład „kocham Olę”, albo połamane gałęzie, zerwane zwiędnięte kwiaty. Wolno tak robić?

-Przecież to tylko rośliny. One nie czują.

-Zgoda, one nie czują. Ale Pan Bóg stworzył rośliny po to, żeby służyły  ku naszemu pożytkowi. Kwiaty mają pachnieć, drzewka rosnąć, a niszczona kora powoduje, że przez te rany wkradają się szkodliwe bakterie i drzewo choruje. Zresztą Bóg po to stworzył przyrodę, żeby nam służyła, a nie po to, żebyśmy ją niepotrzebnie niszczyli. Przy tym Pan Bóg jest bardzo mądry i nie stworzył niczego, co by było niepotrzebne w przyrodzie. Wolno nam korzystać z niej, ale tylko tyle ile nam potrzeba, bo jeżeli coś dokumentnie zniszczymy, może się okazać, że coś innego na tej stracie cierpi.

- A co?

-Co? No, prosty przykład. Rolnik pryska uprawy przeciw robakom. Często trucizna trafia na okoliczne kwiaty i wytrują się pszczoły, które nie dość, że nie zbiorą miodu, który bardzo lubimy i jest nam potrzebny na lekarstwo, to na dodatek nie zapylą nam drzew owocowych albo pomidorów na polu, grochu i tak dalej, a my nie będziemy mieli żywności.

-A osy wolno, bo to szkodniki i żądlą!

-Też mają swoje miejsce w przyrodzie. Zjadają wprawdzie leżące po drzewem opadłe owoce i nieraz gdy się taką na przykład gruszkę z lokatorką w środku chwyci, a nie daj Bóg ugryzie, to może być niezły kłopot, ale osy zjadając nadmiar owoców chronią sady przed nadmiernym rozwojem pleśni i różnych chorób grzybowych, więc oczyszczają nasze sady i dziczki. Więc nie są tylko szkodnikami.

-A jaskółki? Ciocia Franusia zawsze ma gniazda jaskółek, bo mówi, że jak się jaskółka chce zadomowić, nie wolno jej wyrzucić, bo ona przynosi szczęście.

-Kochany.- pokiwał głową Ksiądz.- Będę musiał to cioci wyjaśnić. Dobrze, że powiedziałeś, bo to dość popularny przesąd. Jaskółka jest bardzo pożyteczna, bo poluje na muchy. Dlatego dobrze jest, jeśli jej gniazda są w gospodarstwach. Im więcej jaskółek, tym mniej much. Ale czy jaskółka przynosi szczęście? To bzdura. Ktoś tak kiedyś wymyślił nie wiadomo po co i ludzie powtarzają jeden po drugim. Ta czcza gadanina przerodziła się w przesąd, a przesądy są grzechem bo godzą z kolei w Pierwsze Przykazanie, które brzmi jak?

-Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.

-A co ma piernik do wiatraka i jaskółka do Przykazania?

-Otóż ma. Jaskółka jest Bożym stworzeniem, ma wyznaczone miejsce w przyrodzie, niszczy nadmiar owadów, ale nie ma mocy dawać lub nie dawać ludziom szczęścia.  Szczęście daje ludziom Bóg, oraz ludzie jeden drugiemu, jeśli postępują wobec siebie z miłością i w zgodzie, a więc tak, jak Bóg nas uczy. Jeśli jaskółka ma dawać szczęście, to znaczy, że robimy sobie z niej bożka. Rozumiesz?

-Nawet nie pomyślałem.

-No, widzisz. No, ale wróćmy jeszcze do ludzi, bo przykłady można mnożyć i byś mi tu w końcu usnął ze zmęczenia i ja obok ciebie, musimy omówić sprawę wojny. Trudny to problem, kochanie. Nie wolno nikogo zabijać, ale przede wszystkim nie wolno na nikogo napadać. Winien jest ten, który napada, a napadnięty ma prawo się bronić, nie tylko siebie, ale i swojej Ojczyzny, bo gdyby powiedział, że nie będzie Jej bronił, to przestępuje czwarte Przykazanie, które nakazuje bronić Ojczyzny przed wrogiem. A w Ojczyźnie mieszkają nasi najbliżsi, więc ich też bronimy. Dlatego wojna obronna jest usprawiedliwiona i najczęściej nie ma innego wyjścia tylko  walka karabinem albo jak widziałeś na obrazie Jana Matejki w bitwie pod Grunwaldem, gdzie walczono mieczami.

-A Dziadek i Tata kiedyś opowiadali o bandach po wojnie w lasach?

-To jest troszkę inaczej. To nie były bandy tylko partyzanci. Walczyli o wolność Polski. Ale były i bandy- banderowcy. Ich działania przyniosły ludziom bardzo dużo krzywdy. O tym opowiem ci, jeśli nam czasu zostanie. A teraz wstań, pobłogosławię cię i jedziemy do twojego domu, bo wielki czas spać.

                               

Rozdział X

NIE CUDZOŁÓŻ

Gerwazkowi nie chciało się wstać po wczorajszej zbyt długiej lekcji u księdza Proboszcza, dlatego spóźnił się na pierwszą lekcję. Ale miał więcej szczęścia niż by kto pomyślał, panią od polskiego zatrzymały na przejeździe kolejowym zamknięte zapory. W pobliżu przejazdu jest stacja kolejowa i komuś się zachciało przetoczyć parę wagonów akurat wtedy, gdy ona jechała do pracy, więc spóźniony Gerwazek wpadł do klasy nieomal równo z nią. Była zdenerwowana własnym spóźnieniem, więc machnęła na niego ręką, a nawet była trochę zadowolona, że nie grandzili pod jej nieobecność z Piotrusiem. Lekcje przeszły już bez dalszych problemów, a po powrocie do domu Gerwazek ziewał tylko wtedy, gdy trzeba było wyliczyć dwa zadania z matematyki, a na Roratach zaczął się interesować jak nigdy co i dlaczego robią ministranci. Zamiast uważać co się dzieje na Mszy Świętej zastanawiał się, dlaczego ministrant do podawania pateny założył białą rękawiczkę, a dlaczego ksiądz wniósł kielich przykryty fioletową kapką, dlaczego go potem na nowo przykrył jak wychodził z nim od ołtarza do zakrystii i gdy się spotkali  w kancelarii od razu zarzucił Proboszcza stertą pytań. Ksiądz potarmosił go po rozwichrzonej czuprynie, jaką utworzyła zdejmowana z rozmachem czapka, którą razem z kurtką chłopak rzucił na krzesełko aż wszystko spadło i musiał poprawić. A potem usiadł w fotelu i wlepił ciekawe oczy w Księdza Proboszcza. Ten poprawił się na krześle i zamyślił na chwilę. Jeśli zajmie się dziś problemem  ministrantury, umknie lekcja, a jeśli zlekceważy zainteresowanie dziecka, może się ono już nigdy nie powtórzyć, jeśli się dziś go zniechęci.

-A chciałbyś być ministrantem?- Zapytał o chwili namysłu.

-Nie wiem, nie myślałem o tym. Ale dziś jakoś nachodziły mnie te myśli i nawet mnie nie interesowało, że znowu nie wylosowałem figurki.

-To umówmy się tak, że w sobotę do południa o godzinie dziesiątej będziesz w salce razem z ministrantami i powiem Kubie- takiemu dużemu, który im wszystkim przewodzi, bo jest ceremoniarzem, żeby ci wytłumaczył, a jeśli ci się spodoba, to możesz próbować swoich sił razem z nimi, ale gdybyś się zdecydował na ministranturę, będę mógł cię przyjąć oficjalnie dopiero po Komunii, bo jeszcze wiele trzeba się nauczyć jak i dlaczego służy się Panu Bogu przy ołtarzu. Teraz masz wiele nauki przed Komunią i szkolnej, to by było za dużo, a potem będzie czas na pomyślenie o przygotowaniu cię do służby przy ołtarzu. Zgoda?

-Może tak być, ale ja bym bardzo chciał wiedzieć, dlaczego on brał patenę w rękawiczce i to białej jak do ślubu.

-Widzisz. Biel symbolizuje czystość słów, myśli i uczynków.  A my dziś o czystości będziemy mówić. Dlatego komże ministranckie, serwety i obrusy w kościele, a także alba którą zakładam pod ornat są białe. A czystość wiąże się także z szacunkiem, jaki okazujemy Bogu. Dlatego między dłonią ministranta, a uchwytem od pateny, na którą mogą spadać odrobinki czyli partykuły Ciała Pańskiego podczas podawania wiernym znajduje się kawałek białego płótna, czyli rękawiczka, jak gdyby dla oddzielenia dłoni ministranta, która nie jest konsekrowana jak moje ręce, od sprzętu, który ma kontakt z Ciałem Pańskim. Bogu należy się bardzo wielki szacunek. Rozumiesz?

-Acha. To ja już się zastanowiłem. Chcę być ministrantem. Chcę Mu służyć przy ołtarzu, żeby było Jemu na Chwałę.

-Wspaniale. To w sobotę o dziesiątej bądź w salce, a ja powiem Kubie, żeby się tobą zajął. A teraz wracamy do naszego tematu. Dziś omawiamy czystość, czyli Przykazanie Boże „Nie cudzołóż” To Przykazanie dotyczy bardziej ludzi troszkę starszych od ciebie, jednak zły przykład tych starszych sprawia, że trzeba je omówić przynajmniej w stopniu, jaki dotyczy takich dzieci jak ty. Jak myślisz? Może już się spotkałeś z tym, czego zabrania szóste Przykazanie?

-Ono każe nam zachować czystość duszy i ciała. Pani katechetka powiedziała, że to nie chodzi o brudne ręce, ani o brudne nogi, których komuś nie chciało się umyć na wieczór i pobrudził mamie pościel, choć to też grzech, ale z czwartego Przykazania, bo dotyczy braku poszanowania maminej pracy, Mama też mówiła mi, że czystość tyczy się duszy, choć grzeszymy ciałem.  

-Tak. Mama miała całkowitą rację. Bo jeśli grzeszy ciało, na duszy powstaje plama.

-Ale po spowiedzi ona znika?

-Tak. po spowiedzi znika. Dusza staje się z powrotem jasna i czysta. Ale warunek jest taki, że spowiedź jest szczera i człowiek za grzechy serdecznie żałuje, ale nie dlatego, że dostanie za coś burę od rodziców, tylko za to, że obraził i zasmucił dobrego Pana Boga. O spowiedzi będą osobne lekcje. Nie zmieniajmy teraz tematu i wróćmy do cudzołóstwa.

-Do jakiego cudzołóstwa.

-Przykazanie „Nie cudzołóż” w skrócie nazywa się cudzołóstwem. Tak jak przestępowanie przykazania „nie kradnij” nazywamy kradzieżą lub złodziejstwem, tak przestępowanie szóstego przykazania nazywamy cudzołóstwem. Jasne?

-Wiem teraz.

-A powiedz mi, czy może zauważyłeś, albo co pamiętasz z lekcji religii w Poznaniu, jakieś przykłady jak dzieci grzeszą przeciwko szóstemu Przykazaniu?

-Brzydkie rysunki na płotach albo na ścianach, albo paskudne słowa. Takie słowa są grzeszne i nie wolno ich ani pisać ani wymawiać, bo obrażają Pana Boga. A na rysunki nawet nie wolno patrzeć, bo zły duch zaraz się cieszy, że dziecko się nimi interesuje i podsuwa kolejne brzydkie myśli, a potem namawia do czynów.

-Do jakich czynów?

-Na przykład do podglądania jak się dziewczynki w szatni na w-f rozbierają, albo jak idą na przerwie do ubikacji ze swoją potrzebą.

-Dobrze. O to chodzi. A czy wolno interesować się swoim ciałem?

-Wolno, ale tylko na tyle, żeby je umyć i na przykład posmarować maścią gdy nam się jakaś ranka albo odparzenie zrobi.

-A od czego może nam się zrobić ranka na ciele?

-Ja skaleczyłem nogę jak przechodziłem przez płot i zawisłem na gwoździu.

-A poza tym?

 -Można się poodparzać jak się człowiek wieczorem nie umyje raz i drugi. Tak mówiła ciocia, że tak było na pielgrzymce.  Dostali odparzeń i potem musieli siedzieć w wannie z nadmanganianem potasu, a jak już się nasiedzieli i wytarli, to smarowali te odparzenia maścią, żeby się zagoiły.

-A tak wolno dotykać ciała?

-Tak, bo jakby nie dotknęli, to by nie posmarowali. A jak by nie posmarowali, to by się rozpaprała jeszcze większa rana i by ich bolało i by nie mogli iść. I by zachorowali, a jakby się jeszcze kurz dostał, bo na pielgrzymce jest pełno kurzu, to by weszły bakterie i by trzeba było nawet do szpitala jechać. Oni musieli dotknąć siebie bo to było leczenie i pielęgnacja własnego ciała. Inaczej, dla przyjemności nie wolno, bo to grzech.

-A jak pojedziesz do szpitala z taką zapaskudzona ranką gdzieś tam we wstydliwym miejscu, to wolno się rozebrać i pokazać panu doktorowi albo pani doktor?

-Wolno i trzeba, bo jak lekarz nie zobaczy i nie zbada, nie może zapisać lekarstwa, albo zrobić nawet operacji, jeśli jest bardzo źle. Dlatego to jest dbanie o własne ciało i przestrzeganie z kolei również piątego przykazania „nie zabijaj” ale dla własnego zdrowia. A jeszcze obok nas siedziała taka pani pielęgniarka i powiedziała mi, że idzie z nimi taki pan, któremu przyczepił się kleszcz w takim nieskromnym miejscu i ten pan nie dość, że go nie zauważył, ale to miejsce było takie, że sam by sobie nie dał rady. Gdy się domyślił, że ma kleszcza, on już podrósł i ten pan wyczuwał go palcami, gdy przesuwał po skórze, bo się martwił, co mu przeszkadza. I aż trzeba było zawieźć tego pana do szpitala i tam mu tego robala wyjmowali, bo na pielgrzymce nie ma intymnych warunków, a poza tym ten pan musiał dostać takie specjalne lekarstwa, żeby nie zachorował na paskudną chorobę, która się nazywa boreliozą.  Ciocia i ta pani to wszystko mi powiedziały, gdyśmy już siedzieli sobie na postoju w takiej pięknej starej, zabytkowej alei brzozowej, zanim nas wprowadzili na Jasną Górę.

- Masz bardzo mądrą ciocię. Dobrze, że ci tyle spraw wytłumaczyła. I dobrze, że pani pielęgniarka opowiedziała o kleszczu, bo to też bardzo ważne. A czego jeszcze nie wolno?

-Nie wolno podglądać rodziców ani jak się myją, ani jak przebierają w piżamy ani jak idą spać.

-Też dobrze. Czego jeszcze?

-Biegać nago bez ubrania.

-A jak się kąpiesz w jeziorze albo w morzu, to musisz zdjąć spodnie i bluzeczkę, bo jakbyś pomoczył, to niemiałbyś w czym chodzić.

-Ale zawsze muszę mieć na sobie kąpielówki, żeby nikomu nie pokazywać mojej nagości. Oglądanie nagości to nieczystość.

-A jak mamusia przewija niemowlaczka?

-To musi, bo maluszek sam nie umie się ani przewinąć ani umyć. Ale jak urośnie to będzie umiał.

-Poza tym mamusia robi to z prawdziwej miłości do swojego dziecka stara się, żeby dzieciątko było zawsze czyste i pachnące. Przez brudne pieluszki bakterie wejdą do nereczek i one zachorują, a potem czasem trzeba dziecko zawieźć do szpitala i tam zostawić samo bez mamy. I dziecko bez niej tęskni i płacze, a poza tym jest chore, więc cierpi. Gdyby nie myła dzieciątka i pozwoliła na rozwój zakażeń, to które by było Przykazanie?

-Piąte.

-No, widzisz więc, że Przykazania się ze sobą zaplatają tak, jak palce jednej ręki. Każdy palec ma swoje miejsce, ale możesz je trochę pozaplatać. Chociaż pozaplatasz, to na stałe i tak nie zmienisz im miejsca, ale zobaczysz, że każdy od każdego jest zależny i działają razem. Jakby jakiegoś palca zabrakło, to już ręka jest niesprawna, bo każdy palec ma swoje zadanie, jakie przeznaczył mu Bóg gdy stwarzał człowieka.

-A czy jest może jeszcze coś, czego nie powinniśmy robić?

-Na moje to nawet takich malutkich dzieci nie powinniśmy rozbierać do końca na plaży, bo one się uczą biegania bez majtek, poza tym niektórzy dorośli mogą mieć nieczyste myśli i nie powinniśmy im ułatwiać powstawania tych myśli.

-Też jestem takiego zdania. Masz rację. A kto ci to powiedział?

Tatuś. I tatuś na plaży siedział w krótkich spodniach  w lekkiej koszulce, a mamusia w sukience. Bo wystawianie swojego ciała na widok publiczny to też grzech. Dlatego szliśmy się kąpać wtedy gdy plaża już była prawie pusta wieczorem.

-Ale jak słońce zajdzie to nad morzem już jest zimno.

-Tośmy trochę popływali i poszli spacerować brzegiem morza. A woda wieczorem była jeszcze ciepła, więc miło się pływało i brodziło po wodzie. Tylko nie chcieli mi kupić takiego lampionu jak inni mieli i puszczali w powietrze.

-Nie wiem, o jaki lampion chodzi.

-Taki fajny ze świeczką. Tatuś mówił, że nie można, bo te lampiony się puszcza na szczęście, a od lampionu szczęścia nie przybędzie.

-Miał rację. Jeśli na szczęście, to znaczy, że ten kto je wymyślił, mógł je od razu poświęcić jakiemuś bożkowi, więc to by było przestępowanie Pierwszego Przykazania  „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”, dlatego podziękuj Tatusiowi, że cię ustrzegł od bałwochwalstwa. Widzisz? I znowu nam się zaplotło Pierwsze Przykazanie. Ale muszę powiedzieć, że dużo wiesz. I jestem z ciebie zadowolony.

-Pewnie koniec na dzisiaj, co?

 -Nie, ja mam jeszcze kilka pytań. Mogę?

-Proszę bardzo. Kapłańskie serce bije dla ciebie maleńka owieczko Boża.    

-Bo widzi ksiądz. Kiedyś nas posłali na lekcję do gabinetu biologicznego, a tam na ławkach były wyskrobane takie amorki, aniołki nagie ze skrzydełkami i z łukiem w rękach i one strzelały. Koło każdego aniołka czy amorka było serce przebite strzałą, a obok były takie napisy; „Kocham cię Kaśka”, „Arleta uwielbiam cię” i jeszcze gorsze.

-Uwielbienie należy się tylko Bogu i Matce Najświętszej. Nikomu innemu. Uwielbianie człowieka nie może mieć miejsca, bo to jest zastępowanie Boga człowiekiem i znowu godzi w pierwsze Przykazanie. Poza tym, jak ktoś naprawdę kogoś kocha, stara się, żeby czynić dla niego samo dobro, a nie manifestować swoją niby to miłość drapaniem napisów na szkolnych ławkach, a niszczenie sprzętu będzie zaplecione w siódme Przykazanie, o którym nie dzisiaj. Nie jest to poza tym czysta miłość tylko takie młodzieżowe głupiutkie jeszcze zauroczenie chłopaka dziewczyną. On powinien się z tego wyspowiadać, bo sądzę, że ma w głowie na dodatek nieczyste myśli. Amorek czy aniołek to kolejny temat. Między jednym, a drugim jest różnica. Aniołek to duch czysty stworzony przez samego Pana Boga. Wprawdzie w niektórych kościołach dawno temu budowanych jest dużo rzeźb na ścianach i gipsowych aniołków najczęściej nagich, ale autorzy uważali, że skoro aniołek jest duchem mieszkającym w Niebie, to zrobienie gipsowego nagiego aniołka nie wiąże się z grzechem nieczystości. Nie ma teraz możliwości poprawienia przynajmniej tych aniołków, które powinny być choć troszkę zasłonięte, bo kościoły są zabytkowe i nie pozwoli na żadne działanie i doklejanie sukienek konserwator zabytków. Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo, że taka sukienka się odklei i spadnie, a nie daj Bóg komuś na głowę. A w miejscu odklejenia zostanie brzydka blizna na rzeźbie, więc już się takie zostawia, żeby nie niszczyć dzieł sztuki. Pytasz o amorka. Nie jest to równoznaczne z aniołkiem, Bo amorek to rzymski bóg miłości. Więc kto maluje czy wyskrobuje amorki jakie i z czym by nie były, z serduszkami czy bez, zawsze jest to oddawanie czci obcemu bogu, czyli godzenie w pierwsze Przykazanie. Bo jakby nie było, jak ktoś maluje cudzego bożka to tak trochę oddaje mu cześć. Cos jeszcze byś chciał wiedzieć?

-No, tak…

-To słucham.

-Nie wolno się rozbierać, prawda? A Pan Jezus jak się urodził, to był nagusieńki, prawda? I Matka Boska się Nim opiekowała?

-Czy ktoś ci to mówił, czy sam wymyśliłeś?

-Nie wiem, zdaje się, że jakbym coś takiego gdzieś słyszał.

-Nie wiem, czy słusznie czy nie, ktoś  mówił czy nie i zależy co miał na myśli. Ale trzeba wiedzieć o tym, że Pan Jezus jako Syn Boga Ojca i Najświętszej Maryi Panny poczęty był z Ducha Świętego, czyli w zupełnej czystości. Jego Mama czyli Matka Boska była poczęta bez grzechu pierworodnego i żyła na ziemi bez najmniejszego grzechu bo i skłonności do grzechu nie miała. Święty Józef był Najczystszym Oblubieńcem, jakiego kiedykolwiek zrodził świat, więc wszelka pielęgnacja Bożego Dzieciątka odbywała się w najzupełniejszej pokorze, skromności i czystości z ogromną miłością Boskiej Mamusi do Jej Dzieciątka. Więc to podejrzenie jakiekolwiek by było wykreślamy od razu. Obrzezania dokonywał kapłan, a być może nawet arcykapłan, a akt ten był poświęcony Bogu i przez Boga nakazany. Więc to był żydowski obrzęd religijny. Wszystko jest dobrze. Boże Dzieciątko miało ludzkie ciało i ludzkim obrzędom religijnym musiało być poddane zgodnie z nakazem Prawa Mojżeszowego.

- A do biczowania Pana Jezusa rozebrali?

-Niestety. Nie wolno im było Go tknąć. Był to przeogromny grzech z ich strony. Dotyczył trzech Przykazań od razu- pierwszego, piątego i szóstego. Pan Jezus przyjął to upokorzenie jako wynagrodzenie Bogu Ojcu między innymi za ludzkie grzechy nieczystości.   

-Nie wiedziałem. A na Golgocie? Na krzyżu widzimy jak jest omotany przepaską czy tak?

- Tak. ale nie tak dawno wyjaśniła nam to wizjonerka Maria Valtorta, której Pan Jezus postanowił pokazać w wizjach, jak wyglądało Jego życie na Ziemi i bolesna Męka. Oczywiście, że oprawcy zdarli z Pana Jezusa przyschniętą już szatę z wszystkich Jego ran i tym je rozjątrzyli i rozkrwawili od nowa i stanął biedny przed nimi taki, jaki się urodził. Ale Najświętsza Maryja Panna, która była obok Niego na Golgocie, prędko zerwała z głowy swoją chustkę i podała Synowi, a On się nią owinął i owiniętego Jej chustką czyli welonem widzimy  na krzyżu. Nic innego nie mogła dla Niego nic zrobić, ale w tej bolesnej chwili, którą nam przedstawia Dziesiąta Stacja Drogi Krzyżowej ocaliła Swojego Syna od wstydu nagości. Ale na dzisiaj koniec. Chodź. Wiozę cię do Mamy.

 

Rozdział XI

NIE KRADNIJ

Kolejna katecheza przypadła w poniedziałek po Roratach. Dziś towarzyszyła im jeszcze Anulka, która dwa miesiące chorowała i musi nadgonić, ale nie bardzo chciała zostać, bo było już ciemno, więc bała się sama wracać. Na szczęście do kościoła przyszła z mamą i Pani Gospodyni zaprosiła mamę na kawę i w sobotę upieczony sernik, żeby dziewczynka nadgoniła trochę wiadomości. Mama co prawda uczyła ją, ale Anulka to nieśmiała dziewczynka, wiec pani katechetka nie bardzo mogła wydobyć od niej wiadomości, choć mama zapewniała, że dziewczynka umie. Co innego Gerwazek- to już bywalec Plebanii, a Ksiądz proboszcz to przyjaciel Dziadka i Babci. Więc Anulka usiadła cichutko w drugim fotelu i właściwie prawie nie odezwała się przez calutką lekcję, chodź było widać, że temat ją interesuje. Poza tym była jeszcze słaba po chorobie i narzekała, że bolą ją pośladki od wielkiej ilości zastrzyków, które dostała w szpitalu, więc starała się nie opierać za bardzo o oparcie fotela. Wytęskniła się bardzo za koleżankami, zresztą do szkoły zaczęła chodzić dopiero od  dziś i od razu religia, co prawda również i ksiądz kapelan w szpitalu prowadził lekcje z Anulką i przychodził do niej specjalnie, ale chora dziewczynka nie bardzo miała ochotę na naukę. Kiedy więc pojawiła się w kancelarii razem z Gerwazkiem, on widząc, że koleżanka jest jeszcze blada i słaba oddał jej wspaniałomyślnie wygodniejszy fotel, a sam siadł na takim dość dobrze trzeszczącym, z którego trudno było potem się wygramolić. Księdzu bardzo podobał się uczynek Gerwazka i pochwalił go za to. Pani Gospodyni przyniosła dziś do kancelarii trochę sernika dla dzieci, żeby Anulka podjadła i prędko dochodziła do siebie. Więc dziewczynka jadła kawałek po kawałku i zjadła ze trzy porcje, a Gerwazek cierpliwie gramolił się z fotela, żeby jej podać kolejną. Nie znali się dotąd, bo Anulka mieszkała na końcu wsi i nie przybiegała bawić się z dziećmi. Miała gromadkę dzieci po sąsiedzku, wiec na brak towarzystwa nigdy nie narzekała. Ale od dziś jej przyjacielem stał się także Gerwazek, a on był niesamowicie dumny, że może jej w czymś pomóc. Przez ten sernik lekcja opóźniała się, bo Ksiądz czekał, aż się dzieci najedzą, a ciasto było przepyszne i pachniało wanilią, aż się błogo od niego w żołądkach robiło.

-Żeby mi w szpitalu takie dobroci dawali, to ja bym tam utyła a nie schudła.-Powiedziała oblizując palce.

-A co ci było, że musieli cię dać do szpitala?- Spytał Gerwazek zeskakując po tacę z ciastem dla niej.

-Przewróciłam się na rowerze i bardzo rozbiłam kolano. Potem mi się paprało i się bali, żebym nie dostała sepsy. Dzieci, które tam leżały mówiły, że sepsa to takie świństwo, od którego można umrzeć. I lekarz też się bał o mnie i pakowali mi te wstrętne zastrzyki. Już nie mogę patrzeć na szpital. Nie chcę tam wracać.- Powiedziała ze smutkiem i zapatrzyła się w sufit. Jadła kolejny kawałek, a Gerwazek patrzył jak w obrazek w nową koleżankę o niebieskich oczach i niemal białych lekko falujących się włoskach. Proboszcz już tracił nadzieję, że z dzisiejszej lekcji coś będzie, ale nagle Gerwazek opanował się i wycierając rękę mokrą serwetką, które im przyniosła mama Anulki zawyrokował.

-My tu gadu, gadu, a Siódme Przykazanie czeka.

-No, właśnie. Jak już dzieci najedzone, możemy zaczynać.

-Ja niewiele umiem.- zasmuciła się Anulka.

-To posłuchasz. Prędko nadrobisz.-Uśmiechnął się Ksiądz. Ten uśmiech rozweselił ją i do końca rozmowy patrzyła już raźniej. A kapłan zaczął pytaniem.

-Czy wiecie może, co to jest cudza własność?

-To mój misiek, którego mi taka dziewczynka w szpitalu zabrała i nie chciała oddać, dopiero siostra oddziałowa poszła i jej odebrała. Potem już nigdy go z ręki nie wypuszczałam, a w nocy chowałam pod kołdrę, żeby go nawet nie było widać i miśkowi było duszno, bo nie miał powietrza.

-No , proszę, jaką krzywdę można zrobić przez zachłanność i zazdrość. No i właśnie- to są podstawy do kradzieży. A skąd wiesz Anulko, kto ci wyjaśniał, że właśnie twój miś był dla niej cudzą własnością?

- Siostra oddziałowa, jak poszła mojego misia odebrać, powiedziała jej, że jeszcze raz i za karę przeniesie ją do chłopięcej sali.

-Za przestępstwo należy się kara. A ile lat miała koleżanka?- Spytał Ksiądz.

-Dziesięć.

-No, proszę! To już po Komunii.

-Ksiądz kapelan jej powiedział, że musi się z tego wyspowiadać, bo popełniła kradzież. I moja mamusia też na nią nawyzywała i potem ona wcale do naszej sali już nie przychodziła.

-Bo się wstydziła lub bała.- wyjaśnił kapłan.- To dobrze, bo każde przestępstwo niesie za sobą lęk przed kolejną karą, a do tego każdy człowiek otrzymał od Pana Boga we wspaniałym darze głos sumienia, który jest głosem samego Boga i ten głos mówi co jest dobre, a co złe i jeżeli słucha się tego głosu, to postępuje się dobrze, a jeśli już się jakieś zło przydarzy, to mamy jeszcze wyrzuty sumienia, ale czasem żeby one u kogoś zadziałały, musi w tym pomóc albo przypadek, albo kolejna osoba, która zło nazwie po prostu złem.  W tym przypadku ona bała się kolejnej bury, bo gdyby przyszła ponownie na salę, pewnie zadzwoniłabyś po siostrę i ta by ja wygoniła z waszej sali, więc byłaby kolejna bura, czyli nie tyle kara, ale zapobieżenie kolejnemu złu. Mogła też wstydzić się swojego czynu i jeśli tak było, to dobrze, bo wstyd jest naturalnym skarbem człowieka i nie wolno go niszczyć. To jest taki jak gdyby łańcuszek, który trzyma na uwięzi różne pożądania. No, proszę jak nam się temat rozwija. Zaczęliśmy od miśka. Na drugi raz przynieś go na katechezę, posadzimy go na biurku jako dowód szczęśliwego zakończenia sprawy, tym bardziej, że dziesiąte przykazanie „nie pożądaj” wiąże się z siódmym. Nikt go nie zabierze już tobie.

-Ja go tu mam. Mamo! Daj mi Dyzia!- Zawołała, ale nikt się nie odezwał.

-Mamo!- znowu nic, bo panie rozmawiały w najlepsze za zamkniętymi drzwiami.  Proboszcz wyszedł z kancelarii i wrócił z plecakiem Anulki, która wyjęła z niego trochę sfatygowanego, ale niezwykle puchatego beżowego z brązowymi bucikami misia o zalotnej mince. Posadziła go obok siebie.

-Niech siedzi ze mną.  Zawyrokowała.

-Dobrze, ale jak byśmy coś o kradzieży mówili, to podnoś miśka w górę.- Podpowiedział Gerwazek.- Nie weźmiemy ci  Dyzia. Przecież wiesz, że przygotowujemy się do Pierwszej Komunii Świętej i musimy uczyć się przestrzegać Przykazań Bożych nie dlatego, że się boimy bury za niegrzeczność, ale dlatego, że złe uczynki obrażają Pana Boga i zasmucają Go. A ja proponuję, żebyśmy teraz podziękowali Panu Bogu za to, że w szpitalu tyle osób ujęło się za tobą i tamtą dziewczynę poskromili, choć Pana Jezusa na Golgocie okradli z szaty i nie oddali Mu.

-No, właśnie.- Zawołał Ksiądz Proboszcz.- Potrafisz Gerwazku opowiedzieć jak to było?

-Potrafię bo jak opowiedziałem mamie o naszej rozmowie na temat obnażenia Pana Jezusa przed ukrzyżowaniem, to mama opowiedziała mi co było dalej.

-Pięknie. Wobec tego Anulko posłuchajmy Gerwazkowego opowiadania. Mów, Gerwazku.

- Było to tak. Jak już Pana Jezusa przyprowadzili na Golgotę i dwóch złoczyńców też, to położyli na ziemi krzyże i zdarli ubrania ze wszystkich trzech skazańców, bo mieli w zwyczaju  odebrać nawet szatę przed ukrzyżowaniem. Złoczyńcy mieli cierpieć za zbrodnie, ale Pan Jezus był niewinny i zasądzili Mu tą samą karę co zbrodniarzom. Przy tym dobre wychowanie nakazywałoby zdjęte szaty oddać rodzinom skazańców, a żołnierze, którzy wykonywali te okrutne wyroki wymyślili sobie takie prawo, że szaty skazanego dzielili pomiędzy siebie. To było bardzo nieuczciwe. Szata to jest własność skazańca i on sobie ją kiedyś kupił albo mu ją sprezentowano, na dodatek ukrzyżowany nieraz długo wisiał na krzyżu nim umarł i oprócz tego, że cierpiał, to wieczorem i w nocy gdy było zimno, na dodatek niesamowicie marzł. A jeśli komuś zabrano nawet szatę to było bardzo poniżające, bo to tak, jakby mu imię odebrać. Mama mi opowiadała, że w Prawie Mojżeszowym było, że jak komuś za długi zabrano płaszcz, to na wieczór trzeba było go oddać, płaszcz był jedynym okryciem człowieka na noc. A żołnierze X Legii, która ukrzyżowała Pana Jezusa, nie dość, że podzielili między siebie Jego części garderoby, to o suknię rzucili los. Rządzili się nieswoim. Prawo dzielenia między siebie szat skazańca, moim zdaniem nie było żadnym prawem, tylko oficjalną kradzieżą na oczach wszystkich i szarogęszeniem się tym, co do nich nie należało. Nasze jest to, co nam ktoś sam od siebie sprezentuje, albo sobie kupimy, ale za własne pieniądze. Poza tym, Anulko ciebie na ostatniej lekcji nie było, ale jak ich rozebrali, to kazali im wisieć całkiem nago i oni się bardzo wstydzili, bo ci co ich pilnowali śmiali się z tego, że oni są nadzy. I to była dodatkowa krzywda i ich grzech przeciwko szóstemu Przykazaniu.

-Brawo!- wykrzyknął Proboszcz.- Aniu, słuchaj i zapamiętaj, bo nie dość, że ci opowiedział to twój nowy kolega, to na dodatek kandydat na ministranta od ostatniej soboty. A ministrant musi znać Pismo Święte. Gerwazek ma świetną pamięć. Piątka z plusem. – Chłopiec spąsowiał z radości i dumy. Proboszcz pociągnął temat.

-Mało tego. Matka Najświętsza żeby uchronić swojego Boskiego Syna od wstydu z powodu zupełnej nagości oddała Mu swój welon, czyli nakrycie głowy, a niewiasty chodziły z głową nakrytą i to było ich obowiązkiem. Z gołymi głowami biegały tylko dziewczynki i nakryć głowy nie nosiły kobiety zachowujące się źle tak jak Święta Maria Magdalena przed nawróceniem. Ale mężatki i wdowy wszystkie jak jedna musiały mieć głowy nakryte, a rezygnacja z chusteczki czy welonu była dowodem, że kobieta być może prowadzić złe życie. Kiedy Matka Boża oddała Synowi welon, była właśnie od tej chwili na różne złe podejrzenia narażona, ale dla Niej ważniejszym było, żeby Boski Syn nie odczuwał poniżenia z powodu zupełnej nagości, dlatego poświęciła siebie dla Niego. No, myśmy się zagadali na dobre, a temat mało się nam posuwa. Gerwazek wyjaśnił nam, że naszym jest to, co nam ktoś podaruje, albo kupimy za własne pieniądze. Musimy dodać, że za własne pieniądze uważamy te, które sami uczciwie zapracowaliśmy, a nie te, które na przykład ukradliśmy, albo ukradliśmy komuś coś, sprzedaliśmy to i uważamy, żeśmy je zapracowali. Nieprawda, pieniądze tak czy tak pochodzą z kradzieży, bo sprzedana rzecz wcześniej została ukradziona.

-Ale żołnierze o suknię Pana Jezusa rzucili los?- Odezwała się cichutko Anulka.

-Tak, kochanie, ale suknia była własnością Pana Jezusa, a oni Go o podarowanie sukni nie poprosili, ani On im jej wspaniałomyślnie nie podarował, więc rzucenie losu było w tym wypadku formą kradzieży bo grali o nieswoje. Ale trzeba kontynuować. Wyobraźmy sobie, że w moim ogrodzie dojrzały jabłka i inne owoce, a ty Gerwazku przecież w Poznaniu sadu nie masz.  Przypuśćmy, że pewnego dnia wymyśliłbyś, iż oderwiesz z mojego płotu w końcu ogrodu ze dwie- trzy sztachety i będziesz wchodził sobie po kilka jabłuszek lub innych owoców, gdy tylko ja nie będę widział. Owoców mam w bród i spadają z drzew. Gdy leżą sobie w trawie, nawet bym nie zauważył, gdyby mi cały koszyk jabłek zginął. Ale jak to wygląda i czy jest to zgodne z siódmym Przykazaniem?- W tej chwili Anulka podniosła  misiaczka wysoko go góry.

-To byłaby kradzież.- Powiedziała troszkę ośmielona nawet dość głośno.

-Cudownie rozeznałaś. Tak, to byłaby kradzież. Ale sad nie należy do mnie tylko do kurii, ja korzystam z owoców tego sadu tak długo, dopóki mi ksiądz biskup nowej parafii nie wyznaczy. A kto z was zna biskupa na tyle, żeby wiedzieć, że biskup i kuria to prawie to samo, bo ksiądz biskup jest zarządcą kurii?

-Czy ksiądz biskup czy nie, niech by mu było jak chciało, prałat albo wikary lub jak go nie nazwać, to kradzież jest kradzieżą czyje by nie było i koniec. – zawołał Gerwazek.

-Tak, masz rację. Nazywamy rzeczy po imieniu i nie owijamy w bawełnę. A u was w Poznaniu żeby jechać tramwajem, musicie kupić bilet w kiosku. A jeśli ktoś nie kupi i przyjdzie kontrola?

-Zapłaci mandat i na najbliższym przystanku wysadzą go z tramwaju.

-Rozumiem. Wyobraźmy sobie, że wsiadłem bez biletu i przyszli kontrolerzy. Wlepili mi mandat, czyli zapłaciłem dużo, dużo więcej niż ten głupi bilet by kosztował. Czyli mandatem zmyłem winę i wszystko jest dobrze? Już nie mam grzechu, prawda?- Dzieci zamilkły. Nie wiedziały co powiedzieć.

-Nie, kochani. Mandat to jest kara za przestępstwo, bo jazda bez biletu jest przestępstwem. Co prawda zapłaciłem tyle, że by na trzydzieści i więcej biletów starczyło, ale przecież nawet jeśli zapłaciłem mandat, to nie mogę z kwitkiem od mandatu zamiast biletu wsiadać do kolejnego tramwaju i powiedzieć, że mam zapłacone za cały miesiąc, bo nawet gdybym wsiadł, to nadal jadę bez biletu. Przyjdzie kolejna kontrola i kolejny mandat za kradzież jazdy. Bo jazda bez biletu to też kradzież. A oprócz tego okradam własną kieszeń, narażam ją na nieuczciwe i niepotrzebne wydatki. O własną kieszeń też należy dbać odpowiedzialnie, a słuchajcie. Chyba nigdy nie słyszałem w konfesjonale, żeby ktoś się spowiadał, że okradł własną kieszeń kupując byle co, bo taką miał ochotę. Jeszcze nie słyszałem, żeby panowie spowiadali się z papierosów, które niszczą zdrowie, na dodatek to jest okradanie finansów rodziny. Żadna mama ani babcia nie spowiada się z ośmiu- dziesięciu kaw dziennie choć kawa też szkodzi zdrowiu, a na dodatek jest droga. Mogłyby się napić herbaty lub kompotu, albo ususzyć ziół z ogrodu i pić dla zdrowia całą zimę.  Oszczędność pieniędzy i dla zdrowia pożytek. A kto z was nie robi awantury w domu, że jakąś zabawkę mają wszyscy tylko nie wy? W sumie nieprawda, bo ma parę osób, ale wy powiecie, że wszyscy, bo tak brzmi bardziej wiarygodnie, no i jakby nie rzec, jest to nie tylko kłamstwo ale i wymuszenie na rodzicach kupienie czegoś tam tylko dlatego, że bardzo chcecie mieć. Takie wymuszenie to też rodzaj jakby kradzieży. Poza tym jeśli rodzice kupią coś tam, to nie mają potem pieniędzy na to, co jest ważniejsze.

-A jeśli to jest lizak za 50 groszy?

-  Wymuszenie to wymuszenie, zawsze to samo ma imię. Wystarczy poprosić. Jeśli rodzic uzna za stosowne, kupi bez problemu, a jak nie może lub za wasze złe zachowanie nie chce, to każda złość, marudzenie, czy tupanie nogami jest wymuszaniem podpowiedzianym przez złego ducha. Nawet z nieuczciwości się spowiadamy. Ze mną do podstawowej szkoły chodził taki Mieciu. To był kiepski uczeń. Najlepszy stopień u niego to trójka, a od dwójek i jedynek to aż się roiło w jego rubryce ocen. Jednego dnia, a było to po sprawdzianie, pani patrzy, a w dzienniku w jego rubryce czwórka z geografii. Czwórka? U niego? Przygląda się dobrze, a on jedynkę przerobił na czwórkę, gdy pani zostawiła dziennik na kilka minut w klasie. Oj, była awantura! Mało tego, że w oczy okłamał, to postanowił wykraść dobry stopień, na który absolutnie nie zasłużył, bo jego wiadomości były na niedostateczny.

-A wyspowiadał się z tego?

-Nie wiem, ja go nie spowiadałem, bo byłem wtedy jeszcze razem z nim w szkole podstawowej i nie byłem księdzem, ale powinien. A co powiecie, jeśli rodzice każą paść krowy, a wy się bawicie zamiast ich pilnować i krowy idą w szkodę, wydepczą oraz wyjedzą komuś zboże czy buraki albo ziemniaki?         

-Oj, dalby nam tata!- Wyszeptała Ania i miś powędrował w górę.- To kradzież zboża albo czyjejś trawy na nie naszej łące.

-Słusznie. Jak wejdzie przez przypadek, prędko wygonić i przeprosić, oraz pokornie wysłuchać cierpkich uwag oraz poprawić zachowanie, ale jak naumyślnie nie dopilnujecie to już jest grzech. A co powiecie na takie sobie szkolne figle jak zabieranie gumek, cyrkli, ołówków, długopisów, chowanie komuś tornistrów dla draki, albo celowe niszczenie czyjejś odzieży w szatni czy to, o czym ostatnio mówiłeś Gerwazku- o gryzmoleniu pisakami albo cyrklem po ławkach i w ten sposób niszczenie ich?

- Tata mówił, że schowanie na chwilkę to psota ale nieuczciwa i nie powinno się tego robić, bo się komuś przykrość sprawia, ale niczego nikomu kraść nie wolno, choćby to była bzdura, bo to jest czyjeś, a na dodatek może być temu komuś bardzo potrzebne.

-Choćby i nie było jak moje jabłka, których i tak do końca nie wyzbieram, jak ktoś nie ma, chętnie dam, ale kradzież to kradzież. Poprosi ktoś, wpuszczę, zbieraj ile chcesz, ale kraść nie wolno i koniec. A już nie mówimy o wielkich aferach co to w telewizji wciąż mówią. To są ogromne grzechy. Ale wy przecież urośniecie i ani się spodziejecie jak będziecie mieli po szesnaście lat i z rówieśnikami będziecie spacerowali po drogach i ulicach. A jak myślicie? Czy wyrywanie torebek, zaglądanie komuś do kieszeni, żeby  ukraść klucze od mieszkania, albo portmonetkę, niszczenie placów zabaw, czyichś płotów, kradzież drobnych pieniędzy rodzicom i palenie papierosów, albo co gorsza narkotyków, wynoszenie kredy ze szkoły, żeby smarować nią po chodnikach i murach, albo niszczenie na to mazaków, obmalowywanie różnymi dziwnymi znakami i napisami przystanków lub wystaw, pod co podciągniemy?

-Kredy pisaki i farbki pod kradzież, bo to pieniądze szkoły albo rodziców, a przystanki to dobro wspólne, za to płaci urząd miasta, więc też kradzież.

-Skąd wiesz?- Szepnęła Anulka.

-Tata zawsze się złości na przystankach jak widzi poniszczone.

- Przykłady można by mnożyć i rozmawiać do jutra. Świetnie radzicie sobie z rozróżnianiem zła od dobra, ale jeszcze o jednej bardzo ważnej sprawie trzeba powiedzieć. O świętokradztwie. Kiedy je popełnimy?- Dzieci milczały.

-Dobrze, kochani. To omówimy podczas omawiania Sakramentów. Jutro omawiamy ósme Przykazanie. Zapraszam po Roratach. Musimy to omówić. To będzie wprawdzie na religii, ale ty Anulko masz duże zaległości i trzeba ci pomóc, a i Gerwazek jako kandydat na ministranta chętnie posłucha.- Ksiądz pobłogosławił dzieci i otwarłszy  drzwi zawołał.

-Lekcja skończona! Dziś Gerwazku wracasz do domu z Anią samochodem jej mamy. Zgoda?

-Zgoda.- Odparł chętnie Gerwazek gramoląc się z wysiedzianego  fotela. W drodze do samochodu Anulka chwyciła go za rękę.

-Fajny z ciebie kolega. Szkoda, że cię tam ze mną nie było, nie byłabym taka samotna.

=Brrr! Nie chcę do szpitala.- roześmiał się Gerwazek i poszli do samochodu Anusinej mamy.

 

Rozdział XII

NIE MÓW FAŁSZYWEGO ŚWIADECTWA PRZECIW BLIŹNIEMU SWEMU

-Co słychać w szkole?

-Różnie. Odpowiedział Gerwazek.- Ale Kacper Czapański opowiadał mi dzisiaj o panu od w-f-u, bo ja jeszcze nie wszystkich dobrze znam.

-O panu od w-f-u? Czyli o w-f-iście? Dobrze myślę? Ten z bródką?

-No, tak, miał dziś z nami lekcję.

-I jak ci się podobała?

-Jak lekcja. Nic szczególnego. Najpierw była rozgrzewka, a potem graliśmy w kosza.

-A Kacper co opowiadał? 

-O panu Dureńkowskim mówił…

-O kim?-Przerwał ksiądz.

-O panu Dureńkowskim, o tym, z którym mamy gimnastykę.

-Ależ Gerwazku, w waszej szkole nie ma takiego nauczyciela. Ale czy mówisz o szkole w naszej wsi, czy o Poznaniu?

-Nie, nie o Poznaniu. Kacper inaczej na niego nie mówi i cała klasa też…

-Dziewczynki też mówiły, że to pan Dureńkowski i że on się tak nazywa.- Dodała Anulka.

-Acha.-Rozpoczął Proboszcz.- Wiedziałem o co zapytać. Właśnie. Ten pan nie nazywa się Dureńkowski tylko Dubinkowski. I z tego co wiem, nikt z was się nie przesłyszał, tylko ze trzy lata temu, jak pani dyrektor przyjęła do pracy tego nauczyciela, zaczęły się wyższe wymagania, bo przed nim pracował taki dość wiekowy już nauczyciel i nie miał siły z uczniami biegać, dlatego większość czasu bawili się w dwa ognie, a gdy ten nauczyciel został przeniesiony z racji mniejszych sił do prowadzenia lekcji prac plastycznych, jako wuefistę przyjęli młodego i sprawnego, ale bardzo wymagającego pana Dubinkowskiego, wtedy posypały się kiepskie oceny i padła niejedna bura w sali gimnastycznej. Uczniowie byli oburzeni, bo co to za porządki weszły do szkoły i przezwali go nazywając durniem, czyli głupim. Było to pomówienie, bo ten pan jest bardzo mądrym i odpowiedzialnym nauczycielem, ale bardzo łatwo jest przez brak zastanowienia popsuć komuś opinię. Takich przykładów mamy dużo. Wystarczy, że zbiorą się panie koło sklepu, albo uczniowie i uczennice na przerwie i zaczynają się plotki, z których mało co potrafi być prawdą. W taki to sposób pan Dubinkowski ma zepsutą opinię dlatego, że stara się podnieść poziom wymagań na lekcjach gimnastyki. To samo dotyczy na przykład naszego pana organisty. Ktoś wymyślił, że nasz organista powinien zostawić te staroświeckie organy i zacząć na Mszy Świętej wygrywać na gitarze i jeszcze jakby przytupywał, to by się dobrze śpiewało i był okres, że się ludzie zaczęli buntować i chodzić do organisty nazywając go dość nieładnie. Dopiero gdy on mi się poskarżył, powiedziałem na kazaniu o muzyce mszalnej. Gitara może być na pielgrzymce, ale w kościele najodpowiedniejszym instrumentem są i pozostaną organy jako instrument ustanowiony oficjalnie przez Kościół. I pozostaną również w naszym, ale widzicie, ktoś puścił niesłuszną plotkę, ludziom się spodobała i dawaj gadać. I już im się śpiew nie podobał, a to gra, a na dobrą sprawę nikt w tej parafii nie ma wykształcenia muzycznego i nie ma pojęcia o muzyce mszalnej, ani nie odróżnia klawiszy białych od czarnych. Ale plotkować każdy lubi i gada, co mu ślina na język przyniesie. I tak powstają plotki, posądzenia, oskarżenia często niesłuszne i co najgorsze- oszczerstwa. Ktoś coś powie drugiemu, potem trzeciemu, troszkę każdy doda lub ujmie i wychodzą sprawy, których nadawca plotki nie miał na myśli. Katecheci lubią opowiadać taką anegdotkę. Przyszła jedna pani do spowiedzi i spowiada się z plotek, a ksiądz za pokutę kazał jej przynieść do siebie poduszkę. Na drugi dzień przyniosła zdziwiona. Ksiądz kazał rozedrzeć i pozwolić wyfrunąć wszystkim piórkom. Żal jej było poduszki, ale pokutę musiała odprawić i zameldowała wykonanie zadania. Gdy już pierze pofrunęło z wiatrem, ksiądz kazał co do jednego wyzbierać z powrotem. Wtedy ona zawołała, że to jest niemożliwe.

-A widzi pani?- spytał ksiądz.- To jest niemożliwe do wykonania i jak się plotki rozniosą między ludzi, również niemożliwym jest  odwołanie ich. Jak już komuś opinię popsujesz, ten ktoś na tym cierpi i nic już nie zmieni faktu, bo nawet jakbyś poszedł i wołał, że mówią źle o kimś, to ci nie uwierzą, bo się przyzwyczaili do wersji, jaką usłyszeli. Widzicie. Plotkować nie wolno nawet wtedy, gdy chcecie komuś bardzo podchlebić. Wyobraźmy sobie, że mówicie o nim same superlatywy i chwalicie go bardziej niż trzeba, a z chwaleniem też trzeba uważać, bo możemy kogoś wpędzić w pychę. Czasem jest tak, że ktoś zachowuje się niezbyt dobrze, ale my chcemy, żeby miał dobrą opinię. I my na przykład zamiast mu zwrócić delikatnie uwagę, ale w oczy gdy robi źle, chwalimy często na pół świata, żeby wszyscy myśleli, że on taki dobry. Krytykować między ludźmi też nie możemy, bo każdy ma prawo do dobrej opinii, ale i nadmiernie wychwalać   nie wolno, bo to szkodzi tak samo jak obmawianie. Czy chwalenie psuje opinię? I tak i nie. No bo zobaczcie. Jak o kimś opowiadacie, że jest na przykład głupi, to on wcale może nie być głupi, tylko źle go osądzacie tak, jak źle osądzono Leonka. A wyobraźmy sobie, że ktoś nam bardzo imponuje bo umie dużo i ciekawie mówić i zachwyceni nim opowiadamy o nim nie tylko bardzo dużo dobrego, ale również nie mówimy prawdy, że ten ktoś jest po prostu gadułą i potrzebuje wolnego słuchacza, a lubi gadać, żeby wszystkim pokazać jaki to jest mądry, choć tak naprawdę wie tylko troszkę, a resztę udaje. Może widzieliście kogoś takiego?

-Hm.- Trudne pytanie.- Zaczęła niepewnie Anulka.- Nie bardzo się nasuwa. Ale kiedyś jechałam z mamą w autobusie i jechały dwie dziewczyny. Ta jedna całą drogę opowiadała drugiej o randce z chłopakiem jaki to fajny, a jak ona sobie z nim radziła na dyskotece i cały autobus słyszał, ale co drugie słowo było brzydkie. Ja słuchałam z zainteresowaniem, bo bardzo ciekawie opowiadała, ale mama po wyjściu z autobusu powiedziała, że dziewczyna nic nie warta i pusta głowa. Mnie się tak nie wydawało, bo czemu? Tak ładnie potrafiła opowiadać.

-A co ta druga mówiła?

-Nic. Może i chciała coś mówić, ale nie mogła, bo tamta cały czas gadała.

-No, może i niezły przykład. Dorośli, kochanie potrafią ocenić lepiej niż dzieci i jeśli mama oceniła ją jako pustą głowę  to widać coś z tego było. Gdyby była mądra, to by się nie chwaliła chłopakiem tak, żeby na pewno wszyscy słyszeli jak to sobie radziła na randce, bo od razu widać, że ta panna to samochwała, potem jaki to chłopak fajny, a ja bym się na pewno zastanowił i nad jego mądrością. A wiecie dlaczego? A dlatego, że jeśli rozmawiał z nią, słuchał jej opowiadań, to słyszał, czy mądrze mówi, czy trzepie językiem byle głośniej i więcej, oraz jakich słów używa. Właśnie miła, spokojna, ale niezbyt głośna rozmowa świadczy o inteligencji, a nie wychwalanie się na cały autobus. Gdyby był mądry przeprosiłby, że musi wracać do domu, odprowadził dziewczynę pod drzwi mieszkania i skończył znajomość. Widzicie. Wychwaliła go na cały głos. Może ktoś go zna i słysząc jej opinie nabierze o nim zbyt pięknych lub zbyt złych przekonań. Mówimy zawsze prawdę, ale tylko tyle ile trzeba i nie od razu wszystkim. I nie wychwalamy kogoś nawet w oczy ponad to, ile mu się należy. Dlaczego? Otóż posłuchajcie Jest taka pani dentystka pani Gloria Polo. Zawsze była katoliczką. Pracując w swoim gabinecie starała się jak najwięcej zarobić. Była łasa na pieniądze i pochwały. Od czasu do czasu coś miłego komuś dała tak, że ludzie chwalili ją za to, że była hojna. Słuchając wszystkich pochwał uwierzyła w swój dobry sposób pojmowania wiary i służenia bliźnim. A tu jednego dnia gdy szła ulicą w czasie burzy, doznała bardzo ciężkiego uderzenia piorunem i stanęła na Bożym Sądzie. Wtedy Pan Bóg pokazał jej dokładnie czyn po czynie, a po tym czynie kolejny, aby sobie przypomniała, gdzie dając coś bliźniemu myślała nie o tym biednym człowieku, tylko cieszyła się, że ktoś ją pochwali. Czyli nie zależało jej na tym człowieku, tylko na swojej dobrej opinii i chwalona bez przerwy myślała, że jest taka dobra. Dobrze, że Pan Bóg pokazał jej, jak ta dobroć wygląda w Jego ocenie. Miłości bliźniego było w jej sercu tak mało, że gdyby wtedy zmarła, mogłaby nie pójść do Nieba. Teraz ma czas na naprawienie błędów. Wyzdrowiała dlatego, że Bóg wysłuchał modlitw rodziny o jej uzdrowienie, a po wyjściu ze szpitala zaczęła jeździć po świecie i głosić wykłady na temat, że Pan Bóg naprawdę wymaga, abyśmy bardzo przestrzegali każdego Przykazania, a przy tym pani Gloria przestrzega, że nie wolno nikogo chwalić ponad miarę. Takie chwalenie jest bardzo szkodliwe. Właśnie jej ludzie zaszkodzili niepotrzebnymi i nadmiernymi pochwałami. Mówimy tylko prawdę i tylko tyle ile trzeba.

-A jak ja leżałam w szpitalu to słyszałam jak panie kiedyś opowiadały sobie, że ktoś jest chory na nieuleczalną chorobę i nie chcieli mu o tym powiedzieć, żeby się nie załamał i że nawet gdy już umierał to mu o tym nie powiedzieli, tylko, że jest tylko osłabiony, odpocznie, a potem będzie lepiej.

-O, widzisz. Dobry temat. Fałszywe świadectwo o jego zdrowiu, choć wszystkim znane było to, czego powinien się dowiedzieć. Tak kochani dzieje się często, gdy u kogoś lekarz wykryje raka. Ta choroba wyniszcza organizm i człowiek po pewnym czasie odchodzi do Wieczności. Ostatni okres przebywania wśród swoich na Ziemi jest niezwykle ważny dla chorego i on bezwzględnie musi wiedzieć co mu jest, żeby prędko załatwił sprawy spadkowe, jeśli jest dorosły, jeśli ma problem z wiarą w Boga, musi myśleć o tym, że stanie przed Jego Obliczem na Sąd, może trzeba jeszcze kogoś przeprosić, z kimś się pogodzić, bo różne są ludzkie sytuacje życiowe. A jak my przed chorym taimy, że zostało mu bardzo mało życia, to on ani majątku nikomu nie przydzieli, ani nie zdąży się pogodzić, a o nawróceniu często mowy nie ma. Bywa, że chory już umiera, wszyscy to widzą i księdza mu nie przyprowadzą, żeby się nie wystraszył bo mówią, że chory dopiero wtedy zobaczy, że śmierć blisko i bardzo się wystraszy. O tym wspomnimy jeszcze w omawianiu Sakramentów. Takie kłamstwo jest karygodne i Pan Bóg bardzo się gniewa za zatajanie prawdy przed chorym, który pomału powinien przygotowywać się na spotkanie z Nim w Wieczności.

-A kłamanie pijakowi, że wódki w sklepie nie ma, chociaż jest?-Zainteresował się milczący dziś Gerwazek.

-No, masz ci los! Aleś wymyślił. Ale dobrze, że pytasz. W sklepie powinna wisieć wywieszka, że osobom nietrzeźwym alkoholu się nie sprzedaje i tego się trzymać.

-A jak jeszcze nie zdążył się spić?

- Czasem ekspedientka zna pijaka i śmiało mu odmawia, bo wie, że pieniądze powinien dać żonie lub matce. Ale czasem pijak awanturuje się i ekspedientka podaje alkohol byle tylko mieć spokój w sklepie. A czasem na awanturnika trzeba wezwać policję. Ale gdy jest trzeźwy może ona mieć kłopot, że mu nie sprzedała, Tu sprawa jest skomplikowana i ona czasem może nie mieć wyjścia. Wszędzie trzeba mądrości i roztropności. Alkohol zawsze jest złem. Zawsze szkodzi zdrowiu, niszczy rodzinę pijaka i źle jest, jeśli społeczeństwo przymyka oczy i udaje, że nic nie widzi i nie wie.

-A co to jest oszczerstwo?-Spytał Gerwazek.

-Oszczerstwo jest najgorsze, bo to jest obmawianie kogoś, ale mówi się wtedy o tym kimś samo zło i to zupełną nieprawdę.

-A po co?

 -Najczęściej wynika to z czyjejś nienawiści do tego kogoś i osoba oczerniająca robi to dlatego, żeby komuś popsuć opinię.

-A jak? –Niech ksiądz da jakiś przykład, bo nie rozumiem.-Poprosiła Anulka.

-Ano, w jednej wsi była sobie taka kobieta robotna, gospodarna, miała gromadkę dzieci i wszystkiemu dawała radę. Ale jej krewna zazdrościła jej tej zaradności i stale obgadywała ją przed sąsiadami, że ta pani jest brudasem, gotować nie umie, że dzieci zbiła i bez kolacji spać pokładła i takie różne bzdury. I byłbym w to uwierzył, gdyby nie moja znajoma, która poszła do tej niby złej gospodyni kupić gołębia na obiad dla dziecka. Posiedziały chwilę, porozmawiały, moja znajoma zobaczyła, że w tym domu wszystko dobrze, dzieci do matki odnoszą się prawidłowo, ona do nich również, a gdy się dowiedziałem prawdy, wyraziłem na kazaniu co myślę o oczernianiu. Ale aż kościół się trząsł. Kapłan musi reagować na łamanie Przykazań.

-I co mówili potem?

-Oczywiście nie używałem nazwisk, ale w kościele była cisza jak makiem zasiał. Zresztą ta pani nie tylko krewnej opinię popsuła. Każdemu ze wsi łatkę przypięła. Ważne jest zwracanie się do kogoś i o kimś prawidłowo. Była kiedyś dziewczyna, która pisała sobie pamiętnik o tym, co się w szkole i w domu przydarzyło. Gdyby robiła to ładnie i inteligentnie, wyszłaby z tego nawet ładna książka, bo ciekawostek było w nim dużo. Ale pannica uważała, że jest bardzo mądra i nie musi liczyć się z nikim. Jednego razu opisała lekcję historii, a że o nauczycielce wszyscy uczniowie mówili po imieniu, więc dziewczyna w swoim pamiętniku napisała po prostu o Lodzi. Nie pisała źle, ale po imieniu, czego czynić nie wypadało. Koledzy zorientowali się, że to pamiętnik i zachciało im się go przeczytać, więc porwali pamiętnik i pobiegli z nim na boisko. Sprawy osobiste, które dziewczyna opisała, czytali sobie na głos i śmiali się. Nie mogła ani im odebrać pamiętnika, ani wyprosić, bo uciekali z nim przed nią. Akurat szła ta nauczycielka. Dziewczyna rada nie rada poprosiła o pomoc kłamiąc, że to zwykły zeszyt. Ale każdy nerwek drżał w niej, bała się, że nauczycielka zechce zobaczyć, czy zeszyt jest porządnie prowadzony i może chcieć traf, że znajdzie swoje imię.  Oj, miałaby pannica dużo nieprzyjemności. Na szczęście nauczycielka odebrawszy im zeszyt podała go bez zaglądania do środka w dłonie właścicielki.

-A co w tym było złego?- Spytał Gerwazek

-Otóż, o nauczycielce nie wolno mówić po imieniu, bo ze względu na różnicę wieku i pełnioną funkcję wobec uczennicy należy jej się szacunek. Należało napisać nie Lodzia, tylko pani Leokadia, albo pani profesor, bo tego wymaga szacunek do nauczycielki. To umniejszało szacunek dla tej pani. Czy może pamiętasz Gerwazku swoje opowiadanie o panu Dubinkowskim? Mamy tu taką samą sytuację. Przezywanie jest bardzo brzydką cechą tych, którzy przezywają…

-Jeśli to było jej imię, jakże mogli przezywać?!- Prawie wykrzyknęła Anulka.

-Tak, ale oni wszyscy nie używali imienia dla szacunku. Nie używając określenia jak należało „pani profesor” tylko mówiąc o niej po imieniu, po prostu umniejszali szacunek dla nauczycielki. Tak czynić nie wolno, ponieważ to uderzało w jej godność podobnie jak oszczerstwo, choć jedno i drugie jest czymś innym.  Zresztą nauczycieli nigdy nie nazywamy po imieniu.

Po drugie nie należało zapisków osobistych brać do szkoły tylko zostawić w domu, bo w szkole zawsze może zaistnieć sytuacja, że dostaną się w niepowołane ręce jak to się właśnie stało, a po trzecie nie było wyjmować ich z torby, żeby nikt nie widział, że je ma. Sama wywołała zainteresowanie, co podkusiło chłopców do przeczytania jej wspomnień, które były tylko dla niej, a im nic do tego. Ta dziewczyna miała też inną niemiłą przygodę gdy już dorosła. Ukończyła szkolę i poszła do pracy, ale pracowała daleko od domu i mieszkała na stancji, czyli w wynajętym mieszkaniu. Miała kłopot z adresem, więc znajomych poprosiła, żeby jej listy kierowano tam, gdzie pracowała, bo myślała, że uczciwie współpracownice będą jej listy oddawały. Natomiast natrafiła na złe koleżanki, które otwierały delikatnie koperty, listy czytały, potem wkładały ponownie do kopert, zaklejały i oddawały adresatce. Było to przestępstwo, ponieważ obowiązuje tajemnica korespondencji. I pewnie nie miałaby pewności co do nieuczciwości koleżanek, choć widziała, że koperty były otwierane, ale te panie raz i drugi powiedziały głośno jakieś zdanie zapamiętane z tych listów. Było jej bardzo przykro, bo im zaufała, a one nie dość, że wydzierały tajemnice z jej listów, to rozwiewały, co przeczytały jak te pióra z poduszki, o której mówiłem na początku. Rozumiecie już o czym mówi ósme Przykazanie: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu?

-Niby tak, ale jak one czytały jej listy, to mówiły prawdę, co w nich było. To nie było fałszywe świadectwo tylko prawdziwe.

-Tak, ale nie zdradza się czyichś tajemnic ani wykradając pamiętnika, ani nie wolno dobierać się do czyichś listów. A wiecie, co mnie obowiązuje?

-Kiedyś już ksiądz mi o tym chyba mówił?- Powiedział z namysłem Gerwazek.

-To przypomnij sobie.

-Chyba tajemnica spowiedzi?

-Nie chyba, tylko na pewno. Wyobraź sobie, że ty przyjdziesz się do mnie spowiadać, a jutro przybiegną twoi rodzice spytać, z czego się spowiadałeś. I wyobraź sobie, że się spowiadałeś z czegoś, czego nie powinni wiedzieć lub nie wiedzą. Ja im opowiem twoje grzechy, a oni w domu zrobią ci burę. I co? Przyjdziesz na drugi raz do spowiedzi? Na pewno nie. Albo nie wyspowiadasz się szczerze, ale to też temat na inną lekcję. I na koniec pozostaje nam jeszcze jedna kwestia zatajonej prawdy. Wyobraźmy sobie, że dzieje się coś złego i my na to nie zwrócimy komuś uwagi, czyli dajemy mu nasze pozwolenie na pełnione zło.

-A jak?- Spytała Anulka.

-Opowiem ci jedną długą historię. Kiedyś jedna z moich parafianek opowiedziała mi historię ze swojego życia. Było to dawno temu, gdy ona był młoda i mieszkała w szkolnym internacie. Internat był duży, miał wiele pokoi, a w każdym po kilka uczennic. Posiłki jadły w stołówce, mundurki szkolne prała pralnia, a jak coś musiały uprasować sobie, to na korytarzu był specjalny stół, a na nim żelazko. Było ono staromodne z odłączanym kablem, bo wtedy tylko takie były. Kiedyś moja rozmówczyni chciała coś sobie uprasować, ale nie mogła, bo kabel się popsuł i żelazko nie działało. Koleżanki poradziły jej, żeby zaniosła kabel do kotłowni  do palacza- złotej rączki z prośbą o naprawę, bo on w internacie wszystko naprawiał. Przyjął do naprawy i od tej pory nikt już kabla nie widział. Palacz twierdził, że naprawiony kabel położył na stole, dziewczyna dyżurna go tam nie widziała, rozpłynął się jak kamfora. Doszło to do wychowawczyni. Moja parafianka mówiła, że wiele razy wzywano ją do pokoju nauczycielskiego, gdzie nakazywano przyznanie się do kradzieży kabla. Ale nie mogła się przyznać do tego, czego nie zrobiła. Sprawa trwała wiele dni, dużo nerwów straciła moja parafianka, a na końcu i tak nakazano kabel odkupić i oddać kierowniczce internatu. Zapłaciła za coś, czego nie ukradła, o mało co nie wyrzucono jej ze szkoły, dopiero po pewnym czasie okazało się, że kradła inna dziewczyna i koleżanki przebąkiwały o tym, ale nie poszły w obronie posądzanej do wychowawczyni. Złodziejka miała dużo czasu, żeby kabel zawieźć do domu. Nikt nie ujął się w obronie niewinnej dziewczyny, choć wiedzieli  kto kradnie. Zatajono prawdę. Wydało się po wielu miesiącach, gdy tamtą złapano na innych kradzieżach i wyrzucono ze szkoły. Mojej parafianki nawet nie przeproszono.

-Ojej! Okropność. Nigdy bym się na to nie zgodziła i poszła powiedzieć, kogo należy podejrzewać.

-Jeszcze przykład twojego misiaczka z poprzedniej lekcji. Ktoś ci go zabrał. Prawda? A co by się stało, gdyby inna osoba nie stanęła w twojej obronie i pozwoliła tamtej dziewczynce przywłaszczyć sobie twoją zabawkę, bo nikt by nie powiedział prawdy, że to jest twój pluszak nie jej?

- Bardzo bym płakała.

-Właśnie. A wyobraź sobie, że ktoś naopowiadałby o tobie wiele nieprawdy na przykład, że masz same jedynki w szkole, że chodzisz brudna, że rodzice cię pobili i masz same siniaki, a to wszystko kłamstwo. Ubranka czyste, nikt cię nie uderzył, w dzienniku dobre stopnie, a tu przyjeżdża ktoś z kuratorium, bo doniesiono im o twojej krzywdzie. Jak o tym usłyszeli, to się zdenerwowali, że ktoś ci robi krzywdę. Przyjechali samochodem, zapakowali cię do niego czy chciałaś czy nie i zawieźli do domu dziecka, żeby ci było lepiej i wszyscy cię żałują jak to ci niby było w domu źle. A to wszystko okaże się kłamstwem, tylko nikt nie stanąłby w obronie prawdy wtedy gdy był na to czas i rodzice będą mieli masę kłopotu, żeby cię odzyskać. Jeśli się komuś albo zwierzęciu, albo Ojczyźnie rzeczywista krzywda dzieje, ale nie pochodząca z plotek, nie wolno tego pomijać i trzeba reagować, bo jeśli zaniedbujemy mówienie prawdy gdy jest to konieczne, popełniamy grzech zaniedbania. Dlatego mówimy tylko to, co jest prawdą i musimy rozmyśleć komu o tym powiedzieć, a komu mówić nie wolno.

-A komu nie wolno?

-Wyobraźmy sobie, że jest wojna i przechowujemy u siebie kogoś, komu grozi niewola. Komu o tym powiemy?

-Nikomu.

-Oczywiście. Bo na przykład powiemy jednemu, on języka nie powstrzyma, powie drugiemu, trzeciemu i już jadą po niego wrogowie i zabierają ze sobą, a tym, którzy go przechowywali robią straszną krzywdę za karę, że udzielili potrzebującym pomocy. Czyli i tu z gadaniem należy uważać. Kiedyś wrócimy do tego i omówimy szerzej.

Na dziś skończymy. Czy twój misiaczek Anulko dużo się dziś nauczył?

-Nie wiem, czy pilnie słuchał, bo chciało mu się spać.

-Znaczy, że lekcja była nudna.- Uśmiechnął się Ksiądz. Wstajemy. Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący Ojciec i Syn i Duch Święty.

-Amen. – Odpowiedziały dzieci.