Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

Kłopoty Gerwazka cz 9

ROZDZIAŁ XXXII

SAKRAMENT CHORYCH

Dzieci przyszły na katechezę z nadzieją, że może znów trzeba będzie coś robić w kościele, ale nie było. Ksiądz Proboszcz powiedział tylko, że co było do zrobienia to już zrobione, a jest pełen podziwu dla nich i Księdza Kleryka, bo poradzili sobie nie tylko z pięknym ustrojeniem chrzcielnicy, ale jak zauważył, lekcja przy pracy była bardzo dobrze zorganizowana i dzieci mimo pracy nie były rozproszone, ale brały czynny udział w rozmowie. Był zadowolony, że nauczono je na w razie czego ochrzcić dziecko, ale przypomniał, że to jest bardzo ważna umiejętność, której pod żadnym pozorem nie wolno wykorzystać do zabawy, bo wtedy popełniliby grzech, ponieważ Kościół i wszystko co jest z Nim związane są bardzo ważne i należące do Pana Boga. Zatem nie wolno się bawić ani w Mszę Świętą, ani w udzielanie jakiegokolwiek Sakramentu, ani w żadne obrzędy chrześcijańskie. A kto by się odważył, ma obowiązek się z tego wyspowiadać. A dziś mają z księdzem Klerykiem omawiać Sakrament Chorych.

Dziś jeszcze są spowiedzi wielkanocne, ale jutro rano Ksiądz Proboszcz pojedzie do katedry na Mszę Świętą Krzyżma.-Poinformował ich Kleryk siedząc sobie w kancelarii za biurkiem i obserwując krzątanie szykującego się do wyjazdu Proboszcza i popijającego po łyku czarną kawę, byle tylko szybciej, a była jeszcze za gorąca, żeby wypić ją szybko. Dzieci patrzyły z zainteresowaniem.

-A co to jest? Nigdy nie słyszałem o takiej?-Spytał Gerwazek.

-Mogłeś nie słyszeć, bo taką Mszę Świętą odprawiają tylko w Wielki Czwartek w katedrze wszyscy księża z diecezji razem ze swoimi biskupami. My- kapłani odnawiamy swoje śluby kapłańskie. Podczas jutrzejszej Mszy Świętej Krzyżma ksiądz biskup poświęci Olej Krzyżma dla chrzczonych i do namaszczania nowych kościołów i ołtarzy, oraz olej dla chorych. Nawet dobrze, że dziś właśnie macie o Namaszczeniu Chorych mówić, to już wam zacząłem. No, zostańcie z Bogiem. Uczcie się.

-Niech Ksiądz jedzie z Bogiem i ostrożnie, bo u nas w Poznaniu jak nasz ksiądz święcił samochody, to powiedział, że Anioł Stróż pilnuje tylko do szybkości dziewięćdziesiąt na godzinę.- Pouczył poważnie Gerwazek.

-Będę o tym pamiętał i daję ci słowo, że nie przekroczę dziewięćdziesiątki.- Za chwilę z dziedzińca przed plebanią dobiegł szum silnika i znikł wraz z oddalającym się samochodem. Dzieci siedziały chwilę cicho, Anulka wyglądała przez zamknięte okno.

-A jak cię nie posłucha, Gerwazku?

-Posłucha.- Uspokoił ją Ksiądz Kleryk. Nasz Proboszcz szybko nie jeździ. Jest ostrożny. Wie, że nadmierna szybkość jest niebezpieczna. Ale kazał nam mówić o Sakramencie Chorych. Kto spotkał się już z czymś takim? Kto o tym słyszał?- Podnieśli ręce Karolek i Anulka, bo oni leżeli w szpitalu. Tam dorośli mówili o tym Sakramencie, ale dzieci wiedziały tylko tyle, że jest, ale po co, nie wiedziały. Czasem we wsi było widać księdza w komży idącego do chorego, a szczególnie w pierwsze piątki miesiąca. I nic więcej. Nie mieli pojęcia dlaczego jak pani Stolarska była mocno chora, musiał pójść do niej ksiądz i ona zaraz potem umarła. Co on jej robił? Dzieci w szkole snuły różne domysły i bały się, że jak ksiądz gdzieś idzie w komży i niesie bursę, to musi być coś złego. Tymczasem w pierwsze piątki ksiądz nie raz wędrował z bursą przez wieś i nic się nie działo. Na katechezie też o tym jeszcze nie było, miało być dziś, ale pani katechetka dostała jakiejś wirusówki i lekcję odwołano. Oni wybiegli w ten sposób o jedną lekcję do przodu.

-Powiem wam, że jutrzejsza uroczystość w katedrze będzie bardzo piękna. Mszę Świętą będą odprawiali wszyscy kapłani i wszyscy biskupi. Wyobrażacie sobie tylu księży naraz?

-A Ilu?- Wyrwało się Gerwazkowi i Anielce naraz.

- Tylu, ilu jest w diecezji. Tylko jeden nie przyjedzie, bo wczoraj musiał mieć operację na wyrostek robaczkowy.

-A wy, klerycy?-Zainteresowało Piotrusia.

-Na nas przyjdzie czas. Pomału do wszystkiego dojdziemy. My dopiero przygotowujemy się do kapłaństwa. Seminarium duchowne to jest taka szkoła, w której uczymy się na księży. Jeszcze się nie wyuczyliśmy, więc nie możemy odnawiać przyrzeczeń kapłańskich, bośmy ich nie składali.

-Szkoła? Brrr!- Otrząsnął się teatralnie Piotruś. Kleryk uśmiechnął się.

-Bez szkoły Piotrusiu nic nie ma. Gdzie byś nie chciał pracować i kim byś nie chciał być, wszędzie musisz mieć skończoną odpowiednia szkolę. Nie ma innej rady. Ale nie schodź z tematu, bo nie skończymy, póki go nie omówimy. Wasze korepetycje tutaj to też rodzaj doszkolenia, a jeśli będzie trzeba, przyjmiemy kolejne osoby, żeby do Pierwszej Komunii wszystko było na cacuś. Rozumiecie?

-Nooo…

-To wracamy do Sakramentu Chorych. Jutro Ksiądz Proboszcz wracając z Mszy Świętej Krzyżma przywiezie nowe Oleje Święte tak jak wam powiedziałem- jedne dla chorych, a drugie potrzebne do chrztu. Teraz porozmawiamy sobie o sakramencie Chorych. Jak myślicie, kto go ustanowił?

-Pan Jezus.- Odpowiedzieli razem.

-Zgoda. W Nowym Testamencie Święty Marek napisał nam o tym, jak Pan Jezus wysłał dwunastu Apostołów po dwóch aby nauczali, uzdrawiali chorych i wyrzucali złe duchy.  Święty Marek napisał o nich dokładnie tymi słowami:

„Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali”.  

A potem Święty Jakub w swoim Liście napisał tak:

„Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone”.

-A dlaczego olejem? Możesz nam o tym opowiedzieć?-Spytał Gerwazek.

-Tego nie musicie wiedzieć, ale jeśli pytasz, to powiem. Olej zawsze służył do jedzenia, ale nie tylko. Na Bliskim Wschodzie  tam, gdzie  mieszkał i działał Pan Jezus, olej z oliwek służył też do leczenia. I nie tylko. Olej wylewano na głowy tych, których ustanawiano królami. A w starożytności nie koronowano, tylko namaszczano olejem Bożych posłańców. Tak jak król Dawid gdy był młodym chłopcem i pasał na pastwisku owce swojego ojca, zastał namaszczony przez proroka Samuela poprzez wylanie na jego głowę właśnie oliwy. Ale zanim został królem to jeszcze potrwało. No to dlatego, że olej służył od zawsze i do leczenia i do jedzenia i do namaszczania, pozostał i u nas do niektórych Sakramentów. Tak wiec namaszczamy przy Chrzcie Świętym, przy Kapłaństwie, przy Bierzmowaniu, oraz przy Sakramencie Chorych.

-A dlaczego i kiedy musimy chorego namaścić? Jak miał wypadek, czy innej chorobie? Jak to jest? – Spytał Karolek.- W szpitalu spotkałem się z tym, że niektórych ludzi ksiądz namaszczał.

-Kochani. Namaszczamy chorych, bo jest to Sakrament uzdrowienia i umocnienia. Często po namaszczeniu chory wraca zdrowie. Ale nie namaszczamy gdy ktoś zachoruje sobie na grypę, albo boli go gardło czy ucho albo skręcił nogę. Sakramentu Chorych udzielamy wtedy, gdy pojawi się ciężka choroba lub niebezpieczna. Ale też udzielamy go ludziom starszym, wtedy łatwiej im nieść krzyż starości i wielu chorób naraz, a poza tym teraz jest dużo chorób, które trwają bardzo krótko i istnieje niebezpieczeństwo choroby gwałtownej, która może się skończyć zgonem, na przykład zawał serca albo nie daj Bóg wypadek. Wtedy ksiądz może nie zdążyć dojechać.

-A jak już ktoś umrze?

-Sakrament Chorych jest dla żywych, bo daje też łaskę odpustu zupełnego na godzinę śmierci. Więc jak już ktoś umrze i dusza pójdzie do Pana Boga, to namaszczenie ciała nic nie daje. Dusza i tak staje przed Bogiem bez odpustu zupełnego, czasem ze wszystkimi grzechami, ale musicie wiedzieć, że Sakrament Chorych ma moc odpuszczenia wszystkich grzechów, gdy ktoś nie może się wyspowiadać, bo jest na przykład nieprzytomny.  Ale może też być sytuacja, że ktoś jest ciężko chory, rodzina poprosi kapłana i on udzieli Sakramentu. Tymczasem lekarstwa zadziałają i ten ktoś jeszcze jakiś czas czuje się dobrze, no powiedzmy pół roku czy rok czy trzy miesiące, a potem znowu jest w niebezpieczeństwie. Wolno Namaszczenie Chorych ponowić, bo na w razie czego potrzeba, żeby chory otrzymał znów odpuszczenie grzechów i był gotowy na spotkanie z Panem Bogiem. Czasem kapelan szpitalny namaszcza ludzi przed operacją.

-Po co?-Spytała Anulka.- Właśnie. U nas w szpitalu namaszczał ksiądz jak ktoś miał iść jutro na operację.

-Operacja jest zawsze pewnym niebezpieczeństwem zwłaszcza dla ciężko chorych i starszych.  Namaszczenie ma moc podźwignięcia z upadków i na zdrowiu i duchowych. W ten sposób zabezpieczamy i ciało i duszę człowieka. A najlepiej jest żeby chory przyjął ten Sakrament na początku poważnej choroby, wtedy łatwiej będzie ją znosił, zdrowie może się poprawić, a nawet czasem choroba całkiem ustąpi, ale zwykle po Namaszczeniu chory jest spokojniejszy i pogodzony z Wolą Bożą.

-A ile trzeba mieć lat, żeby można było taki Sakrament otrzymać?

-Wystarczy kilka, jeśli życie jest w niebezpieczeństwie lub pojawiła się poważna choroba. Bywają uzdrowienia.

-To ja jak mi śruby z nogi będą wyjmowali, bo to musi być operacja, też pójdę do księdza do kaplicy i poproszę go o to.- Powiedział Karolek.

-I będzie to mądra decyzja.- pochwalił Ksiądz kleryk. Temat omówiony. Po Świętach zastanawiamy się nad małżeństwem.

-Dopiero po Świętach?

-Nie ma rady. Teraz mamy całą masę pracy- i my i wasi rodzice. W szkole też był ostatni dzień przed przerwą świąteczną. 

 

ROZDZIAŁ XXXII

SAKRAMENT MAŁŻEŃSTWA

Dzieci wróciły po Świętach rozgadane, wesołe, a że nagle zrobiło się ciepło, mogły nareszcie pozostawić w domu czapki i rękawiczki, a szaliki zamienić na lżejsze. Do szkoły miały iść jutro, więc spotkanie na plebanii wypadło do południa. Po południu ksiądz kleryk musiał już wyjechać, a dziś każde przyniosło mu malutki prezencik, żeby nie było mu smutno w seminarium. Anulka przyniosła mu sześć pięknych pisanek, które dla niego sama zrobiła,  Anielka przyniosła dwie, ale za to zrobiła je z gęsich jaj, więc były ogromne, Gerwazek z Piotrusiem postarali się o czekoladowe zające, a Kasia z Karolkiem przynieśli pełen koszyczek od święconki cukrowych jajeczek. Co prawda Piotruś szykował się z koszem, w którym kokoszka wysiadywała pisklęta, ale mama złapała go w ostatniej chwili. Kokoszki nie dała, bo co Kleryk miałby z nią w seminarium zrobić? Piotruś był zrozpaczony, bo już wyobrażał sobie, jak maleńkie kurczątka skubią trawkę i bawią się na seminaryjnym trawniku. Byłoby klerykowi weselej, gdyby sobie na nie patrzył. Piotruś już prawie wynosił kosz z kokoszą z podwórka, a tu mama wraca ze sklepu i łapas go niemal w samej furtce. Musiał odnieść kosz do kurnika. Mama dała mu dziesięć złotych i kazała kupić cukrowych jajek dla kleryka. Z kokoszą miałby więcej kłopotu niż radości, a cukierki ze smakiem zje. Ale jajeczka w sklepie się skończyły, więc pani doradziła kupić zająca i na tym stanęło. Nie omieszkał o wszystkim opowiedzieć Księdzu Klerykowi, że wolałby przynieść kokoszkę na jajkach, ale mama nie dała.

-Piotrusiu!- Wykrzyknął niemalże Kleryk. Dobrze, że nie przyniosłeś. Nie możemy w seminarium mieć kurczątek. Ksiądz rektor by nie pozwolił, a zająca z apetytem zjem. I ja mam coś dla was.- Powiedział i dał każdemu po batoniku. A potem usiedli i wpatrywali się chwilę w bukiet z baziami przybranymi grynszpanem.

-No, cóż? Zaczynamy.- Powiedział kleryk ustawiając otrzymane dary na kształt gniazdka.- a czy daliście coś Księdzu Proboszczowi?-

Okazało się, że niemal wszyscy przynieśli pisanki, choć tata Karolka przydźwigał kosz ze smakowicie pachnącymi wędlinami, bo pracuje w masarni i kupuje taniej zawsze świeżutkie kiełbaski.

-Dziś omawiamy sakrament Małżeństwa. Kto mi powie, co to jest takiego.

-To mama i tata albo babcia i dziadek.- Pochwalił się wiedzą Gerwazek.

-W sumie tak, a kto jeszcze?

-Ciocia i wujek.

-Stryjek i stryjenka.- Dodał Karolek.

-Dziś mało ludzi już używa tego określenia, Karolku, ale dobrze. A poza nimi znacie jeszcze jakieś małżeństwa?

-No, tak. Sąsiad, sąsiadka…- Dopowiedział niezbyt pewnie Anulka, bo nie bardzo wiedziała, kogo by tu jeszcze wymyślić.

-Jednym słowem wszystkie osoby, które ze sobą wzajemnie wzięły ślub, czyli nie tylko ciocia z wujkiem, ale na przykład w naszej wsi w każdym domu jest choćby jedno małżeństwo, a w niektórych domach nawet po dwa.  A co to jest takiego, kto jeszcze spróbuje inaczej określić?

-Jak już mamy naukowo mówić, to ja nie umiem.- Odezwała się Anielka.

-No, masz ci los. Naukowo.- Uśmiechnął się Kleryk.- Małżeństwo, moi drodzy, to jest związek sakramentalny mężczyzny i kobiety. Liczy się ono od chwili złożenia przysięgi małżeńskiej przed ołtarzem. I trwa do śmierci jednego z małżonków.

-A do rozwodu nie? Przecież też. – Sprostował Piotruś.

-Otóż nie, mój kochany. Rozwód nie jest rozwiązaniem małżeństwa. W kościele rozwodów nie ma.

-Nieprawda! – Moja ciocia jest po rozwodzie i ma już drugiego wujka.- Upierał się Piotruś.

-Twoja ciocia Piotrusiu otrzymała rozwód w sądzie, ale ślub brała przed ołtarzem w kościele. Popatrz. Spróbuję ci dać taki prosty przykład. Ktoś wszedł na wasze podwórko i ukradł wam samochód. I nawet wiesz, kto to zrobił. A ty na przykład  przychodzisz do mnie i mówisz, że ja mam ci ten samochód oddać. Jest to możliwe?

-Nie, bo go nie masz jeśli ktoś inny ukradł. To on go ma, o ile już nie sprzedał.

-No, nie sprzedał i ma go. Więc masz rację, że ja nie mogę ci go oddać. Musi ten, kto zabrał. A dlaczego?

-Musi oddać i naprawić szkodę winowajca, bo to on ukradł i popełnił grzech z siódmego Przykazania.

-Widzisz, Piotrusiu. Tak samo jest z rozwodem. Właściwie podobnie. Bo popatrz. Ślub kościelny był zawarty w kościele przed Panem Bogiem. A ksiądz w imieniu Pana Boga potwierdził go i pobłogosławił. To nie ksiądz daje ślub, ale narzeczeni sami go sobie udzielają składając przysięgę małżeńską w obecności księdza, a ona brzmi tak: No przypuśćmy, że biorą ślub Gerwazek z Anulką. Stańcie koło siebie, żebyśmy mogli to sobie wyobrazić.- Wszyscy zaczęli się śmiać, a „narzeczeni” zarumienili się, ale stanęli.

Obecnie ślubu udzielamy podczas Mszy Świętej po Ewangelii i po homilii.

Ksiądz prosi Młodą Parę, ażeby podeszła do ołtarza, bo dotąd siedzieli na specjalnie przygotowanych i ustrojonych miejscach przed prezbiterium. Młodzi podchodzą do stopni ołtarza i rozpoczyna się ceremonia. Najpierw jest to dialog między kapłanem, a Młodą Parą. Młodzi muszą odpowiedzieć na kilka bardzo ważnych pytań.  Teraz wam powiem, jak ten dialog brzmi, żebyście wiedzieli i zrozumieli go.

Kapłan oznajmia: Anno i Gerwazy. Wysłuchaliście słowa Bożego i przypomnieliście sobie znaczenie ludzkiej miłości i małżeństwa. W imieniu Kościoła pytani was, jakie są wasze postanowienia.


Teraz ksiądz zada Młodym pytanie: Anno i Gerwazy, czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?
Narzeczeni odpowiadają: Chcemy.

 

( I tutaj jest bardzo ważna uwaga. Ślub wzięty pod czyimś przymusem może być uznany jako nieważny od początku, jeśli ktoś zmusił Młodych do pobrania się. A nieraz zdarza się, że to nie Młodzi sami, ale rodzice albo krewni decydują o tym, kto się z kim pobierze, bo na przykład wiadomo, że chodzi o zagarnięcie czyjegoś majątku. To się zdarzało i zdarza nadal. Decyzja na małżeństwo musi być dobrowolna, nie wolno nikogo zmuszać. Na to pytanie Młodzi muszą odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Jeśli któreś zostało zmuszone i wyzna to w tym momencie, kapłan nie może udzielić ślubu.) No, w naszym wypadku jest wszystko w porządku, nikt nie jest zmuszony, kapłan pyta dalej:

 Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?
Narzeczeni odpowiadają: Chcemy.

A po co kochani to pytanie? Ano, po to, żeby jeszcze raz w tym momencie uświadomić Młodym, że ten Sakrament będzie ważny do końca życia jednego z nich, obojętnie czy będą zdrowi czy chorzy, czy się zestarzeją, być może któreś stanie się kaleką z jakiegoś powodu, to małżeństwo trwać będzie. Od złożenia przysięgi małżeńskiej jedno odpowiada przed Bogiem za drugiego, jedno od drugie dba, nie tak, że tata sobie siedzi a mama koło niego skacze. Jedno drugiemu ma pomagać. Następuje kolejne bardzo ważne pytanie. Jeśli Młodzi odpowiedzą, że nie, kapłan również nie może udzielić im ślubu. No więc pyta: 

 Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg was obdarzy?
Narzeczeni odpowiadają: Chcemy.

-Powiedz nam- Przerwał mu Gerwazek.- Co by było, gdyby powiedzieć, że chce się mieć dzieci, a potem okaże się, że lepiej ich nie mieć tak jak to zrobili nasi sąsiedzi w Poznaniu? Powiedzieli, że chcą, a teraz cały blok gada, że oni nie mają dzieci, bo nie chcą.

-To jest kłamstwo. Należałoby w takim wypadku dać to pod osąd Kościoła. Każde kłamstwo ma bardzo poważne następstwa. Jeśli tak się stało, Kościół powinien zadecydować, co z tym zrobić i na początek rozmawiać z małżonkami i prosić, żeby zmienili zdanie.

-A jakby ktoś nie mógł mieć dzieci, bo jest chory tak jak mój wujek i ciocia?- Spytała Kasia.

-Jeśli jest choroba, małżonkowie robią co mogą, żeby ją wyleczyć, a jeśli się nie udaje, poddają się Woli Bożej.

-A nie mogą z in vitro?

-Pytanie nie jest jeszcze na wasze głowy. Ale nie wolno.

-A co by było, jeśliby powiedzieli prawdę, że nie chcą mieć dzieci?-Zaciekawiła się Anielka.

-Kapłan nie może udzielić ślubu, bo Wolą Boga jest, ażeby małżonkowie powoływali do istnienia kolejne osoby, którymi mają być ich dzieci. Właśnie po to jest małżeństwo, ażeby mogły na świat przychodzić i być wychowywane kolejne pokolenia. Jeżeli nie chcą być rodzicami, to znaczy, że nadal nie wiedzą, po co jest małżeństwo. I jeżeli Młoda Para okłamała przy ślubie księdza, że chcą mieć dzieci, a wiedzą, że nie chcą, albo po ślubie zdecydują, że ich nie chcą, mogą nigdy nie pójść do Nieba.  Ale nasza Młoda Para odpowiedziała jednak zgodnie z prawdą, dzieci będą mieli, więc następuje dalsza część ceremonii.

Teraz Kapłan mówi: Prośmy Ducha Świętego, aby uświęcił ten związek i dał narzeczonym łaskę wytrwania. Niech ich miłość przez Niego umocniona, stanie się znakiem miłości Chrystusa i Kościoła. Teraz organista intonuje Modlitwę do Ducha Świętego. Jest to przepiękny hymn, który on gra i śpiewa organach, a wszyscy obecni w kościele wraz z nim.

Zauważcie, że jeśli kapłan udziela jakiegoś Sakramentu na przykład Małżeństwa, albo kapłaństwa, albo Chrztu Świętego, to przed udzieleniem go pan organista z wiernymi śpiewa ten przepiękny hymn „O Stworzycielu Duchu przyjdź”, czyli wzywa się Ducha Świętego, ponieważ Duch Święty towarzyszy nam w całym życiu katolickim, gdyż jest jedną z Osób Trójcy Przenajświętszej. Następuje ciąg dalszy zaślubin. 

- Ksiądz poprosi, żebyście podali sobie prawe dłonie, a on wiąże je stułą na znak nierozerwalności małżeństwa. Dlatego mówimy, że oni będą związani węzłem małżeńskim. I na prośbę kapłana po kolei powtarzają słowa przysięgi. Na przykład:

„Ja Gerwazy biorę sobie ciebie Anno za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Boże w Trójcy Świętej Jedyny i Wszyscy Święci.”

Potem ksiądz zwraca się do narzeczonej z prośbą o powtórzenie tej samej przysięgi wymieniając imię swoje i narzeczonego.  Gdy ona już wypowie te słowa, ksiądz powie tak:

„ Małżeństwo przez was zawarte ja powagą Kościoła Katolickiego potwierdzam i błogosławię w Imię Ojca i Syna I Ducha Świętego.”

 I teraz rozwiązuje im ręce, bo przysięga przed Bogiem została złożona. Słowo ślub znaczy tyle, co wieczysta przysięga. I jeśli zawarta jest przed Bogiem, nie ma odwrotu. Rozwiązuje ją tylko śmierć. Młodzi składając ją mówią, że nie opuszczą się wzajemnie aż do śmierci. Prawda? Słowo wypowiedziane przed Bogiem ma moc wieczną. Nawet kapłan nie może go rozwiązać. Ten supeł jest nierozwiązywalny. Śmierć go po prostu przecina.  Ale na tym obrządek się nie kończy, bo teraz ksiądz pobłogosławi i poświęci ich obrączki i nakaże im nałożyć je sobie wzajemnie z równoczesnym wypowiadaniem następującego zdania:

Żono, przyjmij albo mężu tą obrączkę jako znak mojej miłości i wierności w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Teraz w kolejności żona nałoży obrączkę na palec męża powtarzając te same słowa.

Potem jeszcze kapłan pobłogosławi małżonków i kontynuuje Mszę Świętą, bo najczęściej ślubu udziela się na Mszy Świętej, lecz jakiś czas temu nie było konieczne udzielenie go na Mszy.

Ale warunkiem jest, że narzeczeni muszą być w łasce uświęcającej, dlatego przed ślubem muszą pójść do Spowiedzi Świętej.

-A jakby nie poszli? – zainteresował się Gerwazek.

-Jakby nie poszli, to nie daj Bóg, gdyby któreś z nich miało na sumieniu grzech ciężki. Byłoby wtedy świętokradztwo. No i po zakończeniu Mszy Świętej Młoda Para a za nią wszyscy obecni wychodzą z kościoła i goście oraz znajomi składają im życzenia, a potem jadą na wesele. Taki jest radosny początek małżeństwa. Od tego dnia są zawsze razem do końca życia. Razem mieszkają, razem omawiają i wykonują większe zakupy, pomagają sobie i dbają o siebie, oraz czego nie robią?

-Nie wyganiają się!- Wykrzykną Karolek.

-Czyli co? Nie kłócą się i nie rozchodzą, bo zawarli małżeństwo w Imię Boga i ono nie przestaje być ważne. Omawiają ze sobą wszystkie sprawy i obdarzają się miłością. A jak ta miłość wygląda?

-Będą mieli dzieci?- Spytała Anielka.

-Nie tylko. Na przykład jedno z małżonków zachoruje obojętnie na co, to drugie pomaga mu dotrzeć do lekarza, jeśli choroba tego wymaga, kupuje lekarstwa, czasem trzeba karmić, umyć, zawieźć do szpitala i tam odwiedzać, słowem wszystko to, co widzicie w domu, a na dodatek szanować swoich rodziców i pomagać im  jeśli mają jakiś ważny problem, a jak rodzą się dzieci, trzeba je z miłością wychowywać tak jak wasi rodzice wychowują was.

-A jakby mąż albo żona umarli?

-No, cóż? Najpierw pogrzeb, potem  trzeba dbać o grób i co ważniejsze o duszę, żeby jak najprędzej mogła pójść z Czyśćca do Nieba, ale zanim współmałżonek lub współmałżonka umrze, trzeba starać się, żeby na czas zaprosić kapłana, który udzieli Sakramentu Chorych, przed nim Sakramentu Spowiedzi Świętej i Komunii. Taka  Komunia Święta ostatnia przed śmiercią zwie się Wiatykiem, czyli pokarmem na Drogę do Wieczności. No i wtedy wdowiec lub wdowa jest wolna i jeśli chce zawrzeć kolejny związek małżeński, może. Ale jeśli zawiera ponowny związek, musi zadbać o to, czy dzieci, które posiada będą szczęśliwe mając drugiego ojca lub matkę. Małżeństwo to wielka odpowiedzialność jedno za drugiego, ale i za dzieci, za dom, który założyli, za zgodę wzajemną i wiele, wiele innych spraw. I jeszcze muszą pamiętać o tym, że nie tylko na pracy, gotowaniu obiadu i sprzątaniu polega ich rola. Sami chodzą do kościoła i modlą się najlepiej razem, ale też uczą swoje dzieci o Bogu i wychowują je w wierze katolickiej, bo w takiej wierze brali ślub.

-A jak żyją na kocią łapę?-  Wypaliła Anulka.

-Znaczy, że nie mają ślubu kościelnego albo żadnego? Cóż? Ich pożycie przebiega w grzechu ciężkim, gdyż jest niezgodne z szóstym Przykazaniem „ Nie cudzołóż”. Powinni tą sprawę jak najprędzej załatwić, jeśli jest to możliwe, ale zanim się jak to powiedziałaś „na kocią łapę” połączą, muszą się bardzo dobrze zastanowić nad tym, co robią, bo to jest bardzo wielka odpowiedzialność wobec Boga, rodziny i samych siebie. Jeśli nie mają ślubu nawet cywilnego, nie są małżeństwem. A ślub cywilny nie jest ważny wobec Pana Boga, ponieważ udziela go osoba świecka, która nie ma takich uprawnień otrzymanych od Stwórcy…

-A jakby  Pan Bóg cywilnej księdzowej w USC dał takie uprawnienia, to by mogła udzielać ślubów i to by było wtedy dobrze?- Zaciekawiła się nagle Anulka, bo słyszała, że w ich gminie śluby cywilne składa się przed kierowniczą Urzędu.

-Przerwałaś mi, ale może i dobrze, bo byłym zapomniał. Kochani. Na początek nie istnieje taki ktoś jak cywilny ksiądz albo cywilna księdzowa. To jest zwykły świecki urzędnik. Osoby te  zostały przez ludzi w ten sposób żartobliwie nazwane. Pan Jezus nie dał uprawnień do udzielania ślubu nikomu, ponieważ dał tą łaskę tylko Apostołom, a oni przekazali ją kolejnym księżom, których konsekrowali w Imię Boga. Dlatego ślub nie zawarty w Imię Boga i przed księdzem, się w Niebie nie liczy, Bóg nie kładzie na nim Swojej pieczęci i tacy małżonkowie w oczach Boga nadal małżeństwem nie są, choć wesele się odbyło, lecz po takim ślubie także żyją w ciężkim grzechu, dlatego nie mogą przystępować do Sakramentów Świętych. Chyba wszystko już powiedzieliśmy. Omówiliśmy kochani Siedem Sakramentów Świętych. Od następnej lekcji omawiacie z Księdzem Proboszczem Siedem Grzechów Głównych.  

 

ROZDZIAŁ XXXIII

SIEDEM GRZECHOW GŁÓWNYCH

Kto wymieni?- zapytał Ksiądz Proboszcz. Zerwali się wszyscy i zamiast po kolei, krzyczeli niemal razem:

1.    Pycha

2.    Chciwość

3.    Nieczystość

4.    Zazdrość

5.    Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

6.    Gniew

7.    Lenistwo

Pięknie.-Pochwalił Ksiądz.- A właściwie źle by było, gdybyście tego nie umieli. To może dzisiaj zrobimy tak, że to wy będziecie dawali mi przykłady tych grzechów?

-Może być.-Odpowiedział dość niechętnie Gerwazek niezadowolony, że trzeba pomyśleć. Ksiądz udawał, że tego nie zauważył i zaczął od pytania:

-Kto z was wie, dlaczego grzechy te nazywamy głównymi?

-Bo z nich mogą powstać wszystkie inne.-Dlatego nazywamy je głównymi i wszystkie są śmiertelne czyli ciężkie!- Niemalże wywrzaskiwali regułkę, kto pierwszy głośniej i lepiej.

-A co to znaczy, że grzech jest śmiertelny? –Anulka aż podskoczyła na krześle.

-Ja powiem, ja!

-Dlatego go tak nazywamy, że Bóg za jeden grzech śmiertelny może skazać kogoś na wieczyste potępienie. Grzech ciężki czyli śmiertelny musi spełniać trzy warunki: dotyczyć materii poważnej (np. naruszać jedno z Dziesięciu Przykazań), być popełniony z pełną świadomością i przy całkowitej wolności.

-Ale wykułaś na pamięć.  To powiedz, co znaczy, że dotyczy materii poważnej.

-To znaczy, że ten, kto go popełnił, zrobił coś bardzo poważnego, wiedział dobrze co i dlaczego robi, wiedział też, że to jest grzech ciężki, ale się wyśmiał, albo inaczej zlekceważył i zrobił.

-A kto da przykład, ale weźmie grzech z tej listy, którą chwilkę temu wyrecytowaliście bez błędu?- Moment myśleli. Musieli wymienić sobie po cichu grzechy główne, żeby wymyślić jakiś.

-Pierwsze pycha.- Zaczął Gerwazek.- To znaczy, że ja bym na przykład uważał, że jestem najważniejszy z całej klasy i wszystkim dokuczał, bo mym myślał sobie, że jak przyjechałem z dużego miasta, to oni wszyscy są gorsi, ale bym wiedział, że tak nie jest, bo Pan Bóg mnie stworzył zupełnie takiego samego jak wszyscy. Tylko ja bym się uważał za ważniejszego i bym się z tego powodu z nich śmiał.

-No, na przykład. A inne?

-Jak ktoś się śmieje z czyich ubrań, a wie, że śmiać się i dokuczać nie wolno i nikt mu nie każe się śmiać.

-A jeszcze?

-No, myślałbym sobie tak. Na przykład Anulka by jadła chleb z dżemem na przerwie albo nieposmarowaną bułkę, a ja bym się z niej śmiał, że nie ma chleba z kiełbasą albo z szynką, ale bym wiedział, że każde jedzenie jest ważne i każde trzeba szanować.

-I za każde Bogu dziękować, bo każdy pokarm jest darem Bożym.-Uzupełnił Proboszcz.

- A ja bym się na przykład założył z kolegami, że umiemy bardzo dobrze kraść i założę się z nimi, że coś komuś ukradnę i to coś by było bardzo ważne.

-A co na przykład i jaki to grzech główny?- Spytał Ksiądz.

-Pycha, bo się chwalę, że umiem kraść.

-A sama kradzież z czego wynika? Jaki jest kolejny punkt?

-Chciwość.

-Owszem. Pochwaliłeś się, że umiesz, więc kieruje tobą pycha, ale kradniesz z chciwości, więc są to obydwa grzechy naraz. Prawda? Każda kradzież jest grzechem obojętnie z czego wynika. Kościół usprawiedliwia tylko kradzież z głodu i tylko w ilości potrzebnej do zjedzenia. A powiedz, o jakiej kradzieży myślałeś przed chwilą?

-No, może być, że bym ukradł komuś świnię albo krowę, albo pług, albo bym sobie wskoczył do kościoła…

-No, nie kończ. Od razu powiem, że każda kradzież czegokolwiek w kościele albo przy kościele, to jest grzech świętokradczy. No, nie mówię, że urwiesz spod kościoła stokrotkę albo dwie, ale jakby tak każdy sobie urwał, to byśmy nie mieli żadnych kwiatków, a muszą kwitnąć na Chwałę Bożą. Ale świętokradztwem jest kradzież lub niszczenie figur i obrazów i wszystkiego, cokolwiek jest w kościele. To jest grzech bardzo ciężki. Słuchajcie, powiem wam, bo to jest ważne. Czasem złodzieje łaszczą się na skarbonę kościelną i rozbijają ją, żeby wykraść pieniądze. Trzeba wiedzieć, że jeśli ktoś wrzucił do niej obojętnie ile pieniędzy, to znaczy, że podarował to Kościołowi. Kradzież pieniędzy ze skarbony to też czyn świętokradczy i ludzie o tym wiedzą, bo każdy na religii o tym się uczył. Dlatego jeśli ktoś taki grzech popełni, nie może powiedzieć, że nie wiedział. Należy go jeszcze zapytać czy sam z własnej woli ukradł, czy ktoś go namówił lub zmusił. Mówiliśmy już tutaj o wielkim świętokradztwie, gdy w Poznaniu dawno temu dwie kobiety wykradły trzy Hostie, żeby je zanieść tym, którzy je do tego namówili, aby potem sprofanować Je. Chcieli udowodnić, że w Hostii nie ma obecności Pana Jezusa i gdy one dla nich te Hostie wykradły zgodnie z umową i oddały tym bluźniercom, oni siedli sobie przy stole, położyli na nim Hostie i zaczęli je kłuć nożami. No i wypłynęła z Hostii Najświętsza Krew Pana Jezusa, co mocno bluźnierców wystraszyło, więc prędko wyrzucili Ciało Pańskie do studni znajdującej się w piwnicy tego domu, ale Hostie nie utonęły. Wobec tego bluźniercy wynieśli je na bagna za miastem i rzucili, ale znów nie utonęły. Zobaczył je unoszące się nad bagnem chłopiec pasący krowy i prędko powiadomił księdza, który natychmiast zorganizował procesję i poszedł po nie z pateną. Ksiądz ubrany był w szaty liturgiczne, mężczyźni nieśli baldachim, ministranci dzwonili dzwonkami, a za nimi szli ludzie modląc się i śpiewając pobożne pieśni. I gdy stanęli przy bagnie, ksiądz uniósł patenę, a trzy Hostie spłynęły na nią jak białe piórka. Ze śpiewem w procesji zostały zaniesione do kościoła, a niecne kobiety za ten czyn zostały bardzo srogo ukarane, bo dobrze wiedziały co robią i że w żadnym wypadku tak postępować nie wolno nawet za pieniądze, choćby nawet cierpiały biedę. To było takie samo wydanie Pana Jezusa jak to, co zrobił Judasz. Sprzedały złoczyńcom Pana Jezusa. To świętokradztwo one popełniły z chęci zysku, bo przestępcy im za tą usługę zapłacili. A więc była to chciwość, ale sami przestępcy popełnili zarówno grzech namowy do złego jak i profanację Najświętszego Sakramentu. One kradnąc tez popełniły profanację. Bardzo ciężkie grzechy.  Ale musimy już omówić kolejny grzech, a jest nim co? -Nieczystość!- Zawołały dziewczynki.

 

 

-To znaczy, że się nie umyłem i poszedłem spać z brudnymi nogami, a rano dostałem burę od Pani Gospodyni za pobrudzenie pościeli?- Spytał ksiądz podchwytliwie.

-Wcale nie.- Zaoponował Gerwazek.- Tylko nieczystość to brudne myśli.

-Myśli można pobrudzić? Nie wiedziałem. To znaczy, że wytarzałem moje myśli w błocie i dlatego są brudne?

-A czemu w błocie? Myśli przecież wypaprać nie można jak butów!- zawołał Piotruś.- Tylko Ksiądz nas bierze na lewo.

-A czemu?- zdziwiła się Kasia.

-Żebyś pomyślała, Kaśka-Obruszył się Gerwazek.- Jak będziesz oglądała filmy dla dorosłych w telewizji i będą się w nich całowali to pobrudzisz duszę i będziesz musiała się spowiadać, albo jak będziesz brzydkie słowa mówiła.

-Które brzydkie? – Zdziwiła się Kasia.

-Takie Fe!!! Nie wolno ich nawet po nikim powtarzać, ani pisać ani malować na płocie albo na tablicy, a jak ktoś napisze, to nie wolno ich przeczytać, bo one plamią duszę.

- Nie wolno podglądać nikogo, nie wolno zaglądać do ubikacji ani dziewczynkom do chłopięcej, ani chłopcom do dziewczęcej.- Uzupełnił Ksiądz Proboszcz.

-A jakby mi wiatr podwiał sukienkę, to co mam zrobić?- spytała Anulka.

-Prędko chwycić ją dłońmi i przytrzymać, a jeśli to widzą chłopcy, odwracają wzrok, żeby ich nie ciągnęło do podglądania.

-Najlepiej takich szerokich sukienek nie nosić, to nie będzie kłopotu. Nie musisz mieć zaraz z pełnego koła, tylko na przykład z ćwierci koła.- Pouczyła ją Anulka niczym wielka znawczyni krawiecka.

-O czym one gadają?- Spytał Piotruś.

-Babskie sprawy. O kieckach.- Powiedział z lekkim niesmakiem Gerwazek.

-I o tym warto wspomnieć. Wyjaśnił Ksiądz.- Nie można powodować powstawania złych myśli, bo to jest właśnie powodowanie grzechu takie samo jak namowa do niego. Rozumiecie? Jeśli nie ma wiatru to nic się nie stanie tak pięknej sukience i można pójść bezpiecznie w niej na przykład do kościoła, ale jak jest spory wiatr, lepiej założyć bezpieczniejszą. Ale też chłopcy nie powinni odnosić się z lekceważeniem do damskich rozmów o strojach. Kobiety są stworzone do delikatności i piękna. Właśnie one o piękno dbają, a że lubią się stroić i o ciuszkach rozmawiać, my mężczyźni nie możemy im mieć tego za złe. Prawda, Gerwazku?

-Ale jak mama wchodzi do sklepu z ciuchami, to tata czeka w samochodzie, bo się denerwuje, że mama długo wybiera.

-Gdyby wybierały szybko i byle jak, wyglądałyby brzydko i wiele ozdób i sprzętów w domu zamiast dodawać mu uroku, szpeciłoby go. No to jak jest ze zwiewną sukienką podczas wiatru? Można zakładać czy nie?

-Albo lepiej spodnie.- Domyśliła się Anulka.

-Otóż nie. – Wyjaśnił Ksiądz.-Spodnie są modne, ale najlepiej ubierać je na sanki zimą, żeby było ciepło, albo latem do rwania czereśni z drabiny, jeśli rodzice pozwolą na nią wejść, ale nie do kościoła. Spodnie to strój dla chłopca, a dziewczęta chodzą w sukienkach i spódniczkach, bo to są ubranka dla dziewczynek. A powiedzcie mi proszę, co będzie jeśli na przykład Anulka dostanie od rodziców nową sukienkę albo zabawkę, a Kasia się z tego powodu na nią rozzłości albo będzie jej od tego czasu dokuczała?

-Zazdrość!- Wykrzyknął Gerwazek.- Ale tylko baby mogą zazdrościć sobie kiecek albo nowych lalek.

-O, mój drogi! Zwrócił znów uwagę Ksiądz Proboszcz.-Nigdy nie wypowiadamy się o nikim z lekceważeniem, bo to jest brak miłości bliźniego. Poza tym niejednokrotnie i panowie zazdroszczą jeden drugiemu niejednego. Gdyby nie zazdrościli, nie byłoby złodziei i różnych rozbójników. Nie byłoby podpalaczy ani żadnych innych niszczycieli cudzej własności. Wszyscy jak jeden człowiek mamy skłonności do zła, bo skutek grzechu pierworodnego nas wszystkich dotyczy. To najczęściej panowie kradną jeden drugiemu samochody, konie albo inne dobro. To panowie orzą ziemię i worują się sąsiadowi w miedzę. Z grzechami zazdrości i skąpstwa trzeba bardzo walczyć, bo skąpstwo jest związane z zazdrością. A często z zazdrością i skąpstwem wiążą się grzechy nieumiarkowania w jedzeniu i piciu co doskonale widać na weselach i różnych imieninach. A co się robi na weselu? Kto z was był?- Prawie wszyscy podnieśli ręce.

-O! To powiedzcie, co się robi na weselu?

-Zajada smaczne potrawy i tańcuje!- pochwaliła się wiedzą Kasia.

-Tańczy.-poprawił ją Piotruś. Kasia spuściła głowę.

-Tańczy i tańcuje, jedno i drugie jest dobrze. Widzisz? Zrobiłeś jej przykrość. Chciałeś pokazać, że wiesz lepiej. To jest pycha, Piotrusiu. Powinieneś przeprosić.- Ostrzegł Ksiądz Proboszcz. Teraz Piotruś opuścił głowę. Zrobiło mu się głupio. Chwilę milczał, widocznie zbierał myśli. Po chwili powiedział.

-Eeee, Kaśka, przebacz. Nie pomyślałem… Nie chciałem… No… nie rycz…-Powiedział widząc, że policzku Kasinym powoli stacza się łza. 

-Widzisz, jak łatwo jest zrobić komuś przykrość?

-Kasiu, on nie chciał. Tak mu wyszło. Wypalił, wyleciał jak Filip z konopi. Chłopacy trzy razy palną nim się raz zastanowią.- Zaczęła ją pocieszać Anielka.

-Spokój, kochani. Za chwilę będzie kłótnia. Piotruś przeprosił, Kasia się uspokoi. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki są skłonni do gadania bez zastanowienia. Wśród grzechów głównych nie ma grzechu języka, ale on istnieje i można nim uczynić bardzo wiele zła. Znajduje się on jak pamiętamy w ósmym Przykazaniu Bożym i często wiąże się z grzechem głównym, o którym wszyscy wiedzą, że nazywa się gniewem. Gdyby nie on, nie zrobilibyście sobie tej wzajemnej przykrości dogadując jedno drugiemu.

-To… ja…popełniłem grzech ciężki?- Cicho spytał Piotruś.

-Schodzimy z tematu, ale trudno. Przypomnijmy sobie, że grzech ciężki czyli śmiertelny popełnia ten, kto przestępuje Przykazania Boskie i Kościelne w rzeczy ważnej zupełnie świadomie oraz dobrowolnie. Gdzie świadomość nie jest pełna, albo jeśli sprawa nie jest bardzo ważna albo mało ważna, grzechu ciężkiego czyli śmiertelnego nie ma. Sam przemyśl tą sprawę i zastanów się.- Zrobiło się cicho. Nikt nic nie mówił. Po chwili Piotruś wstał z krzesła i nic nie mówiąc wyszedł z kancelarii. Proboszcz westchnął ciężko.

-Widzicie? Taki jest skutek gadania co ślina na język przyniesie. Dwa razy pomyśl nim raz powiesz…-Po  chwili drzwi otwarły się z trzaskiem i stanął w nich Piotruś. W ręku trzymał piękną pąsową piwonię- pierwszą piwonię z proboszczowskiego klombu. Położył prędko na Kasinych kolanach i pocałował ją w policzek.

-No już dobrze, Kasiu. Kiedyś w nagrodę się z tobą ożenię.

-No, masz ci los.- Westchnął Proboszcz.-Przedwczesne oświadczyny i to kradzionym kwiatem. Oj, dzieci, dzieci… Wracamy do lekcji. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu najlepiej widoczne na przyjęciach. Jedzą i piją choć każdy syty po same uszy, aż czasem wątroby z przejedzenia bolą, ale na stole stoi, więc trzeba jeść, choćby po weselu ze trzy dni przejedzenie odchorowywać. Jemy tyle, żeby się najeść do syta, a każde wpychanie w siebie jedzenia i napojów, bo to stoi na stole, jest nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu.

-A mój dziadek powiedział kiedyś tak: Lepiej niech mi zaszkodzi, jakby się ten dar Boży miał zmarnować.- Odezwał się dziś wreszcie Karolek.

- Dobrze, że przypomniałeś to znane powiedzonko. Trzeba wyjaśnić, że jest ono drwiną z Piątego Przykazania Bożego, które nakazuje dbać o zdrowie, a jednocześnie hołdowane jest po prostu obżarstwo, które właśnie zaliczamy do nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Obżarstwo i pijaństwo należą do rozpusty. Tego trzeba się strzec, bo wszelka rozpusta obraża Pana Boga. A powiedzcie mi kochani coś takiego. Chodzę sobie przedwczoraj w markecie i robię zakupy. I cóż widzę? Chodzą sobie różni ludzie i też kupują co im potrzebne. Wśród nich biegają dzieci, a niektóre z nich złoszczą się i krzyczą, bo rodzice nie chcą im kupić słodyczy, a więc dzieci tupią nogami, chwytają z półek i wrzucają rodzicom do koszyków różne batoniki i ciasteczka, a nawet zabawki byle tylko postawić na swoim i zmusić rodziców do kupna.

-I co? Udało im się?- Wyrwało się Anielce.

-Jednym tak, drugim nie. Niestety. Było to ze strony dzieci złe zachowanie wynikające z chciwości, a nawet nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, bo słodycze nie są najważniejszym pokarmem, a nawet szkodzą zdrowiu. Ale też widziałem i muszę wam to z przykrością powiedzieć, że niektóre dzieci nawet nie czekały aż rodzice zapłacą za batonika i odpakowywały już między półkami. Pani kasjerka musiała skanować pusty papierek oklejony czekoladą od brudnych łap. To jest łakomstwo, a łakomstwo jest grzechem. Na dodatek kupno słodyczy jest wymuszone gniewem, więc mamy tu dwa grzechy od razu. Jasne?

-No, taaak…- Wybąknęli.

-A jak wy coś nabroicie, a rodzice się przez was ze sobą pokłócą?

-To wtedy i oni mają grzech i my, bośmy ich do grzechu sprowokowali.-Powiedziała Anielka.

-Ale moja Babcia powiedziała, że jak się dorośli pokłócą przez dzieci, to znaczy, że myśleć nie umieją, bo dzieci się pogodzą i dawno zapomną o kłótni, a na przykład sąsiedzi albo krewni nie rozmawiają ze sobą przez długie lata…

-Czyli co robią?

-Gniewają się.-Odpowiedział Piotruś.

-Otóż tak. Rodzice mają pełniejsze rozeznanie, bo są dorośli, ale pod warunkiem, że dzieci skarżąc na kolegów powiedziały im prawdę i za pomocą kłamstwa nie wprowadziły rodziców w błąd. W każdym razie rodzice nie powinni gniewać się z powodu kłótni ich dzieci, tylko doprowadzić do wyjaśnienia sytuacji i wytłumaczyć dzieciom ich złe zachowanie, żeby one wiedziały, że zło uczynione może mieć bardzo poważne następstwa. A co mi powiecie o ostatnim grzechu czyli o lenistwie. Czy to nie jest ukochany grzech dzieci?

-Ale jak? – wyrwało się Karolkowi.

-Właśnie, jak dzieci popełniają ten grzech? Kto pomyśli i powie?- Spytał Ksiądz.

- Na przykład mamie by się nie chciało i by nam nie ugotowała obiadu.- Wypaliła Anulka.

-Na przykład, ale ja pytałem o dzieci. Więc jak?

-Nie nauczymy się na sprawdzian…

-Nie chcemy rano wstać do szkoły…

-Nie chcemy odrabiać lekcji…

-Ani sprzątać zabawek…

-I pomagać rodzicom…

-Umyć się przed spaniem…

-I brudni pójdziemy spać…

-Nie chce nam się pójść mamie po zakupy…

-Dać psu albo kotu jeść albo mleka…

-Urwać sałaty na obiad z ogródka, bo chcemy się bawić a nie pomagać…

-Idziemy za pomału do szkoły i spóźnimy się na lekcje, a potem jeszcze kłamiemy panią, że nas mama nie obudziła.

-Widzicie, ile się tego zebrało? A czy rodzice leniuchują?- Spytał podstępnie Ksiądz Proboszcz.

-Mój dziadek jak siedzi przy telewizorze, to mówi, że odpoczywa po całym dniu pracy.-Niby to poskarżył Gerwazek.

- Ma prawo się zmęczyć i musi odpocząć, żeby nabrać sił do pracy następnego dnia. Człowiek musi odpocząć po pracy. Także dniem wolnym od pracy jest niedziela, ale na wsi wiadomo, że i tak wiele czynności trzeba wykonać. Zwierzęta muszą być nakarmione, krowy wydojone, od kur z gniazd jajka wyjęte, a i obiad ugotować trzeba. Powstrzymujemy się od prac niekoniecznych, a co konieczne, zrobić musimy. A jeśli któreś z rodziców w dzień robotny pracować by nie chciało, tylko by całe dnie na przykład oglądało telewizor albo opalało się na fotelu przed domem, to też by obrażało Pana Boga grzechem lenistwa. Jasne?

-Rozumiemy!- Zawołali.

-No więc omówiliśmy grzechy główne. Zbliżamy się do końca. Jeszcze uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy. No, idźcie z Bogiem.

 

ROZDZIAŁ XXIV

UCZYNKI MIŁOSIERNE CO DO CIAŁA

Nie ma już czasu na roztrząsanie tego, co każdy z was musi umieć, bo dzień Pierwszej Komunii Świętej za pasem, a na katechezie o wszystkim była mowa, ale jeśli obiecałem wam, że to omówimy, muszę dotrzymać obietnicy. Inaczej nie byłbym wiarygodny, gdyż danego słowa dotrzymywać należy. Ale zaproponowałbym małą zmianę.

-Jaką?- Wyrwało się ciekawskim dziewczynkom.

-A taką…Dziś wy będziecie mówić, a ja będę słuchał, czyli zrobimy sobie powtórkę. W ten sposób dowiem się, jak zapamiętaliście to, o czym mówiła pani katechetka.

-Łeeee!!!- Rozległo się ze wszystkich ust.

-Żadne „łe”. Czy zawsze tylko ja muszę mówić? Założę się, że pięknie znacie materiał.

-Przypomniało mi się, że mama kazała mi iść do sklepu po cukier.- Piotruś zaczął się kręcić niepewnie na krześle.

-Ty Piotrusiu nie masz obowiązku douczać się, prawda? Przyszedłeś do towarzystwa koleżance. Czy więc ładnie zostawić samą gdy ziemia zaczyna palić się pod nogami? Poza tym myślę, że mama wie, dokąd i po co poszedłeś? Czy tak?- Chłopiec zarumienił się i opuścił wzrok. Nie uszło to uwagi Księdza Proboszcza.

- Więc jak jest naprawdę z tymi zakupami dla mamy? Nie poszedłeś po zakupy czy wykręcasz się od powtórki materiału?

-No, to już zostanę…-bąknął pod nosem.

-Dżentelmen z ciebie nie wyrośnie, jeśli się nie poprawisz. Poza tym kłamstwo jest bardzo brzydką cechą no i grzechem. Pomyśl sam. Na spowiedzi mówi się prawdę, a z kłamstw się spowiadamy. Jeśli zaniedbałeś prośbę mamy, było to nieposłuszeństwo i zlekceważenie czwartego Przykazania. A jeśli kłamiesz mnie, że musisz iść po zakupy, pamiętaj, że ja będę siedział w konfesjonale, gdy będę zastępował tam Pana Jezusa. Będzie ci przyjemnie?- Piotruś milczał. Jasnym było, że chciał się wykręcić od powtórki, ale nie bardzo wiedział jak to zrobić. Ksiądz patrzył chwilę na niego, a potem odezwał się do Gerwazka.

-Cóż? Nie będziemy męczyć tych, co nie uważali widocznie na lekcji. Wymień proszę „Uczynki miłosierne co do ciała”. –Gerwazek wstał grzecznie  zaczął wymieniać wszystkie bardzo wyraźnie i po kolei. Mówił powoli, jakby sam chciał siebie sprawdzać, czy umie je przestrzegać:

-1. Głodnych nakarmić.
2. Spragnionych napoić.
3. Nagich przyodziać.
4. Podróżnych w dom przyjąć.
5. Więźniów pocieszać.
6. Chorych nawiedzać.
7. Umarłych pogrzebać.

-Wspaniale.-Pochwalił Ksiądz. Teraz proszę, powiedzcie mi, jakbyście wypełnili pierwszy punkt, który brzmi?

-Głodnych nakarmić!-Wrzasnęli równocześnie, tylko Piotruś jeszcze milczał.

-To jak będziecie ich karmić?

-Zależy od tego, czy on nie chce jeść czy nie może…-Odpowiedziała niepewnie Anulka.

-Jak nie chce, to można dać mu syropu na apetyt.-Pomyślała głośno Kasia.

-Pod warunkiem, że brak apetytu wynika z choroby i rzeczywiście trzeba czasem i takim syropem pomóc, żeby wygłodzone ciało nie osłabło. Ale są takie osoby, które nie chcą jeść, żeby były szczupłe, to co wtedy?

-Anorektycy leżą na tą chorobę w szpitalu i dostają jedzenie przez sondę, żeby nie umarli z głodu. Kiedyś w telewizji o tym mówili.- Pochwalił się wiadomością Karolek.

-Niemiła to choroba i rzeczywiście jeżeli nie będzie się jej leczyło, może doprowadzić do śmierci głodowej. Wtedy czasem karmi się takiego chorego przez sondę, żeby go nakarmić. Ale nie tylko z tego powodu pomagamy głodnym. Taki chory najczęściej nie czuje głodu albo nie chce go czuć. A inne przykłady karmienia głodnych?

-Małe dzieci nie potrafią same jeść i trzeba je karmić.-Anulka mając młodsze rodzeństwo wiedziała o tym doskonale.

-Chorzy w szpitalach muszą dostawać jeść z kuchni szpitalnej i dzieci w domu dziecka i studenci, którzy żywią się w stołówkach, ale słyszałem też o takich uczniach, którzy mieszkają w internatach i do domu jadą tylko na niedzielę, więc by byli głodni, dlatego muszą być stołówki i bary mleczne!- Gerwazek trajkotał jak karabin maszynowy.

-Pięknie. Tych wszystkich należy karmić w stołówkach, chorym jedzenie roznosi się do sal, a czasem przynosi do samego łóżka, a kto słaby, karmi się go jak malutkie dziecko pomalutku łyżeczką, a czasem nawet trzeba namawiać do jedzenia. Prawda?

-Prawda.- Odpowiedzieli.

-Kogo jeszcze trzeba nakarmić?- Nie mówcie mi czasem, że kury i krowy psa i kota, bo ich też, gdyż opiekujemy się nimi, ale teraz myślimy o ludziach. No więc?

-Ja bym myślał może, że trzeba by pomyśleć o tych, co jedzenia nie mają?- udobruchał się Piotruś jakby zupełnie zapomniał o chwilowej porażce. Ksiądz uśmiechnął się.

-A kto to taki? Daj przykład.

-Czasem gdzieś panuje głód i misjonarze wysyłają tam żywność zakupioną za pieniądze zebrane od różnych ofiarodawców, bo tam jedzenia nie ma wcale i ludzie umierają z głodu, albo gdzieś jest wojna, to jadą tam całe konwoje, albo jak jest powódź i zaleje ludziom domy i całe gospodarstwa. 
-Wymieniłeś kilka przykładów jednym tchem, ale dobrze. Wspaniałe przykłady.

-Bezdomni nie mają co jeść i żebrzą. Siedzą na chodnikach, wyciągają ręce i wołają o pieniądze. Widziałam w niedzielę w Poznaniu-Powiedziała Anielka.

-Moja mama mówi, że oni chcą, żeby im dać na wódkę.- Skwitował Gerwazek.

-Jedni tak, drudzy nie.- Odparł Piotruś. Najlepiej spytać takiego, czy chce chleba. Jak chce, to głodny, a jak chleba nie chce, to taki głodny jak młynarska kura. Wtedy mu na jedzeniu nie zależy.

-A może chce kiełbasy?- Zastanowił się Karolek.

-Jak kto głodny, to i chleba zje, a jak chce kiełbasy to może się przyznać, że od suchego chleba już go boli żołądek bo wszyscy mu tylko suchy chleb dają, to wtedy mogę go zaprosić do baru i kupić mu grochówkę, albo kupić mu ze dwie parówki. A jak koniecznie chce pieniądze, to tak jak mówisz, nie jest głodny i nie na jedzeniu mu zależy tylko na pieniądzach na piwo.- Rozgadał się na dobre Piotruś. Widać całkiem mu przeszło.

-No, a jak się ktoś już naje, to czego może chcieć jeszcze?

-Pić-Pytaniem odpowiedziała Kasia.

-Oczywiście. Spróbuj jeść i nie pić, to ci w gardle zaschnie i będzie pragnienie męczyło.-Powiedział Ksiądz.

-Bez picia się umiera i trzeba pić koniecznie, szczególnie jak ktoś ma gorączkę.- Powiedziała Anielka.

-Bardzo ważny przykład. Chorego poimy czasem bardzo często. A jak nie może pić, to co musi dostać?

-Kroplówkę.

-Wspaniale. A kto oprócz chorych nie ma co pić?

-Bezdomni

-Bezrobotni

-Ludzie na misjach

-Zabłąkani, którym się droga pomyliła.

-Misjonarze, bo mają daleko do swoich parafian

-Zwierzęta musimy napoić, bo padną z pragnienia

-I rośliny podlać…

-Widzicie jak dużo pięknych przykładów?

-I jeszcze…I jeszcze…

-No, kto Gerwazku?

-Piesi pielgrzymi!

-Bardzo dobry przykład i przyda nam się za chwilę, bo gdy wychodzą na pielgrzymkę stają się głodnymi, spragnionymi i na dodatek na te kilka dni bezdomnymi. Gdyby ludzie ich nie nakarmili, nikt z nich by nie doszedł do celu. Prawda?

-Taaak- Odpowiedzieli chórem.

-Ciocia Małgosia mi wszystko opowiadała.- Pochwalił się Gerwazek.

-Bo ona wszystko na ten temat wie, prawda? Twoja ciocia dużo pielgrzymuje, więc wiele na ten temat potrafi opowiedzieć.

-Opowiadała mi, że kiedyś szli przez jedną wieś i szło jej się bardzo źle. I jedna pani dała jej kawy i kanapkę i cioci się od razu lepiej poszło. A myślała, że już nie dojdzie.

-Powiem wam jeszcze coś. Wszystko, co mówicie jest bardzo ważne. Wiele lat temu u nas w Polsce rozpoczęła się wojna i ludzie uciekali ze swoich domów, żeby się gdzieś indziej schronić przed wrogiem i śmiercią a także przed niewolą. Stawali się tułaczami. Szli od wsi do wsi, od miasta do miasta nie wiedząc, gdzie by można zamieszkać, u kogo. Ludzie dawali schronienie takim uciekinierom i dzielili się z nimi nieraz ostatnią kromką chleba.

-A jak taki tułacz wygląda, żeby go umieć odróżnić na przykład od złego człowieka?- Spytała Anulka.

-Idzie czasem jeden człowiek, czasem ze dwoje, czasem z dziećmi. Niosą w tłumoczku na plecach bardzo skromny dobytek, tylko tyle ile mogą unieść, czasem wiozą na jakimś wózku i ciągną go albo popychają, ubrani są bardzo biednie, głodni, zmęczeni, brudni i proszą o miejsce na nocleg choćby w stodole o trochę wody do umycia i cokolwiek do jedzenia. I wyobraźcie sobie, że wcale nie wybrzydzają, że czegoś nie lubią. A często są obdarci i ludzie dają im ubrania. Albo gdy są przemoknięci. A kiedy jeszcze można dać komuś ubranie?

-Gdy na nas już za małe.-Powiedziała Kasia.

-No tak. To wam powiem, bo możecie nie wiedzieć. Gdy żołnierze wracali z wojny, szli w mundurach. Ale jeśli wróg zobaczył, że idzie żołnierz, mógł zastrzelić. Więc ludzie przebierali wojaka w swoje zbędne ubrania i nawet mu dali na przykład widły do niesienia, żeby udawał, że idzie w pole albo z pola. Wtedy wróg widział idącego chłopa i nie zaczepiał, bo myślał, że to idzie ktoś do pracy lub z pracy. A zdarza się, że ktoś jednak trafia do niewoli, to co wtedy?

-To już gorzej, bo w niewoli są ludzie zamknięci za kratami albo za drutami i czasem nie ma mu jak pomóc.-Powiedziała Karolek.

-A czy może umiesz dać przykład?

-Umiem, bo u mnie w domu jak przyjedzie wujek, to opowiada, jak jago tata siedział w niewoli u Niemców za drutami, bo on był w obozie koncentracyjnym i tam był straszny głód, a ludzie pomagali jak mogli. Czasem tam gdzie więźniowie pracowali, nocą rozkładano kawałki chleba, żeby więźniowie mogli sobie znaleźć i zjeść, czasem więźniowie dzielili się ze sobą ostatnim kawałkiem, a czasem za coś płacili chlebem, ale wtedy sami nie jedli, żeby mieli czym zapłacić, bo pieniędzy nie mieli, więc głodny głodnemu płacił chlebem. I picia nie było, więc jak dostali kubek kawy, to myśleli, że dostali nie wiem jaki dobry napój. Ludzie w obozach i w łagrach sowieckich umierali z głodu. Tam było strasznie. Czasami ciocia wysyłała wujkowi paczkę z jedzeniem, ale ona też miała za mało, bo we wojnę wszyscy prawie mieli głód. I wujek mówi, że to było straszne, dlatego jedzenie należy szanować i żadnego nie niszczyć. Nie wolno, bo żywność jest darem od Boga, a kto niszczy, powinien się wyspowiadać, że marnuje dar Boży.

-Tyle ludzi wyrzuca chleb na śmietnik.- Żebyście wiedzieli, ile chleba co dzień w mieście leży w śmietniku. Ludzie wynoszą, bo był kupiony wczoraj już na przykład nie jest ciepły, więc już go jeść nie chcą. Czy to nie grzech, proszę księdza?

-Słuszna racja. W żadnym wypadku nie wolno marnować jedzenia, a chleba szczególnie. Pan Jezus obdarzył chleb szczególnym błogosławieństwem. Przemienił go w Swoje Ciało i przemieniał będzie do końca świata codziennie we Mszach Świętych na całym świecie. Żadnego jedzenia nie marnujemy. Wszystko chętnie zjadamy i nie marudzimy, że czegoś nie lubimy, a poza tym dzielimy się żywnością z tymi, którzy jej potrzebują. Daliście nam już wspaniały przykład nie tylko pomagania głodnym, ale i pomagania więźniom, a jeszcze w czwartym punkcie mamy nakaz „więźniów pocieszać”. Więc do więzień i obozów pisano listy z dobrymi słowami, żeby bliskich lub znajomych pocieszyć w niedoli. Także i dziś, jeśli ktoś w rodzinie trafi do więzienia, rodzina i znajomi powinni go czasem odwiedzić, porozmawiać z nim, pocieszyć, żeby było łatwiej znieść niewolę. Bo więzienie nawet za słuszną karę, to też niewola. No dobrze. Odwiedzamy więźniów i pocieszamy, dokarmiamy, a kogo jeszcze odwiedzamy? Kogo mamy w kolejnym punkcie?

-Chorych!- Zawołała Anulka.

-Świetnie. W kolejnym punkcie znajdują się wszyscy chorzy przebywający w swoich domach, w szpitalach, w hospicjach i w domach pogodnej starości a także w zakładach dla przewlekle chorych. W wielu rodzinach taki chory się znajduje. I co wtedy robimy?

-Odwiedzamy go i przynosimy smakołyki.

-A jakie? Wszystkie?  Możemy przynieść na przykład z pół tortu albo pieczoną gęś, żeby nasz chory sobie dobrze podjadł i żeby nie było mu przez to smutno?

-Gęś to ja bym zaniósł więźniowi, bo on jest raczej zdrowy, ale jak ciocia Franusia leżała w szpitalu, to Mama z Babcią wymyślały co tylko mogły, żeby ciocia miała lekkostrawne i pożywne posiłki. Gotowały kompociki, marmoladki, kupowały szynkę, nosiły cioci rosołki z lanymi kluseczkami i przyrządzały galarety, żeby kości szybciej się zrosły.

-Czyli dbały o to, żeby dieta cioci służyła jej zdrowiu, prawda? Zatem nie nosimy choremu nic, co mu mogło zaszkodzić. A jak go odwiedzamy, wieziemy mu czysty ręcznik lub świeżo wypraną i wyprasowaną piżamę, możemy choremu zanieść ciekawą książkę, żeby sobie poczytał, jeśli czuje się lepiej, no i czasem sam chory o coś nas prosi. A gdy go odwiedzimy, to rozmawiamy z nim, czasem idziemy do lekarza, żeby zapytać, jak możemy pomóc naszemu choremu i dowiedzieć się, czy zdrowie się poprawia. Ale czasem zdrowie się nie poprawi i nasz chory staje się coraz słabszy. Nawet może co zrobić?

-Umrzeć.- Powiedział dość ponuro Piotruś.

-Otóż to. I co wtedy?

-Płaczemy.

-Tak, bo nam bardzo żal, że od nas odszedł. A co musimy z naszym zmarłym zrobić?

-Pochować go, a potem dbać o jego grób i modlić się za niego.

-Tak. ale do modlitwy wrócimy, gdy będziemy omawiali „Uczynki miłosierne co do duszy”. Wiecie co? Muszę was pochwalić. Myślę, że wiecie bardzo dużo na temat uczynków miłosiernych co do ciała. Jeszcze omówimy co do duszy i kończymy.

-Szkoda- Odpowiedzieli z żalem w głosie.

 

ROZDZIAŁ XXXV       

UCZYNKI MIŁOSIERNE CO DO DUSZY  


1. Grzeszących upominać.
2. Nieumiejących pouczać.
3. Wątpiącym dobrze radzić.
4. Strapionych pocieszać.
5. Krzywdy cierpliwie znosić.
6. Urazy chętnie darować.
7. Modlić się za żywych i umarłych.

Dzisiejsze dopołudnie zarówno w szkole jak i w parafii było smutne, bo zmarła mama Pana Dyrektora i właśnie dziś był jej pogrzeb. Dzieci bardzo lubiły panią Leokadię, bo zawsze chętnie z nimi rozmawiała i zwykle w torebce miała jakiś zapas cukierków, którymi częstowała swoich małych przyjaciół. Ilekroć pojawiła się w pobliżu, biegły do niej na wyścigi kto pierwszy i otaczały staruszkę niczym rój pszczół plaster miodu. Opowiadała im różne ciekawostki- a to o wojnie, a to o swoim dzieciństwie, o zabawie w klasy, której już dziś nikt nie umie, bo wyszła z mody, a to o kręceniu hula-hop, o wspaniałych podchodach w gądeckim lesie, bo w leśniczówce o śmiesznej nazwie Drapałka mieszkała za młodu, a szczególnie lubiła opowiadać o wymyślonych przez siebie w dzieciństwie duszkach, które tam na pewno mieszkały i psociły nie tylko tym, którzy szli na grzyby i jagody, lub czekali na przyjazd pociągu na stacji kolejowej, ale bardzo lubiły kiwać łapkami przemykającym wagonom, skakały po drewnianych kłodach w tartaku i broniły przed wycinką stojące jeszcze drzewa psocąc drwalom ile się tylko dało. A opowiadała to wszystko ze śmiechem gestykulując rękami i na prośbę dzieci wymyślała o swoich duszkach coraz to nowe historie. Skończyło się dość nagle, bo pani Leokadia zaniemogła na zapalenie płuc i choć leżała w szpitalu, nie uratowano jej. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej opowiadała przed szkołą o ukochanych duszkach, jak to dwa dni przed Wielkim Postem porwały drwalom traktor z przyczepą i odprowadziły kilka kilometrów aż do Jaryszek, a ludziska jadący do Poznania i od Poznania dziwowali się, że traktor bez traktorzysty jedzie drogą. Duszki siedząc całą gromadą w kabinie radziły sobie nie najgorzej, trąbiły zawzięcie i kiwały wszystkim pulchnymi łapkami. Opowiadanie było nader śmieszne, a  w kieszeni Gerwazka jeszcze leżał zgnieciony papierek od ostatniego irysa otrzymanego od Pani Leokadii. Gerwazek rozprostował dziś ten papierek i pieczołowicie ułożył  w książce „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Mama zaproponowała, żeby podpisał jeszcze skąd ten papierek, bo za jakiś czas może zapomnieć. Chłopak dziwił się, jak można zapomnieć o ostatnim cukierku od  Pani Leokadii, ale Babcia poparła pomysł, więc podpisał, że to był ostatni cukierek od mamy Pana Dyrektora. A po południu musieli się zebrać na ostatniej nauce dodatkowej przed Pierwszą Komunią. Ksiądz Proboszcz wiedział, że już dawno dorównali do tych, którzy kłopotów nie mieli, ale myślał sobie „Niech im będzie”. Na tą okazję mama Anielki upiekła pyszny makowiec, a rodzice Karolka zamówili dla Księdza Proboszcza ogromny kosz kwiatów z podziękowaniem za trud douczania dzieci. Ale Ksiądz oświadczył, że kwiaty stworzył Pan Bóg, zatem należy postawić je przed ołtarzem Panu Jezusowi na Chwałę, a jemu – kapłanowi sprawi ogromną radość odprawianie Mszy Świętej przy tak przystrojonym ołtarzu.  Ksiądz Kleryk miał znowu egzaminy, ale na dzień Pierwszej Komunii Świętej miał przyjechać, więc podziękuje mu się właśnie w tą uroczystość. Wszyscy byli co prawda jeszcze trochę smutni po pogrzebie pani Leokadii, ale Ksiądz Proboszcz powiedział, że gdy ona żyła, umilała im każdą wspólną chwilę, a teraz ich kolejność. Przyszedł czas, aby oni pomogli duszy staruszki w szybkim osiągnięciu Nieba. Pomodlili się wiec wszyscy razem za jej duszę i trzeba było rozpoczynać ostatnią katechezę. Ciasto zaniesiono  do pani gospodyni do kuchni, kwiaty do kościoła, a tu idzie Babcia i dźwiga pełen kosz cukrowych ciasteczek,  a za nią kuśtyka o kuli ciocia Franusia  z dużą torbą czekoladowych cukierków. Oj, będzie bal! Żeby tylko o ostatniej lekcji przez niego nie zapomnieli. Piotruś przyniósł gotowane przepiórcze jajeczka takie śmieszne, nakrapiane i maluśkie jak kamyczki, a mama Anielki ugotowała w proboszczowskiej kuchni duży gar upojnie pachnącego kakao na wiejskim mleku. Pycha! A Kasia? Mama dała jej duży słój wiśniowych konfitur, które postanowili nakładać sobie na cukrowe ciasteczka, ale najpierw musi być lekcja, dopiero później agapa. Rodzice poszli do salki szykować to i tamto na stołach, a Ksiądz Proboszcz poprosił dzieci jak zwykle do kancelarii. Był zaskoczony wdzięcznością rodziców i żalem dzieci, że się kończy.

-Nie martwcie się. Nasze zajęcia były tylko dodatkowymi dla tych, którzy mieli jakieś trudności. Zaczęło się od ciebie, Gerwazku, potem przyszła Anulka, Kasia i Karolek, a na samym końcu Piotruś przyprowadził Anielkę i dobrze zrobił, sam zostając do towarzystwa. Zebrała się was gromadka. I tak dobiegamy do końca…

A Dary Ducha Świętego?-Przerwała Anielka.

-Macie z nimi czas. Już tłumaczyłem. To bliżej Sakramentu Bierzmowania będzie omawiane. Dla was teraz najważniejsze jest to, cośmy omówili i to co dziś powtórzymy. Pierwsza  Komunia Święta za pasem. Wkrótce zaczną się inne zajęcia. Będziecie wszyscy, całą klasą przychodzili, żeby przećwiczyć dobrze to, co w dzień Uroczystości będzie działo się w kościele, bo uroczystość pójść jak z płatka.  Zostały nam moi drodzy Uczynki Miłosierne co do duszy. Prawda?

-Nooo…-Mruknęli niezadowoleni, że jednak piękne spotkania na probostwie dobiegają końca. Mogli by tak chodzić zawsze. Na dodatek Pani Gospodyni zawsze miała dla nich coś smacznego. Dbała o nich częstując nawet obiadem w zimowe dni. Siedzieli każde na swoim krześle. Koło Karolka jeszcze niestety, stała kula. Ale to nic. Najważniejsze, że wracał do zdrowia. Ksiądz Proboszcz rozpoczął ostatnią naukę. Przeżegnali się, pomodlili i usiedli z powrotem. Ksiądz popatrzył na dzieci, które jak zwykle wpatrzone w niego czekały na pierwsze pytania.

-Kto wymieni Uczynki Miłosierne co do duszy?- zapytał.

Ale oni nie mieli ochoty zgłaszać się kto pierwszy, natomiast zaczęli wykrzykiwać jedno przez drugie, kto głośniej, ale niektóre z nich wymawiali jakby ciszej:

1.     Grzeszących upominać!!!
2. Nieumiejących pouczać!!!
3. Wątpiącym dobrze radzić!!
4. Strapionych pocieszać!!
5. Krzywdy cierpliwie znosić!
6. Urazy chętnie darować!
7. Modlić się za żywych i umarłych!!!

-Dobrze. Pięknie umiecie, choć po mniejszym entuzjazmie wyrażonym przez was w okrzykach zauważyłem, że nie z wszystkimi uczynkami miłosiernymi się dostatecznie zgadzacie. Mam wrażenie, że nie wszyscy dostatecznie rozumieją punkt piąty, który brzmi „Krzywdy cierpliwie znosić” i z punkt szósty „Urazy chętnie darować”. Wiem, nie są to łatwe punkty, jednakże my- chrześcijanie przez wypełnianie również tych punktów, powinniśmy dawać świadectwo miłości bliźniego także wtedy, gdy najchętniej byśmy stanęli do odwetu. Ale od początku. Pierwszy punkt jak brzmi?

-Grzeszących upominać!- Zawołał Piotruś.

-O, tak! To lubimy, prawda? Upomnieć drugiego? A kiedy? Kiedy mamy bliźniego, któremu coś zarzucamy, bo przecież każdy obok nas, przypominam, jest naszym bliźnim. Kiedy należy go upomnieć?

-Zawsze.- Odpowiedziała Anielka.

-Zupełnie zawsze?

-Zawsze.- Powtórzyła.

-A wtedy, gdyby nam coś złego od niego groziło?- Podstępnie zapytał Ksiądz Proboszcz. Zapadło milczenie.

- Ma coś grozić? A czemu?- Spytała niepewnie Anulka.

-No, kochani. To wcale nie jest łatwy punkt. Na świecie dzieje się wiele zła przez to, że ludzie o nim nie zawsze wiedzą, ale czasem nie ma kto upomnieć, że właśnie to, co nazywają dobrem jest złem lub nawet ciężkim grzechem. Nie wszystkie grzechy was, dzieci dotyczą. Ale może znajdziecie choć kilka, na które w waszej gromadzie szkolnej należy zwrócić uwagę i pouczyć koleżankę lub kolegę?- Chwilę myśleli, po czym pierwszy odezwał się Gerwazek.

-Jak ktoś nie słucha dorosłych, należy go upomnieć.

-A czy zawsze należy słuchać dorosłych? Może pomyślicie i znajdziecie coś, gdzie można ich nie posłuchać?

-Chyba, żeby chcieli dla nas źle, to wtedy nie posłuchamy.

-A kiedy?

-Jak nas częstują wódką, to musimy powiedzieć, że nie chcemy, bo wódka szkodzi zdrowiu, a na dodatek im też może zaszkodzić.

-O! Ważne zdanie.- Uradował się kapłan.- A powiedz, kiedy może i dorosłym zaszkodzić?

-Jak on podpity na przykład chce prowadzić samochód, to ja muszę mu powiedzieć, że nie wolno prowadzić auta po pijanemu, bo spowoduje wypadek i zrobi sobie i komuś krzywdę.

-A jak widzimy, że pijany, to nawet możemy zagadać, odwrócić uwagę i zabrać mu kluczyki.-Rozentuzjazmowała się Anielka.

-Pomysł dobry, choć nie zawsze do wykonania. Czasem nie ma innego wyjścia, ale nie zawsze można to zrobić. Trzeba uważać. Pijany może być agresywny, więc nie można się narażać, ale można zawiadomić pana policjanta, że takim a takim samochodem jedzie pijany człowiek, który na dodatek płonie agresją. Pan policjant wie, co wtedy zrobić. Da sobie radę, ale próbować pouczyć warto. Kiedy jeszcze pouczamy?

-Gdy ktoś na przykład nie chce iść do szkoły, tylko na wagary.-próbował zgadnąć Karolek, wiec mówił niezbyt pewnym głosem.

-Oczywiście. To jest dość częste w szkole. A jeśli ktoś brudzi w ubikacji, albo w klasie, niegrzecznie odzywa się do nauczycieli albo do pani woźnej, albo po kątach pali papierosy, to co wtedy?

-Mówimy mu, że tak nie wolno.-Rozgadał się Karolek.

-Rozumiem, Karolku, że jak ktoś pali po kątach, to proponujemy mu, żeby wyszedł z kąta i palił oficjalnie na przykład na lekcji, albo koło klasy i zadeptał niedopałek na podłodze zostawiając bałagan? Prawda?- Roześmiali się.

-Nie!!!- Odkrzyknęli razem.

-Nie? A jak?- Drążył Ksiądz.

-Nie wolno w ogóle palić.-Oburzyła się Anulka.

-Nawet chłopcom? A może byśmy chłopcom pozwolili? W końcu tatusiowie nieraz palą i mamusie też?- Nie ustępował Proboszcz.

-Tak, palą, ale szkodzą swojemu zdrowiu i naszemu, więc musimy ich cierpliwie uczyć, że palenie jest szkodliwe, a jak szkodzi zdrowiu, to Piąte Przykazanie się przez to przekracza, a poza tym jak jest zakaz, to zakaz i tyle!

-No, to co robimy, jeśli ktoś z kolegów pali w kącie?

-Najpierw go pouczamy, a jak nas nie słucha, mówimy Pani Wychowawczyni, a jak Pani nie słucha, mówimy znowu, wtedy Pani powie Panu Dyrektorowi, a jak i jego nie posłucha, to on wezwie rodziców do szkoły.

-A jak rodzice też palą?-Chciał wiedzieć Ksiądz-, To co by wtedy zrobili.

-A może by warto spotkać takiego choćby pod sklepem albo w sklepie jak będzie kupował papierosy i namówić, żeby się oduczył palić.-Kombinował rezolutny Piotruś.

-Jak ci się uda, możesz. Zawsze warto próbować, ale jak mówiłem, należy uważać, do kogo się mówi. Poza tym nie każdy chce być pouczany i czasem niemiło odpowie, wtedy nie zawsze dzieci mogą zabierać głos, bo uczą się przy okazji brzydkich słów, ale można próbować działać za pomocą dorosłych. Słyszałem o dzieciach, które tak długo podkradały tacie papierosy, aż go oduczyły palić. Potem mama wszędzie znajdowała nie tylko połamane, ale i cały koszyczek wysypanego z nich tytoniu, z którym nie wiedziały co zrobić.

-I jak się skończyło?-Zaciekawiła się Anulka.

-Mama im pomogła i wyrzuciła wszystek tytoń. Ona też nie zgadzała się z papierosami tatusia. Ale nie wszyscy mają takie szczęście jak tamte dzieci. Poza tym pouczamy, gdy widzimy, że ktoś na przykład kradnie, zwracamy uwagę gdy ktoś używa brzydkich słów, ale już jest następny punkt o ciekawym brzmieniu: „Wątpiącym dobrze radzić”. Kiedy może ktoś wątpić? Wiecie?- Przeszedł Ksiądz nagle do kolejnego punktu.

-No, my mu mówimy i pouczmy go, bo nie wie, ale on nam nie wierzy i wątpi, czy my mamy rację.-Pomyślał głośno Gerwazek.

-Owszem. Ale czy zawsze my musimy ją mieć? A jeśli wtedy on ma rację, to co?- Odpowiedziała Anulka. Gerwazek zamilkł. Przypomniało mu się, jak to było przy końcu wakacji, gdy koniecznie chciał pograć w piłkę ignorując prośbę Dziadka i słowa oraz chorobę kolegów. Wyszło na jego, gra się rozpoczęła, ale skończyło się skręceniem nogi. Nie było to dobre. Gerwazek pamięta, Piotruś też. Wtedy racji nie miał Gerwazek, ale nikogo nie posłuchał. Upomniał go Pan Jezus dopuszczając niemiłą przygodę i dwutygodniową chorobę. Czasami tak trzeba, żeby los figla spłatał i najlepsza nauka to własny upadek. Zwykle nakłania do myślenia. I często pomaga. Gerwazek już wie. Piotruś też. Reszta pamięta tylko, jak Gerwazek zawisł na płocie i rozdarł jedyne spodnie. Bał się, że mu to przypomną, ale każdy z nich miał przecież jakąś niemiłą przygodę i w tym momencie pomyślał o niej. Anulka trafiła w sedno.

-Widzę, że szybko robimy rachunek sumienia?- Zauważył Ksiądz Proboszcz. No, za parę dni zasiądę w imieniu Pana Jezusa w konfesjonale i On zasłoni się mną, gdy będę słuchał waszej spowiedzi. Myślcie, myślcie! Brawo, Aniu. Jest jeszcze wiele momentów, gdy ktoś wątpi. Ale chyba najgorzej jest, gdy zwątpienie dotyczy wiary świętej. Musimy go pouczyć, bo w grę w chodzi jego zbawienie, oraz nasze zaniedbanie względem niego. Rozumiecie?

-Nie bardzo.- Wybąkał Karolek.

-Nie bardzo? Bo ciebie chyba nie było na lekcji, gdy to było omawiane, tak, pamiętam, pojechałeś do ortopedy. No to powiem, żebyś wiedział i ty i wy wszyscy, jeśli ktoś ma jakiś problem ze zrozumieniem tego. Na przykład Takie zwątpienie ogarnęło jednego kapłana, który odprawiał Mszę Świętą, czy w Świętym Kielichu rzeczywiście jest Krew Pana Jezusa. Przy ołtarzu był sam z Panem Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie i wtedy Pan Jezus mu pomógł i rozwiał jego wątpliwości. Kapłan podniósł kielich w górę podczas Przeistoczenia, a gdy postawił go na ołtarzu, omal nie zemdlał z przerażenia, bowiem w kielichu nie było już postaci wina, które on sam do niego wlewał, tylko najprawdziwsza Krew Pana Jezusa. Kapłan nie wiedział, co ma zrobić i był tak przerażony tym faktem, że nie tylko uwierzył w obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, ale ze strachu zamurował Kielich wraz z Najświętszą Krwią w wykutej niszy koło ołtarza. Przyznał się na łożu śmierci. Odkuto i znaleziono kielich wraz z żywą Krwią Jezusową. Zakonnicy modlili się długo przepraszając Pana Jezusa za zwątpienie tamtego kapłana i przez modlitwy pomagali mu odpokutować grzech zwątpienia, gdy ten już był w Czyśćcu, ale wykonali piękną wielką monstrancję i do dziś przechowują w niej Przenajświętszą Krew, a kościół stał się pięknym sanktuarium pod wezwaniem Krwi Chrystusa.

-A gdzie to jest? Pojedziemy zobaczyć?- Wyrwało się Kasi.

-Kochanie, to jest daleko, ale gdy wezmę całą parafię do Medjugoria, przejedziemy przez Ludbreg, bo tam jest to Sanktuarium i zobaczycie. Pojedziemy po święceniach naszego kleryka. To długa i daleka podróż, na którą wasi rodzice muszą odłożyć pieniążki, dlatego nie tak zaraz możecie tam być. Wracamy do zwątpień, gdzie jeszcze należy je rozwiewać. A co by było, gdyby ktoś na przykład powiedział, że nie warto się uczyć, bo i tak dobrych stopni dostać nie można, to co?

-Nie można czy nie chce mu się uczyć?- Spytał Gerwazek.- Opowiem wam coś, ale mi nie przerywajcie, bo mi do dziś smutno i płakać mi się chce, jak sobie wspomnę. U nas w klasie w Poznaniu była taka Asia. Ona była wściekła na mnie, że ładniej rysuję niż ona, pani mnie chwali i wstawia lepsze stopnie. Ale ja nie umiem narysować czegoś szybko, więc rysuję powoli, przyglądam się, poprawiam, najpierw robię szkic jak mnie nauczył tatuś i robię to delikatnie, żeby nie było dużych i grubych śladów od ołówka ani kredek, gdy trzeba by coś wymazać, bo z mojego rysunku ma  wyjść małe dzieło. Tak kazał tatuś, więc go słucham i w ten sposób uczę się porządnie rysować i malować. W czasie lekcji też nie wszyscy zdążali wykończyć swoje rysunki tak jak ja, wiec pani pozwalała nam w domu dorysować i oceniała nasze prace dopiero na kolejnej lekcji. Zawsze dostawałem najlepsze oceny, a Aśka nie mogła tego znieść i kiedyś naskarżyła pani, że wie, bo jej opowiadałem, jak to mi tatuś rysuje w domu, więc moje rysunki są rysunkami tatusia, a nie moimi. Pani się rozzłościła na mnie, bo jej uwierzyła i kazała mi coś narysować na ocenę, ale dała mi tylko piętnaście minut na całą pracę. Płakałem, mówiłem, że nie zdążę, to powiedziała mi, że mam o tyle czasu mniej, ile się z nią kłócę. Zacząłem rysować, płakałem, moje łzy kapały na rysunek i robiły plamy. Nie zdążyłem narysować, zrobiłem jakieś byle co i dostałem najniższą ocenę, a pani wezwała rodziców do szkoły mówiąc, że kłamię i wymuszam kłamstwem dobre stopnie, a Asia jeszcze krzyczała na całą klasę, że ona musi rysować sama bo nie ma jej kto pomóc i musi dostać gorsze, a ja sobie tylko poproszę tatusia i już mam narysowane lepiej niżby sam Matejko to zrobił. A to już mi nie pierwszy raz dokuczyła mi ile mogła za moje rysunki. Pani wezwała rodziców do moich szkoły i powiedziała im, że będę miał obniżone zachowanie. Mama się zdenerwowała i zażądała, żeby pani zawołała z klasy Asię i gdy ona przyszła,  mama spytała ją dlaczego skarży i mówi nieprawdę. Aśka najpierw odpowiedziała, że nie kłamie i mówi prawdę, bo tak naprawdę jest, to tata się rozzłościł i powiedział, że żadna mała kłamczucha nie będzie szkodziła ani jemu ani mnie, bo nie rysuje za mnie, najwyżej pokazuje mi, gdzie i jak trzeba coś poprawić, żebym nie robił błędów i umiał sobie z nimi radzić i zażądał, żebym przy nich-rodzicach, nauczycielce i pani dyrektor zawał egzamin z rysunku i miał na to dużo czasu. Aśka była zwolniona z lekcji i miała być też, żeby nie gadała, że na egzaminie też oszukałem. Bałem się tego egzaminu i płakałem, ale rodzice mnie przytulili i uspokoili. Dostałem zdjęcie szkoły i miałem odrysować. Rysowałem z początku niechętnie i miałem ochotę podrzeć kartkę i uciec z klasy, ale tatuś siedział niedaleko naprzeciw mnie i mamusia też i uśmiechali się do mnie. Aśki pilnowała pani dyrektor. Nie wolno jej było odzywać się. Odrysowałem szkołę mimo, że ręce mi się trzęsły, a jak skończyłem, pani dyrektor pochwaliła i powiedziała, że rosnę na prawdziwego artystę i prosi, żebym się Asią nie przejmował. Obiecała mamie przeprowadzić rozmowę z moją panią od plastyki, bo mama o to poprosiła, a mój rysunek oprawiono w ramkę i powieszono w klasie. On tam do dziś wisi, a ja na niego patrzeć nie mogę, bo mi się wszystko przypomina. Rodzice spytali Aśkę, dlaczego mnie oskarżyła o nieuczciwość, a ona powiedziała, że ja zabieram jej lepsze oceny. I jeszcze powiedziała, że tata zawsze pyta, co ja dostałem i wyzywa na nią, że ona uczy się gorzej niż ja. Wtedy moja mama wytłumaczyła jej, że dobre nie są na przydział, tylko kto się przyłoży do pracy, dostanie i nawet cała klasa co dzień może zbierać same najlepsze, a nawet cała szkoła i wszystkie szkoły w całej Polsce, bo na dobre stopnie nie ma przydziału, a rodzice i nauczyciele bardzo lubią, jak się dobrze uczymy. I jeszcze powiedziała Aśce, że Jan Matejko nie był rysownikiem tylko malarzem i nie mówi się, że coś narysował tylko namalował, a jego obrazy powstawały bardzo, bardzo długo. Podobno jej tatusia pani dyrektor wezwała do szkoły, ale ja już wyjechałem tutaj i nie wiem, co było dalej. Tamtą niską ocenę mi pani skreśliła.

-Ale ona była głupia! Jakbym dorwał tą Aśkę…- Wyrwało się Piotrusiowi.

-Nie zaraz głupia, Piotrusiu. Nie wolno osądzać. Po prostu nie wiedziała jak to jest z ocenami i pani Hanka, czyli mama Gerwazka pouczyła ją. A na dodatek przyłapanie na kłamstwie na pewno nauczyło ją czegoś dobrego. Mama Gerwazka zrobiła względem niej dobry uczynek tłumacząc jak to jest z ocenianiem w szkole. I Asia na pewno przestała dokuczać Gerwazkowi. Czy tak?

-No, tak. Nie dokuczała mi już, ale zaraz potem był mój wyjazd stamtąd.

-No, proszę. Musisz mi Gerwazku też ładny obrazek narysować, powieszę go sobie w kancelarii na pamiątkę naszych lekcji.

-I dla mnie!

-Ja też chcę!

-I dla mnie!- Wołały dziewczynki.

-A mnie naucz ładnie rysować, bo ja nawet psa narysować ładnego nie umiem.-Poprosił Karolek.

-A mi? Jeszcze nie wiem. Namyślę się, Gerwazku, dobrze?- Poprosił Piotruś.

-Widzicie? Czasem bywa, że z przykrych spraw Pan Bóg wyprowadza dobro. Ale Święty Paweł poucza nas, że nie wolno czynić zła, żeby z niego wynikło dobro. Zła nigdy czynić nie należy. Dziękujemy ci Gerwazku, że podzieliłeś się z nami swoją niemiłą przygodą. Winni zostali pouczeni. A więc nieumiejętnych pouczamy. Tatusiowie uczą się wzajemnie jak co naprawić, mamusie wymieniają dobre przepisy, nauczyciele uczą dzieci, a żeby robili to dobrze, czasem jeszcze jeżdżą na różne naukowe konferencje, gdzie ciągle ich bardzo mądrzy profesorowie  douczają, policjanci uczą jak zachować się na drodze, żeby nie było wypadków, a pani pielęgniarka uczy, jak udzielić pierwszej pomocy, gdy coś się stanie. Żołnierz w wojsku uczy się, jak bronić i strzec naszej Ojczyzny, a rolnik także czyta zimą gdy ma więcej czasu, jak uprawiać ziemię i naprawić maszyny, żeby zbiory były duże, a maszyny dobrze pracowały. I tak dalej, kochani. I pan doktor jeździ do szpitala na wykłady i każdy z nas może i powinien korzystać z pomocy bliźniego, żeby powiększać swoją wiedzę. I jeśli ktoś nas poucza, musimy się zastanowić, że może on ma rację, a nie my i być może skorzystamy z jego nauki.

-A jak on nie ma racji, tylko my?- Zaciekawiła się Kasiunia.

-Jeśli on racji nie ma, a na dodatek chce źle, powinniśmy mu o tym powiedzieć i nie musimy go posłuchać.-Wyjaśnił jej Gerwazek.

-A jeśli ten ktoś, kto mówi nam źle i kłóci się z nami mówiąc, że wie lepiej i właśnie jest jego racja, to co wtedy?- Nie ustępowała Kasia.

-O, kochani. Właśnie tak powstają kłótnie, a gniew może trwać latami. Do błędu należy się przyznać, jeśli nie wiemy, staramy się dowiedzieć prawdy i jeśli trwaliśmy w nim i kłóciliśmy się, że wiemy lepiej, gdy już się dowiemy, powinniśmy przeprosić i pogodzić się z tym, z którym się gniewamy. Czasem prawdy szuka się długo, ale ona jak oliwa wypływa na wierzch, tylko trzeba umieć ją dostrzec. Tak jest, moi drodzy. A jeśli już ktoś wpadnie w jakieś tarapaty, smuci się, to co robimy?

-Możemy mu pomóc.- Z niepewnością odpowiedział Anielka.

-Zależy jak.- Dodał Karolek.

-Jednemu dasz radę, drugiemu nie. Bo Panu Dyrektorowi nie pomożemy, jego mamy nie wskrzesimy.

-Jak go pocieszysz?- Powiesz mu, żeby się nie martwił, skoro on mamę dziś pochował i ona już w grobie? Jak ktoś umarł, to już go nie ma i koniec kropka.-zruszył ramionami Gerwazek.

-O, kochani. Dotykacie ważnego problemu odchodzenia ludzi z tego świata. I rzeczywiście, nie wskrzesimy komuś zmarłego choć cuda się zdarzają, ale do tego trzeba bardzo silnej wiary. Jeśli ktoś dożył swojego wieku, choćbyśmy nie wiem jak prosili, nie wstanie. Ale czasem rodzina zmarłego wymaga jednak pocieszania, opieki, czasem trzeba pomóc im niejedno załatwić, a czasem nawet przynieść ugotowanej zupy i namówić, żeby zjedli, bo z żalu po zmarłym nawet nie mają ochoty sobie ugotować obiadu. Ludzie mają różne kłopoty. Do kogoś kto je ma, nie odnosimy się niegrzecznie mówiąc na przykład  „a po coś tam poszedł”, albo „dobrze ci tak”, tylko próbujemy dać mu dobre słowo. Strapiony często sam sobie wyrzuca jakieś niedopatrzenia, a jeśli byśmy mu jeszcze powiedzieli, że na przykład jest sam sobie winien, albo odbiera karę za to i tamto, zamiast mu pomóc, powiększamy jego cierpienie. Delikatnie możemy naprowadzić jego myśli na to, że czegoś nie powinien był zrobić, ale gdy widzimy, że rozumie swój błąd, nie powiększamy cierpienia przez dodatkowe oskarżenia często nawet nieprawdziwe tylko takie, jakie sami wymyśliliśmy, bo robimy mu dodatkową krzywdę i zamiast pomóc, szkodzimy. A jeśli już szkodzimy, musimy przeprosić i nasz błąd starać się naprawić na przykład przez odwołanie niesłusznych oskarżeń. A co robimy na przykład w takim wypadku: Ktoś nam dokucza na dajmy na to przez przezywanie. Co mu robimy? Schwytamy i zbijemy? Czy może spróbujemy z nim porozmawiać? Złościmy się na niego, płaczemy i życzymy mu wszystkiego najgorszego, czy też może udajemy, że nie dostrzegamy jego złych zachowań i wszyscy naokoło widzą, że ten człowiek coś złego robi, ale nikt nie reaguje, bo nie chce się wtrącać do nieswoich spraw i milczeniem ludzie dają przyzwolenie na zło? Jak to moi drodzy widzicie?

-Tyle nam Ksiądz od razu nagadał, że trudno to zapamiętać, ale ja bym uważał, że jeśli widzimy czyjąś krzywdę, to pomagamy jak umiemy. Czasem trzeba kogoś schować przed złym człowiekiem, albo jak jest taka możliwość, to temu złemu wytłumaczyć, że postępuje brzydko i nakłonić do poprawy zachowania.

-A jak ze znoszeniem krzywd? Bo oczywista, że pomóc w biedzie należy.

-Jak pisze w Katechizmie, że krzywdy cierpliwie znosić, to znosić.- Filozoficznie odparł Gerwazek.

-Dziękuję.- Nadąsała się Anulka.- Jak mi dokuczała ta jedna dziewczynka w szpitalu i zabrała mi misia, to mi się nie chciało znosić cierpliwie i płakałam. I inne panie mi pomogły i tamtej dziewczynce mojego misiulka odebrały. I siostra ją ochrzaniła i dopiero wtedy był spokój.

-Czasem do krzywdziciela trzeba podejść kategorycznie i powiedzieć prosto z mostu, że robi źle i dlaczego. Bywa, że ludzie nie dostrzegają swojego złego zachowania i my też często nie zauważamy. Myślimy, że tylko ktoś postępuje źle, a my zawsze i wszędzie dobrze. Tak nie jest kochani, bo każdy z nas grzeszy i każdy popełnia błędy. Od tego mamy własne sumienie, żebyśmy z nim każdy nasz uczynek konsultowali i głosu własnego sumienia słuchali, bo to jest głos Boży w naszym sercu. Krzywdy staramy się znosić cierpliwie, ale ci, którzy czyjąś krzywdę widzą, powinni jeśli mogą, stanąć w obronie krzywdzonego. To często pomaga i krzywdziciel zaprzestaje prześladowania, jak było w twoim przypadku, Gerwazku. Sprawa kłamstwa Asi przybrała bardzo poważny obrót i żeby to wyprostować, zostało zaangażowanych kilka osób tym bardziej, że ona do winy przyznać się długo nie chciała.. Ale jeśli ktoś nas stale bije, albo nam kradnie, to czasem musimy powiedzieć to tym, takim osobom, które mogą i powinny nam pomóc. Nie zawsze sami sobie ze wszystkim poradzimy. Bywa i tak, że gdy nas ktoś na przykład przezywa, udajemy, że nie widzimy i nie słyszymy tego. I wtedy zamiast krzyczeć i płakać udajemy obojętność, a osoba krzywdząca nie widząc efektu złego zachowania po prostu przestaje prześladować, bo prześladując liczy na to, że komuś dokuczy, a skoro krzywdzący sobie nic z tego nie robi, to znaczy, że nie warto dokuczać i przestaje.

-A jak nie przestaje?- Spytała Anulka.

-Trzeba działać, czasem potrzebna jest nawet pomoc policji albo i sądu, ale pamiętajcie, że to jest ostateczność. Poza tym jeszcze osoba krzywdzona nieraz odbiera od krzywdziciela przykre słowa albo oskarżenia. I ciężko jej z tym żyć. W kolejnym punkcie mamy napisane, że mamy „urazy chętnie darować”. Widziałem, że rozumiecie, o co chodzi, bo jakoś bez emocji wykrzykiwaliście ten punkt. Jakie urazy darujemy?

-Niesłuszne oskarżenia.-Powiedziała Anielka.

-A darowałaś tym, którzy oskarżali cię o nieumiejętność myślenia, dzięki którym Piotruś przyprowadził cię tu?

-Dzięki tym oskarżeniom spotkałam się serdecznością na probostwie. Ksiądz i wszyscy jesteście dla mnie tacy dobrzy…

- Ja już nie myślę o tej dziewczynce ze szpitala. Dzisiaj mi się to przypomniało i zrobiło mi się znowu żal, a w sumie? Mogę jej darować.

-Powinnaś. Chrześcijaństwo wymaga ciągłego przebaczania. Pamiętacie? Czytamy w Ewangelii Świętej taki przypadek: Jeden gość spytał Pana Jezusa ile razy ma przebaczyć? Czy aż siedem? A Pan Jezus odpowiedział mu, że nie tylko siedem, ale aż siedemdziesiąt siedem, czyli zawsze. Czasem jest to bardzo trudne. Ale pamiętajcie, że gdy odmawiamy „Modlitwę Pańską” czyli „Ojcze nasz”, wymawiamy takie słowa: …I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…”. Prawda?- Kiwnęli głowami, ale trochę bez przekonania. Ksiądz mówił więc dalej.-

-Widzicie, to jest tak: Omawialiśmy już Dwa Przykazania Miłości, które brzmią? Kto przypomni?- Wszyscy podnieśli ręce. Ksiądz wybrał Kasię, bo najmniej jak zwykle się odzywała.

-„Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i z całej myśli swoje, a bliźniego swego, jak siebie samego.”

-O, właśnie. Moi mili, to są bardzo ważne słowa. Jeżeli uważamy, że Boga kochamy, ale naszych bliźnich nie, to nie mówimy prawdy o tej miłości do Boga, bo miłość do Niego musi się dokładnie zapleść z miłością do bliźniego, dlatego wszystkie wojny i wszystkie działania na rzecz krzywdy drugiego człowieka, wszystkie kradzieże, zabójstwa i pozostałe szkody wyrządzone bliźniemu, są krzywdą wyrządzoną Bogu, który jest dawcą życia. Tylko ten kto życie daje, może je odebrać…

-To jak? Nie rozumiem…- Zaniepokoił się Gerwazek.- Życie dali nam nasi rodzice. To znaczy, że oni mogą nas na przykład zabić?

-Otóż nie. Kto myśli lub mówi w ten sposób, że dał życie swoim dzieciom, to albo plecie z niewiedzy, albo nie wierzy w Boga i myśli, że on sam jest dawcą życia. Tymczasem Bóg tylko posługuje się rodzicami i oni tylko pomagają Bogu w przekazaniu życia następnemu pokoleniu poprzez rodzenie i wychowywanie dzieci. Potomstwo jest darem Bożym, dziecko poczyna się pod sercem mamusi, pod nim wzrasta i musi być otoczone miłością, a potem rośnie w domu swoich rodziców pod ich opieką, a oni muszą tak wykonać zadanie powierzone im przez Boga, żeby wychowali wartościowego człowieka, bo za jego wychowanie i wykształcenie są odpowiedzialni przed Bogiem.  Dlatego wy dzieci nie powinniście utrudniać im zadania jakie On im powierzył, ale słuchać ich i nie stwarzać kłopotów. Należy ich szanować, bo wam z kolei Bóg dał zadanie, abyście szanując rodziców, jednocześnie także opiekowali się nimi, a nie tylko oni wami. Pomagamy sobie wzajemnie, nie jesteśmy tylko odbiorcami miłości. Nie wolno nam myśleć, że wszyscy naokoło muszą  nam wszystko dawać i służyć nam, ale mamy zadanie wyznaczone nam przez Boga, żebyśmy sobie wzajemnie służyli. A w ramach wzajemnej miłości nie mamy oskarżać się wzajemnie o byle co, gniewać i  nie daj Bóg ciągać po sądach, choć i tak czasem bywa, ale darować sobie wzajemne wszelkie urazy i dobrze się zastanawiać, czy ten, który wobec nas zawinił zrobił to celowo, czy na przykład tak mu wyszło, bo ktoś mu źle powiedział, może coś ktoś źle zrozumiał, może o nas dowiedział się z plotki, dlatego nie zawsze wina naszego oskarżyciela jest rzeczywista. Czasem warto gdy czyjeś zachowanie nam się nie podoba, nie napadać na niego i nie krzyczeć, ale po przyjacielsku z nim porozmawiać. Może okazać się niewinny, choć wszyscy przypisują mu winę i to czasem niejedną. I bywa, że ludzie gniewają się ze sobą całymi latami zupełnie niewinnie i nieraz nie pamiętają o co właściwie im poszło. Są to liczne dowody braku miłości bliźniego, za które odpowiemy przed Panem Bogiem, jeśli się z naszych gniewów szczerze nie wyspowiadamy i nie poprawimy naprawiając jednocześnie szkody. Mamy jeszcze jeden ostatni punkt, który brzmi…?

-Modlić się za żywych i umarłych!!!- Krzyknęli jednocześnie.

-O, nareszcie zgodność.-Ucieszył się Ksiądz Proboszcz. Nie wiem, czy chodzi wam o to, żeby prędzej skończyć, bo ciastka czekają, łatwiej się pomodlić niż przebaczyć?

-I to i to…- Wyrwało się Anielce.

-A wiec, brniemy dalej. Powoli rozjaśnia się, gdy omawiamy znany wam już przecież materiał. Ale tak jest. Po to powtarzamy znane wszystkim problemy na kazaniach, bo wielu pamięta tak długo jak długo słyszy, a jak wychodzi z kościoła, już nie wie, o czym było kazanie. Prawda, moje wiercipięty? I wy się często kręcicie w kościele, w czasie kazania, które na Mszy dziecięcej mówię do was. Jeżeli ktoś nam zawinił, powinniśmy często modlić się za niego. Powinniśmy wzywać Ducha Świętego, żeby naszego winowajcę oświecił, ale warto modlić się i za siebie, bo czasem my nie widzimy własnej winy i światło Ducha Świętego nam też jest potrzebne. Modlimy się za wielu ludzi. Ale wy potraficie wymienić za kogo powinniśmy się modlić. Kto powie? Może na razie wymieńmy żyjących.- Rozkrzyczeli się na dobre i nie było możliwości dokładnego stwierdzenia kto kogo wymieniał, ale wymienili chyba wszystkich. Przekrzykiwali się nawzajem:

-Dziadka i babcię, mamę, tatę, ciocię i wujka, kuzynów i kuzynki, nauczycieli, dyrektora, księdza, kleryka, pana mechanika od samochodu, weterynarza co leczył Krasulę, pana doktora z ośrodka zdrowia i ze szpitala, pielęgniarki, co zastrzyki robiły, panią gospodynią, sąsiadów, traktorzystę, kombajnistę, pana kierowcę autobusu i maszynistów, którzy prowadzą lokomotywy, sąsiadów spoza naszych granic i ludzi z krajów gdzie toczą się wojny, a także za chorych i umierających. Tak. Te dzieci naprawdę wiedziały, za kogo trzeba się modlić.

-Dobrze, już dobrze. Ciiiisza, kochani. Wystarczy. Można by wymieniać i wymieniać. Jeszcze by się znalazło. A teraz za kogo ze zmarłych powinniśmy się modlić, żeby im skrócić pobyt w Czyśćcu?- Znów się rozgadali:

-Za babcię i dziadka, ciocię i wujka, sąsiadów i rodaków, a także ofiary wypadków i wojen. I koniecznie za wszystkie dusze w Czyśćcu cierpiące, bo one bardzo potrzebują pomocy, a czasem nie mają już rodziny na tym świecie, albo rodzina o nich zapomniała.

-A czy za dusze czyśćcowe nikt się nie modli, jeśli rodzina zapomniała?- Zamilkli. Zapomnieli.

-Kochani, nie ma czegoś takiego, że za tych, za których nie modli się rodzina lub przyjaciele, nie modli się już nikt, bo Kościół Święty w każdej Mszy wspomina dusze, które wypłacają się Bogu w Czyśćcu za swojej przewinienia i oczyszczają z ziemskich problemów i grzechów, których na Ziemi nie odpokutowały. Tak oto dobrnęliśmy do końca. Co mieliśmy omówić, omówiliśmy. Wiem, że jesteście dobrze przygotowani do Pierwszej Komunii Świętej mimo, że mieliście trochę trudności. Najczęściej były to choroby, oraz tak jak u ciebie, Gerwazku różnice pomiędzy tym, co zdążyłeś się nauczyć tam i tutaj. A teraz idziemy jeść ciastka, a potem spotykamy się już całą klasą, gdy będziemy ćwiczyć wszystko, co będzie nam potrzebne w czasie uroczystości. No i przecież  spotkamy się na Spowiedzi Świętej, i oczywiście w kościele. Amen. A teraz biegniemy do salki na agapę.-

Wybiegli z probostwa i wpadli do salki jak odbezpieczone granaty. Gdy Ksiądz Proboszcz doczłapał się do salki, już jedli. Rodzice tylko głowami kręcili i żartowali:

-Wyglądają, jakby ze dwa dni obiadu nie jedli. A gdy spałaszowali większość ciastek z talerzy, stanęli wszyscy razem- dzieci i rodzice i otoczywszy Księdza Proboszcza oraz Panią Gospodynię i podziękowali im piękną pieśnią: „Życzymy, życzymy i zdrowia i szczęścia i błogosławieństwa przez ręce Maryi”. Pani Gospodyni dostała od rodziców cieplutką nową kołdrę i mięciusieńką poduszkę. Każdy z rodziców dał trochę piórek ze swoich zapasów, materiał kupiła mama Gerwazka w Poznaniu, a uszyły mama Kasi, Anielki i Anulki pod kierownictwem Cioci Franusi. Ona też była na agapie i zjadłszy dwa ciasteczka wymawiała się, że więcej nie może, bo musi dbać o nowe biodro, więc trzeba  koniecznie schudnąć. Na zakończenie agapy cała szóstka dzieci stanąwszy wokół księdza jak ptaszęta w gniazdku, za podpowiedzią Dziadka zawołała:

-BOGU NA CHWAŁĘ!

-Bogu na Chwałę. Bogu na Chwałę. Niech tak będzie. Amen.- Odpowiedział Ksiądz Proboszcz.    

 

KONIEC

 

POSTSCRIPTUM:

Prędko zeszły dni przygotowania całej klasy do Pierwszej Komunii Świętej. Dzieci uczyły się jak i co musi być w kościele, aby cała uroczystość wypadła pięknie, a Pan Jezus przychodzący po raz pierwszy do dziecięcych serduszek był godnie przywitany. Dzieci starały się być grzeczne i uczyć się pilnie wszystkiego co trzeba i ze Spowiedzią Świętą nie miały kłopotu. Nikt nie myślał prezentach, bo przecież w tym dniu najwspanialszym podarunkiem jest Pan Jezus, który od Dnia Pierwszej Komunii Świętej będzie przychodził do dziecięcych serduszek na każde zaproszenie. Uroczystość w  kościele i w domach wypadła wspaniale. Dzieci były pewne, że Pan Jezus się cieszy. Gerwazek nauczył dziadkowego hasła „Bogu na Chwałę” całą klasę. Karolek, Kasia, Anulka i Anielka skrzętnie mu w tym pomagały. Ksiądz Proboszcz wraz z Klerykiem musieli w tym dniu odwiedzić choć na chwilę domy całej szóstki. O kosz wędlin dla Księdza Kleryka postarał się tato Karolka. Oj, ucieszą się klerycy w seminarium, gdy on go tam zawiezie! I oni starali się jak mogli pomóc Klerykowi i dawali notatki z wykładów, gdy on w parafii pomagał uczyć dzieci. Niedługo po uroczystości Pierwszej Komunii Świętej nadszedł wspaniały dzień Bożego Ciała. Ksiądz Proboszcz z radością patrzył niosąc Najświętszy Sakrament na dzieci pierwszokomunijne, które jak jedno w swoich pięknych strojach szły w procesji.  Chłopcy nieśli ogromny Różaniec, a dziewczynki sypały kwiatki idąc równiutko i zgodnym chórem powtarzały raz po razie króciutką modlitwę: „Święty, Święty, Święty Pan Bóg Zastępów”, a na słowa „Pan Bóg Zastępów” rzucały na ziemię garstkę kwiatków pod nogi Pana Jezusa ścieląc tak przepiękny pachnący dywan.

„Bogu na Chwałę” „Bogu na Chwałę”.- Powtarzał w myśli Ksiądz Proboszcz.

„Bogu na Chwałę”- myślały Babcia i mama Gerwazka, które zastępowały Ciocię Franusię i mamę Pana Dyrektora w  dźwiganiu feretronu. 

 „Bogu na Chwałę”- myślał Dziadek dmuchając w ogromną trąbę wraz z wiejską orkiestrą.         

„Bogu na Chwałę!” – Wydawało się Księdzu Klerykowi, że słyszy jak echo niesie to zawołanie przez pola, odbija od lasu i wraca unosząc to hasło w dalekie przestworza.

Tak. Bogu na Chwałę! Niech się stanie. Amen.       

                

KONIEC OPOWIADANIA