Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

PRZYGODY MARCYSI NA GRZYBACH- opowiadanie dla dzieci

 

PRZYGODY MARCYSI NA GRZYBACH


Ciocia Hiacynta zna się na grzybach. Dobrze się zna. Potrafi odróżnić prawdziwka od muchomora, a muchomora od pieczarki. I umie odróżnić od siebie jeszcze pewnie z tysiąc innych grzybków. Naprawdę. I lubi je zbierać, zbierać do ogromnego wiklinowego kosza. Po co jej tyle? Dziwi się nieraz Marcysia zaglądając przez szparę w uchylonych drzwiach kuchni, gdy ciocia obiera je i rozkłada do odpowiednich garnków.

- Te do gotowania… te do octu…do duszenia… A ty rydzu do kiszenia.- Tłumaczy swoim grzybkom i wrzuca je to tu, to tam, jakby każdemu z nich dawała inne zadanie.

„Pewnie nie zje aż tyle. Ale co z nimi zrobi? – dziwi się Marcysia zapominając, z czym jadła dziś jajecznicę na drugie śniadanie. „Ciocia jest chuda jak wiór. Gdzieżby je wszystkie naraz zjadła? Chyba by pękła.”- Śmieje się w duchu mała psotnica i już, już ma wejść do kuchni ciocinej, żeby ją o to zapytać, gdy nagle Kicia zwabiona nieostrożnym ruchem dziewczynki pomyślała, że to mysz próbuje zrobić dziurę w podłodze i… jak nie skoczy prosto na drzwi! Drzwi się otwarły, a Marcysia się wystraszyła, bo klamka uderzyła ją w czoło.

- Aaa! – rozwrzeszczała się.- Ciocia rzuciła nóż na stół i wybiegła zobaczyć, co się stało. Zobaczyła siedzącą na posadzce korytarza dziewczynkę. Po zarumienionych policzkach płynęły dwie duże łzy.

- Co się stało? – Zdziwiła się zaniepokojona ciocia.

- Bo, bo ja chciałam… Wyjąkała.

-Co chciałaś?

-Zobaczyć.

-Co?

- Grzybki, jak je ciocia…A nie pogniewa się ciocia na mnie

-A za co?

Bo…bo ja podglądałam…przez dziurkę od klucza i szparę w drzwiach…

-No, musze przyznać, że to nie było ładne. Nie podgląda się. Ale, co chciałaś zobaczyć?

- Grzybki. Jak je ciocia będzie jadła i jak one wszystkie zmieszczą się cioci w brzuchu, bo tak strasznie dużo ich ciocia nazbierała.

- Ciocia Hiacynta uśmiechnęła się.

- Normalnie. Najpierw jedne, potem drugie. Zima długa. Powoli się zje.

-Powoli? – zdziwiła się dziewczynka zapominając o niemiłej przygodzie z drzwiami.

-Jak to – powoli?

- Normalnie. – Odpowiedziała ciocia.- Myślałaś, że siądę przy stole i ten wielki kosz grzybów naraz zjem? Chyba bym pękła jak ten smok wawelski.

-No!- przyznała Marcysia nieco rozgoryczona faktem, że nie zobaczy niezwykłego widowiska zjadania kilku garnków grzybów naraz.

- Jednego dnia będzie zupa borowikowa z kluseczkami, innego dnia surojadki w śmietanie, a na święta będzie się jadło grzyby w wielu daniach wigilijnych.

- A jakie to? – Egzaminowała dziewczynka, gdyż wieczerza wigilijna upływała jej raczej na oczekiwaniu Gwiazdora z workiem na plecach, a talerz opróżniała dość mechanicznie.

-Uszka z grzybami do barszczu, zupa grzybowa z kaszką manną, kapusta z grzybami, a do sałatki dodamy trochę marynowanych. Będzie smaczniejsza. No, tego roku jesteś już większa, na pewno pomożesz w kuchni, to wszystko zobaczysz. A na niedzielę upieczemy pierogi wileńskie z nadzieniem grzybowym.

- Oooo! – Ucieszyła się dziewczynka. – Uwielbiam je.

-No, widzisz. Powoli przez całą zimę się zje. Nie można od razu, bo by się znudziły. A tak, zawsze je się ze smakiem.

- Powoli…przez calutką zimę…A ja chciałam zobaczyć, jak je ciocia wszystkie naraz zje. Na jedną kolację. I to mnie właśnie interesowało, jak one się cioci w brzuchu zmieszczą. –Ciocia roześmiała się i śmiała długo, aż rozpogodzona Marcysia zupełnie zapomniała o przygodzie z drzwiami i ostatnie łezki jej z oczu obeschły. Uśmiechnęła się również.

-Oj, Marcysiu, Marcysiu! Gdzież ja bym tyle grzybów naraz zjadała? Nie dość, że bym pękła jak ten smok, to kto by mnie potem zszył, jak ty jeszcze nawet guzików nie umiesz przyszywać? Poza tym przejadanie się jest bardzo niezdrowe. Zawsze trzeba jeść i pić z umiarem.

- To on, ten smok od grzybów pękł?

- Nie. On akurat pękł od przepicia wodą wiślaną. Brak umiaru w piciu też bardzo szkodzi, nawet jeśli to jest zwykła woda.- Ciocia śmiała się serdecznie.- Ale jak już się nawinęłaś, to chodź, pomożesz mi. Przy okazji ci o tym smoku opowiem. Ja będę grzybki obierała, a ty będziesz je nawłóczyła na sznurki i wieszała nad piecem. Jak już zrozumiesz jak to się robi, będziemy sobie przy pracy gawędziły. Ty się czegoś nauczysz, a mnie się nie będzie nudziła monotonna praca. O, patrz. Tu są mocne nici, igła i nożyczki. Ucinaj długą nić, nawlekaj na igłę, wiąż supeł i zaczynaj nawlekanie kawałków grzybów. O, tak. – I ciocia zaczęła pokazywać Marcysi jak należy nawłóczyć grzyby.- Robi się takie długie grzybowe korale i stroi się nimi nad piecem. Wieszać będziemy z początku obydwie, bo piec jest ciepły i można się oparzyć. A jak już się nauczysz to i sama niejeden sznur powiesisz. Jesteś już przecież duża. Dasz radę.-

Dziewczynka siadła na stołku koło cioci. Razem zabrały się do pracy. Najpierw chwilę przypatrywała się jak trzeba nawlekać grzyby na długaśną nić, a po chwili robiła to już całkiem dobrze. Brała kawałki grzybków i nakładała na igłę, przewlekając przez grubą cerówkę na nić. Nawet jej się spodobało. Gdy sznur był pełen, ciocia brała go od niej i wieszała nad piecem. Na niskich haczykach wieszała Marcysia. A potem trzeba było brać nową nić i nawlekać od nowa. Piec był coraz strojniejszy. W mieszkaniu roznosił się piękny zapach grzybowy. Ale monotonna praca zaczęła nudzić się dziewczynce mimo, że ciocia o smoku wawelskim opowiedziała. Marcysia postanowiła uwolnić się od monotonnej pracy.

- Wiesz, ciociu? Chyba wolałabym zbierać niż nawlekać.

- Doskonale. A wstaniesz raniutko?- Spytała ciocia Hiacynta wiedząc, że jej siostrzenica lubi długo spać.

- Wstanę, wstanę. Co bym miała nie wstać? – Rozpromieniła się dziewczynka w nadziei, że ciocia zwolni ją z dalszej pracy. Ale gdzież tam. W misce było jeszcze kilka ogromniastych prawdziwków pokrojonych na paski, kilkanaście podgrzybków brunatnych i chyba z dwadzieścia podgrzybków zajączków. Takich malutkich, w sam raz do zupy wiglijnej. Marcysia odłożyła igłę.

-No, to ja idę spać. Jutro rano trzeba wstawać.

- Ale gdzież tam. Dopiero szósta po południu. Kto to tak wcześnie spać chodzi? Jeszcze ze trzy sznury i mamy koniec. Wytrzymasz. Razem wcześniej skończymy to i ja wcześniej będę mogła pójść do łóżka. Muszę się też dobrze wyspać, żeby mi rankiem grzyby sprzed oczu nie uciekały.

- Nie uciekały? A dokąd? – Zdziwiła się dziewczynka.

- W trawę. W głęboką trawę. Widzi taki jeden z drugim, że człowiek zmęczony, niewyspany, więc myk pod krzaczek albo między paprocie. I szukaj go tu. Nie tak łatwo!

- Mnie tam żaden nie ucieknie.- Mruknęła Marcysia i chcąc nie chcąc zabrała się do przerwanej pracy. Wolałaby jeszcze pobiegać po dworze. Też się wygłupiła z tym podglądaniem. Była zła sama na siebie. Myślała, że te grzyby nigdy się nie skończą. Ale się skończyły. Z pracy przyszła mama. Uszykowała kolację. Ledwo przełknęły ostatni kęs, a tu mama goni do mycia.

- Jak ktoś idzie rano na grzyby, nie może wieczorem długo marudzić. Grzyby nie poczekają, tylko powskakują komu innemu do koszyka. A jak się ktoś nie wyśpi, grzyby się przed nim pochowają.

-Oj, mamo! Nic mi nie ucieknie i nie schowa. N podwórku zawsze wszystkich najlepiej znajduję, gdy się bawimy w chowanego – Broniła się Marcysia.- Zresztą mi się już odechciało zbierać. Wolę jeść.

- Bez pracy nie ma kołaczy. – Skwitowała mama po nielubianej przez dziewczynkę ceremonii mycia i otuliwszy ją kołderką ucałowała na noc. Światło zgasło i wyszła z pokoju. Nieco podekscytowane dziecko kręciło się trochę, ale wtulone w ciepło kołdry dość prędko zasnęło. Wydawało się, że śpi może pięć minut, a tu już mama budzi na grzyby. Marcysia była śpiochem i małym leniuszkiem, ale ciocia czekała już ubrana. Dziewczynka wygramoliła się z lóżka niezbyt przytomnie, a mama cap ją za rękę.

-Dziś wyjątkowo pomogę ci się ubrać, żeby było szybciej.- Powiedziała i myk! Zdjęła z córeczki koszulkę nocną i założyła na nią dres. Machnęła raz i drugi grzebykiem po rozwichrzonych włosach i nalawszy do talerzy parującej polewki postawiła je przed nimi. Jadły zagryzając chlebem z masłem. Gdy wychodziły z domu, było jeszcze szaro. Marcysia trzymając swój koszyk w jednej ręce, drugą kurczowo ściskała dłoń cioci. Było jej dziwnie iść do lasu po nocy, ale nim doszły do lasu zrobiło się widno. Na trawie skrzyła rosa. Dobrze, że założyły gumowce. Chodzą to tu to tam, szukają. Ciocia co chwilę schyla się i wykręca z poszycia leśnego palcami kolejny grzyb, a miejsce po nim zagarnia i uciska palcem, jakby coś sadziła.

- Tak trzeba- Tłumaczy- Żeby miejsce to nie wyschło, grzybnia się nie zniszczyła i mogły wyrosnąć następne grzyby.- Marcysia naśladuje, ale na razie jeszcze niewiele grzybów widzi, bo szukać ich nie bardzo umie. Widzi muchomory, surojadki, ale podgrzybków nie za bardzo, chyba, ze za piętę ją który skubnie i zawoła:” Tu jestem!” A grzybom do kosza nieśpieszno, bo głupi jest ten, który sam się ujawnia. Ciocia pokazała kilka razy czego i jak wypatrywać. No i zaczęło się okazywać, że z Marcysi wcale nie taka zła uczennica. Nie minęło pół godziny, a umiała je wypatrywać nie gorzej niż ciocia. A że mała to i lepiej. Oczy bliżej ziemi prędzej niż ciocine grzyb mogą wypatrzeć. Była tylko zła i nieutulona w żalu, gdy ciocia wyrzuciła jej z koszyka na ziemię kilka goryczaków żółciowych.

- Nie są trujące. – Powiedziała.-Ale takie gorzkie, że byś ich za nic w świecie nie zjadła. Jeden taki potrafi popsuć smak całego garnka potrawy.

-A takie ładne, ciociu, patrz i gąbkę mają jak prawdziwki. Ja naprawdę myślałam, ze to one.

-No to pokażę ci różnicę. Patrz. Widzisz siateczkę na trzonie? O, tu. Zobacz.- I ciocia pokazał jej żłobioną siatkę na nóżce grzyba, a potem jeszcze leciutko różowy kolor gąbki, który zagnieciony zmieniał barwę na brązowawą. Powoli rozjaśniało się dziewczynce w głowie. Uczyła się.

-Każdy grzybiarz ma z nimi na początku kłopoty. A i doświadczony pomylić się może. Uważać trzeba i tyle. Każdy grzyb dobrze oglądać, żeby nie pominąć ważnych i drobnych różnic.

-A jak je poznać?

-Powoli samo wejdzie do głowy, ani się spostrzeżesz.- Pocieszała żałującą leżących na trawie pięknych dorodnych goryczaków. Marcysię. -Wiesz? Opowiem ci, jaką sama miałam z ich zbieraniem przygodę.

- To ciocia je zbierała? A mówi, że nie wolno. To…jak to w końcu jest?

- Słuchaj, nie przerywaj. – Nieco zniecierpliwiła się ciocia.- Swego czasu gdy byłam piękną młodą i niedoświadczoną grzybiarką, a raczej pierwszy raz się na grzyby do lasu wybrałam, znalazłam ich na jednym miejscu tyle, że w paru minutach miałam dużą miskę od prania. Nigdy bym nie przypuszczała, że prawdziwki mają sobowtórów. Przychodzę do domu i z radości pokazuję sąsiadce moją zdobycz, a ona na mnie z krzykiem, że mam to natychmiast wyrzucić, że szatanów nazbierałam i rodzinę nimi wytruję, a ja na nią patrzyłam jak na zielonego kota i nic nie rozumiałam. Jakie szatany? Szatany to muchomory, czyli muchomory sromotnikowe, bo sama nie wiedziałam, że to jeszcze co innego. Kazała mi natychmiast wysypać za drogę do rowu. Oj, jak mi było żal. Zastanawiałam się jak i co by zrobić, żeby ich nie wyrzucać, bo może to nieprawda z tymi szatanami. Ale ona mnie tak męczyła, że wyrzuciłam, a potem patrzyłam kilka dni jak w tym rowie gniją.

- I nie wzięła ich ciocia jak ona sobie poszła?

- Miałam ochotę, ale jeszcze kogoś pytałam i też powiedział, że się nie nadają. Dopiero po latach dowiedziałam się, że one są niejadalne i różnią się od trujaków tym, że są niesmaczne i do jedzenia się przez to nie nadają. Ugryź kawałeczek i pożuj. Sama zobaczysz.-

Marcysia posłusznie ugryzła jednego i chwilę żuła. Nagle zaczęła pluć jakby nie wiadomo jakie świństwo jadła.

- Rzeczywiście. Miała ciocia rację. Gorzkie jak piołun.

- A widzisz? Szatany to jeszcze coś innego. Są rzeczywiście trujące i podobne do borowików, ale łatwo je poznać. Mają nóżkę i gąbkę różowiutką.

- Jak moje pantofelki te na niedzielę, czy jak sweterek lalki Balbinki? – Dopytywała Marcysia.

- Ani takie ani takie. Trochę inne. Jak znajdziemy, to ci pokażę. Ale chodźmy dalej. Szkoda czasu.

- A czemu ciociu ona je nazwała szatanami, skoro ty mówisz, że to goryczaki?

-Bo ludzie mylą nazwy. A niektóre grzyby mają po kilka nazw.

-A jakich? Powiedz choć jedną, albo dwie. – Zaciekawiła się Marcysia.

- No na przykład na sarniaki dachówkowate niektórzy ludzie mówią „krowie pyski”.  

–Ojej! Ale śmiesznie!- Dziwiła się rozbawiona Marysia. A jeszcze?

-Na gołąbki modro żółte mówią sromotki albo surojadki. Ale gadu gadu, a chłopcy na śliwkach. Idziemy, bo nas na tym gadaniu wieczór zastanie. W domu jeszcze poobierać to wszystko trzeba i zapakować w słoiki.

- No to klops.- Zmartwiła się dziewczynka. Ani porządnie popytać nie można.

- Można, można. A jakże! Ale nie od razu Kraków zbudowano. Powoli wszystkie poznasz, gdy je będziemy znajdować. Jak zobaczysz grzyba, to obejrzysz, wysłuchasz o nim opowiadania a wtedy sam ci się przypomni, gdy zobaczysz w lesie kolejnego takiego. Ale zobacz? Co to tam takiego białego dużego pod tamtym drzewem?

- Polecę po niego, dobrze?- Rozochociła się Marcysia.

- Nie, podejdźmy obydwie. Może to być chwila kolejnej lekcji.- Odpowiedziała ciocia i podreptała w stronę olbrzyma. Marcysia za nią. No i opłaciło się. Ciocia ostrożnie wykręciła z ziemi ogromnego…muchomora sromotnikowego!!!

-Popatrz.- Tłumaczyła.- To grzyb bardzo trujący. Ale jakże podobny do sowy, albo jak ją zwać- czubajki kani. Tylko bulwa inna, pierścień, i noga podobna do nogi kani. Niejeden pomylił i bardzo źle się to skończyło. Szczególnie jak zerwał młodego, który prawie nie różnił się od pieczarki.- Tu ciocia zrobiła kolejny wykład Marcysi na temat różnic, tym bardziej, ze niedaleko rosły dwie kanie i można było rzeczywiście porównać. Kania była ogromna niczym średniej wielkości talerz. I to Marcysia ją zobaczyła! Ciocia obiecała, ze jej tą kanię usmaży na masełku jak kotleta. Och! Na pewno będzie pyszna. Można się już zawczasu oblizywać.

- A co byś zrobiła ciociu, gdyby pod tą kanią miały domek krasnoludki?

-Przeniosłabym im go pod muchomora. Muchomorów się nie zrywa.

-A ty zerwałaś sromotnikowego.

-Tylko jednego, żeby ci wytłumaczyć. Gdybym go nie zerwała, nie dałabym rady pokazać ci wszystkiego, a tak poznałaś od razu dwa gatunki. Warto było?

-No pewnie!- Wykrzyknęła dziewczynka.- Od razu dwa poznałam. A zobacz! Co to takie miodowo-żółte na drzewie?

-O, to kolejna ciekawostka. – Ucieszyła się ciocia. Marcysia robiła postępy.- To opieńki. Jadalne. Te zetniemy z pnia.

- Doskonale!- A tamte? Też opieńki?- Cieszyła się mała grzybiarka.

- Nie, rybko. Tamte, na tamtym pniu sobie tylko obejrzymy. O, zobacz ile ich.

- Oj! Może ze dwieście!- Marcysia próbowała na oko zgadnąć ile ich mogło być. Były to łuszczaki.

- Jadalne, ale niesmaczne. Niech więc sobie rosną.- Pouczyła ciocia. Poszły dalej zerwawszy opieńki. Na trawie został muchomor sromotnikowy, który ciocia dla porównania ułożyła obok kani. Kanie zabrały. Marcysia niosła ją ułożoną ostrożnie na wierzchu swojego kosza, żeby się nie połamała. Była z niej dumna. Pierwszy raz z ciocią poszła do lasu i takiego wielkiego grzyba znalazła! Gdyby koleżanki z klasy się o tym dowiedziały, na pewno by jej zazdrościły. Zresztą bardzo polubiła grzybobranie. To bardzo miło chodzić sobie po lesie z koszykiem w dłoni i szukać chowających się w trawie grzybków.

-A Mam cię!- Wykrzykiwała radośnie znajdując kolejnego, a im bardziej był ukryty, tym bardziej ją radował, bo odkryła jego kryjówkę. Słońce było już wysoko na niebie i grzyby jakby się troszkę schowały. A może one były już zmęczone wypatrywaniem? Koszyki prawie pełne tez ciążyły. Ale jak tu nie zbierać, gdy co chwila znów coś znajdowały? W pewnej chwili Marcysia wypatrzyła o kilka drzew dalej trzy śliczne kozaki. Podbiegła do nich, a tu coś niedaleko niej woła: „sss…”. Patrzy, a między kozakami wije się po ziemi jedno, drugie, trzecie… Węże. Długie może na metr, szmaragdowe, a koło oczu białe plamy, niczym ogromne brwi. Śliczne! Ale… pewnie groźne? Tak syczą mocno!

- Ciociu! – Krzyknęła ile sił w płucach.- Tu są węże!- Ciocia podeszła ostrożnie z grubym kijem w dłoni. Chwyciła dziewczynkę za rękę. Patrzy, a tu wiją się po ziemi trzy śliczne padalce.

-Przepiękne…- Zachwyciła się ciocia. – Nie bój się. One nie zrobią krzywdy.

- To czemu syczą?

-One się też boją, ale ciebie. Syczą ze strachu i chcą cię tym sykiem odgonić od siebie. Proszą, żebyś do nich nie podchodziła. O, widzisz? Odsuwają się od nas. Odchodzą. To one boją się nas.- Węże oddalały się wijąc wśród traw. Po chwili zniknęły. Można było zabrać kozaki. Okazało się, że oprócz tych trzech było jeszcze kilka malutkich kozaczków.

-W sam raz do octu. - Cieszyła się ciocia. Żeby nie przeszkadzać wężom, nieco zmieniły kierunek. Na gąsce niekształtnej siedział sobie ogromny ślimak zajadał kawałek grzyba. Wygryzł w nim już sporą dziurę i widać, stale był głodny. Nie przejmował się w ogóle tym, że ma gości, zdawał się w ogóle ich nie zauważać. Nie zabrały tego grzyba. Miały już prawie pełne koszyki, a pogryziony był mocno.

-Jadalny. – Powiedziała ciocia.- Ale niech sobie rośnie. – Ślimak widać ma na niego ogromny apetyt.- Śmiała się ciocia. Marcysia chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła, bo właśnie dochodziły do polany, na której pasło się może z dziesięć saren. Prześliczne były. Wszystkie jak malowane. Skubały spokojnie trawkę, niczym się nie przejmując. Wiatr wiał od strony polany, dlatego nie wyczuły zapachu ludzi, choć co chwilę któraś z nich podnosiła brązową główkę i czujnie obserwowała okolicę.

-Chodźmy, nie przeszkadzajmy im. – Poradziła ciocia.

- Pozwól jeszcze popatrzeć. Od dawna nie widziałam tylu sarenek naraz.- Poprosiła Marcysia i ostrożnie zaczęła się przesuwać między krzaczkami w ich stronę, żeby podejść bliżej. Udało jej się podejść może o trzy – cztery metry. Chciała się przesunąć jeszcze kawałeczek i nieostrożnie nadepnęła leżący w trawie i porośnięty mchem pień drzewa. Runęła jak długa. Jakiś naciśnięty przypadkowo patyk złamał się z trzaskiem. Sarny ujrzały zbliżające się niebezpieczeństwo i rzuciły się do ucieczki. Biegły skocznie łyskając białymi talerzami. I tyle je widziała. Zbierało jej się na płacz.

-Nie martw się. Może jeszcze coś zobaczymy,. Las jest bogaty i piękny. – Pocieszała ciocia. I rzeczywiście. Widziały jeszcze zajączka i jaszczurkę, która wędrowała sobie piaszczystą ścieżką. Kosze były pełne, a grzyby jakby się uparły. Rosły i rosły, to tu. To tam.

- Ciociu, ja już nie mogę. Głodna jestem. Chodźmy do domu.- Prosiła nieco znudzona i zmęczona.

-Jesteśmy dość głęboko w lesie. Na twoje zmęczenie mam inną radę. Takie samo jak na moje.

- To ciocia też jest zmęczona? – Zdziwiła się Marcysia myśląc, że

cioci żadne zmęczenie zmóc nie może i nie powinno.

-A jakże! – Roześmiała się ciocia.- Siadajmy tu na tym pniu. – I jakby nigdy nic zdjęła z pleców zielony plecak i zaczęła wyjmować z niego skarby, o których dziewczynka nie miała pojęcia. Czegóż tam nie było? Kanapki grubo smarowane masłem i obkładane świeżutkim twarogiem, kanapka z szynką kupioną wczoraj od pani Gabrysi w malutkim sklepiku, a na trawie postawiła swój niebiesko – fioletowy duży termos i dwa pięknie malowane kubki.

- No to smacznego – Powiedziała i podsunęła swojej towarzyszce śniadaniówkę z kanapkami. Martynka dostrzegła, że na trawie leży jeszcze pakiecik z mokrymi chusteczkami do wytarcia brudnych rąk. Chwyciła jedną, a potem drugą i starannie wytarła zabrudzone dłonie.

- No, widać moja nauka nie idzie w las. – Pochwaliła ciocia. – Specjalnie położyłam je bez słowa i nie zachęcałam do mycia rąk. Patrzyłam, czy będziesz sama pamiętała, że brudnymi rękami nie powinno się jeść. No, chyba, że naprawdę nie ma gdzie umyć. – Uśmiechnęła się ciocia, postawiła śniadaniówkę na trawie i też zabrała się do wycierania brudnych, oj, bardzo brudnych po grzybach rąk. Rączki Marcysi były już czyste, ale ona patrzyła dziwnym wzrokiem na chleb z twarogiem.

- Czego tak patrzysz? Jedz. Mówiłaś przecież, żeś głodna.

- Jak wilk. O Odpowiedziała dziewczynka.- Ale ja bym chętnie zjadła to jeszcze z dżemem na wierzchu. Ja tak bardzo lubię na twaróg sobie dżemu położyć.

- Ot i masz babo placek! A leć no tam do tej zieloniutkiej polaneczki. Widzisz? Tam. Powinnaś jeszcze znaleźć jagódki. Posypiesz nimi twaróg i zobaczysz, jakie to razem będzie pyszne.-

Marcysia popatrzyła z niedowierzaniem. Nie bardzo chciało jej się wstawać z pniaka, ale wzięła wieczko od śniadaniówki i poszła. Mimo późnej pory było tam jeszcze dość sporo jagódek czarnych i czerwonych. Zbierała kilka minut. Wróciła i już chciała sypać nimi ser, gdy ciocia prawie wykrzyknęła.

-Hej! Poczekaj chwilkę.

-Czemu? Co się stało?

- Nic, ale wypada je choć opłukać.

- W czym tutaj w lesie będziemy je myły?

-Trzeba umieć sobie radzić. – Roześmiała się ciocia i wyjęła z plecaka malutkie siteczko, oraz małą buteleczkę wody mineralnej. Wsypała jagody do siteczka, przelała wodą i potrząsnęła. Posypała nimi kanapki. Nigdy czegoś tak smakowitego Marcysia nie jadła. To było wprost pyszne!

-Widzisz? Przyroda sam stara się o żywność dla ludzi i zwierząt. Tylko trzeba chcieć i umieć jej szukać.

-Ale ciocia umie i nawet wie, co zrobić, żeby można było zaraz w lesie jeść takie świeżutkie, prosto z krzaczka. Nawet wodę i siteczko zabrała.

- Dobra gospodyni musi być przygotowana na różne niespodzianki. –Śmiała się ciocia. – jak harcerz.

- Ale ciocia przecież nie jest harcerzem?

-Nie, harcerzami są tylko chłopcy, dziewczęta harcerkami. Wyobraź sobie, ze nią kiedyś byłam.

-I miała ciocia mundurek?

A jakże! I krzyż harcerski i plecak i pas. Miałam menażkę i nawet na obozie byłam.

- A gdzie był ten obóz?

-Oho, ohoho! Daleko stąd. W Puszczy Niepołomickiej. Tam to był dopiero las! Mieszkaliśmy w namiotach przez całe trzy tygodnie.

-Ojej! A nie bała się ciocia?

-A czego bym się miała bać?

- Nie wiem. W nocy na przykład w lesie jakoś tak straszno. Ja bym się bała. Dzisiaj też się trochę bałam, jak szłyśmy po ciemku do lasu.

- Gdzie tam po ciemku. O szarówce. Na grzyby tak wcześnie się wstaje, jeśli chce się ich nazbierać więcej, A nie tylko na pół obiadu. No, ale musimy jeść i sił nabierać, bo do domu jeszcze kawałek drogi, a i grzybki jeszcze pewnie znajdziemy.

- A do czego będziemy je wkładać?

- I na to jest rada. – Powiedziała ciocia i wyjęła z przepaścistego plecaka składany koszyczek. Marcysia była zdziwiona zaradnością cioci. Wiedziała, że ciocia potrafi znaleźć na wszystko radę, ale żeby aż tak?

- Jeszcze nie wszystko. Zobaczysz jeszcze, co zrobimy na drodze, jak już wyjdziemy z lasu.

-A teraz nie możemy? – Spytała palona ciekawością dziewczynka.

- Nie, bo tu w trawie by to dobrze nie wyszło. Ale na dróżce tak, jednak na razie to tajemnica.- Tak rozmawiając zjadły kanapki popijając gorącą kawą z termosu, a potem w ciocinym plecaku znalazło się jeszcze trochę placka ze śliwkami. Bal na całego, aż się potem ruszyć nie chciało. Ale trzeba było. Było już trochę po trzynastej i zmęczenie wygrywało z odpoczynkiem. Obfity posiłek jeszcze je wspomógł. Odpoczywały jeszcze z pól godziny gaworząc wesoło. Ciocia opowiadała o obozie harcerskim jak to stała na warcie w środku lasu, a ciemno było choć oko wykol. Tylko świetliki jak maleńkie latarenki latałaby igrając wesoło wokół niej. Opowiadała o karnym raporcie gdy ktoś był niegrzeczny i o różnych karach wymyślanych przez druhnę oboźną. O ognisku, o fladze, której trzeba było bardzo a bardzo pilnować, bo prawie każdej nocy ktoś chciał ją ukraść.

- Po co komu była? – dziwiła się dziewczynka

- A po to, żeby udowodnić wartownikom, że źle pilnują obozu. Obóz był rozbity na polanie, a na środku była wolna przestrzeń i to było miejsce na którym spotykaliśmy się wszyscy rano i wieczorem na apelu. Na środku placu był maszt, a na nim powiewała polska flaga, którą wieczorem się opuszczało uroczyście, a podczas rannego apelu podciągało wysoko do góry. Nocą więc była nisko i łatwo było ją odwiązać. Flaga na obozie jest bardzo ważna. Wartownik, który ją pozwoli ukraść okrywa się wstydem.

- A fajnie jest na obozie?

-Cudownie. Szkoda, ze już się nie nadaję na harcerkę, bo bym jeszcze na obozy jeździła.

- A czemu się ciocia nie nadaje?

-Ano, za stara jestem. Harcerstwo jest dla dzieci i młodzieży, a ja już mam dużo więcej lat.

- A ja?

- Ty, owszem, możesz zostać zuchną.

- Kim?

-Zuchy, to są tacy młodsi harcerze, a raczej zanim zostaną harcerzami, najpierw mogą być zuchami. Też chodzą w mundurkach i mogą jeździć na obozy.

- To ja chcę!- Wykrzyknęła z radością Marcysia.- Chcę robić to wszystko, o czym opowiadałaś, chcę jeździć na obozy, stać na warcie i oglądać świetliki i pilnować flagi.

-A nie bałabyś się? W lesie? Nocą? Cały obóz śpi, a wy we dwie pilnujecie wszystkich.

- Całą noc?

-Nie, tylko dwie godziny, a potem musicie zbudzić kolejną zmianę warty i wtedy można iść spać. No, chyba, ze jest alarm nocny. – Uśmiechnęła się ciocia.

-A co to takiego?

-Ojoj!- W środku nocy zagra trąbka, wszyscy muszą wstawać i to szybko, ubierać się w mundury, stawać do apelu i idą w las coś tam robić.

- A co? Po ciemku?

-Po ciemku, tylko z latarkami. Różnie. Czasem to jest jakaś gra, czasem mówi się harcerzom, ze wróg nadchodzi i trzeba się przedzierać przez las gdzieś tam i coś zrobić. A potem się wraca, słucha komendanta czy dobrze było, czy źle zrobione i idzie się spać.

- To może ja jednak na obóz nie pojadę?

- Jak chcesz. Ale każdy harcerz lubi obozy. Mimo nocnych alarmów są wspaniałe. Jak tam? Odpoczęłaś? Czas ruszać.- Wstały, rozprostowały kości, posprzątały po sobie do czysta, wzięły koszyki i ruszyły w stronę brzegu lasu, ale do niego był jeszcze kawał drogi. Ciocia przełożyła do składanego koszyka trochę Marcysinych grzybów, żeby było jej lżej nosić i żeby miała do czego zbierać. Grzyby jakby się uparły. Rosły i rosły a ciocine ręce coraz bardziej wyprężały się od dźwiganego ciężaru. Marcysia także dźwigała swój koszyk. W pewnym momencie obie zauważyły, że jakby grzybów w lesie znów ubyło. Szły i szły i nie widziały nic.

- Grzyby się pochowały. Poszły spać. Śmiała się ciocia. – Mówiłam, że jak się chodzi zbierać je późno to się nic nie przyniesie. One uciekają od śpiochów.

-Ciociu! – Wykrzyknęła nagle Marcysia. – Co tam jest na tym drzewie?

- O, niespodzianka. Chodźmy do niej.-

Podeszły, a tu pień drzewa obrośnięty boczniakami. Ogromnie dużo ich było, może ze sto. Ścinały nożykiem. Obok rosły znów łuszczaki, ale choć jadalne, ciocia nie radziła zabierać.

- Jadalne, ale mówiłam już, ze niezbyt smaczne. Niech sobie rosną. Zostawimy sarenkom. A te na tamtym pieńku są trujące. Nazywają się maślankami.- Marcysia popatrzyła zmęczonymi oczkami. Ciocia postanowiła dodać jej otuchy.

- żobacz, co to widać między drzewami?

-Brzeg lasu! – Ucieszyła się dziewczynka. Ale do niego było jeszcze kawałek, a potem dróżką do wsi. I jeszcze dwie nornice przebiegły pod lasem, jakby na pożegnanie. I jeszcze rycerzyka czerwonozłotego o żółciutkich jak gąsiątko blaszkach zabrały do kosza. Gdy tylko wyszły na ścieżkę leśną, ciocia jeszcze raz otworzyła swój plecak i wyjęła z niego składaną skrzyneczkę na owoce, gumy do mocowania i kółeczka na takim małym metalowym stelażyku, żeby nie dźwigać ciężkiego urobku. Zamocowały cały zbiór na tym zmyślnym wózeczku. I ciągnęły do wsi, a potem prawie przez całą wieś do domu.

-Ile te nazbierały! – dziwili się ludzie.

A one były dumne ze swojego zbioru. Bardzo dumne. Zmęczone ale radosne wróciły do domu. Marcysia zarzuciła cioci ręce na szyję.

-Dziękuję cioci za wspaniałą wyprawę i wszystkie śliczne opowiadania. I… zawsze chcę chodzić z tobą na grzyby. Dobrze?

- Nie wiem? – Zmartwiła się nieco ciocia. Chyba, że w soboty.

-Dlaczego?

- A szkoła? Przecież za trzy dni kończą się wakacje.

-No tak. To chociaż w soboty. A czy te lekcje są aż takie potrzebne? Nie bardzo je lubię.

-Gdyby nie one nie umiałabym dziś wielu ważnych rzeczy zrobić, nie zbłądzić w lesie, umieć wyliczyć, gdzie i jak trzeba skręcić, żeby trafić do wsi i tak dalej.

- No tak. To i ja muszę się uczyć, żeby być kiedyś taką jak ciocia. I do zuchów zapisze się, jak tylko skończą się wakacje.

- Będzie mi bardzo miło pojechać z tobą do miasta po mundurek.- Radowała się ciocia.

- A jakby nie lekcje, to ja bym dziś nie umiała ugotować wam takiego wspaniałego obiadu.- Roześmiała sie mama i postawiła przed nimi pełne talerze prześlicznie pachnącej parującej grochówki.