Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

WSPANIAKI NAUCZYCIELE-cykl

 

 WSPANIALI NAUCZYCIELE
Po feriach zimowych powrócił czas szkoły.
Przyszedł tłumek dzieci głośny i wesoły.
Jedno się przechwala, że na nartach było,
Drugie, że do Francji do cioci jeździło.

Trzecie, że w Egipcie wielbłądy widziało,
I że samolotem nad ziemią leciało.
Jeszcze ktoś u wujka w nadleśnictwie gościł,
A było tam wiele zwierząt i radości.

Każde czymś się chwali, a Jaś cicho stoi,
Bo że nie był nigdzie, powiedzieć się boi.
Bo by go wyśmiali i by się dziwili,
Że go mama z tatą nigdzie nie puścili.

Ale on wie o tym, że jechać nie może,
Bo w domu ubogo, nikt ich nie wspomoże.
Są różne fundacje-na pieski, zabytki,
Lecz jego rodzicom nie starcza na zbytki.

PO LEKCJACH W KOŚCIELE
Poszedł Jaś po lekcjach prosto do kościoła,
Uklęknął i rękę kieruje do czola.
W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego,
Lecz myśli wybiegły daleko do tego.

Mała duszka woła: Czemu tak być musi,
Że świat gdzieś jest piękny i go teraz kusi?
Czemu oni byli, czemu to widzieli,
A jego rodzice pieniędzy nie mieli?

Dlaczego niejednym co piękne jest dane,
A innym zabrane albo zatrzymane?
On też chciał na ferie choćby z harcerzami,
Chciałby się nacieszyć morzem lub górami?

Mama nie ma pracy, tatuś sam pracuje,
Mamusia wciąż szyje, pierze i gotuje.
Robi nam sweterki, niektóre sprzedaje,
I często na obiad zwykłe kluski kraje.

Siada przy maszynie, ciągle coś przeszywa,
Przerabia czapeczki i tak co dzień bywa.
Dzieciaki mu pięknych co prawda zazdroszczą,
A dziewczynki o nie ogromnie się złoszczą.

Dzieci w domu troje i wydatków wiele,
Więc prawie rozpłakał sie Jasiek w kościele.
Na żadne kolonie nigdy nie jeździmy
I nawet zoologu latem nie widzimy.

Pomóż mi w tym Jezu, bym i ja gdzieś jechał,
To by była dla mnie wspaniała uciecha.
Pojeździć na nartach z górki na pazurki
I cieszyć się z nowej jak Dawid komórki.

Wprawdzie już po feriach, ale przyjdzie lato
Może by dorobił na wakacje tato?
Może by mamusia pracę gdzieś dostała,
Żeby nam cerować skarpet nie musiała.

Słuchał go Pan Jezus, szeptać coś próbował,
Lecz Jaś jakby uszy do kieszeni schował.
Tylko o tęsknocie do wyjazdu gada,
I nowych gadżetach dziewczynek powiada.

A JAKI JEST JASIO
A jaki jest Jasio w szkole oraz w domu?
Na niego nie można naskarżyć nikomu.
Dobry i uczynny, pomoże każdemu,
Nawet niejednemu chłopcu niegrzecznemu.

Jasiunio jest miły, w lekcjach nie przeszkadza,
A czyichś tajemnic nikomu nie zdradza.
Kto nie ma zadania, Jasiek mu pomoże,
I nigdy nie krzywdzi ludzi ani stworzeń.

Gałązek nie łamie, rabatek nie depcze,
A w szkole na pamięć umie wszystkie wiersze.
Do kościoła chodzi chociaż ma daleko,
Bez sprzeciwu pije na śniadanie mleko.

Ale dziś jest smutny i niepocieszony,
Bo dzieci zwiedziły różne świata strony.
Pomóż Panie Boże, daj pracę mamusi,
Żebym i ja jeździł, bo piękny świat kusi.

Słuchał więc Pan Jezus a z Nim Matka Boska,
Skąd w tym dziecku taka zrodziła się troska?
Nie pierwsze to ferie, nie wszyscy jechali,
Tylko się do tego jak Jaś nie przyznali.

A MOŻE BY POMÓC?
A może by pomóc, lecz przez ludzi trzeba,
Bo dobre uczynki prowadzą do Nieba.
Ja mam nawet pomysł mówi więc do Syna,
Bo widzę gdzie główna jest tego przyczyna.

Ludzkie samolubstwo i wielkie przechwałki
Rozkręcają w dzieciach różnych tęsknot gałki.
Trzeba im pokazać, co jest najważniejsze,
Pierwszy Bóg, a reszta to są sprawy mniejsze.

Co zamierzasz Mamo, jak pomożesz dzieciom?
Zrobimy, że dusze miłość w sobie wzniecą.
Chodź Synu wraz ze Mną, na Ziemię pójdziemy
I wszystkich pomocą naraz ogarniemy.

Przebierzmy się w szaty najzwyklejszych ludzi,
Zobaczymy, w kim się dobre serce wzbudzi.
Pójdziemy do szkoły, tam się zatrudnimy,
I ile się uda zrobić, to zrobimy.

Pan Jezus się ubrał w kożuch aż do ziemi,
Przepasał go w pasie pasami pięknymi,
Na głowę założył czapeczkę zimową,
Bo zimą nie chodzi się z odkrytą głową.

Matka Boska kurtkę z kapurem włożyła
I za Synem w drogę na ten świat ruszyła.
Poszli do tej wioski i do Jasia szkoły.
Jakże ich przywita tłum dzieci wesoły?

NA PRZYSTANKU
Co będą w niej robić? Oni już to wiedzą.
Lecz narazie chwilę na przystanku siedzą,
Tak by ich widziało ze wsi kilka kobiet,
Które z zakupami wędrowały sobie.

Spojrzały zdziwione, skąd się obcy wzięli?
A skąd to po śniegu do tej wsi zabrnęli?
Już chciały zagadać, lecz zrezygnowały,
Bo jakąś nieśmiałość do tych obcych miały.

Oni posiedzieli i doszli do szkoły,
Właśnie zabrzmiał dzwonek, zawarczały stoły.
Dzieciaki wybiegły z klasy z wielkim wrzaskiem,
Rzucając plecaki obok szatni z trzaskiem.

A Oni choć była dosyć późna pora,
Poszli na rozmowę wprost do dyrektora.
Pochwalili Boga, o pracę pytają,
Mówiąc że wspaniałe wykształcenie mają.

Wyjmują dyplomy, CV pokazują,
Mówiąc, że w zawodzie tym się dobrze czują.
Dyrektor się nimi niezmiernie ucieszył,
Bo do sanatorium od wczoraj się śpieszył.

Wczoraj dostał pismo, lecz zastępstw brakuje,
Bo mu na dodatek personel choruje.
Co on biedny zrobi, pewnie nie pojedzie,
A tu nagle dwoje ratuje go w biedzie.

Pół nocy nie przespał, modlił się gorąco,
A teraz się czuje zmęczony i śpiąco.
Wyjazd za dni kilka, bo się pośpieszyli
I na czyjeś miejsce jego przydzielili.

Więc mu uratują tą szkolną gromadę,
I mówią, że dadzą sobie z wszystkim radę.
Ubrani wspaniale, bardzo, czyści, mili,
Więc Ich w pół godziny w szkole zatrudnili.

Zastępczynią żona dyrektora była,
W kilku klasach przy tym historii uczyła.
Ale jakby dało, z nim by pojechała,
Bo dolegliwości też już trochę miała.

Zatem nowa Pani, gdy taka uczona,
Jako zastępczyni była przedstawiona.
A lekcje, gdzie trzeba, gdzie braki, tam wejdzie
Zatem wszystkie klasy po kolei przejdzie.

Z początku dzienniki do rąk im podali,
Kuchnię, bibliotekę, klasy pokazali,
Gronu ów dyrektor dwóch Nowych przedstawił
I wodę na kawę dla gości nastawił.

Ale gdzie mieszkacie? Daleko do pracy?
Bo odległość także bardzo dużo znaczy.
No, dosyć daleko, ale radę damy,
Zresztą okolicę bardzo dobrze znamy.

Cieszę się, że Pan mnie tu zastąpi godnie,
Oj, widzę, że śniegiem zmoczyły się spodnie,
Zatem już na nogi dajemy dmuchawę,
I proszę uprzejmie pić gorącą kawę.

Potem przedstawiono ich we wszystkich klasach,
Ten Pan mnie zastąpi, a to Pani wasza.
Choć dyrektor nie wie, z Kim ma do czynienia,
Że wszystko się uda, nie czuje zwątpienia.

Widać doświadczenie przeogromne mają,
I na bardzo mądrych ludzi wyglądają.
Zatem załatwione. Dadzą sobie radę?
Zdołają okiełznać psotników gromadę?

NA PIERWSZYM ZASTĘPSTWIE
Nowa Pani pierwszą lekcję rozpoczyna,
Postawa wspaniała i uprzejma mina,
Sukienka jak z mgiełki nieco niebieskawa,
Jakby z igły zdjęta i broszka złotawa.

W dłoni niosła dziennik, wszystkie dzieci wstały,
Bo tak pedagoga codziennie witały.
Wszystkie zgodnym chórem "dzień dobry" krzyknęły
I się nowej Pani przyglądać zaczęły.

Pani powitała je uprzejmym gestem,
I rzekła "Od dzisiaj na zastępstwie jestem
I będę uczyła was wielu przedmiotów,
Pomogę, bo w szkole jest wiele kłopotów"

Powiedziała dzieciom, że grypa się wzmaga
I nauczycieli wielu niedomaga.
Ich dyrektor także podleczyć się jedzie,
A termin otrzymał w środę po obiedzie.

Zatem przez czas jakiś zastępstwo tu będzie,
Toteż ma być cisza i porządek wszędzie.
Na lekcjach jak makiem, nikt gadać nie może,
A rozmawiać można na przerwach na dworze.

POCZĄTEK LEKCJI
Siadła przy katedrze i dziennik otwiera,
Kto nie ma zadania, niech się przyzna teraz.
Zgłosiła się Hania bo kiepski dzień miała
I o dwóch zadaniach jakoś zapomniała.

Jeszcze się nieśmiało zgłosił nasz Jasiunio,
Bo musiał się zająć siostrzyczką Bogunią.
Kto jeszcze? Nikt więcej? Zaraz zobaczymy,
Otwórzcie zeszyty, zadanie sprawdzimy.

Wzięła w smukłe palce długopis czerwony,
Sprawdziła w zeszytach dzieciom wszystkie strony.
Lecz niestety wielu zadania nie miało,
Myśląc, że się uda, Panią okłamało.

Ćwiczeń nie zrobili, czasu było mało,
Bo go na ślizgawkę wczoraj brakowało.
Jasiowi i Hani usprawiedliwiła,
Mówiąc im że prawda jest jej bardzo miła.

A ci, co kłamali, na jutro odrobią
I do tego kilka dodatkowych zrobią,
Kłamstwo i niedbalstwo wytłumaczyć mieli
Tylko się uparli, przeprosić nie chcieli.

Zatem do dzienniczków uwagi dostali,
Aby się rodzice pod tym podpisali.
A tak ładne pismo nowa Pani miała,
Jakiego wieś cała nigdy nie widziała.

JAK TO WŚRÓD DZIECI
Nowi pedagodzy zaraz zarządzili,
Ażeby się wszyscy co rano modlili.
Pan Dyrektor pierwszy klękał do modlitwy,
Trzeba było przerwać na ten czas gonitwy.

A z Nim nowa Pani prościutko klęczała
I ręce najładniej ze wszystkich składała.
Ojcze nasz i Zdrowaś wszyscy deklamują,
Choć psoty chłopaków jak zwykle świdrują.

Potem ze świetlicy do klasy parami,
Cicho jakby obsiał cały gmach makami.
Gdy pedagog mówi, wszyscy go słuchają,
Idą do swej ławki i grzecznie siadają.

Ale chłopcy nowej Pani się psocili,
I kulki z papieru w klasie rozrzucili.
Pani skądś poznała te ręce wesołe
I kazała zamieść zaraz całą szkołę.

A przy tym nagonić lekcji czas stracony,
Każdy zły czyn musi zostać odrobiony.
Dyżurnym, co brzydko tablicę wymyli,
Kazała poprawić w bardzo krótkiej chwili.

NOWY PAN DYREKTOR
Siedzi w gabinecie Pan Dyrektor nowy,
Garnitur czyściutki, krawat granatowy,
W środku jakby z serca linie iść się zdają,
W jasny i czerwony w skos się układają,

Niektórym się zdaje z nieznanej przyczyny,
Że jak na obrazie Świętej Faustyny.
I włosy na skroni tak się układają,
Że niektórym jakby znajome się zdają.

Buty lśnią jak woda słońcem prześwietlana,
Skórka na nich czarna dobrze glancowana.
Koszula bielutka, mankiety na spinki,
Lśnią w nich jak słoneczka diamentów drobinki.

Na ustach powaga z uprzejmością w parze,
Wszystkim na słów kilka On krótkich przyjść każe.
Wszystkich poznać musi, choć oni nie wiedzą,
Że ci nowi o nich przecież wszystko wiedzą.

Każdy nauczyciel idzie na rozmowę,
A każdy ma ciężką od problemów głowę.
Ale po rozmowie wychodzą weseli,
Tak jakby nie z szefem pogadankę mieli.

Dyrektor każdemu zdejmuje ciężary,
Czy to kłopot nowy czy już dosyć stary.
Nikt nie wie, skąd zna ich wzajemne kłopoty,
Kłótnie, głupie żarty upadki i wzloty.

Gdy pytają skąd wie, tylko się uśmiecha,
Gdzie trzeba uwaga, gdy trzeba-pociecha.
Pani woźna uwag też kilka dostała,
Wczoraj biblioteki nie pozamiatała.

A bibliotekarka aż oczom nie wierzy,
Bo książki złej treści popalić należy.
Na ich miejsce przyjdą książek paczki nowe,
A gmina pokryje wydatki krociowe.

On już to załatwi, bez szkody nijakiej,
Że gmina odwoła akcje byle jakie,
Które nie przyniosą pożytku większości,
A książki dodadzą dzieciakom radości.

ODWIEDZINY U PROBOSZCZA
Pan Dyrektor poszedł z Proboszczem pogadać,
Choć był Pierwszy Piątek, a ksiądz szedł spowiadać.
Właśnie siekł śnieg z deszczem, ludzi było mało,
Wielu po Spowiedzi zaraz uciekało.

Bo zimno w kościele a każdy zmoknięty,
Spowiedź i do domu, gdy ktoś jest zziębnięty.
Zatem rozmawiali między spowiedziami,
I dzielił się Proboszcz swymi kłopotami.

Parafia dość biedna, kościół do naprawy,
Bo nad chórem dach już robi się dziurawy,
Ołtarz odmalować, wytępić korniki,
Zmarłym księżom nowe postawić pomniki,

Zmienić krzyż cmentarny, stary się przewróci,
I kto akacjowe gałązki przykróci?
Drzewa się rozrosły, ponad dach sięgają,
O dach i witraże przy wietrze trzaskają.

Wkrótce coś poniszczą- razem pracy sporo,
I będzie jej wiele lecz wiosenną porą,
Problem finansowy, akcje jakich mało,
Trzeba by parafię angażować całą.

Wszędzie bezrobocie, jakże więc wymagać,
Nie ma kogo prosić? Nikt nie chce pomagać.
A Dyrektor nowy spojrzał dość figlarnie,
Aż się Pleban musiał uśmiechnąć niezdarnie.

Z drzewem sprawy nie ma, straż w chwilę pomoże,
Kosz mają, gdy zmieni się aura na dworze,
Porozmawiam z nimi, zajmie im godzinę,
Za darmo usuną zakłóceń przyczynę.

I dekarz się znajdzie, dachówek jest sporo,
Bo ktoś dom rozebrał przed zimową porą,
Wszystko na gruz zwalił, niepotrzebne leży,
Poprosić, da. Tylko przewieźć to należy.

Dekarza się weźmie, pomysł już gotowy,
Zapłaci UNESCO, kościół zabytkowy.
Tylko list napisać, kuria podstempluje,
I do Wielkanocy się wyremontuje.

Razem napisali, kuria to podbiła,
I tego miesiąca ekipa wkroczyła,
Wszystko się zrobiło jakoś samo z siebie,
I proboszcz nie został o biedniejszym chlebie.

Jak to jest możliwe? Łapał się za głowę.
Przecież zdjął mi z serca problemu połowę.
Co to za dygnitarz i skąd znam Pana tego,
Gdzieś ten głos słyszałem, skądś znam rysy Jego...

Lecz poznanie było przed ksiedzem zakryte,
Wszystko oficjalnie zostało zdobyte.
Nagrobki zrobione i błyszczy krzyż nowy,
Skąd z misji przysłali śliczny hebanowy.

I figurkę w grocie też ktoś odmalował,
I posadzkę przed nią szlifem poczęstował.
A jak odnowili stary konfesjonał,
Tego nikt w kościele jeszcze nie dokonał.

Pan Dyrektor wskazał niektóre detale,
Których od początku nie widziano wcale.
-Skąd Pan zna stolarkę?-Spytał "złota rączka".
-Patrząc nie widzicie. To działa jak śpiączka.

Brali się do pracy wszyscy parafianie,
Którzy jeszcze zrobić też coś byli w stanie.
Nawet babulinki do pracy się brały,
Bieliznę na ołtarz nową wyszywały.
 
Już im się przy piecu zimą nie nudziło,
Bo dosyć zajęcia nawet dla nich było,
Mróz puścił, orano podstarzałą trawę,
Dali nowe płytki w chodniki dziurawe.

Worek nowych nasion-trawniki gotowe,
A Proboszcz w zdumieniu aż drapie się w głowę.
Niby nic, a tylko ludzi zachęcenie,
Wprawiło Proboszcza w ogromne zdumienie.

Tyle się namodlił o cud w tej parafii,
I myślał, że nikt tu działać nie potrafi.
Ręce mu opadły, a człowiek tu nowy,
Przebudził drzemiące i bezradne głowy.

Lecz kim jest? Skąd przyszedł? Co za działacz z niego?
Jakby miał znajomych u boku każdego.
Nie wiem i nie zgadnę, co mi rzekł, miał rację.
W podzięce za niego zrobię Adorację. 

HOSPITACJE
Dziś nowy Dyrektor robi hospitacje,
Bo semestry dzielą zimowe wakacje.
Teraz już jest nowy i szczęście na nowo,
Czy lekcje iść mogą dobrze i wzorowo.

Niektórzy powtórki w ten dzień wprowadzają,
I tak sprawozdanie ze swej pracy zdają.
Pan Dyrektor słucha nie mówiąc ni słowa,
Więc psoci po cichu chłopaków połowa.

Jaś wstał odpowiadać, odsunęli krzesło
Żeby powstał zamęt i część lekcji przeszło.
Lecz nim Jasiek usiadł, Dyrektor był przy nim
A karę ten dostał, który w tym zawinił.

Przez klasę samolot z papieru przeleciał,
Lecz Dyrektor lot mu ruchem dłoni przeciął.
Wziął ów samolocik, winowajco wstawaj
I tu niewiniątka teraz nie udawaj.

Nim dzień lekcji przeszedł, dzieci winy znały
I nauczycieli wszystkich przepraszały.
A także wzajemnie i prześladowanych,
Ogólnie w gromadce dzieci wyśmiewanych.

Oj dostał nasz Jasio przeprosin niemało,
Bo wiele dzieciaków chłopca wyśmiewało,
Za grzeczny, że stopnie ma lepsze niż oni
Że nigdy nie wkłada do kieszeni dłoni,

Najwięcej dziewczynki dwie dogadywały,
Że siostrzyczki Jasia też nie wyjechały.
Wszyscy w czasie ferii gdzieś tam pojechali,
Tylko oni sami z całej wsi zostali.

W-F
Była lekcja W-Fu i w siatkówkę grali,
Chłopcy się nawzajem po nogach kopali.
Nieraz wuefista też nie zauważył,
Który chłopak kogo i czemu uraził.

Dziesięć minut było do dzwonka na koniec,
Dyrektor znak daje wyciągnąwszy dłonie.
Więc wszyscy w szeregu i na baczność stają,
Dyrektorskich uwag wysłuchiwać mają.

Ale On nie mówi, kto z nich ma mniej siły,
Tylko czyje ręce nieuczciwe były.
Kto komu źle podał, podać miał innemu,
Kto źle się zachował, niech tu powie, czemu.

Przyznać się bez kłamstwa, koniecznie przeprosić,
A krzywd nie powinny dzieci w sercach nosić.
Przebaczyć należy, gdy winny poprosi,
Z problemem żyć trudno i źle się go nosi.

Jasio bardzo dobrze dzisiaj sobie radzil,
On dobre oceny z siatkówki gromadził.
Na dworze bielutkim śniegiem posypało,
Więc zjeżdżali z górki drugą lekcję całą.

DRUGIE ŚNIADANIE
Dyrektor powiedział-tlenu wam potrzeba,
A promyki słońca biegną do was z Nieba.
Gdzie duszno tam sennie,  okna otwieramy,
I wszyscy jak jedno dziecko pobiegamy.

I każdy zjeść musi chociaż kromkę chleba.
Bo umysłom także posiłku potrzeba.
Zatem do stołówki na drugie śniadanie,
Kto nie ma, ten w szkole posiłek dostanie.

I każdy dostaje duży kubek mleka,
Lecz co drugie dziecko od niego ucieka.
Pan dyrektor rzekł im, że to dary Boże,
Więc marnować mleka nikt z dzieci nie może.

I kazał każdemu lać pełen garnuszek,
A niektórym lepiej odcedzić kożuszek.
A ci, którzy mleka nie bardzo lubili,
Jakoś chętniej dzisiaj porcję swą wypili.

Czy smaczniejsze było, czy ładniej pachniało,
Tego się zrozumieć dzieciom nie udało.
A kto chciał, mógł dostać i dolewkę małą,
Żeby się z posiłku nic nie zmarnowało.

Sam Dyrektor lał dziś mleczko do garnuszków
I bronił wyrzucać od chleba okruszków.
Tłumaczył, że żywność jest od Boga darem,  
A za marnowanie On wymierza karę.

Nawet czerstwy chlebek, gdy go się umoczy,
Można zjeść, lecz po to są rozum i oczy.
Kromek wziętych z domu nie wolno marnować,
Ani gdzieś do szafek przed mamą nie chować.

Choć mama nie widzi, przed Bogiem nie schowasz,
Więc spuściła oczy dzieciaków połowa.
Bo jedni jak rzekli, zjeść kiedy nie mieli,
A inni z czym innym kanapkę mieć chcieli.

Zatem z dżemem, serem czy jakąś wędliną,
To być marnotrawstwa nie może przyczyną.
Jeśli go rzucają ręce marnujące,
Zatem niszczą także rodziców pieniądze.

 LEKCJA WYCHOWAWCZA
Jest lekcja wychowawcza, dzieci roześmiane,
Bo przecież na tej lekcji nie będą pytane.
Z ćwiczeń gramatycznych ani z ortografii,
I zdań, bowiem składać nie każdy potrafi.

Lekcja wychowawcza to tylko rozmowa,
Do tego po co komu jest uważna głowa?
Tak myślą, a Pani na okno spogląda,
Dwa mizerne kwiatki dokładnie ogląda.

Więcej tam nie było, bo pousychały,
Gdyż dzieci po prostu nie popodlewały.
Jeden dzień, drugi, piąty, aż listki straciły
A woźne je po prostu kiedyś wyrzuciły.

Pani jakby wiedziała zadając pytanie,
Kto wie, do czego służy kwiatów podlewanie.
Padają odpowiedzi: Żeby ładnie rosły!
I żeby po zwiędnięciu też do siebie doszły!

Żeby puściły pączki i zakwitły sobie,
A czemu służą kwiatki? A klasy ozdobie!
Czy dzieci podlewały? Nie? A to dlaczego?
Czy w klasie brakło wody, czy coś bardziej złego?

Czy może to lenistwo dyżurnego było?
Czy się coś gorszego dzieciom przytrafiło?
Czyżby wszyscy dyżurni pracy nie lubili?
Że małe biedne kwiatki wkrótce ususzyli?

Leniuszki? Więc konkretnie czyja wina była?
Która para dyżurnych pracy nie lubiła?
Roślinek nie napoić? A co by to było,
Gdyby się przez dni kilka także nic nie piło?

To pić by się wam chciało? A co z roślinkami? 
 Gdy ich się nie podlało, to co z listeczkami?
Powiędły? Wkrótce uschły? Nikt się nie zlitował?
Nikt schnących w klasie roślin wodą nie ratował?

Nie dostrzegł? A to przecież żyjące istoty,
Choć prosić nie potrafią, też mają kłopoty.
Listeczki się zakurzą, pył zasłoni pory,
W doniczce stara ziemia, to problem dość spory.

Przy tym i pić nie dają. A co Pan Bóg na to?
Z grzejnika ciepło bije, a gdy przyjdzie lato?
Przez okno słońce praży, więc biedna roślina,
Nawet nie może płakać, choć cierpieć zaczyna.

A Pani opowiada, że Pan Bóg na Niebie,
O wszystkich myśli oraz wspomaga w potrzebie.
Lecz pomoc ludzka pilna we dnie oraz w nocy,
Bo wszystko co stworzone wymaga pomocy.

I pięknie opowiada o ptakach, zwierzętach,
I o tym, że roślina też coś tam pamięta.
Poznaje dobrych ludzi, którzy ją hodują
I u nich się rośliny bardzo dobrze czują.

A Pan Bóg z Nieba patrzy, Anioł Stróż notuje,
Jak człowiek w jakiej chwili i jak postępuje.
Z zaniedbań się spowiadać zawsze będzie trzeba
I szczerze pokutować przed wejściem do Nieba.

Zatem na jutro każdy kwiat da klasie szkolnej
I dbałości o kwiaty też dostanie kolej.
Bo musi tu być ładnie, zdrowo i wesoło,
Aby w przyjaźni każdy żył sobie ze szkołą.

Bo szkoła wiedzę daje, a to bardzo ważne,
Uczone dzieci będą mądre i rozważne.
A psoty do kieszeni, bo nie są potrzebne,
Złe cechy zachowania też nie są chwalebne.

Tak Pani powiadając pół lekcji straciła 
A do przerwy los ptaszków zimą wyłożyła.
Nawet o biednych było i czasu zostało,
By się za tą niedbałość Boga przebłagało.

Nazajutrz każde przyszło z jakimś kwiatkiem w dłoni,
A Jaś niósł najładniejszy kwiatek pelargonii.
I z Panem Dyrektorem karmnik budowali,
Pan Sołtys dał ziaren, by ptaszki dokarmiali.

Dziewczynki wycinanki na oknach kleiły
I w trzy dni pięknie klasy wszystkie ozdobili.
Na oknach kwitły kwiaty i było zielono,
Nawet podwórko szkolne czysto zamieciono.

I ZDROWIE TAKŻE WAŻNE
Dyrektor kazał zbadać, czy wszystkie dzieci zdrowe,
Zatem przyjechał doktor dziś do szkoły owej.
I pani higienistka główki posprawdzała,
Czy się wesz jakaś w włosy komuś nie wplątała.

Czy wszystkie dzieci czyste, bo brud złym jest znakiem,
Czy jest się małym brzdącem czy sporym dzieciakiem,
Pan doktor wszystkich zbadał i wszystkich zmierzono,
I do kontroli zębów dzieci zawieziono.

Kto chory, do leczenia, zęby do naprawy,
Ząb każdy ma być cały, źle gdy jest dziurawy.
By wszystko było dobrze, szczotka, pasta, woda,
I lekcja jak myć zęby, by buzia była mloda.

Wyleczyć chore zęby i w ławkach prosto siedzieć,
Myć się, gimnastykować, i o zdrowiu wiedzieć.
Oj, sporo spraw tu było, pracy dla doktora,
Bo zima i o zdrowiu myśleć wielka pora.

Jasieńka do dentysty natychmiast skierowano,
Dwa zęby się ruszały, prędziutko je wyrwano.
Na jutro miał pokazać krótkie u nóg paznokcie
Dobrze wyszorowane kolana oraz łokcie.

A zabrudzone książki,  w książkach ośle uszy,
To świadczy co gra dzieciom miast pilności w duszy.
I kto papierek rzuci, zamiecie szkołę całą,
I kłamać się nikomu nie będzie udawało.

A kto inaczej myśli ogromnie się zawiedzie,
Łobuzów posadzono zaraz na samym przedzie,
Najwięcej ich pytano, tak że nie mieli chwili
Na żadne rozrabianie, toteż uważni byli.

MAŁY WYPADEK
Przerwa- Pan Dyrektor wędruje wśród dzieci,
Spogląda, bo jakaś żarówka nie świeci,
I jakiś obrazek odpiął się z gazetki,
A szpilka utkwiła w sweterku Arletki.

Wziął ją ze sweterka i przypiął obrazek,
A tu właśnie popchnął Jasia w pełnym biegu Kazek.
Jaś padł na wieszaki, nabił sobie guza,
Pan patrzy, a chłopcu drży od bólu buzia.

Pan przytulił chłopca, dłoń kładzie na czole,
Gani Kazia, albowiem uważa się w szkole,
Zwolnił uścisk Jasia, wracaj do zabawy,
Ból przeszedł, jak gdyby nie było tej sprawy.

Lecz Kaziu przeprosić ma Jasia, dłoń podać,
Jaś musi przebaczyć, aby była zgoda.
Nie wolno się gniewać, to nie po Bożemu,
Zło zdarzyć się może zawsze i każdemu.

Więc uważać trzeba, od tego jest głowa,
A w niej myśl uważna i decyzja zdrowa.
Nawet małe dziecko grzeczne być powinno,
A Kaziu choć zbroił, minkę miał niewinną.

Zatem Pan ofuknął, że kłamstwo jest grzechem,
Inne dzieci miały z tej sprawy uciechę.
Więc też się dostała im wszystkim nagana,
Że z tej ranki w duszy będzie większa rana.

Jeśli się jej zaraz nie zgoi miłością,
Tylko się podsyca problem większą złością.
Więc zawsze pomagać lecz mądrze należy,
Bo miłość do Boga obok ludzkiej leży.

ORTOGRAFIA
Jest lekcja polskiego, sprawdzian z ortografii,
Nie każdy bez błędów napisać potrafi.
słowa wyszukane, niełatwe zadanie,
Lecz trzeba porządnie pisać każde zdanie.

Anetka z Małgosią na sposób się wzięły,
Podręcznik pod ławką otwierać zaczęły.
Ściąga to rzecz ważna, ale nieuczciwa
I na tym się często niestety, przegrywa.

Nowa Pani, która lekcję prowadziła,
Idąc w drugą stronę wnet się odwróciła.
Widząc to, podręcznik spod ławki zabrała,
I nowe dyktando im podyktowała.

A dziewczynki, które nieuczciwe były,
Pomimo, że zaraz Panią przeprosiły,
Słusznie napisać miały tekst zupełnie nowy,
Bo kłamstwa nie wolno dopuszczać do głowy.

PIERWSZE PODEJRZENIA
Matematyk wraca, polonistka chora,
Dyrektor ją posłał zatem do doktora.
Nie chce jej uzdrawiać nawet cichuteńko,
Abyś więcej lekcji miała tu Mateńko.

Zatem dziś z polskiego lekcję poprowadzi,
Ona sobie świetnie w tej kwestii poradzi.
Siedzą w ławkach dzieci i lekcji słuchają,
Kiedy kreskowane "Ó" z czym wymieniają.

Nagle z trzeciej ławki szepce ruda Gośka,
Ta Pani sukienkę ma jak Matka Boska.
Jaś usłyszał, spojrzał, w zeszycie przewraca,
Na Jej inicjały dziś uwagę zwraca.

Matka Boska? Właśnie! Więc jak się nazywa?
Czyjeż to nazwisko ten inicjał skrywa? 
Lecz Pani na ustach palec położyła
I dalej spokojnie lekcję prowadziła.

Starał się uważać, lecz nie wychodziło,
W książce miał obrazek i coś go dziwiło.
Potem się na przerwie bez słowa przytulił,
Całkiem jak do swojej kochanej mamuli.

I Pani serdecznie Jasia przytuliła,
Aż jakaś dziewczynka mu pozazdrościła,
Więc także przybiegła i się przytuliła,
wkrótce całą klasa Panią otoczyła.

BIOLOGIA
Na biologii była budowa zwierzaka,
A wiedza o kościach przy tym jako taka.
Co z czym, a dlaczego tego nikt nie wiedział,
Chociaż to powtórka, każdy cicho siedział.

Dyrektor nakazał przynieść plastelinę,
I wszyscy lepili przeróżną zwierzynę.
Lecz nie tak jak lepią to dzieci z przedszkoli,
Tylko jak Dyrektor budować pozwoli.

Budowali kości, każdą ich warstewkę,
Z wyjaśnieniem czemu, staw, jego pochewkę,
Gdzie jest jakiej tkanki dlaczego i ile,
Gdzie żyłka, nerw jaki co w przodzie co w tyle,

Cała lekcja zeszła, lecz kota złożyli,
Tylko siłą ludzką go nie ożywili.
Bo to anatomia, nie sztuka stwarzania,
I to nie ten temat był do rozważania.

Pan Dyrektor kazał posadzić na szafce,
Dać miskę do mleka zrobionej zabawce,
By było im miło, że sami zrobili,
Przy czym się budowy zwierząt nauczyli.

Nikt się nie domyślił, Kto ich tego uczy,
Kot taki, że mało do ucha nie mruczy,
A ktoś go kokardką na szyi ozdobił,
I dopisał kto go i dlaczego zrobił.

LENIUCHÓW ZNAJDZIEMY
Program W-F u bardzo jest wymagający,
I każdy jest po nim zmęczony i śpiący.
Bieg, skoki, przeszkody, kozioł i drabinki,
Piłka nożna, ręczna, na przerwie śnieżynki,

Lecz nie wszystkim chce się ćwiczyć i udają,
Że coś im się stało i gorzej się mają.
W-Fista skarży-pół klasy nie ćwiczy
I dwanaście osób niby chorych liczy.

Idzie Pan Dyrektor. Stawać mi w szeregu!
Ten tu i ten na bok, a reszta do biegu!
Ty skakać nie możesz, wy wszyscy skaczecie,
A wy trzej przez kozła skakać nie umiecie.

Obniżyć mu nogi, za wielki dla tego,
Który nie osiągnął wzrostu właściwego.
Teraz spróbuj. Można? Nie wszyscy to lenie,
Lecz niezdrowe bywa w bezruchu siedzenie.

Teraz piłka nożna. Kto tego nie umie,
Niech patrzy i słucha, zasady zrozumie.
A potem spróbuje, jeżeli się uda,
Powiemy, że w piłce też mogą być cuda.

Dyrektor z WF-istą omówił każdego,
Aż on się zadziwił, skąd zna tego-śmego,
Jeśli tu nie mieszka, tylko tylko kawał drogi,
Skąd wie, jakie czyje ręce oraz nogi?

I jakie ćwiczenia dla kogo być mają,
Jeśli lekarze zaleceń nie dają,
Dyrektor go uczył rozpoznawać wady,
By mogły być sprawne dzieciaków gromady.

Lecz lenistwo było najważniejszym grzechem,
Ono sie odbiło niesprawności echem,
Zatem jak odróżnić i zganić takiego,
Oraz jak poprawić sprawność u chorego.

I tak po kolei im się poprawiało,
I wiele radości wszystkim to sprawiało.
Nawet chore dzieci troszeczkę ćwiczyły,
Żeby zdrowe części także sprawne były.

Dyrektor wyjaśnił jak z kim ćwiczyć trzeba,
A po lekcji wszyscy zjedli kromkę chleba.
Dzieci piły soczek z marchwi i jabłkowy,
Który jest pożywny i nadzwyczaj zdrowy.

MATEMATYKA
Z rachunkami nie jest bardzo prosta sprawa,
Zwłaszcza gdy jest głowa śpiąca i niemrawa.
Ale rachunkowość jest domeną Boga,
I nie wolno widzieć w tym przedmiocie wroga.

Najlepszym rachmistrzem jest Bóg Trójjedyny,
Zna matematyki najmniejsze drobiny,
I te, których ludzkość jeszcze nie odkryła,
Bo by żadnym sprzętem ich nie wyliczyła.

Ale dzieci w szkole mają tylko kilka wzorów,
Jak w pudełku kredek dwanaście kolorów,
Zatem nie narzekać, lecz uczyć się trzeba,
By z matematyką podskoczyć do Nieba.

I  krótką historię dzieciom powiedziała,
Gdzie matematyka ludziom się przydała:
Do budowy domów, do maszyn składania,
I do samochodów różnych wytwarzania,

Samolot to sama jest matematyka,
Gdzie jedno z drugiego w porządku wynika.
Gdyby tylko jedno trochę źle liczyli,
Nigdy i rakiety nie nie odpalili.

Nie byłoby mebli, nie byłoby chleba,
Bo trzeba wyliczyć ile mąki trzeba,
jak napalić w piecu, żeby dobrze było,
I żeby się ciasto czasem nie spaliło.

A lekarstwa to super jest poważna sprawa,
Tu matematyka i chemia się spawa.
A jeszcze biologia w zdrowiu się zazębia,
I wszystko się w jeden ogromny wzór skłębia,

Który tylko Bóg zna, bowiem wszystkie sztuki,
Które poznał człowiek to Boże nauki.
Nim stworzył człowieka, znał je doskonale,
Łącząc je wyliczył najmniejsze detale.

Czego człowiek nigdy wyliczyć nie zdoła,
Czego nie nauczy ludzi żadna szkoła,
Bóg to znał od zawsze oraz jeszcze więcej,
A to co zna człowiek, to drobinka nędzy.

Zatem to co szkole dają do uczenia,
Powinno być proste dla każdego lenia,
Bowiem to jest szczypta tylko według tego,
Czego Pan Bóg użył to dzieła swojego.

To, co w szkole to jest jak klocek do góry,
Jak niskie są tylko wież najwyższych mury,
A jak jest do nieba, też jest obliczone,
W pięknym porządku wszystko ułożone.

Toteż szkoła to jest tylko cząstka wiedzy,
Tak jak w świecie całym od miedzy do miedzy,
A reszta nieznana, jeszcze nie odkryta,
Która do skończenia nie będzie zdobyta,

Zatem drogie dzieci-Pani powiedziała,
Książka którą macie, to nauka mała.
Zatem nikt nie zrzędzi, że uczyć się trzeba,
Bowiem za lenistwo nikt nie kupi chleba.
 
NA CHEMII
Chemia to jest taka przedziwna nauka,
Która sama ludzi i przedmioty szuka.
Bo wszystko co w chemii w cały świat się składa,
I jedno wraz z drugim we wzory układa.

Tylko, że chemicy wzory wymyślili
I biednym dzieciakom pracy narobili,
Bo po co im tlen jest, po co magnez, wanad,
I Mendelejewa tablica już znana?

On nie miał co robić tylko to układał?
Kto mu za pokutę coś takiego zadał
I teraz się wszyscy uczą tej tablicy,
A jeszcze coś z czymś tam w pierwiastkach się liczy.

Sprawy to za trudne, dzieci ich nie znają,
I ze zrozumieniem spory kłopot mają,
Łatwiej by budowlę z klocków ułożyły,
Niż jakieś reakcje dziwne wyliczyły.

Pani powiedziała, że to nie jest łatwe,
Oraz że rozumie nadąsaną dziatwę,
Ale szkolny program chemię przewiduje,
I każdy zrozumie, jeśli pilność czuje.

Z maluśkich atomów cały świat się składa,
I chemik dzieciakom prawdę opowiada,
Bo zanim chemicy pierwiastki odkryli,
Aniołowie za nie Boga wysławili.

BALIK SZKOLNY
Karnawał na świecie, wszyscy tańczą, skaczą,
Wesołe zabawy sobotnie dni znaczą.
Nim przebiegły ferie, nim dzieci wróciły,
Panie na zebraniach rodzicom mówiły,

Że trzeba baliku, lecz przebieranego,
Żeby się dzieciaki ucieszyły z tego.
Zatem bal być musi, każdy się przebierze,
Muszą być księżniczki, lekarz i rycerze.

Kto chce być wróbelkiem, kto chce pieskiem, kotkiem,
Kto piekarzem, który piecze ciastka słodkie.
Może być kominiarz oraz czarownica,
Która Jasia z kostek po mięsie wylicza.

Ale pan dyrektor w sanatorium leczy
Przewlekłe choroby i bolące plecy.
Dyrektor zastępca wziął program baliku
I zrobił poprawek niemałych bez liku.

Owszem, balik będzie, będą przebierańce,
Wesoła muzyczka oraz piękne tańce.
Będzie rycerz, panna w sukience do ziemi,
I mały osiołek z uszami wielkimi,

Jabłuszko i  gruszka co ma krasne pąsy
I kot co wielkie wyjątkowo wąsy,
Może być kapusta i krasnal Podziomek
I żółwik co nosi na plecach swój domek,

By było wesoło, zatem pies goniący
I rudych wiewiórek pięć uciekających.
Sum, kwiatuszków kilka, struś setką pędzący,
Koniecznie krokodyl paszczęką kłapiący,

Konik też być musi i lwisko grzywiaste,
Które zamiast mięsa jada kosze ciastek.
Tygrys z trawą w zębach, bo krzywdzić nie wolno,
Sarenka co ściga owieczkę swawolną.

A pomiędzy nimi aniołków gromada,
Z których każdy bajkę piękną opowiada,
Inne nucą śliczne piosenki o wiośnie,
Bo za oknem zimno, więc ma być radośnie.

Ale ani jednej brzydkiej czarownicy
i nikogo kto się w brzydkich sprawach ćwiczy.
Rycerz jeśli będzie, musi maszerować,
A nie między dziećmi mieczem manewrować.

Kominiarz koniecznie, lekarz i ogrodnik,
Który ma łopatkę w kieszeni od spodni,
Pan pilot, kolejarz i inne zawody
I sędzia co ludzi nakłania do zgody.

Żadnego diabełka także być nie może,
I wichru co domy przewraca na dworze.
Ni Królowej Zimy co hula na dworze,
Ni żadnych niemiłych ludzkim oczom stworzeń.

Więc problemu wiele, było przed balikiem,
Lecz Kapturek może wędrować z koszykiem.
Może być Dziewczynka z koszem z zapałkami,
W nagrodę dostanie kosz z czekoladkami.

Złota Rybka wcale wszystkiego nie daje,
Lecz omawia z ludźmi dobre obyczaje.
Dyrektor przebrany za pana doktora,
Posłucha w słuchawkach czy dusza jest chora.

Będzie miał lekarstwa w ciasteczkach ukryte,
I będą napoje różne smakowite.
Skąd ma być orkiestra? Nie powiedział tego,
Tylko że załatwi sam coś wspaniałego.

Więc przybyli wszyscy i zdrowi i chorzy,
Wszystkich wita Pani w sukni z pięknej zorzy.
Stanęli w podziwie- skąd Panią ją wzięła?
A jaka krawcowa zna się na tych dziełach?

A można jej dotknąć? O! jak mgiełka zwiewna!
Jaka Pani piękna, całkiem jak królewna!
Wołają dzieciaki. - Nie! To jest Królowa!
Czemu Pani  włosy pod welonem chowa?

-Kiedyś wszystkie damy tak się ubierały.
I wszystkie na włosach piękne czepce miały.
Co jeden piękniejszy, bo tak być powinno,
Być piękną jak kwiatek i jak łania zwinną.

Więc mamy, co dzieciom rosół gotowały,
Prędziutko do domu przebrać się biegały.
Jakieś sukieneczki w szafach znajdowały,
Szaliczki, firanki do nich dopinały,

Upięły na skroniach chusteczki stylowo,
Skoro nawet Pani jest z nakrytą głową,
A jakoś tak dziwnie się poukładało,
Że choć się w pośpiechu wszystko upinało,

Wyszło tak przepięknie, że dech zapierało,
Jakby się kawałek nieba otwierało.
Każdy dostał jakiś cudowny cukierek,
Owinięty w srebrny jak gwiazdka papierek,

Po którym nikomu broić się nie chciało,
Każde dziecko dąsów swoich zapomniało,
Śpiewali, tańczyli, czuli się jak w Niebie,
Jedli najsmaczniejsze warzywa na chlebie,

A kelnerzy jacyś nieznajomi byli,
Niosąc tace pięknie piosenki nucili.
Jasiowi się zdało, że widzi Anioła,
Co z dwoma tacami tańcuje dookoła,

Z tacy samo spływa dzieciom na talerze,
A one gdy mówią, każde słowo szczerze.
Pan Dyrektor rządzi balikiem jak tato,
Dodając zapachu w klasie wszystkim kwiatom.

A gdy już męczenie znać o sobie dało,
Prędko się calutką szkołę posprzątało.
Stanęli w szeregu, Boga pochwalili,
I wieczorny pacierz wspólnie odmówili.

Dopiero rozeszli się wraz z rodzicami,
Niosąc reklamówki z pięknymi strojami.
A Pani wraz z Panem długo w progu stali
I za idącymi dziećmi spoglądali.

NADCHODZI GROMNICZNA
Rozbierać choinki, Gromniczna nadchodzi,
Pani dzisiaj ślicznie uśmiechnięta chodzi.
Sukienka srebrzysta, błekitna jak z mgiełki,
Zdaje się, że błyszczą srebrzyste perełki.

Przynieśli pudełka, kolędy śpiewają,
I bombkę po bombce w pudłach układają.
Zdjęli stajeneczkę, Pani obmyśliła,
Ażeby ta sprawa uroczystą była.

W maleńkiej procesji spod drzewka wyniosą,
I jeszcze o Łaski Dziecię Jezus proszą.
A potem obetrą z kurzu części wszystkie,
I będzie schowanie Szopki uroczyste.

Kto był u Komunii, pójdzie do Spowiedzi,
Tych Pan Jezus chętnie serduszka odwiedzi.
Tak wielkiej kolejki w kościele nie było,
Gdy się większość uczniów razem ustawiło.

Proboszcz wraz z wikarym wiele pracy mieli,
Bo wszyscy się nagle wyspowiadać chcieli.
I z każdego domu gromnica płonęła,
Jakby sama z Nieba do ręki sfrunęła.

Pierwszokomunijnym świece poświęcono,
Które po Mszy Świętej do pudeł włożono.
Żeby zaczekały do uroczystości,
Która będzie dla nich dniem wielkiej radości.

Pani w pierwszej ławce podczas Mszy klęczała,
I pilnie kazania jak nikt z nich słuchała.
Całą Mszę tak nisko pochylona trwała,
Jakby jednej kostki w ciele swym nie miała.

Dziwnie było z księdzem, co był przy ołtarzu,
Bo stał z jakąś dziwnie rozjaśnioną twarzą.
Nawet go niektórzy na pół poznawali,
Bo się Dyrektora dostrzegać zdawali.

Nic nie rozumiejąc bardzo się dziwili,
O co chodzi Boże? Powiedz nam, prosili.
Kapłan się uśmiechnął, przyjdzie czas tej chwili,
Gdy nas zobaczycie, parafianie mili.

Innym się zdawało, że klęczał wśród ludzi,
Może wyobraźnia się w niektórych budzi.
Lecz się jakoś dziwnie im wszystkim składało,
Że się nic konkretnie odróżnić nie dało.

Jaś klęczał przy Pani i mu się zdawało,
Jakby coś świętego od Niej promieniało.
Patrzył i się dziwił niemalże Mszę całą,
Ale też nic mu się wykryć nie udało.

WIRUSÓWKA
Jakaś wirusówka w szkole zawitała,
I połowa uczniów się rozchorowała.
Matka Boska prosi-pomóżmy im Synu,
Zanim się kolejne choroby rozwiną.

Dobrze, lecz dotkniemy, dzieci wyzdrowieją,
A ludzie pomyśleć logicznie umieją.
Już coś tam kojarzą, choć my się kryjemy,
Bo dziś oficjalnie być tu nie możemy.

Myśmy pośród ludzi już w świecie mieszkali,
Lecz Mnie ani Ciebie wtedy nie poznali.
Do przyjścia na Końcu zapas czasu mamy,
Lecz na prośbę dziecka dziś im pomagamy.

Ugotuj im ziółek, daj jako lek dobry,
Ja pobłogosławię, bo jestem Bóg szczodry.
I niby od ziółek, lecz cud ukryjemy,
Wszystkie dzieci razem zdrowiem wspomożemy.

Zatem jak rzekł Syn Jej, w szkole mięta była,
Którą Matka Boska w garnku zaparzyła.
Syn przyszedł do kuchni, gar pobłogosławił,
Przy czym Boga Ojca oraz Ducha wsławił.

Potem dano dzieciom płyn błogosławiony,
Kto chory nie wiedząc, został uzdrowiony.
Zaś zdrowi od chorych się nie zarazili,
I wszyscy do domu już zdrowi wrócili.

Tylko...wirusówka już po wsi krążyła
I połowa ludzi już się zaraziła.
Zatem gdy dzieciaki w domu powiedziały,
Że po zwykłej mięcie nagle wyzdrowiały,

Przyszły tłumy ludzi-dajcie tej herbaty,
Dla babci, dla dziecka, dla mamy i taty,
Mięta nam się kończy, co tu robić, Synu?
Cóż? Rozmnożę cicho, niech bóle przeminą.

I było cichutkie zioła rozmnożenie,
I nieoficjalne z chorób uzdrowienie.
A ludzie domyślni przychodzić zaczęli,
Bo inne choroby także w sobie mieli.

Zatem Matka Boska poszła do apteki,
Żeby z ziół wykonać im potrzebne leki.
Ale przed wydaniem Syn przeżegnał zioła,
A ludźmi już była oblepiona szkoła.

Matka ułożyła paczki w różne kosze,
Ludziska dawali za te leki grosze,
Bowiem co ukryte, ukrytym zostanie,
Więc się nikt domyślić nie był nawet w stanie.

Ludzie w różnym czasie po ziołach zdrowieli,
I Nauczycielkę za lekarkę mieli.
Ukrytym zostało jaka prawda była,
Że ich Boska ręka cudem uzdrowiła.

Zaś zdrowienie w czasie tymże się różniło,
Ile dobra w którym człowieku się kryło.
Ci o dobrych sercach, którzy Bogiem żyli,
W bardzo krótkim czasie chorób się pozbyli.

POPIELEC
Wkrótce po Gromnicznej w dacie jest Popielec,
Już nie ma choinek i szopki w kościele.
Z cierni i fioletu stroik ułożono,
Wypchanego kura z wystaw pożyczono.

Bo kogut wyraża w ludziach żal za grzechy,
Pokuta zawitać ma pod wszystkie strzechy.
Pani jest poważna, Pan mniej uśmiechnięty
Tłumacząc, że czas jest poważny i święty.

Popielec jest wstępem do Postu Wielkiego,
Przed rocznicą Męki Syna Człowieczego.
Wchodzi czas pokuty i zdwojonej pracy,
To wiele dla ludzi w całym świecie znaczy.

W dniu tym jest post ścisły, zatem mówić w domu,
Ażeby pychotek nie dawać nikomu.
Mięsa ni rosołku, lecz suchą bułeczkę,
Rozkroić i włożyć w nią dżemu troszeczkę.

Na obiad ziemniaczki olejem polane,
I jakąś jarzynką są uzupełniane.
W ten dzień nikt nie doje, lecz mu nie zaszkodzi,
Bo czas się umartwiać, jeśli Post nadchodzi.

Pani fioletową suknię nałożyła
I ciemną fryzurkę czepeczkiem przykryła.
Pan spoważniał bardzo, jakby coś bolało,
I siadł, jakby Mu się pracować nie chciało.

Ale wszystko widzi, problemy dostrzega,
Tylko, że radośnie jak zwykle nie biega.
Dziś modlitwa dłuższa i ekran na ścianę,
Aby Gorzkie Żale były zaśpiewane.

A wieczorem gdy było lekcji zakończenie,
Rozległo się z wieży kościelnej dzwonienie.
Dzwon i sygnaturka dały smutne tony,
Bowiem czas radości został zakończony.

Kościół się wypełnił, niemal mury trzeszczą,
Czy się parafianie wszyscy na Mszy zmieszczą?
Proboszcz jest zdziwiony, jak to się złożyło?
Nigdy takich tłumów w kościele nie było.

Do głów posypania szli wszyscy pospołu,
Dla Pani i Pana zabrakło popiołu.
Ludzie tak się pchali, że też nie widzieli,
Czy ci dwoje głowy posypane mieli.

Nikomu by nawet do myśli nie doszło,
Że tych dwoje po akt pokutny nie poszło,
Że to przecież dwoje tych najświętszych z Nieba,
A im posypania popiołem nie trzeba.

A popiołu zbrakło dla gromady ludzi,
Bo nigdy tłum taki pokuty nie wzbudził.
Proboszcz im obiecał dopełnić w niedzielę,
Zwykle zostawało, więc przywiózł niewiele.

Pan pomyślał, że da im popiołu z Nieba,
Chociaż dał, ich dwojgu pokuty nie trzeba.
Ale jak ksiądz poszedł patenę odstawić,
Patrzy-stoi torba-kto ten dziw mógł sprawić?

Mili parafianie-ja nic nie rozumiem!
I wyjaśnić tego naprawdę nie umiem.
Wziąłem cały popiół, więcej go nie było,
A tu pełna torba! Jak to się złożyło?

GORZKIE ŻALE
Pierwsi w ławkach siedzą pedagodzy nowi,
Widać, na coś cierpią, znak, że nie są zdrowi.
Grypa ich dopadła czy korzonki bolą,
Różnie ludzie myślą nad ludzką niedolą.

Lecz się nie dowiedzą, jeszcze im nie dane,
Żeby tajemnice były ujawniane.
Pan przeżywa cicho znów cierpienie swoje,
A pani wspólcierpi, tak cierpią we dwoje.

Dzieciakom jest smutno, bo ich polubili,
Chętnie by im lekarsw jakichś nakupili.
Ale Pan powiedział, że nic nie potrzeba,
Cierpienie o czasie odejdzie do Nieba.

Nic nie zrozumieli, ale posłuchali,
No i Gorzkie Żale pięknie zaśpiewali.
Pan słuchał uważnie i do serc zaglądał,
I bardzo zajęty tą sprawą wyglądał.

Pani obok Niego pobożnie klęczała,
I dzieciakom kręcić się nie pozwalała.
Brała w dłonie rączki byle jak złożone,
Wskazując jak muszą zostać poprawione.

A gdy ksiądz Najświętszy Sakrament podnosił,
Pan jakby o chwilę tą od dawna prosił.
Tak się rozpromienił, aż ludzie widzieli,
więc jeszcze pobożniej w tej chwili klęczeli.

Niektórzy już czuli, że mają Świętego,
Lecz poznać nie mogli, jakie imię Jego.
Pan im cichym gestem nakazał milczenie,
Nie dziś, nie tą drogą ma być ujawnienie.

Pan sam zdecyduje, ale nie w tej chwili,
Więc milczcie gdy każe, przyjaciele mili.
Jasiek szedł z kościoła trzymając dłoń Pani,
Pan jego siostrzyczki wiódł swymi rękami.

Rodzice prosili na kromeczkę chleba,
Lecz ci powiedzieli, że dziś nic nie trzeba.
Przyjdą może jutro, zjedzą i śledzika,
Albo zalewajki, co z postu wynika.

Przyszli jak mówili, skosztowali śledzia,
Lecz Kogo goszczono, nikt w domu nie wiedział.
W tym dniu dom był jakiś ponad uroczysty,
Choć zawsze był skromny, pobożny i czysty.

NA KŁOPOTY GOSPODARCZE TEŻ SIĘ ZNAJDZIE RADA
Sadownikom jabłek nie chcieli brać w skupie,
Wysypali zatem i leżą na kupie.
Pojechał Dyrektor porozmawiać z nimi,
Nie wolno tak robić z darami bożymi.

Zatem niech je zbiorą, przywiozą do szkoły,
By zjadł je ze smakiem tłum dzieci wesoły.
 Rozdać przed kościołem w niedzielę do Sumie,
I niech wynagrodzi dar kto i jak umie.

Dzwoni do proboszczów zaraz z dekanatu,
By zorganizować i pokazać światu,
Że można gdy trzeba wspomóc sadownika,
Bo czyn ten z miłości bliźniego wynika.

Więc jabłek przywieźli ciężarówek parę,
Nie wiadomo, co tu zrobić z takim darem.
Pani z mamusiami naradę zrobiła
I wieś wszystkie w soki i dżem przetworzyła.

W niedzielę po Sumie rozdawanie było,
A wielu za jabłka i dżem zapłaciło.
Tak zebrana suma koszt skupu pokryła,
I cena przetworów radość podwoiła.

Cukiernik szarlotkę przydźwigał do szkoły,
I jadł świeże jabłka tłum ludzi wesoły.
Nawet jedno jabłko się nie zmarnowało,
Wielu obcych ludzi soki kupowało.

Gotowaniem dżemów Pani kierowała,
Sama osobiście wszystkie doprawiała,
Lepszych nikt nie jadał jak gmina jest gminą,
A wszystko za Pana i Pani przyczyną.

Sady na tym wszystkim sporo zarobiły,
Gminne wiadomości sprawę nagłośniły,
Te pyszne przetwory wszyscy kupić chcieli,
I wszyscy zarobek na tym duży mieli.

PRZETWÓRNIA
Jasia ojciec także ma sadek niemały,
Jego też jabłuszka na rowie leżały.
Dzięki Panu także sprzedał do jednego,
Więc się poprawiło u Jasia naszego.

Pan Dyrektor poszedł z sołtysem do Gminy,
Mówić, gdzie są duże problemu przyczyny.
Skoro wieś ma sady, niech gmina pomoże,
Warto, by przetwórnia była w Nowym Dworze.

Długo nawet słyszeć o sprawie nie chcieli,
Bo by się postarać o wszystko musieli.
Sołtys już chciał czapkę kłaść i iść do domu,
Bo jak zwykle mówić o czym nie ma komu.

Ale Pan Dyrektor na krzesełku siada,
Wszystkie za i przeciw fabryczce wykłada.
Lecz "przeciw" to tylko pozornie istniało,
Bo się dwie stodoły przerobić musiało.

Mieszkańcy pomogą, a resztę da gmina,
Z pamięci wydatki wyliczać zaczyna.
Co Gmina chce zrobić w roku i dlaczego,
Lecz co się obejdzie wspaniale bez czego.

Burmistrz tak tym wszystkim czuł się zaskoczony,
Że prawie nie wiedział, w które patrzeć strony.
skąd On wie, co chcemy robić w tym sezonie,
Skąd zna plany gminne, złość w burmistrzu płonie.

Po dłuższej dyskusji wreszcie zrezygnował,
Przetwórnię owoców jakoś akceptował,
W Sanepidzie także były z tym przeboje,
Lecz ich przekonali z sołtysem we dwoje.

Fiskus się na wieść tą bardzo uradował,
Bo dojdzie podatków dla nich pula zdrowa.
Gdy panie przetwory w domach gotowały,
Mężczyźni składali szybko zakład cały.

Chyba Aniołowie im w tym pomagali,
Bo przedziwnie szybko z tym się uporali.
Nim zima odeszła, fabryczka działała,
I w wszystkich gmin jabłka różne kupowała.

Gdzie Bóg błogosławi, tam robi się samo,
I pracę tam dano wszystkim biednym mamom,
A Jasia mamusia w dziale zbytu była,
I swoim odcinkiem wspaniale rządziła.

 CHEMIK MA KŁOPOTY
Chemik dziś do szkoły przybywa zmartwiony,
Bo lisek zawitał krwiożerczy w te strony.
I chwyta mu kury, dwie kaczki zadusił,
To już trwa czas jakiś, więc zrobić coś musi.

Lecz co? Kur hodować dla lisa nie może,
A najlepsze jajka, gdy kury na dworze.
Sąsiadki też skarżą się na rozbójnika,
Bo się podkopuje także do gęśnika.

Blady strach na wioskę niczym zły czar pada,
Słychać jak pies nocą ten i ów ujada.
Wczoraj przepłakali w domu wieczór cały,
Bo się w lisie łapy kogutki dostały.

Przyszedł więc do pracy z płaczu zapuchnięty,
Koszula od wczoraj i krawat wymięty,
Żeby go Dyrektor czasem nie zobaczył,
Bo jakby się przed nim z zaniedbań tłumaczył?

A tu jakby na złość wszedł i przed nim staje,
I pyta co jest mu, z czym rady nie daje.
I tak dobrotliwie patrzy na chemika,
Że strach gdzieś się chyłkim w ucieczce wymyka.

Co robić? Powiedział. Może uratuje
Opowieść, że z tym się naprawdę źle czuje.
Może nie dostanie uwagi za krawat
Bo trapi go przecież dość poważna sprawa.

Dyrektor uważnie wysłuchał wszystkiego,
I pyta czy wieś już brała się wszystkiego.
No tak, ale jak tu wykurzyć rabusia?
Chcieli otruć, nie wziął, domyślić się musiał.

Dyrektor popatrzył w oczy chemikowi,
I pyta jak długo wieś się nad tym głowi.
I jeszcze czy poszli z tą sprawą do Boga,
Bo tam się ma rozbić każda życia trwoga.

Nie wiedział, bo oni w domu zapomnieli,
Że jeszcze tą drogę wykorzystać mieli.
Idź, daj na Mszę Świętą, niech proboszcz odprawi,
To lisek niedługo w tych stronach zabawi.

Dał też kilka kartek pieczętując dłonią,
I mówił, że one też przed liskiem bronią.
Powiesić na płotach od lasu i pola,
Wkrótce się odwróci od was ciężka dola.

Te kartki? Toć puste. Lis się ich wystraszy?
Nie szkodzi. Groźniejsze niż granat, niż grad z grubej kaszy.
Wziął je nauczyciel rozwiesił bez wiary,
Zobaczy się, mówi-Może to są czary?

I było ciekawie, co żona widziała,
Bo właśnie przez okno na pole spojrzała.
Lis podszedł do kartki i nie dotknął nawet,
Tylko zachowanie było dość ciekawe.

Odwrócił się prędko i ogon pod siebie,
I biegł od wsi prędzej niż obłok po niebie.
Nie wszedł na podwórze, nie ukradł ni ptaszka,
I już nie ujrzeli tego złodziejaszka.

CO Z TEGO WYNIKŁO?
A tylko sąsiadka na kartkę spojrzała
I kim jest Dyrektor już się domyślała.
I przyszła ze skargą, że dawno choruje,
A z kartki dłoń z Raną dziwnie pobłyskuje.

On pokiwał głową. Ot, poznali Boga.
Szukają Go kiedy doskwiera im trwoga.
Lecz kiedy przemija bywa po dawnemu,
Nie oddają chwały Ojcu Przedwiecznemu.

Lecz dłoń na ramieniu kobiety położył
I wspomniał, że ojciec jej przysięgę złożył
Bogu, lecz przysięgi owej nie dotrzymał,
Nie dziękując nawet za to, co otrzymał.

A jej się przysięga owa przypomniała,
Że kiedy niewie latek jeszcze miała,
Była ciężko chora, na śmierć jej się miało,
A ojcu na dziecku bardzo zależało.

Obiecał iść pieszo aż do Częstochowy,
Byle tylko dzieciak przeżył i był zdrowy.
Dziecko wyzdrowiało, tato nie dopełnił,
Poprzysiągł i tego co rzekł, nie dopełnił.

Córka mu wyrosla, ale słaba była,
I tak kwękająca po świecie chodziła.
Gdy więc jej przypomniał, ścięło ją jak batem,
Skąd wie i co musi ona zrobić zatem?

Pójść w imieniu ojca? Kiedy ruszać może,
Kiedy taka chora i zimno na dworze?
Jeśli się ubierze i w drodze nie śpieszy,
Dojdzie i dopełni i Boga ucieszy.

Już w rozmowie czuła, że się poprawiło
Zatem trzeba ruszać, by się dopełniło.
Przyszła do sąsiadki, Jasiowej mamusi,
By dojrzała zwierząt, bo ona pójść musi.

Trzy dni nie minęły i już w drodze była,
Szła wolno, wytrwale i pieśni nuciła.
Doszła po dniach kilku, Boga przeprosiła,
Spowiedź odprawiła i już zdrowa była.

NIE UKRYŁO SIĘ
Dobro się poznaje, choć nie każdy wierzy,
Tym bardziej, że złe się zawsze obok szczerzy.
By zaprzeczyć dobru i ludzi omamić,
Że wszystko co mają muszą zrobić sami.

Nikt nie wiedział kiedy Pan śpi, wciąż pracuje,
Wciąż między uczniami sobie spaceruje,
Tu spojrzy, zagada, pocieszy, pomoże,
A jest przy kimś zawsze, gdy ktoś westchnie: Boże!

W bibliotece także nic się nie ukryje,
Skądś wie, gdy ktoś rączek w łazience nie myje.
Kto nie zjadł śniadania, kto kłamie, że chory
Gdy w głowę nie weszły jakieś trudne wzory.

Kto kogo na schodach pchął oraz dlaczego,
I zawsze wyłoni najbardziej winnego.
Uwag nie wpisuje, sam problem załatwi
I zawsze prowadzić ku dobru potrafi.

Dzieciaki grzecznieją, miłe się zrobiły,
Pracują te, które leniuchami były,
Już nie nie symulują, że im burczy w brzuchach,
Każdy siedzi grzecznie i wykładu słucha.

Bo kto chce udawać, coś mu nie wychodzi
I Dyrektor zawsze prawdę mu wywodzi.
Zatem i w kościele coraz więcej ludzi,
Bo jakoś się wiara jakby sama budzi.

Ci, co do kościoła nigdy nie chodzili,
Jakoś mimochodem też się nawrócili.
I zawsze tam widzą Pana Dyrektora,
Chociaż to jest wczesna albo późna pora.

I zawsze jest w pracy, ale jak to robi,
Więc coś się w umysłach niezwykłego żłobi.
Coś się we wsi zmienia, oraz w gminie całej,
Już się oglądają gminy pozostałe.

Powiedz, Dyrektorze, skąd się u nas wziąłeś?
Bo zanim zastępstwo w tej szkole powziąłeś,
Było tu inaczej, mówmy- nieciekawie,
A ty zapobiegasz każdej trudnej sprawie.

Lecz wy-rzekł Dyrektor  sami to robicie,
Bo otrzymujecie, kiedy się modlicie.
Zerwane różańce żeście powiązali
I świętym obrazom przednie miejsca dali.

Spójrzcie na kolejki do konfesjonału,
I  się spowiadacie spokojnie, pomału
A nie byle prędzej, byle rozgrzeszenie,
Jak gdyby lizaków kilku dokupienie.

Więc jak się rodzice pod sklepem spotkali,
Nieraz się nad sprawą tą zastanwiali.
To nie zwykły człowiek, kto nam tu pomaga?
I kto od nas wszystkich inaczej wymaga?

Coś tu jest niezwykłe, więc się poprawiajmy,
I na Bożą Karę się nie narażajmy.
Więc figurę we wsi wreszcie odnowili,
Przy kościele płoty nowe postawili,

Dzieciom dają kromki i dla tych biedniejszych,
Znajduje się ziarno dla braci najmniejszych,
Ojcowie przed sklepem już piwa nie piją,
Dziewczęta girlandę na figurę wiją,

Wioska się nawraca i parafia cała,
Bo rzecz się niezwykła chyba u nich stała,
Jakby sam Bóg u nich zamieszkał i działa,
W kościołach się zbiera co dzień gmina cała.

A dyrektor, który leczy się z choroby,
Przedłuża zwolnienie na różne sposoby,
Bo już się domyślił, co tu dziać się może
Modli się-oj działaj u nas jeszcze, Boże.

Dałbym Ci na zawsze dyrektorowanie,
Jeżeli przyjmujesz tenże dar mój, Panie.
Lecz nowy Dyrektor szepce, że i z Nieba,
Da łask tyle, ile komu tutaj trzeba,

Tylko, że  warunkiem wielkie nawrócenie,
Czego skutkiem wiatru łagodnego tchnienie,
W którym sam Duch Święty działa jako może,
Gdy serca otwarte na działanie Boże.

A CO ROBI PANI
Do Pani się Jasio jak do mamy tuli,
I wszyscy serdeczność matczyną odczuli.
Kiedyś byle dalej i dłużej od szkoły,
Teraz biegnie każdy chętny i wesoły.

Każdy kto zadania nie zna,to przyznaje
I za to oceny brzydkiej nie dostaje,
I nauczyciele wszyscy się radują,
Bo w Jej towarzystwie wspaniale się czują.

Panie już ubiory częściowo zmieniły,
I ładne sukienki skromne pokupiły.
Rozmawiają miło, przekleństwa wymarły,
Jak gdyby je panie gumkami wytarły.

Panowie nie wiedzą kiedy to się stało,
Gdy się z papierosem kilku z nich rozstało.
A do Niej po radę idą w każdej sprawie,
Nawet jak tu zdrowia dać każdej potrawie.

Czego nie dodawać, nie łączyć z czym czego,
I sklep nie sprowadza także niejednego,
Bo Pani też wykład gosposiom zrobiła,
Czym by nigdy rodzin i jak nie karmiła.

Jak co czym zastąpić, chociaż więcej pracy
To dla zdrowia i sił bardzo wiele znaczy,
Co zdrowiu nie służy, lub co go zatraca,
Złemu dobrze służy, oraz grzech wzbogaca. 
 
Pokazała wszystko jasno, po kolei
Co ludzie z lenistwa i z wygody wzięli,
A z telewizorem oraz komórkami,
Uważać, bo one sieją złymi programami.

Dzieciakom komórek naprawdę nie trzeba,
Tylko gimnastyki i dobrego chleba.
Na przerwach pobiegać w domu pomagać,
Tego muszą od nich rodzice wymagać.

Zaś przykład rodziców, ciotek oraz dziadków,
Musi być powodem wzlotów, nie upadków.
Ojcowie spod sklepu, poprawić narzędzia,
Bo wiosną na polu każdy czas swój spędza.

Zaś kto nie ma pracy, wkrótce miał ją będzie,
A ich gospodarność będą chwalić wszędzie.
Ale samym sobie niech nie zawdzięczają,
Lecz Bogu dziękują, bo stąd łaskę mają.

I niech dni modlitwą wszyscy zaczynają,
I przed każdą pracą niech się przeżegnają.
A kiedy dzień zajdzie niech dziękują Bogu,
Nockę polecając, co stoi u progu.

Także ekspedientka swój wyklad dostała,
Co złe i dlaczego dotąd sprowadzała,
Co i czym zastąpić, zeby zyski były,
Czego by mamusie do domów kupiły.

Skąd chlebek sprowadzać, a skąd kiełbaski,
To będą początki i radości brzaski.
A jak przyszedł towar i ludzie kupili,
Właśnie ekspedientkę za to pochwalili.

Ekspedientka wcześniej pochwały lubiła,
Lecz teraz się czegoś jakby domyśliła
Powiedziała Komu dobro zawdzięczają,
I prawdopodobnie Kogo we wsi mają.

PRZEZWISKA, PLOTKI I ZŁE SŁOWA
Tak to jest wśród ludzi, że kłótnie są w modzie
Czy to południu, wschodzie czy zachodzie,
Nawet się zwierzęta gryzą między sobą,
Od wygnania z Raju i obecną dobą.

Pani i Dyrektor uczą jak być musi,
Że dzieci słuchają ojca i mamusi,
Dziadków oraz ciotek, wujków, stryjów, babci,
A starsi nie mogą być źli i zażarci.

Nie wolno wyśmiewać, nie wolno przezywać,
Nie wolno przeklinać ani złego skrywać.
Nie wolno dokuczać gdy kto ma strój lichy,
Każdy ma być skromny, dobry oraz cichy.

Trzeba się podzielić darami z innymi,
Lecz oni też mają dzielić się z drugimi.
Dobro musi krążyć niczym wodna para,
To zasada ważna i jak Synaj stara.

Bowiem na Synaju Bóg dał Przykazania,
I do nauczenia i do wypełniania.
I nie ma że jednych nie obowiązują,
Lub inni się z nimi niezbyt dobrze czują.

Lecz jedni z drugimi każdej ludzkiej rasy,
Bo mają braterstwa nadejść wielkie czasy.
Wszystkie dłonie świata mają być złączone,
Oraz wszystkie serca w Bogu zespolone.

Lecz zanim braterstwo obejmie narody,
I w małych ojczyznach trzeba wielkiej zgody.
A kapłana trzeba słuchać jak tatusia,
I nie wolno nigdy naśladować strusia,

Który jak gadają chowa w piasek głowę,
Bo prawdy potrzeba oraz myśli zdrowej.
Potrzeba miłości od Boga przyjętej,
To zasady życia po wiek wieków święte.

A prawda potrzebna jest jak świeża woda,
Której spragnionemu ktoś kubeczek poda.
Zatem każdy musi ćwiczyć cnoty w sobie,
A lekcje religii w tym pomogą tobie.

 W OŚRODKU ZDROWIA
Pani ma okienko pomiędzy lekcjami,
Więc poszła pogadać sobie z lekarzami.
Nie bardzo czas mieli, bo chorych gromady,
Jest grypa, a oni już nie dają rady.

Poczekalnia pełna, ludziska się kłócą,
Są tacy, co mówią, że z policją wrócą.
W rejestracji płaczą, bo dzień tak nieznośny,
Za okienkiem słychać jakiś głos donośny
 
I to takiej pani, która dawno zdrowa,
Tylko wszystkim wmawia, że nowotwór chowa.
I musi być dzisiaj na nowo przyjęta,
Walczy o pierwszeństwo stojąc na pół zgięta.

Wielki był harmider koło rejestracji,
Lecz zaledwie kilku miało trochę racji,
Reszta się kłóciła raczej dla zasady,
Bo w sąsiedztwie mają przeróżne układy.

Pani popatrzyła, pogładziła dzieci,
Każąc iść na spacer, bo słoneczko świeci.
Ale dzieci chore i gorączkę miały.
Ale.. jakoś dziwnie już poweselały.

Zaczynają szczebiot nagle po swojemu,
Chrypka gdzieś odeszła z dzieci, kto wie czemu,
Termometr był dobry, skóra aż parzyła,
Jak Pani głaskaniem wszystko wygoniła?

Ludzie oglądają się, ucichli, patrzą,
Jak zdrowe dzieciaki koło Pani skaczą.
Matkom się z przejęcia gną nogi w kolanach,
Czy Nauczycielka z uzdrowień jest znana?

A Ona podeszła do rejestratorek,
Które będąc w pracy same były chore.
Dała im herbaty, ciepłą pić kazała,
A podając wszystkie szklanki przeżegnała.

Żeby mogły wypić, rejestrację wzięła,
I najbardziej chorych wyłaniać zaczęła.
Ci pierwsze numerki od razu dostali,
Choć się pozostali na to pogniewali.

Kłótnicę ostrzegła, że dawno jest zdrowa,
Sumienie ma przejrzeć, bo uraz w nim chowa.
Jeśli nie przebaczy, choroba powróci
I się jak lew głodny na organizm rzuci.

A teraz do domu, rachunek sumienia,
Bo ma bardzo wiele w życiu do zrobienia.
Pokazując palcem zgiętą zawadiakę,
Nakazała wyprost jednym dłoni znakiem.

Kobietę to wszystko bardzo zaskoczyło,
Bo dotąd się gremium wiejskie z nią liczyło.
Stanęła prościutko jak od skrzypiec struna,
Bo już i od złości była uzdrowiona.

Ludzie wygrzecznieli, cisza pod okienkiem,
Dzieci już pobiegły z przeogromnym wdziękiem,
Lecz się nagle gwarno w kwiaciarni zrobiło,
Bo wielu rodziców bukiety kupiło.

Tyle Pani ich unieść na rękach nie zdoła,
I prosi, by zanieść wszystkie do kościoła.
Powkładać je w piękne wielkie ikebany,
Bo kościół być musi kwiatami ubrany.

Wyjęła z torebki buteleczek z kopę,
W których był słodziutki ziołowy syropek.
Kazała rozdawać po małym naparstku,
Których zaczerpnęła z torby drobną garstką.

Zwykle polne ziołe pobłogosławione
W Matki Boskiej Zielnej i w lek przetworzone.
Pachniał ten syropek polem czy różami,
Ale czym, pijący nie wiedzieli sami.

Jakoś miło w środku po nim się robiło,
Jakby letnie słońce zimą zaświeciło.
Ten i ów wstał z krzesła korzonków nie czując,
I dalszych awantur wśród ludzi nie knując.

Spokojnie czekali na swoją kolejkę,
Lecz gdzieś się wyniosły ich choroby wszelkie. 
Lekarzom herbatę nalewać kazała
I ich też syropkiem pysznym częstowała.

Zmieściła się w czasie pomiędzy lekcjami,
Na czas przyszła zająć się swymi uczniami.
A w przychodni cisza, jak jeszcze nie było,
Bo wielu się chyba Pani wystraszyło.

Skąd o wszystkich tyle, od kogo wiedziała?
Kim jest, że dzieciaki dłonią uzdrawiała?
Nowakowa prosta, kłócić się przestała,
Skąd Pani ten syrop i od kogo miała?

Choć tu nie pasuje, każdy uszy tuli,
Bo coś niezwykłego w wizycie wyczuli.
Wchodzą do lekarza jacyś zamyśleni,
Tknięci czymś szukają różańca w kieszeni.

W południe wszedł proboszcz, bo noga skręcona
Napuchła, zsiniała jakby przetrącona.
Lekarz spojrzał i rzekł- "Do Nauczycielki"!
To nie zwykły człowiek, to ktoś bardzo wielki.

Po skończonych lekjach Pani zobaczyła,
Że przychodnia jeszcze niezamknięta była,
Wpadła więc na chwilkę na szklankę herbaty,
Jak była radość! Mieli dla Niej kwiaty!
 
A wieczorem na Mszy ludzi zatrzęsienie,
Że podobno Hostii miało być dzielenie,
A ci, którzy jeszcze w ciężkich grzechach żyli,
W owym dniu poprawę też postanowili.

I było pięć ślubów najbliższej soboty,
Wystrojono wszystkie balonami płoty,
A Niezwykli Goście przy Młodych siedzieli,
Bo oni zasługę jedyną w tym mieli.

NADCHODZI WIOSNA
Wiosna coraz bliżej, słonko wyżej świeci,
Mróz ginie, wychodzą z domu blade dzieci.
Słoneczka potrzeba, wiatru wiosennego,
Zabroniono łyżew, by ustrzec od złego...

Ptaszki w krzaczkach ćwiczą wiosenne gardełka,
Do sklepu przychodzą torby i pudełka
Pełne drobnych nasion kwiatów oraz warzyw,
A Jaś o ogródku z rzodkiewkami marzy.

Zresztą nie sam jeden, wszyscy już spragnieni,
Bo świeżych nie jedli przecież od jesieni.
Któregoś ładnego dnia pług się pojawił
I w szkolnym ogrodzie radość dzieciom sprawił.

Zaorał, bronował, a chłopcy grabiami
Resztę nierówności wyrównali sami.
Przedeptali ścieżki, a potem dziewczęta
Zrobiły plan siewu jak która pamięta,

Gdzie marchewka była roku ubiegłego,
Tam dziś trzeba posiać coś całkiem innego.
Na miejsce po groszku oraz po fasoli,
Posiać to, co na to płodozmian pozwoli.

Pani się spokojnie dzieciom przyglądała
Z innymi paniami przy tym rozmawiała.
Przy czym konwersację często przerywała
Bo tłumacząc co- jak i siew pokazała.

Posiali marchewkę, pietruszkę koperek,
Choć dla szkolnej kuchni to jest nie za wiele.
Pan Dyrektor z okna zasiew błogosławił,
Chociaż tylko Pani zna sedno tej sprawy.

Wieczorem w świetlicy zebrały się mamy,
Żeby się podzielić różnymi kwiatami.
Która ma za dużo jakiego nasionka,
Kto ma mniej lub więcej w ogródeczku słonka,

Tak za Pani radą podzieliły ziarnka,
Jaś nasypał ziemi do starego garnka,
Pani wzięła kilka paczuszek poziomki,
Żeby wydodować maleńkie sadzonki.

Tłumaczyła jak ją hodować z ziarenka,
Co robić by rosła krzewista i piękna,
Kiedy dać do ziemi i czym nawieźć grzędę,
Jak obsadzać pole truskawkoym pędem,

Jak sadzić to-tamto, nie wszystkie wiedziały,
Nie wszystkie też grządki urodzajne miały,
Co na czyim polu będzie urodziwe,
A co i na czyim cherlawe i krzywe.

Poziomki, gdy wzejdą, jak dalej hodować,
Kiedy je na grządkę stałą przepikować,
Jak i czym nawozić, aby plony były,
I co robić aby krzaczki się mnożyły.

Pani czas znalazła, by obejść ogrody,
Wyłapując wszystkie pozimowe szkody,
Gdzie zając obskubał, gdzie uschło, co chore,
Gdzie co wyciąć trzeba, czy straty gdzieś spore

I co czym zastąpić, bo idzie ku wiośnie,
Zatem niech roślinka przyjmie się i rośnie.
I jeszcze zależy ilu domowników,
Bo wszystkim potrzeba niezbędnych składników.

Mężczyźni na polach na sad miejsce dali,
Bo własną przetwórnię już uruchamiali.
Do tego porzeczki, agrest dosadzili,
Wielością drzew innych sady wzbogacili.

Co się udać może, rodzi witaminy,
W przetwórstwie to ważne i cenne rośliny.
Pan Dyrektor z tego ogromnie się cieszy,
I z każdą pomocą obok Pani śpieszy.

ZACZYNA SIĘ I KOŃCZY
Co raz się zaczęło, zakończyć się musi,
Tylko ludzi czasem przedłużanie kusi,
Potrzebne czy już nie, ale rzucać szkoda,
Nie wszędzie do twarzy przydługa uroda.

Przyszli na zastępstwo po Gwiazdce niedługo,
A teraz już strumień płynie wartką strugą,
Pierwiosnki spod ziemi noski wychylają
Przebiśniegi lasek bielą rozświetlają.

Niedługo Wielkanoc, Niedziela Palmowa,
Wieś musi poradzić sobie bez Ich Słowa
Dawanego co dzień w  życia zamieszaniu,
W zwykłym i codziennym dawaniu i braniu.

Jaś otrzymał, o co modlił się w kościele,
A modlitwa szczera może zdziałać wiele.
W maju po raz pierwszy idzie do Komunii,
I ucząc się pilnie dużo już rozumie.

Po Komunii będzie jak zawsze w parafii,
Nabór ministrantów, a Jaś to potrafi,
Bowiem na Mszy Świętej pilnie się przygląda,
I z ministrantury książeczki ogląda.

Czas pędzi do przodu, zielenieją lączki,
Do sklepu przywieźli cukrowe zajączki,
A stary dyrektor wreszcie wrócić musi,
Bo ZUS go do tego ostatnio przymusił.

On nie wiedząc, Kto jest tu zastępcą jego,
Zrzekłby się dla niego stanowiska swego,
Wiedząc, że się zdrowie rwie jak pajęczyna,
I się trudny okres dla niego zaczyna.

Przyszedł, porozmawiał z Nowym Dyrektorem,
Że omówić problem chce z panem doktorem,
Lecz nowy Dyrektor wcale nie bez racji
Nawet nie chce słyszeć o swej nominacji.

On już wracać musi, czekają na Niego,
A ty musisz dasz tu radę bez trudu wielkiego.
Wszystkośmy zrobili, z czym miałeś problemy,
A czym masz je nadal, doskonale wiemy.

Na ostatnią chwilę dostaniesz namiary,
Jak wołać o pomoc do Nas, druhu stary!
Zawsze przybędziemy kiedy będzie trzeba,
Nawet gdyby przyszło przynieść wam kosz chleba.

Zatem kończ zwolnienie, zrobię przekazanie,
Na Nas czeka nasze wspaniałe mieszkanie. 
A stary dyrektor niby słucha tego,
Ale nie rozumie, co mówią do niego.

Przychodź już codziennie, bym pracę przekazał
I wszystko co ważne na czas ci pokazał,
Byś nie miał problemów po Moim rządzeniu,
I byś nie zostawił czegokolwiek w cieniu.

POŻEGNANIE
Pożegnanie będzie dziś po Mszy w kościele,
Bo mam wam przekazać jeszcze słówek wiele.
Zeszła się wieś cała, wszystkie dzieci były,
I nauczycielki wszystkie przyjść zdążyły.

Niewymalowane, bo tak Pani chciała,
I jak przez ten okres od nich wymagała.
Z bukietami kwiatów i z bombonierkami,
I z pięknym albumem z szkolnymi zdjęciami.

Ksiądz smutny, w kazaniu wiele Im powiedział,
Lecz, że Ich nie żegna, narazie nie wiedział.
Oni też mówili do wszystkich w kościele
I ciekawych rzeczy do dzieciaków wiele.

I w ostatnim słowie przed błogosławieństwem,
Mówili, by każdy szedł przez życie z męstem.
Już nie o poziomkach, nie o dyrektorstwie,
nie o nauczaniu, ani o łakomstwie,

Mówili o grzechach tkwiących w codzienności,
I jak iść przez życie pośród dni szarości,
Co gdzie jak dostrzegać, walczyć jaką drogą,
Z czym gdzie iść po pomoc, gdy ludzie nie mogą.

Pan mówił o Niebie, o Świętych, Aniołach,
I o tym, że kiedy dziecko szczerze woła,
Dusza jego ciężkim grzechem nieskalana,
Więc taka modlitwa prędzej wysłuchana.

Nie mówiąc imienia, króciutko rzekł o tym,
Jak chłopczyk wpierw płakał pod kościelnym płotem,
A potem się modlił klęcząc cicho w ławce,
Bo mu dokuczały już w szkole szubrawce.

Więc na prośbę dziecka do tej wsi przybyli
I to sanatorium o rok przyśpieszyli.
A potem co było, już wszyscy widzieli,
A co otrzymali, by zachować chcieli.

Teraz pożegnanie, więc was błogosławię,
I niejeden cud wam jeszcze we wsi sprawię,
Pod jednym warunkiem-modlitwa i wiara,
Jak Adama kościec wciąż ważna i stara.

Pani uklęknęła, Pan stanął z Proboszczem,
Wszyscy na kolana klęknęłi przed Gościem,
Przed Gościem? Przed Panem i teraz ujrzeli,
Kogo tak naprawdę w swojej wiosce mieli.

Proboszcz wzniósł dłoń prawą, a wierni patrzyli
I byli wzruszeni tym, co zobaczyli.
Bo gdy ksiądz nakreślił Znak Krzyża Świętego,
Widzeli dłoń tylko Dyrektora tego.

W ich oczach garnitur zmieniał się w tunikę,
Na promienie z Ran rąk zanieśli się krzykiem.
Zniknął piękny krawat, a na miejsce jego
Stały się promienie u Miłosiernego.

Pani się do Niego z prawej przysunęła,
I za rękę Syna Swojego ujęła.
Przez chwilę patrzyli na ludzi z miłością,
Pani jeszcze Jasia podniosła z czułością,

I ucałowała w czoło jak mamusia,
I jeszcze podała na ręce Tatusia.
A potem na ziemi chłopca postawiła
I znów prawą rękę Syna uchwyciła.

Proboszcz na twarz upadł rozkrzyżował ręce,
Nie wiedział czy płakać, czy wołać w podzięce,
Lecz co rzec nie wiedział, tak zamurowało,
A serce się tłukło, jakby pęknąć chciało.

Lecz Pan Jezus wziął go za dłoń i pocieszył,
Że na każde słowo tutaj będzie śpieszył.
Stary pan dyrektor był jak urzeczony,
I w tej samej chwili został uzdrowiony.

Wszystkie "koleżanki i koledzy z pracy",
Nie umieli nijak tego wytłumaczyć,
Dlatego pracując ich nie rozpoznali,
Choć nieraz się nad tym też zastanawiali.

I oni dostali łask jak zaspy śniegu,
Aby byli mocni w tym życiowym biegu.
Wieś przeżyła wielkie Boże Nawiedzenie,
Nadal nie pojmując, skąd się wzięło tchnienie.

Na koniec Pan z Panią już się odwrócili
I kilka ostatnich kroczków postąpili.
Pani się uniosła i znikła w Obrazie,
A Pan za nią patrzył stojąc tak narazie.

A potem wśród blasku znikł w tabernakulum,
A dyrektor oczy wycierał koszulą.
I wszyscy płakali, w noc adorowali,
I wszystkie litanie święte wyśpiewali.

PO ODEJŚCIU
Ksiądz  wyjął na ołtarz Sakrament Najświętszy,
Który się wydawał dziś być dużo większy.
Zaś gdy rano słońce wioskę oświetliło,
Życie na dawniejsze tory nie wróciło.

Wszyscy się modlili, modę utrzymano,
W przetwórni uczciwiej jeszcze pracowano,
Aż rozbudowali i dziś funkcjonuje,
A i gość się każdy w tej wsi dobrze czuje.

Szkoła się zmieniła, a nauczyciele
W pierwszej ławce klęczą wśród dzieci w niedzielę.
Nadal nie pojmują, jaką poszło drogą,
To co było wśród nich i pojąć nie mogą.

A kiedy zmęczenie czy jakieś kłopoty,
Czy jakieś życiowe upadki i wzloty,
Prędko do kościoła, razem na kolana,
Żeby sprawa prędko była rozwiązana.

Jak to się złożyło, żeśmy nie poznali?
Czy Oni nam oczy wszystkim zawiązali?
Czasem Mu się rękaw koszuli obsuwał,
Widocznie nad naszym spostrzeganiem czuwał.

A ten krawat z tymi jakby promieniami?
I chwile z długimi jak dzień modlitwami?
I gdzie szedł załatwić, wszędzie się udało,
Jakby wszystko przed Nim co złe uciekało.

 PIERWSZA KOMUNIA
W dniu Pierwszej Komunii gdy dzieci klęczały,
Pana Dyrektora Zastępcę widziały,
Widziały i Panią, która je tuliła,
Z czego większa radość jeszcze we wsi była.

A gdy już Hostyjkę malutką przyjęły,
Do swojego Pana rączki wyciągnęły,
i były radosne, bo znów Go ujrzały,
I ogromną radość z tych odwiedzin miały.

A potem Jaś został ministrantem małym,
Choć rączki ołtarza częściowo sięgały.
Ale służył dzielnie, uczył się, pracował,
Każdemu pomagał i Boga miłował.

Od tamtego czasu przeszło już lat wiele,
Jaś mi o tym mówił w tejże wsi w kościele.
Przybył tam na urlop, bo dziś jest kapłanem,
Z miłości do Boga poszedł w ślad za Panem.

I JESZCZE WAKACJE
Przyszedł czas wakacji, Pan Bóg się zmiłował,
Bo na Jasia prośbę do wsi przywędrował.
Wszystkie bez wyjątku dzieci coś tam miały,
Wszystkie na wakacje ze wsi wyjechały.

W fabryce powstały związki zawodowe,
I służby socjalne bardzo są morowe.
Dzieci pracowników na koloniach były,
I wszystkie ogromne morze zobaczyły.

A Jaś był i w górach wraz z ministrantami,
Wędrował trudnymi długimi szlakami.
A ze szczytów górskich oglądał widoki
Jakie tylko mogli dostrzec ludzkim okiem.

KONIEC