Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

OPOWIADANIA O BIBLII DLA ANDRZEJKA I HELENKI

 

 

 

OPOWIADANIA O BIBLII DLA ANDRZEJKA I HELENKI

Wybrane Elementy Stworzenia i Nowy Testament


 

MODLITWA OFIAROWANIA DZIEŁA MATCE BOŻEJ:

Z Księgi Przysłów 8, 23-31
,,Przed wiekami byłam ustanowiona, od początków, przed powstaniem świata, gdy jeszcze nie było morza, zostałam zrodzona, gdy jeszcze nie było źródeł obfitujących w wody. Zanim góry były założone i powstały wzgórza, zostałam zrodzona... Gdy budował niebiosa, byłam tam; gdy odmierzał krąg nad powierzchnią toni. Gdy morzu wyznaczył granice, aby wody nie przekraczały jego rozkazu; gdy kładł podwaliny ziemi. Ja (mądrość) byłam u jego boku mistrzynią, byłam jego rozkoszą dzień w dzień, igrając przed nim przez cały czas."

Matko moja, Najświętsza Bogarodzico Dziewico Maryjo. Ja, świadoma odpowiedzialności przed Obliczem Boga Najwyższego za każde napisane tu słowo, które stawiam z polecenia Jego, chylę się przed Twoim Majestatem, o Matko Słowa Wcielonego i moja Matko, Któraś zgodnie z powyższym tekstem zaczerpniętym z Księgi Przysłów, była na okręgu Ziemi gdy morzu wyznaczał granice, składam przed Twoje Święte Stopy wszystkie teksty napisane i te, które powstaną, ofiarując je właśnie Tobie w pokornej prośbie, abyś miała to Dzieło w opiece i nie dozwoliła wprowadzić tu nawet jednego słowa niezgodnego z Wolą Boga. Racz przyjąć, o Matko moją prośbę o opiekę nad tym Dziełem, jego powstawaniem, redakcją, ewentualnym Imprimatur oraz wydaniem drukiem lub w formie internetowej w zależności od Woli Najwyższego. A mnie- niegodną zwać się sługą Jego, racz umacniać i prowadzić, zachęcać i wspierać, aby Dzieło to przyniosło Chwałę Imieniu Jego i Twojemu w ustach dzieci. A ja w pokornej prośbie całując duchem skraj sukni Twojej błagam-prowadź, bądź Radą i Umocnieniem, na drodze duchowej i historycznej, trzymaj w dłoni teksty, które muszą być przekazane wiernie i te, które mają służyć jako przystępne wyjaśnianie dziecku trudniejszych sentencji. W głębokim pokłonie Tobie Maryjo – autorka. Janina Snopek-Stefaniak  

 

 


Słowo do Rodziców i Opiekunów.


Szanowni Państwo. Jak wiemy, Biblia jest grubą i wieloset stronicową księgą. Nasze Opowiadanie o Biblii też będzie długie. Dlatego będę je pisała rozdział pod rozdziałem, a więc proponuję, żeby sprawdzać, czy pojawił się kolejny rozdział. Dopiero Nowy Testament oddzielę jako następny tom, dlatego bardzo proszę o sprawdzanie w tekście, czy kolejny rozdział pojawił się, czy jeszcze nie. Życzę owocnej lektury. Janina Snopek-Stefaniak 

 

KOCHANE DZIECI.

Chcę Wam opowiedzieć przepiękną historię, która wydarzyła się naprawdę, a więc nie jest bajką. Przez wiele rozdziałów będą opowiadała Wam o Kimś, Kogo każdy z nas bardzo, ale to bardzo kocha. Opowiem Wam o Panu Jezusie i o tym jak mieszkał na ziemi wśród nas. Na pewno niejedno z was zapyta, po co On tu mieszkał, skoro wszyscy wiedzą, że mieszka wysoko w Niebie. Wysoko, wysoko ponad gwiazdami ma swój prześliczny pałac, wspaniałe ogrody, pluskające wodospady i szemrzące strumyczki, a nawet śliczne morze o kryształowo czystej wodzie. I można się kapać w nim do woli. Na pewno się nie utopisz, bo w Niebie śmierci już nie ma. Są przepiękne łąki pełne kolorowych pięknie pachnących kwiatuszków, z których brzęczące pszczółki zbierają słodki miodek. Są tam ulice i domy. Ale jakie? Piękne! Jedne ze złota, drugie z alabastru, inne z różnych przepięknych kamieni. Wszystko misternie ułożone, wyrzeźbione, w oknach firanki udrapowane prześlicznie, ogródki przy domu takie, o jakich tu na Ziemi nikt nie myśli i bo takiej piękności żaden ludzki rozum wymyśleć nie zdoła. A jakie ozdoby! Jakie figury i figurki? Aż się oczy śmieją. To wszystko zbudowali Aniołowie z przepięknych kamieni, kleili z kolorowych szkiełek kryształowych ażeby błyszczało w słoneczku, żeby promienie odbijając się przebiegały na drugą stronę w postaci tęczowych błysków. Wszystko to jest tak piękne, że ci, którzy tam za dobre zachowanie czasem są zabierani przez Matkę Bożą na wycieczkę na chwilę do Nieba naopowiadać się nie mogą. A nawet opowiadanie idzie im trudno, bo brakuje im tak pięknych słów. Wiecie, co nam Pan Jezus powiedział o Niebie gdy jeszcze chodził po Ziemi?  Powiedział przez usta Świętego Pawła Apostoła tak:

…”ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało,
ani serce człowieka nie zdołało pojąć,
jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują.”

Tak, tam jest tak pięknie. I jeszcze piękniej, ale ja też tego nie umiem opisać, bo też nigdy tam nie byłam i nie widziałam. Mogę Wam tylko opowiedzieć to co inni widzieli. I tam mieszka Pan Jezus wraz z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. I z kim jeszcze? Oczywiście, ze swoją Mamą Maryją i ze Świętym Józefem. A kto tam jeszcze mieszka? Dużo, oj dużo świętych ludzi. Ale zanim pojawili się tam ludzie, mieszkał tam Pan Bóg w Trójcy Jedyny w otoczeniu Aniołów. Siedział sobie na ogromnym tronie zbudowanym z bielusieńkich obłoków i różnych bogatych kamieni, które wcale Go nie cisnęły i nie były jak to kamień zimne i nieprzyjemne zwłaszcza gdy się siedzi na kamieniu, a mama ostrzega, żeby zejść z kamienia bo się nerki przeziębią, ale błyszczały i mrugały do Niego oddając Mu Chwałę. Tron Boga jest przeogromny. Ma prześliczny bogaty i mięciutki podnóżek, żeby Pan Bóg mógł postawić sobie nogi i żeby Mu było wygodnie. Pan Bóg rozsiadał się na nim i kierował Wszechświatem, który stworzył. Czy łatwo jest kierować nim? Na pewno nie. I ja ani ty byśmy nie umieli. Ale Pan Bóg umie, bo jest Bogiem potężnym i Wszechmocnym i Wszechmogącym. Ma taką władzę, że gdyby powiedział Giewontowi, żeby natychmiast przeniósł się spod Zakopanego na przykład do Gdańska i osiadł w głębokim morzu przy Westerplatte, ta ogromna góra zerwałby się z posad niczym maleńki puszek od mniszka i natychmiast popędziła w wyznaczone przez Boga nowe miejsce. I stałaby tam. Fale morskie opłukiwałyby jej stoki, a ona stałaby dumnie i nawet by się nie przewróciła.  Taki jest mocny. I gdyby rozkazał Wiśle, żeby woda zawróciła i bez rozlewania się po okolicy popłynęła do wnętrza Baraniej Góry i w niej się schowała, też by to zrobiła. Bo Pan Bóg może wszystko. I wszystko potrafi. A jaki jest mądry! Przyjrzyjcie się kwiatkom i zwierzątkom. Spytajcie rodziców niech wam wytłumaczą jak Pan Bóg pięknie stworzył świat  żeby wszystko ze sobą pasowało i zgadzało się. W Niebie nie ma kłótni, więc i świat został stworzony tak, żeby nic się z sobą nie kłóciło.

 

ANIOŁOWIE

Powiedzieliśmy już, że oprócz Pana Boga w Niebie mieszkali Aniołowie. Skąd oni się tam wzięli? Pan Bóg ich stworzył ze Swojej Miłości i dał im rozum, żeby mogli wybierać i żeby mogli układać pieśni i modlitwy. Stali sobie przy tronie Pana Boga, modlili się i śpiewali Mu najpiękniejsze pieśni. Bardzo ale to bardzo Go kochali. I On ich kochał, bo Pan Bóg nie umie nie kochać. On jest Miłością wiec tylko kocha i kocha. Patrzyli, jak Pan Bóg stwarza świat. Podziwiali z wysokości Nieba jak pędzą po orbitach nowo stworzone mrugające gwiazdy i planety, jak  błyszczą piękne mgławice, a nad wszystko wyciągali dłonie do słonecznych promieni i bawili się nimi. Promienie rozbiegały się na wszystkie strony, również do Nieba choć tam przecież jest zawsze widno i cieplutko. W Niebie nie ma zimy. Nikt się nie przewraca i nie łamie nóg na śliskiej ulicy. Nikt nie lepi twardych kul śniegowych i nie rzuca koledze za kołnierz śmiejąc się, gdy zimny śnieg topiąc się od ciała spływa zimną wodą za koszulkę mocząc ją. Aniołów były miliardy miliardów i Pan Bóg podzielił ich wszystkich na dziewięć chórów. Każdy chór dostał swoje miejsce w otoczeniu Boga i swoje zadania.  W Niebie wszyscy są bardzo grzeczni, bo Tam nie ma zła i nigdy nie było. Tylko jeden raz. A było to tak: Kiedy tak Aniołowie stali i stali przy Bożym Tronie, modlili się i prześlicznie śpiewali na Jego Chwałę,  Pan Bóg postanowił uchylić im rąbka Swojej Tajemnicy i opowiedział, że zamierza stworzyć Ziemię i ludzi, a wśród nich Niewiastę , Której da na imię Maryja i że Ona będzie Matką Jego Syna. Spodobało się to Aniołom i zaczęli wychwalać mądrość Pana Boga. Ale był tam taki jeden piękny jak żaden inny. Był to Anioł Światłości.  Kiedy więc Pan Bóg opowiadał im o Maryi, Aniołowie temu przestało się podobać, bo się domyślił, że nie będzie już najpiękniejszy i że Ta nieznana mu jeszcze Maryja będzie ważniejsza i piękniejsza od niego. Jeszcze Jej nie znał, a już nie polubił. Zaczął się buntować.

-Co? Ja odtąd nie będę najpiękniejszy? Ja, Anioł Światłości? I Ona będzie mądrzejsza ode mnie? I może mam Jej służyć? Nie! Nigdy nie będę Jej służył! – Wrzeszczał na całe Niebo.- Idziemy! Kto za mną pokonać Pana Boga? I tą Niewiastę jak o Niej mówił Pan Bóg?!

-Ja!

-Ja!

-Mnie też zabierzcie!. I mnie!- Wrzeszczeli niektórzy Aniołowie zbuntowani przez Anioła Światłości.

-Co?- Odezwał się nagle jeden potężny głos ogromnego Archanioła o pięknym imieniu Michał, aż zagrzmiało od niego.- Któż jak Bóg?! Któż jak Bóg?!- Wołał potężnym głosem a za nim inni Aniołowie i ani się obejrzeli buntownicy jak jeden po drugim zaczęli spadać z Nieba do ogromnej ziejącej ogniem i siarką czarnej dziury i nagle wszyscy buntownicy zrobili się ogromnie paskudni. Zatrzasnęły się za nimi ogromne czarne wrota i na zawsze pozostali w miejscu, które nazwano piekłem. A dobrzy Aniołowie pozostali z Panem Bogiem na zawsze. A Michał? O, doznał wywyższenia od Pana Boga. Stał się bardzo ważnym Archaniołem w całym Niebie. Wszyscy go bardzo szanowali. Pan Bóg powierzył mu jedne z najważniejszych zadań do wypełniania. A jego imię znaczy właśnie Michał czyli„ Któż jest jak Bóg”.

 

 

 ZIEMIA I CZŁOWIEK

Ziemia była już gotowa, bo Pan Bóg stwarzał przez sześć dni wszystko co chciał, aby było na Ziemi, nim stworzy człowieka. Dla niego, aby miał wszystko cokolwiek będzie potrzebował stwarzał po kolei: Pierwszego dnia światłość i oddzielił ją od ciemności, ażeby były i dzień i noc. Drugiego dnia zrobił Pan Bóg coś niezwykłego. Rozdzielił wody te, które są w chmurach od będących na ziemi. Dlaczego? Żeby mógł padać deszcz i nawadniać ziemię i podlewać rośliny. Przyszedł trzeci dzień, a nim? Morza, jeziora, rzeki i stawy, bowiem kochany Pan Bóg oddzielił wody od lądu. Na razie była światłość, ale czwartego dnia stworzył coś jeszcze piękniejszego. A wiecie co? Złociutkie słoneczko żeby rządziło dniem i blady mniejszy Księżyc, żeby przyświecał nocami, a cały nieboskłon usiał gwiazdami, mgławicami i planetami. Wiele dużych gwiazd i małych gwiazdek poustawiał w ciekawe wzorki i w ten sposób zbudował całe konstelacje. Rozkazał, ażeby planety i gwiazdy pędziły po orbitach naokoło Słońca, które będzie je ogrzewało, będzie sprawiało, że rośliny, które wkrótce stworzy będą rosły korzystając z jego wspaniałych promieni, a zwierzątka i ludzie także będą korzystali z dobrodziejstwa tej najwspanialszej z gwiazd. Urządził też pory roku- wiosnę, w czasie której każda roślinka będzie po zimie budziła się do życia, a zasiane ziarnka będą wschodziły, lato dla wzrostu roślin i dojrzewania zbóż oraz pierwszych owoców, jesień dla zbioru plonów i zimowy czas odpoczynku dla ziemi i ludzi, a więc cały rok czyli wiosnę, lato, jesień i śnieżystą zimę. Bo właśnie trzeciego dnia stworzył także ogromne lasy i małe zagajniki, krzaczki, kwiatki, zioła, zboża, grzyby i wszelkie drzewa oraz rośliny. No i wreszcie zaczęło się życie, bo piątego dnia Pan Bóg stworzył małe i większe rybki, a także ogromne ryby, wieloryby, orki, rekiny, delfiny, płazy i wszelkie morskie stworzenia. A ziemia zaroiła się od wszelkich ptaków. Latały, ćwierkały, śpiewały, wiły gniazda, a każdy ptaszek jak umiał najlepiej, uwielbiał śpiewem swojego Stwórcę. Szóstego dnia Pan Bóg stworzył wszystkie zwierzęta. Był wiec zajączek, króliczek, krówka z owieczką, wiewióreczki, kotki, pieski, żyrafy, słonie i wszystkie inne jakie tylko znamy na świecie. Ziemia była piękna i czyściutka, nie leżały na niej ani puste butelki po napojach ani papierki od ciastek i cukierków bo nie było na niej ludzi. Nowo stworzone zwierzątka, które już biegały po lasach i łąkach zakopywały swoje odchody. Nad och głowami szumiały przeogromne puszcze, śpiewały fruwając ptaszki, a z gałęzi na gałąź skakały rude i czarne i szare wiewióreczki. Dzięcioły stukały w korę drzew szukając korników, bo i kornika Bóg stworzył, by dzięcioł miał co jeść i pracą chwalił Pana Boga. Każde zwierzątko i robaczek miały swoje zadanie wyznaczone przez Pana Boga. Każda roślinka zgadzała się z drugą. Wszystko było bardzo dobre, bo Pan Bóg nie umie stwarzać rzeczy złych.  Wtedy Pan Bóg powiedział do Aniołów.

- Oto nadszedł wspaniały dzień, w którym mam zamiar stworzyć człowieka. Stworzę go na nasz obraz i podobieństwo. Będzie panował nad rybami, ptakami, nad Ziemią i nad wszelkim stworzeniem. Będzie Mnie wielbił i pomagał Mi w pracy. A wy Aniołowie chcecie pracować nad jego budową razem ze Mną? Pomożecie Mi?

-No, pewnie!- Zawołało naraz dziewięć chórów i jak nie zaczną śpiewać na Bożą Chwałę choć nic jeszcze Pan Bóg nie zaczął budować. A więc siedział i słuchał jak śpiewają, bo gdy ktoś na czyjąś cześć koncert daje, obdarowany nim powinien go z radością wysłuchać. Kiedy skończyli Pan Bóg obdarzył ich oklaskami, a następnie wstał z Tronu Chwały i poszli razem na Ziemię nad morze, które pięknie pluskało falami o brzeg. Aniołowie na prośbę Pana Boga nosili najpiękniejszą glinę, a Pan Bóg budował człowieka. Nie śpieszył się. Powolutku powstawały żyłki i tętnice, kosteczki i duże kości. A wszystko jedno do drugiego dokładnie pasowało. Niektóre kawałeczki gliny urabiał mocniej w takie niby nitki i przykładał do tego, co już zbudował. Dociskał, tu troszkę rozpłaszczył, tu coś dołożył, tam skrzyżował, a gdy Aniołowie spytali co to będzie, od- powiedział, że więzadło w kolanie, tutaj jakiś nerw, a tam tętniczka. Nie wiedzieli co to jest, ale obdarzyli oklaskami. Zbudował mięciutki brzuszek a w nim  żołądek, wątrobę, jelita i nerki i trzustkę i śledzionę. Słoneczko pomagało obsuszając mokre części. Pan Bóg każdy kawałeczek gliny maczał w morskiej wodzie, bo postanowił, że w człowieczym ciele bardzo ważną rolę będzie miała sól. Potem budował mięśnie, oczy, uszy i język, a w gardle dodał struny głosowe. Na koniec wszystko to okrył białą prawie gliną, która miała stać się skórą. Popatrzył, obmył wodą, żeby wszyściutko było piękne i czyste, jeszcze coś tam poprawił palcami i chwilkę spoglądał z miłością na Swoje dzieło. Wszyscy Aniołowie obstąpili Go i z ciekawością patrzyli, co będzie dalej. A Pan Bóg pochylił się nad Swoim dziełem i chuchnął mu prosto w nos. I stał się cud. Gliniana kukła stała się natychmiast żywym człowiekiem. Bo właśnie tym chuchnięciem Pan Bóg ożywił zbudowanego człowieka wprowadzając w niego duszę nieśmiertelną. Człowiek usiadł na ziemi i rozejrzał się wokoło. Pan Bóg chwycił go w objęcia i uściskał. A człowiek uklęknął i zaczął całować dłonie, które go ulepiły. Śmiał się głośno z radości i dziękował pierwszymi słowami za stworzenie. Aniołowie nie mogli wyjść z podziwu i co chwilę wyrywało im się z gardeł głośne: Oooo! Alleluja! Chwała! I znowu śpiewali i oprowadzali człowieka po tym pięknym lesie, aż doszli do przepięknego ogrodu, gdzie na drzewach rosły wspaniałe owoce, które upojnie pachniały. Pan Bóg przyglądał się z miłością jak nowo zbudowany człowiek podskakuje wesoło jak sarenka, jak cieszy się każdym listkiem i kwiatuszkiem, jak próbuje czerwieniutkiej truskawki i cieszy się jej smakiem, jak kosztuje jagód i ze zdziwieniem ogląda pobrudzone sokiem palce, jak pluszcze dłońmi w szemrzącym strumyku, nabiera na dłoń wody i poznaje jej smak. Patrzył i cieszył się pierwszymi próbami życia Jego stworzenia. Podszedł do człowieka, a ten powitał Go znów przyklęknięciem i ucałowaniem dłoni.

-Czy domyślasz się może jakie imię będziesz nosił?- Spytał Pan Bóg.

-Imię? A co to jest imię?

-Imię, to takie jedno słowo, które gdy wypowiem do ciebie Ja lub ktokolwiek, będziesz wiedział, że wołam cię Ja lub ten, który je wypowie.

-Acha. Nie, nie wiem.

-Twoje imię jest Adam, bo z ziemi jesteś wzięty. Podoba ci się?

-Adam. Chyba ładne. Nie wiem jeszcze, bo pierwszy raz słyszę je. Ale ładne. Na pewno ładne.

-Można wymawiając twoje imię powiedzieć pieszczotliwie Adasiu.

-Adasiu? Też ładnie. A jak ja mam mówić do Ciebie?

-Ojcze. Bo cię stworzyłem, więc jestem twoim Ojcem, ale też ojcem całej ludzkości. Możesz mówić również Tato lub Tatusiu. To będzie pieszczotliwie. Chcesz?

-No, Pewnie!- Aż wykrzyknął z radości Adam. A co to jest ludzkość?

-Widzisz. Na razie jesteś sam, ale będzie was więcej. I wtedy będziemy o was mówić „ludzie”. Na razie jesteś pojedynczym człowiekiem.

-A skąd nas będzie więcej? Ulepisz Tatusiu tak jak mnie?

-Ciebie ulepiłem na początek, bo jesteś pierwszy, ale następni ludzie będą się rodzili.

-Rodzili? A jak? Co znaczy „rodzili? – Pytał ciekawie Adam.-

-Dowiesz się w swoim czasie. Nie wszystko naraz. –Naraz Adam chwycił się za brzuch.

-Oj!

-Co się stało?- Spytał Pan Bóg.

Ojcze, ale coś chyba nie tak, bo coś mnie ssie gdzieś tu- I Adam pokazał żołądek.

-Widzisz, Adasiu. Jesteś po prostu głodny. Zjadłeś truskawkę i kilka jagódek, to za mało. Musisz się najeść. Choć poszukam ci coś do zjedzenia.-I Pan Bóg poprowadził Adama do bananowca, na którym zółciły się przepyszne dojrzałe banany. A potem Bóg Ojciec dał mu ziarna owsa i pokazał jak przyrządzić z niego potrawę. Z miłością oprowadzał Adama po pięknym ogrodzie, który nazywał Rajem i uczył jak i co można spożywać, jak rozcierać zboże między kamieniami na mąkę i piec placek na rozgrzanym w słońcu kamieniu. Adam uczył się chętnie. Kiedy zmęczył się lekcją usiadł pod drzewem, a Pan Bóg oddalił się. Adam odczuł tęsknotę. Brakowało mu kogoś drugiego. Wtedy Pan Bóg pomyślał, że źle jest człowiekowi samemu i zesłał na Adama głęboki sen. Gdy Adam chrapał w najlepsze, Pan Bóg zbliżył się cichutko i wyjął z jego boku jedno żebro, a puste miejsce napełnił ciałem i nim Adam się wyspał, z tego żebra utworzył dla niego żonę.

-To jest twój mąż-powiedział. – Będziesz o niego dbała, będziesz gotowała mu jedzenie i prała odzież. Ty będziesz dbała o dom i o dzieci, którymi was obdarzę, on będzie dbał o to, żebyście mieli co jeść.-

W tym czasie Adam otworzył oczy i zobaczył nad sobą pochylającą się uśmiechniętą ciemnowłosą dziewczynę o ciemnych oczach i długich rzęsach. Była śliczna. Adam aż buzię otworzył z zachwytu. A Pan Bóg roześmiał się wesoło i rzekł.

-Gdy spałeś, wyjąłem z twojego boku jedno żebro i zrobiłem z niego dla ciebie żonę.  Będzie dbała o wasz wspólny dom, o wasze dzieci i o ciebie, a ty będziesz dbał o nich wszystkich. Będziecie się wspierać wzajemnie i pomagać sobie.-

Adam spojrzał na swoją piękną damę, a zachwycony i uszczęśliwiony wykrzyknął bardzo uroczystym tonem:

„Ta dopiero jest kością z kości moich i ciałem z mego ciała. Ta będzie zwała się niewiastą, bo z mężczyzny została wzięta. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.”

Tak powiedział Adam. Było to bardzo ale to bardzo ważne zdanie, które każdego mężczyznę i każdą kobietę odtąd zaczęło obowiązywać i będzie obowiązywało do końca świata. Adam nazwał swoją żonę bardzo pięknie. Powiedział o niej „niewiasta”. A wiesz, co ono znaczy? Znaczy to, że jest ona wspaniała, kocha Pana Boga i jako jego-Adama żona będzie jego bardzo kochała, nie będzie nikogo krzywdziła, nie będzie się brzydko wyrażała, a dzieci, które urodzi będzie starała się wychować najlepiej jak tylko będzie umiała. Niewiasta to taka kobieta, która zawsze naśladuje to co dobre, nigdy nie stara się korzystać z grzesznych i złych podpowiedzi. I przede wszystkim zawsze najbardziej kocha Pana Boga i stara się Mu służyć. Popatrz, kochanie. Tym jednym słowem Adam określił jaką wspaniałą małżonkę zbudował dla niego Pan Bóg z jego własnego żebra. Cóż zatem? Czy tylko Ewie dał Pan Bóg zadanie, żeby była dobra dla Adama, bo żebro od niego posłużyło na zbudowanie jej? Nie. Nie tylko. Przecież Adam powiedział, że ona jest z jego kości, czyli jak gdyby kawałkiem Adama. To tak jakbyś krzywdził swoją rękę albo nogę nie zważając na to, że czujesz ból krzywdzonego narządu. Jeśli cię boli na przykład żołądek i wymiotujesz, mama daje ci lekarstwo, lub nawet prowadzi cię do lekarza i pan doktor zapisuje lekarstwo, żeby brzuszek wyzdrowiał. Także nie bijesz na przykład swojej nogi, bo wiesz, że to boli. No więc, jeśli żebro Adamowe stało się Ewą, to jest ona jakby częścią Adama. Zatem czy wolno krzywdzić kawałek własnego ciała? Absolutnie, ale trzeba dbać o nią jak o samego siebie. I jeszcze stało się coś pięknego. Pobłogosławił im Bóg mówiąc tak: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, żebyście napełnili ludźmi sobą Ziemię.” Dbajcie o nią i uprawiajcie ją. Dbajcie też o zwierzęta i rośliny. Nie czyńcie im krzywdy, bardzo proszę. A do jedzenia daję wam rośliny i ziarna. To będzie więc waszym pokarmem, a zwierzęta niech zajadają trawkę.

A teraz Adamie wybierz imię dla swojej żony.

-E, e.. nie wiem. – Jąkał się Adam.

-E, e.. może być na „E”. Dodaj jeszcze ze dwie literki i zobaczymy.- W tym czasie przebiegł kudłaty piesek i zaszczekał: Wa, wa!

-E…wa, wa ! – Powtórzył ze śmiechem człowiek. – I dodał: E…wa… A jakby to połączyć to wyjdzie Ewa…

-Ewa. Śliczne imię wymyśliłeś. A wiesz co ono oznacza?

-Nie.

-Ono oznacza po prostu, że niewiasta, którą ci dałem, wzięta jest z twojego żebra i będzie matką wszystkich ludzi. Piesek ci po prostu podpowiedział dwie głoski. Rozumiesz?

-Roooozumiem. – Odrzekł Adam i przytulił się do Ojca Niebieskiego. Ojciec pogładził go po kędzierzawych włosach, a potem opowiadał jak mają żyć, jak przyrządzać posiłki i czym się zajmować. Uczył ich każdej czynności jak matka uczy maleńkie dziecko. Często Bóg przebywał razem z nimi i cieszył się ich obecnością a oni biegali przed Nim, bawili się byle kamyczkiem, śmiali się skakali, ale nade wszystko uczyli się życia i wszystkiego co jest im do życia potrzebne. Ojciec patrzył na nich z miłością ale i z troską. Każdemu z nich przydzielił po jednym Aniele z chóru Aniołów Stróżów i obiecał, że będzie przydzielał takiego każdemu człowiekowi aż do skończenia świata. Pokazał im wszystkie drzewa, krzewy i zwierzęta i poprosił Adama, aby sam każdemu zwierzęciu i roślinie dał nazwę. Ewa podpowiadała trochę, ale Pan Bóg poprosił Adama, więc do niego należała decyzja jak się co będzie nazywało.

 

GRZECH PIERWORODNY

Kiedy Pan Bóg uczył Adama i Ewę co mogą jeść a czego lepiej żeby nie jedli, powiedział również tak: Zobaczcie. Tu jest także nieznane wam drzewo. Piękne, prawda? Rośnie w samym środku Raju. Nazywa się drzewem dobrego i złego. I dał Pan Bóg Adamowi bardzo ważny rozkaz:

Ze wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania. Ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno wam jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz”.

Znaczyło to, że Pan Bóg pozwala zrywać z drzew i krzewów rajskich i jadać wszystko na co tylko mają ochotę. Ale zabrania jedzenia owoców z drzewa poznania dobra i zła. Złamanie tego zakazu będzie bardzo poważne. Zresztą złamanie jakiegokolwiek nakazu czy zakazu Pana Boga jest zawsze grzechem i zawsze ma następstwa, choć w momencie gdy popełniamy grzech, możemy nie widzieć, jakie zło on przyniesie.

Nie mówił im Pan Bóg narazie, że drzewa życia także im jeść nie wolno, bo Adam ani Ewa jeszcze tego drzewa nie widzieli. Poza tym owoce jego jeszcze nie wysyciły się słońcem, były więc po prostu niedojrzałe i nieatrakcyjne nawet gdyby je zobaczyli.  Ewa z Adamem chodzili sobie po rajskich ścieżkach i byli bardzo szczęśliwi. Ale ich szczęście nie miało trwać długo. Pewnego dnia Ewa oddaliła się troszkę, a Adam odpoczywał pod sosną. Tymczasem Ewa chodząc wśród jabłoni zobaczyła, że coś się rusza na drzewie dobrego i złego. Podeszła bliżej. Patrzy, a na gałęzi owinął się wąż. Nie bała się go, ponieważ w Raju nikomu nie działa się krzywda. Przystanęła z ciekawością, a wąż przechylił głowę, popatrzył jednym okiem, potem drugim i odezwał się ludzkim głosem.- Ewo, powiedz mi, czy to prawda, że Pan Bóg zakazał wam jeść owoce ze wszystkich drzew w tym ogrodzie?

-Nie.- Odpowiedziała szczerze Ewa. To nie jest prawdą. Tylko z tego na którym siedzisz, z drzewa wiadomości dobrego i złego nie wolno nam jeść, ani nawet go dotykać, bo jak zjemy, to pomrzemy.  

-Pomrzecie?- Roześmiał się brzydko wąż.- A któż tak mówi? ----Pan Bóg nam powiedział. 

-Nie miał racji. On wie, że jak zjecie, osiągniecie wszystkie wiadomości, więc nie chce, żebyście dużo wiedzieli. Możecie jeść śmiało i nic wam się nie stanie. Nie pomrzecie.-Powiedział i spojrzał w górę. Ewa nawet nie zastanowiła się nad tym, że węże ludzkim głosem nie mówią i popatrzyła w tą stronę, w którą spojrzał ten ignorant. Zobaczyła, że nawet dość nisko wisi wspaniały owoc. Wspięła się na palce i zerwała go. Właśnie nadszedł Adam.

-Ależ Ewo!- Zawołał zdziwiony i nieco przestraszony.

-Spokojnie, Adamie. Właśnie on mi wytłumaczył, że nie jest prawdą to co Pan Bóg mówi. Nie pomrzemy i możemy te owoce jeść. Ja gryzę pierwsza. – Powiedziała Ewa i ugryzła owoc, który jak się okazało był cierpki i niesmaczny, ale podała go Adamowi, bo pokarmu marnować nie należy i zjedli na spółkę. Tymczasem wąż siedział na gałęzi i chichotał po cichu. Przyglądał się jak nagle brzydną i fajtał z radości nogami.

-Udało się.- Posykiwał złośliwie. Biedna Ewa. Biedny Adam. Nie podejrzewali, że to jeden upadłych Aniołów, który teraz zwał się diabłem wylazł z piekła, podszedł cichcem do Raju i ukrył się w wężu. To on powiedział Ewie, że Pan Bóg ich okłamał. A przecież Pan Bóg nigdy nie kłamie. To on- diabeł łże jak nut. I właśnie okłamał zarówno Ewę jak i Adama.  A oni spojrzeli po sobie i dopiero teraz gdy zjedli owoc wiadomości dobrego i złego, zobaczyli, że są nadzy, więc spletli listeczki figowe i zasłonili trochę swoje ciała. A tu nagle odzywa się głos Pana Boga i przywołuje ich. Spojrzeli po sobie i myk w krzaki. A głos woła i woła. Odezwali się nareszcie, bo nie było wyjścia.

-Gdzie jesteście?- Spytał Pan Bóg.

-Ukryliśmy się, bo jesteśmy nadzy.

-Wyjdźcie natychmiast- Rozkazał Pan Bóg.- Wyszli, ale nogi gięły się pod nimi. Przekroczyli Boży zakaz. 

-A któż wam powiedział, że jesteście nadzy?- Spytał Pan Bóg, choć dobrze wiedział. Chciał, żeby nauczyli się przyznawać.

-Bo… bo wąż mnie zwiódł i zjadłam. – Wyjąkała Ewa. Wąż skulił się na drzewie. Pan Bóg spojrzał na niego.

-Dlaczegoś to uczynił? - spytał i spojrzał groźnie na  gada. Wąż milczał.

-Dostaniesz srogą karę.-Powiedział Pan Bóg do niego.- Nie będziesz miał nóg i „na brzuchu będziesz się czołgał i proch jadł będziesz” jak długo węże istnieć będą, a dokładnie „po wszystkie dni istnienia twego.” Należy to zrozumieć w ten sposób, że, nie będziesz jadł smakołyków, tylko będziesz się żywił byle czym. I powiedział jeszcze coś, co jest bardzo ważne.

Pan Bóg powiedział to dokładnie tak:

„Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych. Na brzuchu będziesz się czołgał i proch jadł będziesz po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, między potomstwo twoje a potomstwo jej. Ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę”

–Gad wystraszył się i chciał zejść z drzewa i uciec, ale zamiast  schodzić spadł z niego, bo nawet nie zauważył, kiedy znikły mu nogi. Leżał chwilę rozbity i nawet nie miał czym rozmasować boków. Diabeł uciekł. Wąż powoli czołgał się na brzuchu do swojej kryjówki. Teraz Pan Bóg zwrócił się do Ewy. Ale pozwól, że najpierw powiem ci bardzo dokładnie słowo po słowie co powiedział Pan Bóg, a potem przetłumaczę ci tak, żebyś zrozumiał.

Rzekł do niej tak:

„Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”

Do Adama też powiedział bardzo ważne Słowa, które najpierw przepiszę tak jak były powiedziane, a dalej znów ci je przetłumaczę:

„Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci zakaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść- przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu. W trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której jesteś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!”

Takie groźne i ważne słowa powiedział Pan Bóg zagniewany na Adama i Ewę. Wiem, że możesz ich nie zrozumieć.

Zgodnie z obietnicą tłumaczę te Słowa na język dziecka:

-Ponieważ nie usłuchaliście Mnie i wy otrzymacie karę. Ty Ewo, kiedy będziesz rodzić dzieci, będziesz cierpiała, a po tobie wszystkie kobiety aż do końca świata. I pamiętaj. Ważniejszą osobą w domu będzie twój mąż a nie ty. Będziesz go musiała słuchać, bo nie on zerwał owoc, ale ty. Nie on tobie dał go zjeść, ale ty jemu. Dlatego jesteś bardziej winna. Ale i ty Adamie powinieneś był powstrzymać żonę.  Przecież wszystko wam tłumaczyłem. Ona jest wzięta z twojego ciała, więc miałeś ją ochronić jak siebie samego. A i tobie Ewo nie wolno narażać męża na zło. Dlatego odtąd nie będzie wam  już tak łatwo jak było. Będziecie musieli opuścić Raj i zamieszkać na Ziemi. Będziesz się bardzo trudził, żeby ją uprawić, dla zdobycia pożywienia, a ziemia nieustannie będzie zarastała wszelkimi zielskami, ostami i cierniami, „a przecież płodami ziemi będziecie się żywili.” Będzie ci bardzo ciężko. I niestety, nie tylko pomrzecie ale będziecie chorowali. I zostaniecie pogrzebani w ziemi, aby wasze ciała znów w nią się zamieniły. Widział Pan Bóg, że wstydzą się swojej nagości, więc sporządził dla nich ubranie ze skór zwierzęcych raz dlatego, żeby nie odczuwali wstydu, a po drugie, żeby im na Ziemi nie było zimno, gdyż wiedział, co teraz trzeba zrobić i dlaczego. –Rzekł zatem do otaczających Go Aniołów, gdyż On Bóg nigdy nie jest bez ich asysty, gdyż to Jego Orszak na Niebieskim Dworze.

Powiedział do niego takie słowa, które najpierw przepiszę, potem przetłumaczę:

„Oto człowiek stał się taki jak My: Zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki.”

Brzmiało to więc tak:

-Nie możemy zostawić ich w Raju, bo gdy już zjedli owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego zjedzą i z drzewa życia, a wtedy nie umrą nigdy. –Anioł spojrzał w kierunku drzewa życia, którego piękne owoce właśnie dojrzały i zwisały rumieniąc się tuż nad ziemią. 

-Weź miecz ognisty i wygoń ich z Raju.- Rozkazał Pan Bóg.-Cóż? Anioł wykonał polecenie. Zezwolił tylko Adamowi urwać na pamiątkę gałąź oliwną i zabrać ze sobą na Ziemię. Uciekali z przestrachem z Raju, a Anioł gonił ich tryskającym iskrami mieczem. Wrota Raju zatrzasnęły się za nimi z hukiem. Na ich straży Bóg postawił ogromnych Cherubów aby stali tam aż do skończenia świata, by człowiek czasami nie zechciał wrócić.

 

NA ZIEMI


Długo roznosił się wokoło huk zatrzaskiwanych wrót raju. Odbijały się echem od gór i lasów. Wydawało im się, że nawet ziemia się trochę zatrzęsła i bardzo się bali. Jeszcze przez chwilę widzieli te wrota i stojącego przy nich Anioła z ognistym mieczem w dłoni, a po chwili już nawet jego ani bramy nie było ani jego. Jakże chętnie cofnęliby się powrotem!  Cóż mieli robić? Nie wiedzieli co z sobą robić, wiec usiedli na ziemi zaczęli płakać. Płakali i płakali aż im oczy zapuchły i rozbolały głowy. Tymczasem słońce zniżyło się ku zachodowi i za chwilę zrobiło się całkiem ciemno. Pierwszy raz w życiu spotkali się z nocą i nie wiedzieli jak się ruszyć. Byli głodni, a tu nie było obok żadnego drzewa owocowego, zresztą w ciemności i tak nic by nie znaleźli. Na domiar złego z dala zaczął porykiwać jakiś zwierz. Zrobiło się nieprzyjemnie. Nie odzywali się do siebie mając ciche pretensje jedno do drugiego, ale teraz przywarli do siebie ze strachu. Zaczęli się modlić i przepraszać Boga za to, co zrobili. Po chwili ryk zaczął się oddalać, a jeszcze później zamilkł. Zrobiło się zimno. Mieli na siebie ciepłe ubrania ze skór, ale one okrywały tylko tułowia. Ręce i nogi mieli gołe. Była głęboka noc i księżyc chylił się ku zachodowi, gdy oparci o siebie usnęli wreszcie.  Śnił im się Pan Bóg. Był jak zawsze spokojny, miły i bardzo dobry. Zapewnił ich, że nigdy ich nie opuści i będzie im pomagał we wszystkim pod warunkiem, że oni będą o Nim pamiętali i często modlili się do Niego. Powiedział im też gdzie mają udać się rankiem i przypomniał  niektóre dawane w Raju nauki. Pokazał jak zbudować szałas, jak zrobić zeribę, żeby ochronić się od dzikich zwierząt, oraz co było bardzo ważne, gdzie i jakiego szukać jedzenia. W Raju było wszystko bardzo łatwe, jednakże po obudzeniu rzeczywistość w jakiej się znaleźli była zupełnie inna. Mieli bose nogi, a na ziemi były skały, kamienie i różne niemiłe w dotyku rośliny. Zaraz też poszli nas strumyk jak im polecił Pan Bóg i znaleźli taką roślinkę, której baldaszki były bogate w nasionka. Adam potrząsnął nią, a Ewa nadstawiła dłonie i zaraz były one pełne malutkich ziarenek.

-Poszukajcie płaski kamień i zetrzyjcie ziarno na nim. Potem zjecie.- Usłyszeli jakby cichutki głos.

-Co to było?- Spytała Ewa.

-Nie wiem, ale był to jakiś głos podobny do głosu Boga.

-To znaczy, że nas widzi i opiekuje się nami?

-Chyba tak.

- To pójdźmy i poszukajmy kamienia.-Zarządził Adam i po chwili znaleźli go. Starli ziarenka na proch i próbowali jeść, ale kleiły się w ustach i zatykały je. Zerwali po jabłku i jakoś nim dogryzali kleisty proszek. No, zjedli jakoś, ale nie było to zbyt smaczne. Nadal byli głodni. Stopy pokryły się zadrapaniami od kłujących roślin. Pili wodę ze strumienia, przy czym Adam o mało co wpadł w jego nurt. Dobrze, że Ewa przytrzymała go na ostatnią chwilę. Kilka razy w ciągu dnia podjadali tarte ziarenka roślinki, którą nazwali manną, bo uważali, że dostali ją od Boga, a że trzeba było ją zmielić kamieniami, wiec mówili o niej manna mielec. Gaj obfitował w przeróżne owoce.  Rosły tam przepyszne figi i gruszki, maleńkie słodkie śliwki i znane im z Raju banany. Ale zauważyli, że gdy zje się dużo śliwek, to boli trochę brzuch, wiec musieli uważać, żeby ich dużo nie zjeść. Z początku zaczęli robić sobie wymówki, kto z nich był bardziej winien wygnania z Raju, ale doszli do wniosku nie ma co się kłócić bo i tak nic tym nie zmienią. Więc chwytali się za ręce i szli o drzewka do drzewka, od rośliny do rośliny, sprawdzali, czy nadaje się do jedzenia, a po południu zbudowali sobie szałas według instrukcji otrzymanych we śnie. Mieli z tym dużo kłopotu, choć ścinali gałęzie ostrymi kamieniami. Cięło się trudno i niewprawne ręce nie umiały poradzić sobie z zaplataniem gałęzi z gałąź. Zeriby jeszcze nie mieli, ale na szczęście nic nie podeszło i mogli spać spokojnie. Ziemia była twarda, ale przynajmniej nie wiało. Po kilku dniach zerwała się silna burza, pierwsza w ich życiu. Pioruny biły o ziemię, wpadały w rzekę i rozchlapywały wodę na wszystkie strony, ale po burzy zauważyli, że na brzegach wody leżą ryby. Adam wszedł do wody i wziął jedną a ona zaczęła rozchodzić mu się w dłoniach tworząc białe jakby ugotowane kawałki. Nie wiedział jeszcze że coś jest ugotowane i o co w tym chodzi, ale postanowił spróbować i ryba okazała się smaczna.

-Ewa! –Zawołał.-Ewa, chodź tutaj. Mam rybę i jest smaczna. -

Ewa podbiegła i Adam podał jej kawałek.

-Wspaniała.-Orzekła i schyliła się na brzeg po drugą. Najedli się, ale nie zjedli wszystkich, bo piorun zabił i niemalże ugotował więcej ryb niż  mogli zjeść. Po raz pierwszy od wygnania z Raju najedli się do syta. Na drugi dzień rano jeszcze zjedli trochę, ale w południe ryby zaczęły cuchnąć i nie mieli ochoty ich jeść. Były niesmaczne. Mimo to Adam zjadł kawałek i wymiotował potem. Ewa nie wiedziała jak mu pomóc. Ale przypomniała sobie, że jak wyszli z Raju, Adam przed wieczorem wetknął w ziemię oliwną gałąź wziętą stamtąd. Nie było to daleko, więc pobiegła, zerwała kilka listków i przyniosła mężowi do zjedzenia. Na szczęście listeczki okazały się wybornym lekarstwem, więc przeszło dość szybko. Przy tym zauważyła, że gałąź przyjęła się i zmieniała się szybko w młode drzewko oliwne. Podczas kolejnej burzy piorun zwalił ogromnego figowca, wiec też postanowili spróbować. Co prawda figi były podpieczone, zwęglone, ale zjedli, bo byli głodni. Pan Bóg nadal we śnie podpowiadał im jak mają zachowywać się żeby unikać niebezpieczeństw, nakazał nie ociągać się z budowaniem zeriby, bo jeszcze jej nie zrobili, uczył jak kijem spulchniać ziemię i sadzić różne trawy wydające kłosy. Uczył ich wszystkiego co było bardzo ważne, ale o wiele musieli starać się sami, uważać na to co robią, domyślać się, uczyć i korzystać ze zdobytych doświadczeń. Szli wiec tam gdzie przeszły burze i szukali tego, co może piorun im podarował. Umieli już rozcierać znalezione ziarna na mąkę, ale nie umieli jej upiec bo nie było na czym. Dopiero kiedyś po kolejnej burzy znaleźli trochę ognia i leżącego w nim prawie upieczonego sokoła o spalonych piórach i doszli do wniosku, że można by spróbować ten ogień podtrzymać. Dokładali wiec do niego i dokładali, aż narobiło się za dużo popiołu i zgasło. Znów zrobiło się nieprzyjemnie i zimno, poza tym zauważyli, że ogień opalił trochę jakichś ziaren i że takie są smaczniejsze. Przyszła susza i trawa podeschła tak, że aż trzeszczała. Adam zerwał trochę i położył się na niej, bo pachniała. Było mu miękko i przyjemnie, wiec narwali jej dużo i zanieśli do szałasu. Rankiem po raz pierwszy nie bolały ich kości, ale też prędko zauważyli, że takim pachnącym sianem można się w nocy przykryć i było im bardzo przyjemniej, prawie jak w Raju, gdzie nigdy nie było im zimno. Ale rankiem budzili się w rzeczywistości ziemskiej i trzeba było brać się do pracy, żeby mieć co zjeść. Adam poszedł w środek puszczy i znalazł dosyć dużo roślin o drobnych ziarenkach. Łuskał pół dnia i zadowolony niósł w podołku. Nagle potknął się nogą o kamień nadrzeczny i część ziarna mu się wysypała na ziemię. Chciał wyzbierać, ale maleńkie ziarenka zanurzały się w mokrej ziemi, wiec zostawił je i poszedł. Ale po jakimś czasie zauważył, ze w tym miejscu ziemia pokryła się zielonymi maleńkimi roślinkami, które rosły z dnia na dzień, a potem wypuściły kłosy i wydały nasiona.

-Jeśli tak- powiedział Adam, to może by spróbować rzucać je do ziemi nad rzekę?

-Dlaczego nie?- Zobaczymy co z tego nam wyjdzie. W końcu Pan Bóg mówił nam w Raju o uprawach. - I siali, a ziarenka rosły i wydawały plon. Ale miejsca przy rzeczce nie było dużo, wiec przypomniało im się, że Pan bóg kazał kijem użyźniać ziemię i siać ziarno w taką miękką, a potem pilnować, żeby nie zarosło chwastami. Ale zarastało. Musieli często wyrywać kłujące osty i inne nieproszone rośliny, a nawet ciernie sięgały tam i trzeba je było ostrymi kamieniami wycinać. Te kamienie nazywali krzemieniami. Szła zima. Coraz rzadziej grzmiało i coraz mnie gromów biło w ziemię. Było im zimno. Jednej nocy przyśniło się Ewie, ze siedzi i trze kijem o kij, a one się rozgrzewają aż wreszcie zaczyna z nich pomalutku dymić.

-Trzyj, trzyj.- Podpowiada jej ktoś niewidzialny.- Połóż sobie suchego sianka obok, żeby gdy tylko kijki się zapalą, dołożyć sianka i innych patyków i w ten sposób powstanie ognisko.

-Rankiem opowiedziała swój sen Adamowi.

-Można by spróbować.-Odpowiedział i rzeczywiście po dłuższym czasie tym sposobem rozpalili ognisko. Oj, jak im było przyjemnie. Przypomniało im się opowiadanie Pana Boga o lepieniu ich z gliny i pomyśleli, ze może warto byłoby trochę gliny przykleić do ścian szałasu. I było to dobre, bo glina nie pozwalała przelatywać wiatrowi i było im ciepło. Pewnej nocy przez zeribę przeskoczyła gazela. Wskoczyła w ognisko i rozrzuciła je. Zrobiło się nagle ciemniutko. Adam wyskoczył z szałasu. Całe szczęście, bo od rozsypanych iskier o mało co zapaliłby się szałas. Wiedział już, że woda gasi ogień, wiec chwycił resztkę wody, którą mieli w skorupie od kokosa i wylał na zarzewie. Zagasło z sykiem. Reszta nocy przeszła spokojnie. Powoli uczyli się życia. Poza tym Ewa zauważyła, że chodzi jej się ciężko i zrobiła się okrąglutka jak piłka na nóżkach. Ale nie wiedziała jeszcze co się dzieje.

  

  PIERWSZY DZIDZIUŚ ŚWIATA

 

Ewa siedzi sobie obok ogniska i karmi piersią dzidziusia. To synek. Urodził się kilka tygodni temu. Adam wymyślił dla niego imię Kain. Kainek. Tak mówi na niego Ewa-jego mamusia. Maleńki Kain ma wspaniały apetyt. Rośnie jak na drożdżach. A jaki ma głos! Jak zacznie wrzeszczeć, to w drugim końcu puszczy go pewnie słychać. A jaki złośnik! Jeśli jest z czegoś niezadowolony, fika nożynami aż się wykopie z nędznej kołderki z suchych traw i liści, a wtedy wrzeszczy jeszcze mocniej, bo mu zimno. Ewa okrywa go jak może, ale jest bardzo biedna, zresztą to dopiero początek ludzkości, więc nic prawie jeszcze nie wynalezione. Bardzo stara się Adam, stara się Ewa, chodzą, oglądają, poznają świat, sprawdzają wszystko co zobaczą, obserwują słońce i chmury, Ewa nosi wodę w wydrążonej kalebasie, rozpala ogień przez tarcie dwóch kijów o siebie tak długo aż się od tego tarcia rozgrzeją tak mocno, że aż zaczną dymić i wtedy trze się dalej, aż się rozpalą. Podkłada wtedy troszkę sianka, suchych patyczków i grubszych polan, aż powstanie ognisko. Czasem trwa to nawet pół dnia, więc pierwsi rodzice pilnują ognia, żeby nie zagasł. Ewa karmi dzieciątko ogrzewając je przy ogniu i modli się. Rozpamiętuje szczęśliwe czasy spędzone w Raju i dobroć Pana Boga. Co ona zrobiła posłuchawszy węża! Jak mogła? W Raju nigdy nie było im zimno. Nie było groźnych zwierząt. Teraz ryczą dookoła choć nie napadają, ale ludzie boją się ich, bo ryk jest bardzo nieprzyjemny. Tylko psy i koty tulą się do rąk i proszą o głaskanie. Adam wypatrzył kilka dni temu barć. Wdrapał się na drzewo żeby zobaczyć co tam tak pachnie i pszczoły nieźle go pocięły. Przyszedł do domu obolały i spuchnięty. Ewa okładała go mokrą ziemią, bo pod tym okładem nie bolało go tak, ale dowiedział się, że do pszczół się nie podchodzi. Ale jak im zabrać tą pachnącą substancję? Jeśli pachnie, to na pewno do jedzenia też się nadaje. Modlił się do Boga o zdrowie i o radę. A Pan Bóg nigdy go nie opuszczał, bo On bardzo lubi, gdy człowiek z Nim współpracuje, prosi Go o pomoc i korzysta z niej. Stworzył człowieka, więc jest jego Ojcem. A któryż tatuś nie kocha własnych dzieci i nie chce im pomagać? Toteż Adam i Ewa po wiele razy dziennie zasięgają porady z Nieba. A tym razem Adam nie skonsultował ze Stwórcą wyprawy do barci. Na pewno Pan Bóg nie pożałowałby mu miodu, ale podpowiedziałby, że trzeba pszczoły podkurzyć. I na dodatek powiedziałby jak to zrobić. A podpowiadał w różny sposób: Na przykład przyśniło się Adamowi jak udomowić kozy, owce, kury i gęsi. Potem przyszła kolej na krowę. Ale też wypalanie garnka wyszło przypadkowo. Z kawałka gliny pozostałego po wylepianiu chatki Ewa bawiąc się nim wylepiła przypadkiem miseczkę. Była ona miękka i łatwo się skruszyła, mleko polało jej się po rękach, wiec ze złością rzuciła skorupy do ognia. A gdy poprawiała ognisko, zdziwiła się, co się ze skorupą stało, bo była mocna i dźwięczała, gdy Ewa postukała w nią palcem. Zdziwił się i Adam. Wzniósł oczy do góry i spytał Pana Boga. I Pan Bóg potwierdził, że glinę należy wypalać. Nawet wytłumaczył jak, toteż następnego dnia Adam zbudował piec do wypalania wykopawszy go w ziemi, a Ewa nalepiła garnków mis i dzbanów do noszenia wody ze strumienia. Jakże dziękowali Ojcu Niebieskiemu za naczynia. Teraz Ewa mogła gotować, bo miała w czym. Prędko odkryła, że gdy wleje się za dużo wody do garnka, to wywar po warzywach i owocach jest smaczny i można go wypić. A potem również za podpowiedzią Pana Boga pomieszała niektóre warzywa i w ten sposób wyszła jej pierwsza zupa i pierwszy kompot. Jednego razu Adam szedł przez puszczę i potknął się na badylu. Omal się wywrócił. Ze złości wyrwał roślinę, a z nią dziwne bulwy. Popatrzył, nadgryzł, ale były niesmaczne. Niósł w dłoni roślinę oganiając się nią od komarów, a gdy przyszedł do domu, rzucił do ogniska. Już mu nie była potrzebna. Ale po godzinie jakoś pięknie z ogniska pachniało, więc szukali co tak pachnie. I znaleźli. Upieczone bulwy były pyszne, nawet dali kawałek małemu Kainkowi. Nie był już taki malutki i stawiał pierwsze kroczki. Kiedy Ewa z Adamem nie dopili mleka, zauważyli, że na wierzchu zbiera się pyszny gęsty płyn. Ewa dodawała go do gotowanych potraw. Smakowały wtedy wybornie. Nazwali ten płyn śmietaną. Kiedyś dobrał się do niej Kain. Było to psotne dziecko i nieraz rodzice karcili go za to, czego robić zabraniali. Wszędzie go było pełno. Oczy świeciły mu się do psot. Tym razem mu się udało. Było ciepło, słoneczko świeciło i śmietanka zgęstniała. Na dodatek utopiła się w niej mucha. Wprawdzie garnek stał pod liśćmi paproci, ale malec go tam znalazł i zobaczył muchę. Nie spodobała mu się, więc włożył rączkę do śmietany i wyrzucił muchę, a potem oblizał dłoń, a potem umoczył jeszcze raz i znów oblizał. A potem chciał się tylko pobawić i plaskał dłonią w śmietanie. Ewa była przy czymś zajęta, więc nie zauważyła co robi synek. Miał czas. Gdy odkryła jego nietypową zabawę, w śmietanie pływały zółciutkie grudeczki, a sama śmietana stała się wodnista, miała nieco inny smak, a grudeczki dawały się zlepiać. I w ten sposób odkryli masło. Tatuś Niebieski pochwalił odkrycie i pouczył jak należy z nim postępować, do czego można użyć. I wiesz co? Od czasu Adama i Ewy zmieniła się tylko technologia produkcji masła, bo ludzie wynaleźli maślnice, ale nic nie wymyślili ponad to, że trzeba śmietankę ubijać jak zrobił to przypadkiem malutki synek Adama i Ewy. Powoli powstawały coraz to nowe wynalazki. Za wszystkie dziękowali Panu Bogu, z każdym kłopotem do Niego się zwracali. Właściwie modlili się prawie cały czas. Z pomocą i podpowiedziami Pana Boga zrobili pierwsze tkaniny ze lnu, który znaleźli przypadkiem, zbierali porzuconą przez owieczki wełenkę i spletli w nici, a potem wynaleźli sposób jak łączyć je w tkaninę. Na razie owijali się nią i było im cieplej. Pan Bóg dbał o Swoje dzieci i pomagał we wszystkim. A oni za wszystko dziękowali i z każdym kłopotem biegli myślą do Niego. Gdyby nie Jego pomoc, niewiele by zrobili sami. Wiedzieli, że wszystko co mają, zawdzięczają Jemu. I kolejnego maleńkiego synka też. Abelka. A potem kolejne dzieci- chłopców i dziewczynki. Czas biegł, powstawały kolejne wynalazki, zbudowali większy dom, a raczej przenieśli się do dużej pieczary w skale. I modlili się dziękując za nowe pomieszczenie. Pan Bóg widział ich wszędzie, we wszystkim pomagał, błogosławił, dzieci rosły, stawały się piękne, silne, jedne Ewa nosiła jeszcze na rękach, inne dorastały. Starsze pomagały rodzicom, młodsze opiekowały się zwierzętami, których również przybywało, bo nikt ich jeszcze nie zabijał do jedzenia, nawet wilki. Wtedy wilki i lwy jadły trawę jak nakazał im w Raju Pan Bóg. Pamiętały, gdy mówił, że pokarmem dla nich będzie wszelka trawa zielona. Więc koty nie polowały na myszy, jastrzębie nie kradły kur, ale jajka wszystkim bardzo smakowały. Ze skwaśniałego przypadkiem mleka wyszedł córeczce Ewy przypadkowo ser, który wszystkim bardzo smakował. A serwatką zaczęto popijać gotowane tarte między kamieniami na kaszę zboże. Ziemię spulchniali jeszcze grubym kijem, ale pomysłowy Abel, który jak mawiano miał głowę na karku, uklęknął na środku poletka i modlił się do Pana Boga o pomoc w wymyśleniu pomocniczego narzędzia. I wymyślił pierwszą motykę z sękatej rosochatej mocnej gałęzi. Abel był pobożnym chłopcem, a Kain nie bardzo. Abel dzielił się z wszystkimi tym co miał, a Kain wyśmiewał się z niego, choć sam chętnie przyjmował drobne podarki. Nieraz szturchał i popychał brata, choć Abel nic złego mu nie robił. Dla pozostałego rodzeństwa też nie był miły. Martwił swoim zachowaniem rodziców, którzy często zwracali mu uwagę, czasem karcili i prosili, żeby poprawił zachowanie. Adam i Ewa i podzielili pracę tak, żeby chłopcy nie wchodzili sobie pod nogi. Abel był pasterzem, więc dużo przebywał na pastwiskach, a Kain uprawiał ziemię. Miał poletko z pszenicą i z jęczmieniem, miał bataty, maniok, marchew i gorczycę. Ale zasadził też pierwszą malutką winnicę. Ewa piekła podpłomyki w popiele z wyhodowanej pszenicy. Jedzenia mieli pod dostatkiem. Wszystko zawdzięczali Panu Bogu i składali Mu swoje pierwsze wyhodowane produkty rolne w ofierze. Drzewo oliwne pochodzące z gałęzi zabranej z Raju było już dużym drzewem i rodziło przepyszne oliwki, a od niego Adam posadził nowe drzewa. Dowiedział się od Boga, że z oliwek można wycisnąć wspaniała oliwę. A nawet Tatuś Niebieski podpowiedział mu co trzeba zrobić, żeby oliwa z owocków wypłynęła. Och! Ileż wtedy powstało pierwszych bardzo ważnych wynalazków! Ale dlatego, że pierwsi rodzice ze wszystkim szli do Pana Boga, we wszystkim Go słuchali, za wszystko dziękowali, za grzechy przepraszali. Między nimi a Panem Bogiem trwała ciągła współpraca. I nic nie wskazywało na zbliżające się pierwsze nieszczęście.

 

STRASZNY GRZECH KAINA


Rodzina Adama powiększała swoje pola i trzody. Na pastwiskach biegało coraz więcej owiec. Dawały wełnę na odzież i pościel, oraz mleko, które wszyscy chętnie pili. Umieli już robić sery i masło, a Adam znalazł dość duży płaski kamień, w którym przy pomocy ostrego krzemienia zrobił wgłębienie, a tym wgłębieniu innym kamieniem rozbijano ziarno na mąkę i kaszę. który świetnie nadawał się do rozcierania na nim ziarna. Mieli w ten sposób pierwsze pra-żarno, Ewa umiała piec malutkie chlebki-podpłomyki i nad ogniskiem podpiekała warzywa. Kain powiększał z roku na rok swoje pola. Uprawiano pszenicę i jęczmień, żyto, bataty, maniok, oraz soczewicę. Rodzeństwo, które rodziło się co kila lat. Gdy trochę podrosło, pomagało zarówno w polu, w domu a także na pastwiskach. Ewa uczyła swoje dzieci posłuszeństwa i zgody, ale nie zawsze jej to wychodziło. Zły duch, który nakłonił Ewę w Raju do nieposłuszeństwa wobec Boga, krążył stale wokół całej rodziny kusząc do złego. I tak też lubił krążyć wokół Kaina, który był mu posłuszny. Zazdrość jest brzydkim grzechem, a właśnie Kain był zazdrośnikiem. Wszystkie pochwały jeśli nie były dla niego, wywoływały w nim bunt i gniew. Krzyczał wtedy i wygrażał rodzicom i rodzeństwu. Niektóre dzieci założyły już swoje rodziny i pobudowali chatki, ale Kain i Abel nie mieli żon. Jako najstarsi mieszkali z rodzicami. Abel hodował zwierzęta. Kochał je, a one szły za nim. Był dla nich dobrym pasterzem i opiekunem. Gdy przebywał na pastwiskach modlił, śpiewał i grał na zrobionej przez siebie fujarce wymyślone ładne melodyjki. Wełny wyczesanej z owieczek używano na pościele, a raz do roku Abel najładniejszą owieczkę składał Panu Bogu na ofiarę na zbudowanym przez tatę Adama ołtarzu. Kain tez składał ofiary, ale ponieważ był zazdrosny i chciwy, szykował na ofiarę tylko to co mu się nie udało, najbardziej krzywe warzywa, soczewicę tylko tą, którą zaatakowały robaczki, bo bardzo mu było szkoda dać Bogu na ofiarę garści pięknego zboża. Pan Bóg widział złe serce Kaina i słyszał, jak wygraża Ablowi za to, że Pan Bóg chętniej przyjmuje ofiary od niego. Smuciło to Pana Boga, więc prosił Kaina, ażeby poprawił zachowanie, ale on ani myślał posłuchać. I złościł się jeszcze bardziej. Obiecywał Ablowi, że rozprawi się z nim i nie pozwoli na to, żeby Pan Bóg i rodzice bardziej lubili Abla niż jego. Tłumaczyli mu Adam i Ewa, rozmawiało z nim rodzeństwo, prosił Pan Bóg. Nic nie pomagało. Nikt z ludzi już nie wiedział jak do niego mówić. Było po żniwach. Plon udał się dość dobrze i należało za żniwa podziękować Panu Bogu, bowiem Jemu należy dziękować za wszystko. Ablowi też urodziło się dużo owieczek i bardzo cieszył się swoimi stadami. Adam, który był kapłanem w rodzinie zarządził złożenie ofiary z plonów Panu Bogu. Kain zaczął się złościć, że przy uprawach ciężko pracuje, sam się stara żeby rosło i nie ma zamiaru składać Panu Bogu wielkich ofiar. Niedobrym był człowiekiem pierworodny syn Adama i Ewy. Był kapłanem tak jak brat i ojciec i wiedział, że ofiary składa się z najbardziej udanych plonów. Nadszedł dzień składania ofiar. Abel złożył na ołtarzu owieczkę. Pan Bóg znał dobre serce Abla i przyjął ofiarę. Ale widząc, że ofiara Kaina jest nieszczera, nawet na nią nie spojrzał. Rozgniewało to Kaina. Wywołał Abla w pole. Abel nic złego nie podejrzewał. Kiedy byli już dość daleko od domu, Kaina rzucił się na brata i zabił go. Był to bardzo ciężki grzech. Nie wolno nikogo krzywdzić. Dawcą życia jest Pan Bóg i nikt z ludzi nie może go nikomu odbierać. Kain to zrobił. Oj, Kanie, Kainie! Kto tak robi?

-Kanie! Kainie!- Zawołał Pan Bóg z Nieba.- Gdzież jest brat twój? – Kain przestraszył się. Myślał, że nikt złego czynu nie widział. Postanowił kłamać. Wiedział dobrze, że kłamać nie wolno. Wzruszył ramionami i odwarknął ze złością.

- Nie jestem stróżem mojego brata!

Pan Bóg odpowiedział:

«Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!  Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie.  Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!»

Kainowi zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Wystraszył się. Nie dość, że jego ohydny czyn został zauważony przez Boga, to jeszcze na dodatek Pan Bóg wygania go z tej ziemi, na której się urodził i wychował. Musi odejść. Rzekł do Pana Boga:

«Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść.  Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli, i mam się ukrywać przed tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!>> Ale Pan mu powiedział: «O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie!» Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił ktokolwiek go spotka.

Po tym wydarzeniu i po rozmowie z Panem Bogiem Kain odszedł od Pana i zamieszkał w kraju Nod, a kraj ten był położony na wschód od Edenu. Musiał rozpocząć samodzielne życie z dala od rodziny. Za taki czyn i tak nikt by nie chciał z nim nawet rozmawiać. Zresztą za zbrodnię należy się kara. Ożenił się tam, ziemia mu już nie rodziła. Albo nie wzeszło, albo rosnąć nie chciało, dojrzewające zboża zbił grad, albo stargały wichury, albo uderzył piorun i wszystko spłonęło, bowiem Kain nie miał już błogosławieństwa Bożego. Ale jego żona powiła mu synka, któremu nadali imię Henoch. Żeby mieli gdzie mieszkać zarówno on jak i cała obsługa jego dworku, Kain zbudował miasteczko i na cześć synka dał miastu takie imię jakie nosił jego synek. A Abel? Jego martwe ciało leżało na polu. Gdy do wieczora ani nocą żaden syn nie wrócił do domu, rankiem zaczęły się poszukiwania. Poszli wszyscy-dorośli i dzieci. Przeszukiwali każdy metr ziemi. Zaglądali pod każdy krzaczek, w trzciny nad wodą, przepatrzyli potok Cedron, że może się utopili. Wreszcie na polu zobaczyli co się stało. Owce chodziły bezładnie gdzie która chciała, nikt ich nie pilnował, a Abel przecież był pasterzem. Były nienapojone. Beczały. Zaś sam Abel leżał bez życia na środku pola z zakrwawioną głową. Kaina nie było nigdzie, tylko obok ciała Abla leżała zakrwawiona kainowa pałka, której zwykle używał do rozbijania grud ziemi wysuszonych przez słońce. Domyślili się wszystkiego. Rodzice zapłakali.

-Co teraz? Co zrobić? Czego nie dopilnowaliśmy?- Szlochała Ewa.

-Od dawna coś złego patrzyło mu z oczu.- Wołała siostra Abla i Kaina tuląc martwą głowę brata. Adam stał i łzy jak groch spadały mu z oczu szatę na piersi.

-Co teraz zrobić? – Ewa spojrzała błagalnie na męża. Poradzisz coś?

-Panie Boże!- Co mam na to poradzić? Widzisz, co się stało? Ja już nic nie rozumiem. Robiliśmy co mogliśmy. Tłumaczyliśmy mu, prosiliśmy. Nie wiem, czego mogliśmy nie dopełnić. Co zrobić? Poradź Panie Boże.

-Przypomnij sobie Adamie.- Odezwał się cichutko Pan Bóg prosto do Adamowego ucha. Przypomnij sobie co powiedziałem wam w Raju.”…aż się wrócisz do ziemi, z której jesteś wzięty, bo prochem jesteś i w proch się obrócisz”… Zatem, jeśli powiedziane wam zostało …aż się wrócisz do ziemi”…to znaczy, że musicie wykopać grób i w nim umieścić ciało Abla.

-Na długo? – Szlochała Ewa, która także słyszała słowa Pana Boga.

-Niestety, do końca świata. Wszyscy zmarli będą czekali w ziemi do tego dnia, aż Anioł zatrąbi i wtedy otworzą się groby i zmarli się zbudzą.

-A jak? A dlaczego nie może się teraz obudzić?

ć-Jego dusza jest teraz w Otchłani i musi czekać aż ją wprowadzę do Nieba. Wy też tam kiedyś przyjdziecie.

-A gdybyśmy Cię Ojcze w Raju posłuchali?

-Dziś nie stalibyście nad martwym ciałem syna, a Kain byłby posłusznym dobrym dzieckiem. – I jeszcze obiecał Pan Bóg Ewie, że za Abla da jej drugiego syna, a niektóre z Kainowych dzieci też będą dobre. Cóż było zrobić? Rodzina wykopała grób w skale, umieściła tam ciało Abla, a otwór zawalili ogromnym kamieniem. A potem chodzili płakać koło grobu i przynosili tam najładniejsze kwiatki. Powoli mijał czas żałoby. Ewa oczekiwała narodzenia kolejnego dziecka. I urodziła synka. Był zupełnie taki sam jak Abel, podobny do nieżyjącego brata jak kropla wody. Otrzymał piękne imię Set. A kiedy rósł, okazało się, że i głos ma podobny i jest taki sam dobry jak Abel. Ewa mówiła wszystkim, że to ojciec Niebieski dał jej na pociechę drugiego takiego samego syna. Rosły wszystkie dzieci i wnuki oraz pra i pra pra wnuki Adama i Ewy. Na Ziemi było coraz więcej ludzi. Trzeba było zakładać nowe osady, wsie i miasta. Nie mogli żyć wszyscy razem, bo jeszcze mieszkali w pieczarach zanim nauczyli się budować domy i uprawiać większą ilość ziemi, żeby dla wszystkich starczyło jedzenia. Wokół domów kobiety sadziły kwiatki i układały z nich rabaty. Sadziły warzywa. Mężczyźni sadzili drzewa owocowe i nauczyli się przeszczepiać gatunki. Uczyli się leczyć choroby. Niektórzy świetnie nadawali się do tego i oni zostali lekarzami. Poznawali zioła i robili z nich lekarstwa. Tych specjalistów nazywali aptekarzami. Z gliny lepili piękne garnki. Niedługo potem wynaleźli koło i był to bardzo ważny wynalazek. Dzięki temu powstały wozy, taczki i wielokrążki. Życie stało się troszkę łatwiejsze. Udomowiono osły i konie. A kiedy już był koń to i pierwsze pługi ciągnął. Uprawa ziemi zyskała na tym wiele. Koń wykonywał za człowieka bardzo ciężką pracę. Brał udział w orce. Ale nie tak szybko po sobie następowały wynalazki. Życie ludzi było bardzo ciężkie. Kiedy dziewczyna wyszła za mąż za chłopca z innej osady czasem oddalonej o wiele dni pieszej drogi, nie spotkała się ze swoimi rodzicami i rodzeństwem czasem przez wiele lat. A jak długo żyli pierwsi rodzice? Długo.

Adam żył dziewięćset trzydzieści lat. Czy wiesz ile to jest? Aż dziewięć wieków, a wiek ma sto lat. Jeżeli policzymy, że od Chrztu Polski do roku 2016 upłynęło 1050 lat, a zobacz ile się w tym czasie w historii Polski wydarzyło! Wyobraź sobie, że gdyby Adam urodził się w roku 966, to mając w chwili śmierci swoje 930 lat, to umarłby dopiero 120 lat temu, czyli gdyby był Polakiem, pamiętałby jeszcze rozbiory Polski. I co by jeszcze pamiętał? Wszystkich królów polskich, wojnę krzyżacką, ze Szwedami, rozbiory i tak dalej. On by nam dopiero naopowiadał! Chcielibyście? Ja bym chciała. Powiedziałby nam wszystko, co sam by zobaczył. Ale, niestety! Umarł 930 lat od wygnania z Raju, a wtedy jeszcze Polski nie było. Jego synowie, wnukowie pa i pra pra wnukowie żyli też podobnie długo, a kolejni już coraz krócej. Wiecie dlaczego? Na świecie rodziło się coraz więcej ludzi, którzy się wzajemnie ze sobą żenili. Młode dziewczęta i chłopcy z rodu Kaina odwiedzali się wzajemnie z potomkami Seta i pozostałych pra pra wnuków Adama, żenili się ze sobą, a ich wspólne dzieci i wnuki zachowywały się coraz gorzej i obrażały Pana Boga. Nie modliły się, nie oddawały Bogu Chwały, ale Pan Bóg zawsze bardzo kochał i nadal kocha Swoje dzieci i wprawdzie kolejni potomkowie Adama nie zyli aż tak długo jak on, ale też po sześćset, osiemset i siedemset lat. Gdy po wielu wiekach urodził się Noe, doczekał się trzech synów gdy miał już aż pięćset lat. Niesamowite! Ale że ludzie robili się coraz gorsi, gniewało to Pana Boga i zdecydował, że człowiek musi żyć krócej bo tylko sto dwadzieścia lat. A wiecie? W tamtych czasach żyli Ziemi giganci. Byli to ogromni ludzie. Byli oni bardzo silni i wygrywali wszystkie walki. Wykonywali też najcięższe prace, bo mieli bardzo dużo siły. Ale też ludzie normalnego wzrostu bali się ich. I tak było aż do potopu. Kiedy on nastał, na Ziemi było już dużo ludzi, niektórzy mieszkali daleko od drugich i wielu z nich już się nie znało. Nawet nie uważali siebie za krewnych, choć byli potomkami tego samego praojca. A wiesz, co oni jeszcze niemiłego zaczęli robić po zbrodni kainowej? Zaczęli zabijać i jeść zwierzęta. Wcześniej tego nie robili. Dziś po wielu tysiącach lat nawet nie wyobrażamy sobie, żebyśmy nie mieli jeść kiełbaski czy szynki albo kotleta na obiad. Prawda? A Adam z Ewą nie jedli i zobacz, jak długo żyli. Ale żyli tak długo także dlatego, że trwali w ciągłej przyjaźni z Bogiem. Dlatego im błogosławił także w tak długim życiu.    


PRZED POTOPEM


Kochanie, nie będę pisała ile lat trwało od Adama i Ewy do urodzin Noego, bo mogłabym się pomylić w liczeniu, ale cyfry wchodzą już tysiące. Ludzi na świecie było już dużo. Nie wiem dokładnie jaki obszar ziemi zamieszkiwali, ale możemy być pewni, że nie było ich jeszcze ani w Ameryce, ani w Australii ani na dalekich wyspach. To były jeszcze bezludne kraje, gdzie zwierzęta biegały bezpieczne, że nikt im nic złego nie zrobi, Puszcza Amazońska i wiele innych puszczy po pierwsze nie miały jeszcze nazwy, bo nie miał kto im jej dać. Myślę, że większość równin i gór była porośnięta lasami. Wszędzie nieprzebyte bory, radosny śpiew ptaków, głosy przeróżnych zwierząt nieraz takich, o jakich nigdy nie słyszeliśmy. A nad tym wszystkim przepiękny i czysty pułap z gwiazd, czasem chmurnego, a czasem bezchmurnego nieba. Nawet tam gdzie mieszkali ludzie, nikt nie mówił o smogu, ponieważ go nie było. Ludzie żyli w zgodzie z przyrodą. Nie mieli samochodów ani samolotów, bo ich jeszcze nie wynaleźli. Na razie mieli koło co było i pozostało bardzo ważnym wynalazkiem na całe istnienie świata, a korzystając z wynalezienia koła, wpadli na pomysł, jak zbudować wóz konny. Tak, oswoili konie i krowy, osły i kózki. Mieli także udomowione pieski i kotki oraz kury, kaczki i gęsi. Umieli produkować sery i masło, piec podpłomyki, wyciskać oliwę z oliwek, oraz piekli mięsiwa na rożnie. I stale coś wynajdywali. Coraz to nowe wynalazki bardzo im pomagały. Lekarze umieli leczyć wiele chorób, a położne wiedziały jak pomóc młodej mamusi, by dzidziuś bezpiecznie przyszedł na świat i zdrowo się chował. Jeśli ktoś mieszkał w pieczarze, ozdabiał ją rysunkami i rzeźbionymi przez siebie ornamentami, kobiety sadziły kwiatki i drzewka owocowe koło domów, uprawiali poletka, na których rosły zboża. Naprawdę dużo umieli i wciąż zdobywali nową wiedzę. Mieli wspaniałą pamięć. Bez zająknięcia potrafili wyrecytować swoich przodków licząc od taty aż do Adama i Ewy. I bardzo chętnie się tego uczyli, choć w takiej wyliczance było rymów, a bez rymów wiadomo, trudniej wchodzi do głowy. Żadne dziecko nie marudziło, że mu się nie chce, koledzy czekają, a w ogóle boli go głowa. I na pewno nikt nie marudził przy jedzeniu. Dzieci biegały biednie ubrane w ubranka ze skór zwierzęcych, oraz prostych tkanin wyrabianych przez mamy i starsze siostry. Nie miały na bluzeczkach kolorowych obrazków, a jeśli naszywano łaty, to dlatego, że w ubraniu pojawiła się dziura. Ale dzieci i dorośli uważali, żeby nie zniszczyć ubrań , bo wytworzenie nowych było bardzo trudne. Cukierki i czekolady nie istniały i dzieci wcale za nimi nie tęskniły, ponieważ ich nie znały. A jeśli ciocia lub siostra wyszła na przykład za mąż i wyprowadziła się do domu męża kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów dalej, jeżeli się chciało ją odwiedzić, nie było możliwym jechać ani samochodem, ani rowerem, ani pociągiem, bo nikt ich jeszcze nie wynalazł. Trzeba było iść pieszo czasem kilka dni po korzeniach, górach i drobnych kłujących kamykach, gdyż jeszcze nie wszędzie zbudowano drogi, które i tak nie miały asfaltu, bo jego także nie było. Więc żeby kamienie i korzenie nie dawały się tak bardzo we znaki, wymyślili sandały. Zobacz, jakie mądre były ludy pierwotne. Umieli budować pierwsze domy z gliny i słomy, a spali na matach. Nie znali wygód. Kąpali się w brodach nad brzegami rzek i jezior, a osady budowali też przy źródłach wody, żeby ją mieć. Ale dość prędko nauczyli się wydobywać wodę z ziemi poprzez kopanie studni. We wszystkim z Nieba pomagał Pan Bóg. To On podpowiadał gdzie i jak co należy zrobić, ale gdy ludziom żyło się coraz lepiej, Pierwsi Rodzice już dawno spoczywali w grobach, więc nie mogli siedząc przy ognisku opowiadać o Bogu i Raju, toteż ludzie coraz częściej uważali, że jeśli coś dobrze zrobili , coś wynaleźli to nie od Pana Boga otrzymali pomysł, tylko sami tacy mądrzy byli i powoli o Bogu zapominali. Tylko jeszcze niektórzy jeszcze modlili się trochę, a pozostali wcale. Dzieci nie chciały uczyć się pacierza, bo nie mieli dobrego przykładu od rodziców, którzy też już się nie modlili. A z dobrych i pobożnych wyśmiewano się tak jak i dziś. Zapomnieli o dobrym kochanym Tatusiu Niebieskim. Pan Bóg z Nieba stale napominał przez pobożniejszych ludzi, ale kto Go słuchał!? Smuciło to Boga oraz gniewało, ponieważ kłócili się ze sobą, wojowali, kradli jeden drugiemu i popełniali wiele innych wstrętnych grzechów. Złe duchy zamiast siedzieć w piekle uwijały się między ludźmi i stale kusiły do coraz to gorszych grzechów. A ludzie słuchali ich nawet nie zastanawiając się nad tym. Grzech rozszerzał się coraz bardziej. Oj, wkrótce pożałują tego.


BUDOWA ARKI NOEGO


Kto z was wie, kim był Noe? Był prawnukiem Henocha, który jako żywy został zabrany do nieba i tam mieszka. Wróci na ziemię przy końcu świata. Ale czy tylko? Pewnie wszyscy wiedzą, że budowniczym Arki. Czyżby mieszkał na przykład nad brzegiem Jeziora Galilejskiego i był właścicielem ogromnej stoczni z dźwigami, dokami i innymi urządzeniami? Wcale nie. Mieszkał pośrodku lądu daleko od morza. Pośród prawie bezbożnych plemion ludzkich wraz ze swoja najbliższą rodziną był wyjątkiem w odnoszeniu się do Boga. Czym się zajmował? Był prostym człowiekiem. Nie był ani inżynierem, ani magistrem znającym się na budowie okrętów. Umiał uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. A przede wszystkim z całą swoją rodziną często się modlił, kochał Pana Boga jak tylko umiał. Pan Bóg patrzył z miłością na całą rodzinę i błogosławił im. Ich pobożność wśród drwiącego z Boga ogółu była tak wspaniała jak prześliczny dobrze wypielęgnowany klomb kwiatów pośród mocno zarośniętego ugoru. Ludzie nie bardzo lubili rodzinę Noego za tą pobożność i nieraz śmiali się z nich. Wieczorami po pracy albo i w dzień przy pracy ci źli ludzie śpiewali nieładne piosenki i używali brzydkich słów. Ich czyny były wstrętne w oczach Boga, ale ani Noe ani jego rodzina nic takiego nie robili i zwracali nieraz ludziom uwagę na złe postępowanie. A ludzie zamiast posłuchać i zaprzestać grzeszenia, nieraz bili dzieci Noego i pluli na nich. Podoba wam się takie postępowanie? Bo mnie nie. A Panu Bogu tym bardziej się nie podobało. Prosił i prosił wiele lat i nic z tych próśb nie docierało do ludzkich umysłów. Wreszcie przebrała się miarka. Czarci coraz bardziej wściekle atakowali zarówno ludzi jak i zwierzęta. Już nigdzie nie było bezpiecznie, bo jak nie zbóje napadli to one. Pan Bóg zaczął żałować, że stworzył świat i ludzkość. Oczekiwał wdzięczności, która Mu się należała, otrzymywał drwinę, a złe duchy podpowiadały coraz to wstrętniejsze grzechy.

„Wygubię cały ten lud”, mówił sobie Pan Bóg.- „Żałuję, że ich stworzyłem”. – Myślał i patrzył ku Ziemi, bo może ktoś tam jeszcze nie zasługuje na karę. Patrzy, a tu żona Noego i jej synowe wraz żonami pracują wokół domostwa, rozmawiają ze sobą zgodnie, uśmiechają się do siebie, podśpiewują pobożne pieśni, Pracują nie tak, że każde sobie, ale jedno drugiemu pomaga i uzupełnia jego pracę, kobiety zgodnie i czysto gotują strawę na obiad, a potem wołają Noego i jego synów, którzy byli już ich mężami, żeby przyszli zjeść ugotowaną kaszę z soczewicą. Niestety. Gdzieś któraś przegapiła i na dnie garnka zebrało się trochę przypalenizny, którą przeszła cała potrawa.

-Ojej! Co będzie?- Zmartwiły się, a właśnie wchodzili mężczyźni na obiad. Stary sześćsetletni Noe pociągnął nosem, a mimo wieku węch miał dobry.

-Gdzie kucharek sześć.- Roześmiał się.

-No, tak.- odpowiedziała zawstydzona żona Jafeta.-Może jakoś zjecie…

-Jakoś?- Odpowiedział Jafet, podszedł u i całował ją w policzek. Uśmiechnął się do matki i szwagierek.- Pewnie. Przypalone też jadalne.- I choć czuć było aż na dworze, bez słowa zjedli przypaloną kaszę. Przypadek nie uszedł uwadze sąsiadów mieszkających blisko. Zaczęli zerkać zza czegoś, co też powiedzą mężczyźni czy będą się gniewali, a może nawet pobiją kobiety? A tu nic. Przypalona kasza zniknęła w żołądkach, więc dokuczali im jeszcze bardziej. Pan Bóg naprawdę miał dosyć zachowania ludzi, a gdy jeszcze wieczorem zobaczył jak Noe z całą rodziną modli się na zakończenie dnia i dziękuje za wszystko uwielbiając Opatrzność i prosząc o dobrą spokojną noc, postanowił wyniszczyć całą ludzkość z wyjątkiem Noego i jego rodziny. Więc gdy Noe się modlił i modlił trzymając ręce pięknie złożone, a wszyscy domownicy klęczeli niemal nieruchomo wpatrzeni w Niebo, Pan Bóg przemówił do niego nakazując coś niezwykłego. Nie zacytuję słów Pana Boga dosłownie, ponieważ możesz mieć kłopot ze zrozumieniem ich. Powiedział mu mniej więcej tak, że nie może już patrzeć na grzechy ludzkie, ponieważ skaziły one nie tylko ich samych ale i ziemię. Dopowiem wam jeszcze, żebyście zrozumieli, że wszystkie nieprawości zalęgły się bardziej niż najwstrętniesze bakterie i nie ma na ziemi miejsca, żeby nie zabrudziły w niej pięknej Bożej czystości, dlatego On-Pan Bóg postanawia wygubić całą ludzkość, domy, a także wszystko co żyje. Ale że ulitował się jeszcze nad światem, nie zniszczy zupełnie wszystkiego. Przede wszystkim ocali Noego i jego rodzinę. I ocali każdy gatunek zwierząt. A Noe ma do wykonania bardzo ważna pracę. Musi zbudować arkę, lub jak niektórzy nazywają korab. To taki ogromny statek dalekomorski. Musi z tą praca wędrować do stoczni nad morze? Nie. Ma budować tu gdzie mieszka. I Pan Bóg wytłumaczył dokładnie Noemu jak ma to zrobić i z czego.

Noe musi zrobić tak: Najpierw musi wraz z synami długo chodzić do puszczy po piękne drzewa na budowę. Mnóstwo będzie ich trzeba, bo arka będzie bardzo duża. Pan Bóg podał Noemu dokładne wymiary statku, oraz wygląd i konstrukcję wewnętrzną. Wymiary podał mu w starożytnym sposobie mierzenia, czyli w łokciach. Ja napiszę tutaj ile to było w przeliczeniu na dzisiejsze wymiary, żeby było łatwiej wyobrazić to sobie. Miała około 134 metrów długości, 22 metrów szerokości i 13 metrów wysokości. Wiecie ile to jest? Bardzo trudno wytłumaczyć to dzieciom tym bardziej, że każde mieszka gdzie indziej. Ona była dłuższa niż są wysokie polskie wieżowce. Ale krótsza niż wysokość Pałacu Kultury w Warszawie. A najlepiej niech tatuś odmierzy samochodem 134 metry i będziecie wiedzieli jaka długa była Arka Noego. Jej szerokość wynosiła jak wiemy 22 metry, więc to było tyle mniej więcej ile mierzy na wysokość duża wieża kościoła, gdzieś około ósmego piętra. A wysokość 13 metrów to tyle jakbyś spojrzał z parteru na czwarte piętro, a może czwarte i pół. Taka była ogromna! Miała wszystkie wymiary i proporcje odpowiadające obecnej budowie statków, musiała być bardzo ale to bardzo mocna, aby nie wywróciły i nie przełamały jej fale w czasie sztormu. Musiała mieć światło, aby ludzie i zwierzęta mieli widno, oraz wywietrzniki. Noe miał ją zbudować z drewna smolnego, żeby nie przepuszczała wody, a na dodatek wewnątrz i na zewnątrz dobrze wylać ją smołą. I całą tą potężną pracę wykonał sześćsetletni Noe z trzema mniej więcej stuletnimi synami. Ani ja ani wy nie potrafimy sobie tego wyobrazić. Trzeba było drewno zwozić, przycinać, strugać, zaciosywać, mierzyć i łączyć poszczególne części konstrukcji wielgaśnymi metalowymi gwoźdźmi lub dyblami z drewna. A wewnątrz Arki były aż trzy piętra przygotowane na chlewiki i obórki dla zwierząt. A jeszcze dla rodziny Noego musiało być mieszkanie i magazyny żywności na około roku czasu dla ludzi i zwierząt. Noe wykonał ten przeogromny statek tak wielki, jak obecnie znany nam z filmu i historii nieszczęsny Titanic. I popatrz. Noe kierował się bardzo ściśle wskazówkami Pana Boga. Wykonywał wszystko dokładnie tak, jak On nakazywał. Zobacz, jaki posłuszny był Noe. Budowali ten statek tylko we czterech i przetrwał on cały potop ze wszystkimi sztormami, oraz burzami. Titanica budowano w pięknej nowoczesnej stoczni. Zastosowano najnowocześniejsze techniki budowy i nawigacji. I co? Zatonął. A dlaczego? Budowniczowie ciężko obrazili Pana Boga. Natomiast Noe słuchał Go we wszystkim i Boże błogosławieństwo mu towarzyszyło. Zobacz, jak ważne jest posłuszeństwo. Ludzie przychodzili oglądać budowę statku, wypytywali co buduje i dlaczego, ale dlaczego w środku lądu i jak przewiezie takiego kolosa nad morze, w jaki sposób go zwoduje, ale gdy Noe mówił, że woda przyjdzie sama i uniesie statek, pokazywali Noemu i jego synom zajączki na czole, wyśmiewali ich i odchodzili. A nasza czwórka pracowała dzielnie i wytrwale. Już się chyba nikt do nich nie odzywał, bo mieli ich za wariatów, a jeśli, to tylko po to, by na nowo wyśmiać. A tak obgadując rodzinę Noego czekali, co z tego wyniknie, czy deszcz przyjdzie i czy rzeczywiście taki wielki, żeby taki kolos się uniósł i ogólnie w ogóle w to nie wierzyli. Zamiast się nawracać, zachowywali się coraz gorzej jakby Noemu na złość. Wreszcie po długim czasie okręt był gotowy, Zabrano się do gromadzenia żywności. Kobiety układały na półkach ususzone na słońcu sery, solone masło, kopy jaj utrwalone wapnem, suszone mięso i ryby i wiele świeżych i całe stosy suszonych warzyw i owoców. Należało również nagromadzić czystej wody do picia. A dla zwierząt w zależności od tego, co które jada! Pod opieką Noego i jego rodziny nikt nie mógł być głodny. Jedzenia należało nabrać na rok czasu! Jakież to ilości! I jeszcze bardzo ważna sprawa- mądrego i rozważnego załadunku. Czy Noe znał się na załadunku statków? Przypuszczam, że nie. Przecież nie mieszkał nad morzem. Ale Pan Bóg wszystkim kierował i Noe oraz jego synowie robili wszystko dokładnie tak, jak Pan Bóg nakazywał. Wreszcie i to było zrobione. Teraz zaczęła się prawdziwa wędrówka zwierząt. Szły nie wiadomo skąd, po parze samiec i samica z każdego gatunku. Leciały ptaki. Pełzły jaszczurki, węże, leciały i wędrowały robaki i robaczki. Wszystkiego po parze, a Noe zapraszał w progi swej budowli. A tak zwanych zwierząt czystych, które w tych czasach tak zwano, miał wprowadzić po siedem par, żeby po potopie prędzej się rozmnożyły. Każdemu wydzielał miejsce tak, żeby równo rozłożyć ciężar w całym statku, żeby owieczka nie stała koło lwa ani tygrysa, żeby piesek nie był z kotem w sąsiedztwie, bo wiadomo, że pies z kotem się nie zgadza. Było to bardzo ważne, żeby podczas sztormu konstrukcja wytrzymała i żeby statek się nie przełamał. Wszystkie skrzynie należało dobrze umocować linami. Już za siedem dni miał spaść deszcz. Na niebie gromadziły się coraz cięższe chmury. Zwierzęta jeszcze nadciągały ze wszystkich stron. A ludzie nadal nie wierzyli, śmiali się i obrażali Pana Boga. Przecież gdyby natychmiast skończyli z grzechem i rozpoczęli pokutę, ulitowałby się nad nimi jak wiele lat później nad Niniwą. Lecz nikt się nie nawrócił. Nikt! Czy zdajesz sobie sprawę, jacy ludzie byli dumni i zaślepieni? Nie widzieli cudu przychodzących do człowieka dzikich zwierząt i posłusznie wchodzących do arki. Nie skojarzyli z tym nadciagających ciężkich chmur. Wreszcie Pan Bóg dał nakaz, aby Noe z całą rodziną wszedł do Arki, a gdy to zrobili, Pan Bóg sam zamknął za nimi drzwi, które były wykonane w bocznej ścianie. Już tylko czekać…


POTOP I PIERWSZE LATA PO POTOPIE


Czekali w Arce jeszcze siedem dni. Było to w sześćsetnym roku życia Noego. Z ogromnym hukiem otworzyły się wszystkie źródła w ziemi i buchnęła z nich woda z taką siłą i w takiej ilości, że nikt nie potrafił jej zatrzymać. Na dodatek zaczęło niesamowicie lać jak z cebra. Oberwanie chmury naraz na całej ziemi. Pomyśl sobie. Czasami telewizja pokazuje, że gdzieś było oberwanie chmury i trwało kilka minut, ale nalało tyle wody, że niemal wlewała się do stojących i jadących samochodów, a z zalanych piwnic straż ogniowa musiała przy pomocy motopomp wypompowywać wodę. A tutaj końca ulewy nijak nie było. Woda buchała za wszystkich źródeł i studni, lała się z wodospadów i na dodatek lało bez końca. Nie wiem, ale może i w rzekach pootwierały się jakieś źródełka. Czasem widzisz na wycieczce maleńkie źródełko. Wypływa sobie z ziemi drobineńka wody, płynie i pluszcze po kamyczkach, szuka sobie miejsca, którędy by tu przepłynąć do większego potoczku i połączyć się z nim. A tu taki tyci-tyci strumyczek na rozkaz Boży staje się nagle ogromnym wodospadem. Ziemia pęka i nagle buchają z niego całe tony wody. Podniosła się nagle woda we wszystkich morzach i rzekach. Wszystko ogromnymi falami zalało świat. A deszcz lał jak z cebra całe czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Arka najpierw stała nieruchomo, a gdy wody wciżą przybywało, nagle drgnęła. A potem pomalutku zaczęła dryfować po wodzie, której jeszcze i jeszcze przybywało. I na końcu było jej tyle, że przykryła nawet najwyższe góry o prawie siedem metrów. A więc było jej dużo ponad Tatry, dużo ponad Alpy i jeszcze siedem prawie metrów ponad Mont Everest! Niesamowite! A arka pływała, a raczej dryfowała po wodzie, gdyż Pan Bóg nie przewidział dla niej ani steru, ani śruby. Świetnie radziła sobie w ogromnych falach, nie powstawały przechyły, gdy wichry wzmagały się i powstawała fala sztormowa, a stan morza osiągał maksimum, nie szkodziło to ani arce ani ludziom ani zwierzętom, tak świetnie Pan Bóg zaprojektował arkę. Bo Pan Bóg jest świetnym budowniczym, świetnym inżynierem, zbudował cały świat i ani jednej pomyłki. A gdyby ci czasem ktoś mówił, ze coś tam się Panu Bogu nie udało, nie słuchaj. To nie Bóg zrobił coś źle, tylko myśmy przez nasze nieposłuszeństwo Jemu to i owo popsuli, a także naukowcy nie do wszystkiego doszli. Zobacz! Pan Bóg zbudował, a naukowcy badają, badają i zbadać nie potrafią nadal wielu rzeczy. I arkę tak świetnie zaprojektował i przez cały potop prowadził ja po wodach, a nie dopłynęła nawet do Mont Everestu, gdyż dla takiego kolosa siedem metrów do dna mogłoby być może troszkę za mało. Nie wiem ile metrów zanurzenia musiała mieć arka. Nigdy nie projektowałam statku. Ale wiem, że do tego trzeba dobrze wykształconych inżynierów. Pan Bóg jest ponad nich wszystkich. Arka dryfowała teraz po ogromnym oceanie ponad ziemią, na której nie było już ani robaczka, ani zwierzęcia ani ptaka. I co najważniejsze ani jednego człowieka. Wszyscy źli ludzie potopili się. Zobaczcie, nie było już nikogo z tych, którzy drwili z Noego. Myślę, że tylko ryby dobrze się czuły w wodach potopu, bo ryby przecież żyją w wodzie. Jeżeli Pan Bóg darował rybom, zapewne spytasz dlaczego. Spróbuję ci odpowiedzieć. Otóż być może dlatego, że później Pan Bóg miał dla nich specjalne zadanie. Dowiesz się w Nowym Testamencie. Ale na razie trwał potop. Zaś ludzie i zwierzęta w arce czuli się świetnie. Pod opieką Noego i jego rodziny żadnemu zwierzęciu nie działa się krzywda. Wody podnosiły się przez aż 150 dni, to według naszego kalendarza przez pięć miesięcy. To tak jakby od Nowego Roku przez cała zimę i część wiosny do koca maja. Bardzo długo. A potem Pan Bóg zesłał wichry i one zaczęły powodować, że woda zaczęła powoli opadać. Wszystkie źródła, z których przez cały czas lała się woda ze środka ziemi, na rozkaz Pana Boga zamknęły się i przeszła ulewa. Po kolejnych pięciu miesiącach według naszego liczenia, bo u nich wtedy inaczej się liczyło, wody opadły już tak, zę było to widać. Wreszcie pewnego dnia arka zatarła o coś. Była to góra Ararat. Na niej to osiadła arka, ale wody było jeszcze tak bardzo dużo, że wyjście z arki było niemożliwe, zresztą bez rozkazu Pana Boga nie wolno było samemu się rządzić. Kiedy nad wodą ukazały się szczyty gór, Noe poczekał 40 dni i wypuścił z arki kruka, ażeby zbadał, czy jest już sucho. Ale ptak polatał chwilę i siadał na dachu arki, gdyż nigdzie nie było na tyle sucho, żeby mógł sobie poradzić. Wszędzie jeszcze była woda. Po jakimś czasie Noe wypuścił gołębicę, ale i ona nie znalazła miejsca gdzie by mogła osiąść i wróciła. Noe wyciągnął rękę i zabrał ją z powrotem do arki. Potem po tygodniu znów ja wypuścił. Latała do wieczora i przyniosła mu w dziobie świeży listek z drzewa oliwnego. Znaczyło to, że wody na tyle opadły, że drzewa rozpoczęły wegetację jak po zimie i wypuściły liście. Po siedmiu dniach wypuścił ją znowu, a ona już nie wróciła. Znaczyło to, że znalazła sobie miejsce na ziemi. Po jedenastu miesiącach od rozpoczęcia potopu Noe zdjął dach arki, ale było na tyle wilgotno, że nie można było wyjść. Należało czekać jeszcze miesiąc. Zatem przez równy rok mieszkali w arce. Dopiero w rok od wejścia do arki Pan Bóg przemówił do Noego i nakazał opuścić arkę i wypuścić wszystkie zwierzęta, ażeby rozbiegły się po ziemi, rodziły młode i napełniły sobą ziemię. A ocalona rodzina Noego? Dziękowali Panu Bogu za ocalenie z potopu i z wdzięczności Noe zbudował ołtarz, na którym złożył w ofierze Panu Bogu wybrane zwierzęta i ptaki. Pan Bóg przyjął ofiarę Noego i postanowił, że już nigdy nie ukarze całej ziemi i już nigdy nie zgładzi wszystkiego, dlatego jak długo istnieć będzie Ziemia, tak długo trwać będą siew i żniwo, lato i zima, upał i mróz, dzień i noc. Pan Bóg pobłogosławił Noego i jego synów mówiąc:

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście napełnili ziemię. Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka.”

Powiedział tez Pan Bóg, że wszystkim co żyje Noe, a po Noem kolejni ludzie mają rządzić. Powiedział tez, ze odtąd człowiek może jeść także ryby i zwierzęta oraz rośliny jak dotąd. Dlaczego? Cóż? Pan Bóg wiedział, że po potopie nie było nic, a cała rodzina musiała coś jeść. Zapas jedzenia zabrany do arki kończył się. Zaś ryb było pod dostatkiem. Wystarczyło pójść nad staw lub rzekę i nałowić. A oprócz tego w wodzie żyły małże i raki, które niektórzy bardzo lubią. Ale czegoś Pan Bóg zabronił. Pozwolił zabić jakieś zwierzę, żeby go zjeść, ale tylko tyle ile trzeba do zjedzenia. Nic ponadto. I nie pozwolił nikogo zabić, żadnego człowieka, bo jak rzekł, człowiek został stworzony na obraz Boga. Zabronił także spożywać krwi. Nie wolno. Widzisz, ile ważnych słów wypowiedział Pan Bóg? Znów zawierzył człowiekowi, ale czy człowiek usłucha Boga? A na zakończenie problemu potopu Bóg uczynił coś pięknego. Powiedział, że zawiera z ludźmi przymierze, iż już nigdy nie ukaże ludzi potopem jak długo świat będzie istniał i na znak tego przymierza zawiesił na nieboskłonie siedmiobarwną tęczę. Ludzie rozpoczęli nowe życie. Zbudowali domy i urodziły im się dzieci, które rosły, chłopcy żenili się, a panny wychodziły za mąż. Wkrótce i one pieściły swoje maluszki. I tak powoli zaludniała się ziemia, bo mamy miały po całej gromadzie dzieci, a one biegały, bawiły się i pomagały rodzicom. Czy były grzeczne? Nie wiem. Zły duch krążył między nimi i kusił do grzechu. Noe miał trzech synów, których zabrał do arki: Chama, Sema i Jafeta. Kiedyś zdarzyła się im niemiła historia. Noe zasadził winnicę, a gdy winogrona urosły, narobił wina i upił się nim. Ładnie o tak? Oczywiście, że nie. Od wódki rozum krótki, ale od wina, gdy się do za dużo wypije, też. Dzieciom w ogóle nie wolno. Alkohol mąci w głowie i tak też się stało z Noem. Musiał go dużo wypić, pewnie mu się udało i smaczne było. Ale wino choć smaczne to zdradliwe. Pijany Noe zdjął z siebie szatę i być może nie zdążył założyć koszuli nocnej. Zwalił się w namiocie na łóżko i zasnął nagi jak go Pan Bóg stworzył. Spał w najlepsze, gdy do namiotu wszedł Cham. Zobaczył nagiego ojca i zaczął się śmiać. Powiedział o tym braciom. A oni weszli do namiotu tyłem, żeby nie oglądać nagiego ciała ojca i przykryli go płaszczem, a gdy się zbudził, naskarżyli na Chama. Rozgniewał się Noe tym bardziej chyba dlatego, że było mu teraz wstyd. Ale nie wiedział jak z tego wybrnąć. Więc zamiast przeprosić synów za to, że naraził ich na zgorszenie, zrobił coś jeszcze brzydszego. Cham miał synka Kanaana. I na nim Noe wyładował swoją złość. Powiedział, że za to to co zrobił Cham, Kanaan musi być teraz sługą swojego wuja Sema. I nie udzielił Kanaanowi błogosławieństwa. Ja uważam, że Noe źle zrobił, ale i Cham nie powinien się śmiać. Zły duch skłócił ich, a oni posłuchali. 

         

 WIEŻA BABEL


Zakończył się potop. Rozbiegły się zwierzęta i zajadając się młodymi świeżo wyrosłymi roślinkami prędko się pomnażały. Ptaki wiły gniazda i niosły jajka, które następnie cierpliwie wysiadywały. I ani się kto obejrzał, a młode ptaszątka wyfruwały z gniazdek, a niedługo same będąc dorosłymi niosły kolejne jajka i znów wysiadywały maleńkie ptaszki. Ptaszki zaś wędrują, to znaczy w innym kraju niosą jajka i wysiadują pisklęta, a w innym zimują. Tak to trafiły do nas ukochane boćki, a z północnych krajów przylatują do nas na zimę jemiołuszki i kruki. I wiele, wiele innych ptaków. Cała tą wędrówką ptaków kieruje Pan Bóg. To On kieruje nimi i kierował od zawsze kiedy należy lecieć do Afryki bo nadchodzi jesień i po niej zima, a stamtąd zawsze na czas przysyła je z powrotem. Wystarczy słuchać Go tak jak to robią ptaki. A i zwierzęta prędko dorastają i rodzą kolejne potomstwo. Zawsze wiedzą kiedy na przykład zapali się las i trzeba na czas z niego uciekać, karaluchy mieszkające w miejskiej kamienicy wiedzą, że grozi im niebezpieczeństwo i odchodzą z bloku, w którym mieszkały i dobrze im było, a za dwa lub trzy dni blok płonie. Zawczasu wiedzą, że jeśli zostaną, zginą. Kierują się instynktem danym im przez Pana Boga. I nie mędrkują, ale Go słuchają, bo wiedzą, że jeśli On rozkazuje, słuchać należy. Tylko człowiek kieruje się swoimi pomysłami chcąc przechytrzyć Pana Boga. I tak było z Wieżą Babel. Po potopie nie tylko ilość ptaków i zwierząt się powiększała, ale przede wszystkim rodzili się ludzie. Noe miał jak pamiętasz trzech synów: Sema, Chama i Jafeta, a każdy z nich miał żonę, więc kiedy już było bezpiecznie, wody wyschły i nowe nieszczęście nie groziło ludziom, zaczęły rodzić się dzieci- chłopców i dziewczynki. I znów jak za Adama i Ewy dorosła młodzież rozpoczynała własne życie wychodząc za mąż i żeniąc się. Znów rodzice urządzali im wesela, a Młodzi z ich pomocą budowali własne domy. Ale życie było bardzo trudne, bo trudna była uprawa roli. Nie była łatwa hodowla. Jeśli ktoś miał dużo owiec, one potrzebowały dużo jedzenia, wiec należało wyprowadzać je w okolice pełne trawy i wspaniałych ziół. Kiedy wyjadły, należało opuścić puste łąki i znów wędrować dalej tam, gdzie okolica bogata jest w trawę. I tak właściciele stad oddali się od rodzinnej miejscowości, osiadali dalej i dalej, budowali domy, z których z czasem powstawały osady i następnie miasteczka i większe miasta. Ale, że nie było jeszcze ani samochodów ani pociągów ale podróżowało się na osiołku lub na piechotę, odwiedziny nie były łatwe, toteż kuzyni często wcale albo prawie wcale się nie znali. Od imion Chama, Sema i Jafeta powstały trzy wielkie szczepy ludności i każdy szczep gdzie indziej wywędrował tworząc kraje. Tak wiec na przykład syn Chama- Kanaan w miejscu gdzie osiadł, założył kraj i dał mu swoje imię. Jego kuzyni uczynili ponownie i tak powstało wiele krajów i okolic, z których każda inaczej się nazywała. Ludzie stawali się coraz bardziej dumni i jeden przez drugiego bardziej ważni. Myśleli, że jeśli po burzy ukazuje się tęcza, to hulaj dusza, bo pan Bóg już im nic złego nie zrobi, bo przecież przez przymierze zawarte z człowiekiem po potopie w znaku tęczy dał im Słowo, że już nigdy nie ukarze Ziemi potopem i nie wygubi ludzkości, wiec myśleli, że mogą robić co im się podoba i zaczęli grzeszyć. A złe duchy uwijały się miedzy nimi i kusiły w każdej chwili każdego człowieka. Ludzie nawet się nad tym nie zastanawiali i myśleli, że jeśli na przykład się biją, to bardzo mądrze robią. Więc nieraz pobili się, jeden drugiego okradł, kuzyni się pokłócili o drobiazg czasami, gniewali się na siebie nawzajem nieraz całe lata nie odwiedzając się, tak, że czasem ich wnuki się w ogóle nie znały, ale pamiętali tylko tyle, że w jakiejś wsi mieszkają wrogowie i warto ich napadać. Oczywiście, że źle robili. Ale zamiast słuchać mądrych ludzi, często słuchali głupich i zadziornych, a złe duchy skłócały ich coraz bardziej. Na dodatek oni wszyscy mówili jednym językiem, bo przecież wszyscy oni od pra-pradziadka Noego po potopie się wywiedli. Na ziemi było już dużo ludzi, dużo miast, wsi i osad. Drogi między osiedlami i miastami biegły wśród pagórków, pustyni nieprzebytych lasów tak, że jadąc z miasta do miasta czasem błądzili. Więc myśleli jak zrobić, żeby przestać błądzić i uczynić jedno takie miejsce, które by było widoczne z daleka i stało się punktem orientacyjnym. Każdy kto by na nie spojrzał wiedziałby gdzie jest i znalazłby prędko drogę, którą musi wędrować i jej kierunek. Myśl była dobra, przecież po jakimś czasie ludzie wynaleźli drogowskazy, które okazały się bardzo przydatne i pomagają do dziś wszystkim podróżnikom. Ale gdyby to był tylko drogowskaz, sprawa skończyłaby się dobrze. Tylko, że ludzie postanowili zakpić z Pana Boga. Przemieszczali się co jakiś czas w poszukiwaniu nowych pól i nowych pastwisk, a szli właśnie z kierunku wschodniego z całym swoim dobytkiem i znaleźli równinę, która im się spodobała. A że umieli już wyrabiać cegłę, znali też nie tylko smołę, ale i zaprawę murarską, ktoś wpadł na pomysł, którym postanowił podzielić się z resztą starszyzny czyli przywódców całej wielkiej grupy.

-Wiecie co?- powiedział do towarzyszy.- Wybudujmy tu miasto i zamieszkajmy. Ale żebyśmy nie błądzili, postawmy tu wieżę tak wielką, żeby wierzchołkiem dosięgała Nieba.-

No i zabrali się do roboty. Kopali glinę, urabiali z wodą, a potem uformowali z niej cegiełki, dodawali białka jaj, żeby było mocniejsze i wypalali w zrobionych do tego celu piecach, bowiem cegłę żeby była mocna i dom stał długo, należy wypalić, wtedy robi się twarda i nie kruszy się. Zaprojektowali wieżę i do pracy! Miała być to przeogromna budowla. Ale żeby coś mogło być bardzo wysokie żeby sięgnąć aż do Nieba, musiało być też i szerokie, gdyż musiało mieć szeroką podstawę, bo tylko odpowiednia szerokość budowlę utrzymała, na dodatek i fundament musiał być odpowiedni. Widzisz? Było to tak dawno temu, a jak umieli wspaniale budować i wyliczyć co i jakie należy projektować. Czyli byli doskonałymi matematykami i fizykami, a nawet chemikami. I stale doskonalili swoje wiadomości. Ruszyła więc budowa wieży. Najpierw kopali ogromny dół nie mając oczywiście koparki. Kopali łopatami, a w koszach postawionych na ramionach albo przymocowanych do pleców dźwigali ciężką ziemię, żeby odnieść ją gdzieś na kupę. A w dole powoli powstawał kamienny fundament i wszystko to nosili rękami. Dużo pomagały im konie, woły i osły, które zaprzęgali do wozów i przy ich pomocy przewozili ciężary. Żeby łatwiej było wnosić zaprawę murarską na mury i nie namęczyć się tak bardzo, zbudowali wielokrążek przy pomocy którego praca była o wiele łatwiejsza. Kiedy zrobili solidny fundament, zaczęli wznosić ściany. Nie śpieszyli się, pracowali powoli ale dokładnie, bo chcieli, żeby ich dzieło starczyło na zawsze, nie mieli takich dźwigów jak my teraz, więc i budowa długo trwała. Byli już na tyle doświadczonymi budowniczymi, że wiedzieli, iż należy z kolejnymi piętrami czekać, aż zaprawa i smoła dobrze wyschnie i ogromna budowla się nie zawali, bowiem miała sięgać aż do Nieba. Dlaczego tak wysoko? Mieszkańcy tego nowo budowanego miasta- Babilonu byli bardzo dumni z siebie i uważali się za mądrzejszych od samego Boga. Mogli pochwalić się pięknymi budowlami, statkami na rzece, portem i wieloma osiągnięciami. A zapomnieli tylko, że wszystkie te dary dostali od Pana Boga i uważali, że to oni są tacy mądrzy. Pyszałki, prawda? Chcieli przechytrzyć Stwórcę, Który przecież w Swojej mądrości zbudował caluteńki świat, rośliny, zwierzęta i ludzi nie popełniając ani jednego błędu. Może nawet myśleli sobie, że jak zajrzą po cichu do Nieba, to podpatrzą jak Pan Bóg co robi i wykradną Mu Jego tajemnice. A poza tym to już zaczęli zapominać o Panu Bogu jako o Stwórcy, Ojcu, Przyjacielu i Opiekunie i wymyślać sobie innego boga-bożka, który był zwykła kukła, która nic nie mogła i nic nie umiała. Wieżę dobudowali do siódmego piętra i już ósme stawiali. Wewnątrz jej były różne pomieszczenia, komnaty z oknami, jakieś sklepy, a na najwyższym piętrze zbudowali świątynię temu bożkowi. Zdradzili Pana Boga! Ohyda! Jak można Było tak uczynić wobec kochającego Ojca? Myśleli, że ujdzie im to na sucho. Pan Bóg z Nieba wszystko widział, ale na razie przyglądał się czekając co im jeszcze przyjdzie do głów. Wreszcie powiedział jedno bardzo ważne słowo:

-Dosyć!

I wypowiedział taką opinię: „Są jednym ludem i mają wszyscy tą samą mowę i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, co zamierzą uczynić. Zejdźmy wiec i pomieszajmy tam ich język, żeby jeden nie rozumiał drugiego”. No i zeszedł Bóg na Ziemię w towarzystwie Aniołów ani go nie zauważyli, bo zajęci pracą i gorącą dyskusją nie widzieli, że dzieje się coś niezwykłego. Gadają jeden przez drugiego, kłócą się, ale jeden drugiego zrozumieć nie może, bo Pan Bóg już im języki pomieszał, wiec jeden mówił po hebrajsku, drugi po egipsku, trzeci po aramejsku, turecku, syryjsku, rosyjsku, włosku, grecku, a może i po polsku i po niemiecku? Kto to wie? Kłócili się, krzyczeli, nie wiedzieli co się stało, aż wreszcie zagniewani odwrócili się do siebie tyłem i poszli każdy w swoją stronę. Kiedy przyszli do domów zauważyli, że i zony i dzieci nie mogą dogadać się z sąsiadami. Dzieci nie umiały się razem bawić bo nikt nikogo nie rozumiał, żony i młodzież, a nawet babcie i dziadkowie nie potrafili porozumieć się z ludźmi z drugiego domu. Życie w jednym mieście stało się niemożliwe i nieznośne, bo nawet w sklepie nie umieli nic kupić, zabrali wiec każdy swój dobytek na wóz i zgodnie z tym jakim kto językiem mówił rozjechali się w różne strony świata. Podobno dalecy potomkowie Jawana- syna Noego wyruszyli w stronę północną i poszli powolutku na obecne tereny rosyjskie, a dalej na nasze i innych Słowian. A imię Jawan znaczyło tyle co Iwan, a Iwan tyle co Jan. Tak stwierdzili naukowcy-genealogowie. Tak wiec Jawan stał się pra-praprzodkiem Słowian. Wspaniałe! Prawda? I możemy powiedzieć, że języki słowiańskie zaczęły się od Wieży Babel, a nasz pra-praprzodek Jawan był w Arce Noego.

 

 ABRAHAM-JEGO DZIEJE, KIM BYŁ I CO ZROBIŁ DLA BOGA


Zacznijmy od piosenki, którą wielu z nas chętnie śpiewa.


Ruszaj tam

Ref.: Ruszaj, ruszaj, ruszaj tam,

Gdzie Ziemię Obiecaną daje ci Pan!

Ruszaj, ruszaj, ruszaj tam,

Gdzie Ziemia Obiecana jest!

 

1. Wyruszył kiedyś tam

Abram ze swego Ur Chaldejskiego,

Bo wierzył, że (3x)

Będzie taki czas i usłyszy:

 

2. Już czekasz tyle lat,

By raz chociaż przeżyć z Bogiem chwilę,

Bo wierzysz, że

Będzie taki czas i usłyszysz:

 

3. Już tracisz życia sens,

Masz dość świata, ludzi, samego siebie.

I uwierz, że

Będzie taki czas i usłyszysz:

 

4.Szukaj Boga wciąż,

Niech On będzie szansą dla ciebie wielką.

I uwierz, że

Będzie taki czas i usłyszysz.

 

Abraham był człowiekiem wielkiej wiary nawet wtedy, gdy coś było dziwne, niemożliwe i mogło się wielu ludziom wydawać, że ten człowiek jest szaleńcem. Był czternastym praprawnukiem Noego, czyli gdyby powiedzieć czternaście razy pra, to dopiero od Noego doliczyłby do Abrahama. Od potopu do Abrahama upłynęło ponad czterysta lat. Pan Bóg ludziom błogosławił, więc rodziło się ich bardzo dużo. W każdym domu była gromada dzieci czasem tak liczna jak dzisiaj prawie połowa klasy. Dzieci dorastały, zakładały swoje rodziny, z których rodziły się kolejne dzieci. Powstało już wiele miast i osad. Pooddzielano kraje. Ludzie byli różni jak i dziś- jedni dobrzy, drudzy źli, jedni bogaci, drudzy biedni. Źli byli złymi dlatego, że zapominali o Bogu, nie chcieli się modlić i myśleli, że wszystko co mają zawdzięczają tylko sobie. Ale Pan Bóg widział z Nieba swój lud i nieraz srogo gromił złe uczynki. Natomiast dobrych Pan Bóg umacniał w dobrym, błogosławił, wysłuchiwał chętnie modlitw i pomnażał ich majątki. Ale czasem musieli wykazać się ogromną cierpliwością i wiarą w Jego Słowo. Bo jeśli Pan Bóg coś obiecuje, zawsze spełnia. Tak też było z Abrahamem. Ale nie będziemy o nim pisać Abraham tylko Abram, gdyż takie imię nadali mu rodzice, gdy się urodził. Oprócz niego mieli jeszcze dwóch synów- Nachora i Harana. Kiedy poznajemy tą rodzinę wszyscy mieszkają w Ur Chaldejskim. Nie mają już matki, a Haran i jego żona też nie żyją. Za to żyje wychowywany przez Abrama ich syn- Lot. Nachor ożenił się z panną o imieniu Milka, a Abram wziął sobie za żonę piękną Saraj. Abram i Saraj bardzo kochali Lota. Lot pomagał we wszystkim i towarzyszył wujkowi i cioci. Wraz z Abramem posiadali ogromne stada owiec i krów. Pewnego dnia dziadek Lota a tato Abrama powiedział do nich tak:

-Słuchajcie. Musimy się stąd wyprowadzić, bo Pan Bóg tak chce. –Zdziwili się i Abram i Lot. Dlaczego? O co Panu Bogu chodzi? Ale skoro trzeba, to trzeba zwijać namioty, gdyż był to ród wędrowny i żeby wyżywić tak liczne stada, musieli przeganiać je co jakiś czas na nowe łąki. No więc zapakowali    

Cały dobytek, zwinęli namioty, wszystko włożyli na wozy i wyruszyli w nieznane. Jechali do kraju Kanaan, który jeśli pamiętamy, założył syn Chama- o imieniu właśnie Kanaan. Pamiętamy z poprzednich rozdziałów, że właśnie ten chłopiec został skrzywdzony przez dziadka Noego za brzydki czyn jego taty- Chama. I zobacz. Noe uczynił bardzo źle przeklinając wnuka. Tak się nie robi. Teraz potomkowie Kanaana stracą swój kraj. Dostanie go ktoś inny. Wprawdzie Pan Bóg zadecydował, komu da ziemię Kanaana, ale nic nie usprawiedliwia czynu Noego. Teraz po wieli latach Pan Bóg wysyła Abrama do tego kraju, aby dać mu tą ziemię. Ale zanim Abram tam doszedł, osiadł na jakiś czas w mieście Charan. Nie wiem, może była zima, która nie sprzyjała wędrówkom, może zachorował tato Abrama i trzeba było się zatrzymać, żeby móc leczyć i pielęgnować chorego? Nie wiem. Ale wiem na pewno, że tatuś Abrama tam w Charanie umarł i został tam pogrzebany. Teraz Abram nie miał już ojca, a Lot nie miał dziadka. Wszyscy opłakiwali zmarłego. Na czas żałoby zatrzymali się w Charanie. Odwiedzali grób, ale gdy żałoba przeszła, Pan Bóg odezwał się do Abrama i powiedział mu, że czas się pakować i iść dalej w stronę Kanaanu. Spakowano więc na wozy cały dobytek, zwinięto znów namioty, pasterze prowadzili krowy kozy i owce, małe owieczki i kózki niesiono na rękach. Pieski biegły obok ludzi, a kury wieziono w klatkach, żeby się nie rozbiegły. I tak powolutku szli kilometr za kilometrem. Co jakiś czas przystawali, trzeba było nakarmić krowy i owieczki, kiedy napotkali studnię, poili zwierzęta, należało dać jeść kurom i zwierzętom wiezionym, a i ludzie i pieski i kotki od chcieli odpocząć i posilić się. Droga była bardzo daleka. Wieczorem rozkładali obóz, palili ognie, żeby wilki nie podeszły do stad, bo wilk ognia się boi, i pasterze czuwali na zmianę do samego rana. A rano cały obóz zwijali i szli dalej. Tak wędrowali całe dni i tygodnie. Czasem gdzieś zatrzymywali się na dłużej, bo albo Saraj musiała z wełny utkać materiału, żeby poszyć nowe szaty i zastąpić nimi zniszczone, a to sera trzeba było z mleka na zapas zrobić, mięsa nasuszyć, więc co chwilę przystawali na jakiś czas. kiedy jakaś krowa rodziła cielątko, także dawali jej czas na odpoczynek, bo bardzo szanowali swoje zwierzęta. w ten sposób ich stada stale się powiększały. Stawali się bogatymi ludźmi. No i właśnie- kiedy im się całkiem nieźle w Charanie mieszkało, Pan Bóg daje Abramowi obietnicę, że rozsławi jego imię, bo z będzie on ojcem wielkiego narodu. Ale musi posłuchać Pana Boga i udać się w dalszą wędrówkę do kraju, który Pan Bóg obiecał ukazać. Obiecał także błogosławieństwo dla tych, którym będzie błogosławił Abram, bo błogosławieństwo jest bardzo ważne. Kogo błogosławi człowiek i Bóg go błogosławi, a komu człowiek źle życzy, to mu się nie wiedzie, bo wtedy Pan Bóg błogosławić nie może. Tymczasem Saraj nie mogła mieć dzieci. Nie mogła zajść w ciążę. Martwiło to zarówno Abrama jak i Saraj. A tu Pan Bóg każe wędrować i na dodatek obiecuje potomstwo, choć Abram ma już 65 lat. No więc powędrowali. Powolutku przyszli do Kanaanu. Wtedy Pan Bóg powiedział Abramowi, że właśnie ten kraj da jego potomstwu. Abram bardzo się ucieszył i z radości zbudował ołtarz do składania ofiar. Ale Kanaan to wielki kraj, wiec skoro cały dla Abrama, to może chodzić gdzie chce. Pomalutku ze swoimi owieczkami doszli niedaleko miasta Betel. Ale i stamtąd trzeba było niedługo wyruszyć, bo w Kanaanie zapanował wielki głód. Jeśli Bóg nie ześle deszczu, nastąpi susza, zboża nie urosną, trawy wyschną, a wtedy padają z głodu zwierzęta, w studniach wody zabraknie, wiec i pić co nie ma, a po zwierzętach i ludzie z głodu umierają, bo głód jest okropny. Cóż miał robić Abram?    

Zapakował bagaże i razem z żoną, Lotem i służbą powędrowali do Egiptu, bowiem nad brzegiem Nilu dobrze i obficie plonowały zboża. A Saraj była prześliczną kobietą. Gdy Abram zorientował się, że z jej powodu jego życie może się znaleźć w niebezpieczeństwie, wystraszył się, bo pomyślał mniej więcej tak: „ Jak ona taka ładna, to mnie –jej męża zabija, aja i tak porwą i dadzą faronowi za żonę? Co tu robić? Co tu robić? Cofać się nie można, bo w Kanaanie śmierć z głodu, a tu śmierć z powodu pięknej żony Co robić?” pomyślał trochę i już wie. Zawołał żonę o opowiedział jej o wszystkim. Ona słuchała zmartwiona, że może stracić ukochanego męża, ale on przedstawił swój pomysł.

-Wiesz co? Będzie dobrze, jeśli ich trochę okłamiemy. Powiesz im gdyby pytali, że jesteś moją siostrą a nie żoną. Wtedy oni nie będą mieli powodu mnie zabijać, a ciebie tak czy tak wezmą na dwór faraona. Tobie będzie tam dobrze, a ja będę żył, a na dodatek jak ty będziesz na jego dworze, to i ja będę miał dobrze, bo zawsze będę w łaskach u niego jako twój brat. A faraon to egipski król. Saraj nie miała wyjścia. Zgodziła się. Egipcjanie rzeczywiście szybko zauważyli piękną kobietę u boku Abrama, wiec zabrali ją aby przedstawić faraonowi. A jemu tak się spodobała, że natychmiast zostawił ją w pałacu jako kolejną żonę, bo wtedy niektórzy mieli kilka żon. Saraj żyła w pałacu jak królowa. Służba jej usługiwała, a ona rozkazywała służbie. Nie musiała prać ani gotować, bo wszystko za nią robiły dworki. Abramowi wiodło się dobrze. Ale Pan Bóg widział grzech. I postanowił ukarać faraona za zatrzymanie Saraj dla siebie jako kolejnej żony? Miał przecież żonę, a mógł się domyśleć, że skoro wędruje ona w towarzystwie dwóch mężczyzn, a nie jest już młoda, to jeśli mówi, że idzie z bratem, pewnie kłamie. I Pan Bóg zesłał na faraona plagi. Wystraszył się faraon, wraz ze swoimi zrobił naradę. Gdy tak obradowali, ktoś wpadł na trop, iż zaczęło się wtedy, gdy Saraj zawitała na dworze. Posłano po nią i nakazano powiedzieć prawdę. Widziała, że wszyscy są zagniewani i dalej kłamać nie ma co. Przyznała się, że ma męża. Zawołano Abrama i musiał wysłuchać ostrej reprymendy. A potem oddano mu żonę i nakazano wynosić się z Egiptu razem z dobytkiem. Faraon kazał mu wielką łaskę i wypuścił wolno. Mógł go przecież oraz jego żonę skazać na długie lata kary w więziennej, bo zasłużyli na karę. Nie zrobił tego, bo bardzo pokochał Saraj. Teraz sprawiedliwie oddawał ją mężowi bo też bał się dalszych plag. Nawet do granicy nakazał ich odprowadzić, żeby przypadkiem nie wrócili po cichu i nie ukryli się gdzieś w Egipcie, a wtedy plagi mogłyby nękać dalej.

 

ABRAM Z LOTEM ROZSTAJĄ SIĘ


Wrócili w kierunku Kanaanu. Było już po głodzie. Abram i Lot mieli ogromne stada. Zwierzęta Abramowe wyjadały trawę zwierzętom Lota i odwrotnie. A w międzyczasie podczas wędrówek Lot ożenił się i miał dwie córki, wiec rodzina powiększyła się. Były to już młode panienki. Pomagały starzejącej się Saraj w gospodarstwie, a ona uczyła je jak prowadzić gospodarstwo domowe. Ale przede wszystkim pomagały swojej mamie, bo Abram miał własne namioty i Lot miał swoje . Tymczasem stada wyjadają sobie wzajemnie trawę, służba się kłóci, więc nie było wyjścia. Abram zaprosił Lota na spacer poza obozowisko. Stanęli razem w miejscu skąd rozlegał się przepiękny widok zielonych łąk.
-słuchaj, Locie. Mam ci coś do powiedzenia.- Zaczął wuj.

- Mów.- Odparł krótko zaniepokojony Lot.

-Widzisz, nie może tak być, żeby nasze stada wzajemnie sobie wyjadały trawę, a nasi słudzy kłócili się ze sobą. Obydwoje mamy tak wielkie stada, że na jednych łąkach ich nie wyżywimy. Myślę, że musimy się rozstać i każdy z nas pójdzie w inną stronę. Jak ty pójdziesz w lewo, ja pójdę w prawo, a jak ty pójdziesz w prawo, ja pójdę w lewo. Nie ma rady.-Lot spojrzał w stronę rzeki Jordan, ujrzał przepiękne rozległe zielone łąki i wybrał ta okolicę. Wrócili do domu i przedstawili wynik rozmowy. Wszystkim było bardzo ciężko, bo zawsze byli razem. Ale teraz to nie był już mały Lot pod opieką wujka. To był dorosły gospodarz, bogacz, właściciel wielkich stad. Abram wiedział, że Lot sobie poradzi bez niego. Urządzili ucztę pożegnalną, a następnie Lot spakował swoje bagaże i popędził stada ku Jordanowi. Zamieszkał przy niedalekim mieście- Sodomie. Abram na razie został w Kanaanie. Wtedy Pan Bóg znów przemówił do niego i potwierdził obietnicę, że da Abramowi cały ten kraj, wiec niech się pakuje i obejdzie cały kraj, żeby go poznać. Było to słuszne, bowiem Abram powiedział Lotowi, że jeżeli Lot pójdzie w lewo, on- Abraham w prawo, ale jak widać na razie się nigdzie nie wybierał. A teraz na rozkaż Boga pójść musiał i wypełnić to, co przyrzekł Lotowi.

 

 

LOT, SODOMA I GOMORA


Lot z żona i córkami mieszkał w Sodomie. Czy było mu tam dobrze? Prędko dowiedział się, że mieszkańcy nie tylko Sodomy ale i obok położonej Gomory są bardzo źli i obrażają Pana Boga wieloma wstrętnymi grzechami. Nie podobało się t ani lotowi ani jego rodzinie, ale co miał zrobić? Wybrał właśnie tą stronę, a skoro wybrał, należało mieszkać. Zbudował dom na skraju miasta, a że był bogaty, dom był dostatni. Jego córki miały tam narzeczonych i wybierały się wkrótce za mąż. Bogaty teść to skarb dla chłopaka, choć pierwszym skarbem powinna być żona, która pokochał. Więc mimo iż mieszkańcy byli bardzo źli, Lotowi który kochał Pana Boga On błogosławił i wszystko było po myśli Lota. Tymczasem w kraju wybuchła wojna. Pięciu królów wystąpiło przeciwko czterem razem ze swoimi wojskami. Pięciu królów sprzymierzyło się ze sobą, bo przez 12 lat byli oni lennikami króla Keadorlaomera, a w trzynastym roku się zbuntowali i wystąpili przeciw temu królowi. A dlaczego? Bo musieli uznawać wyższość tego króla nad sobą i płacić mu pieniądze za ewentualną pomoc wojenną na wypadek jakiej napaści. Ale nikt nikogo nie napadał i ten król dostawał od nich dużo pieniędzy za nic. Każdy by tak chciał zarabiać bez pracy. Prawda? Więc się zbuntowali i powiedzieli, że dosyć tego! Zebrali się w piątkę i na Keadorlaomera! A on poprosił sobie na pomoc trzech królów okolicznych państewek i razem we czterech ze swoimi wojskami wyruszyli przeciw tej piątce.

A nie był w ciemię bity i tracić takiej okazji do zarobku nie chciał. Poszedł ze swoim wojskiem i nim oni się zorientowali napadł na kilka miejscowości i wybił mieszkańców. Więc król Sodomy z pozostałymi królami uszykowali się do walki z nimi, ale tamten król miał przewagę. Zaczęli uciekać i schowali się w dołach po smole. Reszta wojska- kto się nie schował, uciekła w góry. Król Keadorlaomer był zwycięzcą. Wszedł do Sodomy i zabrał co chciał: narzędzia, złoto, pieniądze, żywność i cokolwiek do zabrania w Sodomie i Gomorze było. Ale zabrali też do niewoli niektórych mieszkańców tych miast, w tym Lota i jego rodzinę. Jeden z uprowadzonych sług Lota uciekł z niewoli i odnalazłszy Abrama opowiedział mu o wszystkim. Gdy Abram usłyszał, że takie nieszczęście spotkało ukochanego Lota, zabrał ze sobą trzystu osiemnastu najlepszych sług doświadczonych w bojach i wyruszył na odsiecz bratankowi. Dopędził prowadzonych na uwięzi ludzi i najpierw żeby osłabić siły wroga podzielił swoje wojsko na kilka oddziałów i nocami napadł niczego nie spodziewających się żołnierzy prowadzących więźniów i wiozących zrabowany majątek.      

A potem gonił napastników tak długo, aż wygonił z kraju i odzyskał cały zrabowany majątek i uwolnił wszystkich więźniów. Lot i wszyscy uprowadzeni mieszkańcy Sodomy i Gomory z całym dobytkiem wrócili cało i zdrowo do domu. A wiesz, dlaczego nie udało się zwyciężyć tego nieuczciwego króla i jego popleczników krzywdzonym i tak już od dawna mieszkańcom Sodomy i Gomory choć mieli wielkie wojska, a udało się to małej garstce żołnierzy Abrama? Dlatego tak się stało, że Abramowi Pan Bóg błogosławił i pomagał mu. Za co? Za miłość Abrama do Niego, za modlitwy Lota, za posłuszeństwo Abrama każdemu poleceniu Bożemu. Pan Bóg nigdy nie pozostawia kochających Go bez pomocy. A dla Lota i niejeden mieszkaniec tych dwóch miast skorzystał, ale gdyby oni pomyśleli sobie, że ze strony Pana Boga było to ostrzeżenie, żeby się nawrócili! Przecież gdyby Lota nie było wśród uprowadzonych, Abram nigdy by nie gonił wojsk dumnego króla prowadzących nieszczęsnych mieszkańców Sodomy i Gomory do niewoli. Pan Bóg dla ostrzeżenia tych grzeszników posłużył się Lotem. Ale ani mieszkańcy Sodomy ani Gomory tej wielkiej Łaski Bożej nie zauważyli i nie mieli ochoty się nawracać. Oj, oberwą oni od Boga za swój upór i ignorancję Bożych nakazów! Ale król Sodomy dowiedział się o zwycięstwie Abrama nad jego wrogiem i gdy Abram wracał jako zwycięzca, wyszedł przeciw niemu z podziękowaniami. Powiedział do Abrama tak: oddaj mi tylko ludzi, a cały majątek, który odbiłeś weź sobie. Ale Abram nie chciał nic, chciał tylko, żeby król Sodomy zapłacił za wyżywienie ludzi idących do tej walki i poprosił o wynagrodzenie dowódców towarzyszących Abramowi. Dla siebie nie chciał nic. Pan Bóg dał mu za to o wiele większą nagrodę. Gdy Abram wracał z walki, wyszedł mu naprzeciw król Szalemu o długim i pięknym imieniu Melchizedek. A ponieważ ten król również wierzył w Pana Boga i bardzo go kochał, wyniósł na spotkanie Abrama chleb i wino. Był to posiłek dla zmęczonych walką i podróżą. Była to również ogromna gościnność kapłana Melchizedeka. Ale ponieważ jak się wkrótce dowiemy, Melchizedek był prorokiem Boga Najwyższego, i nie zarządził wielkiej uczty na cześć zwycięzców, tylko błogosławił Pana Boga i Jemu dziękował za zwycięstwo Abramowe nad dumnym i niesprawiedliwym królem Keadorlaomerem. Modlił się także za Abrama, żeby Bóg błogosławił mu. Dlatego aż do skończenia świata Kościół wspomina powitanie Abrama przez Melchizedeka. Wiele setek lat później Panu Jezusowi chleb i wino posłużą również do czegoś bardzo, ale to bardzo ważnego. A Abram dał Melchizedekowi ofiarę, gdyż jak pamiętamy, Melchizedek był kapłanem Najwyższego. Ofiarą była dziesięcina, czyli dziesiąta część tego, co miał przy sobie Abram. Abram postąpił bardzo sprawiedliwie. Pan Bóg mu będzie błogosławił, choć na najważniejsze będzie trzeba jeszcze długo czekać. Bóg wypróbowywał cierpliwość Abrama.

 

PRZYMIERZE BOGA Z ABRAMEM


Po tych wszystkich wydarzeniach Pan Bóg, który bardzo kochał Abrama, postanowił przemówić do niego i powiedział, że nie tylko będzie się nim dalej opiekował i chronił od złego, ale da mu wspaniałą nagrodę. Na to Abram powiedział, że brakuje mu tylko jednego. On i jego żona zestarzeli się i nie będą mieli komu dać majątku bo nie mają dzieci, wiec już postanowione, że otrzyma go ulubiony sługa. Ale przecież każdy woli dać spadek własnym dzieciom niż obcemu, toteż Abram ma wielki kłopot bo i majątek jest wielki. Pan Bóg miał już swój plan co do Abramowego majątku, bo wszystko cokolwiek człowiek posiada należy tak naprawdę do Boga i człowiek korzysta tak długo, póki żyje na ziemi. Toteż Bóg zdradził mu tajemnicę, że nie sługa dostanie wszystko tylko syn Abrama, który mu się urodzi. I choć Abram i Saraj byli już staruszkami, a takim starcom jak oni dzieci się nie rodzą, Pan Bóg wyprowadził Abrama przed namiot. A była to bardzo pogodna noc. I polecił Bóg Abramowi popatrzeć w niebo i policzyć gwiazdy, ale to było niemożliwe, bo gwiazd jest o wiele więcej niż liczb na ziemi. I wtedy Abram otrzymał dwie wspaniałe obietnice- jedną, że potomstwo Abramowe będzie tak liczne jak gwiazdy na niebie, a drugą było potwierdzenie, że otrzyma cały kraj Kanaan na własność. Ale Abram chciał potwierdzenia, że naprawdę dostanie tak wielki kraj. Poprosił Boga o znak i Pan przychylił się do prośby polecając przygotować wybrany przez Siebie Samego rodzaj zwierząt na ofiarę. Abram to uczynił i ofiara została przyjęta. Bóg potwierdził, że cały kraj Kanaanu będzie należał do Abrama.

Ale dziecka jak nie było tak nie było, choć już od dziewięciu lat mieszkali w Kanaanie. Saraj zaczęła tracić cierpliwość i wymyśliła sposób wymuszenia na Bogu potomka. Miała ona niewolnicę, Egipcjankę - Hagar, którą miała w Egipcie, w czasie gdy przebywała na dworze faraona, a potem zabrała ją ze sobą. Wzięła Hagar za rękę i oddała ją mężowi jako drugą żonę. Potem będzie tego bardzo żałowała, ale takie bywają skutki niedowiarstwa Panu Bogu. Po jakimś czasie Hagar zorientowała się, że oczekuje narodzin dziecka. I stała się bardzo dumna z tego powodu do tego stopnia, że zaczęła drwić ze swojej pani. Saraj czuła się z tym źle. Nie takiego traktowania oczekiwała od swojej ulubionej niewolnicy, więc poszła z pretensjami do Abrama prosząc, aby rozsądził sprawę. Miał zdecydować teraz, którą z nich wybiera. Abram nie chcąc się wtrącać do waśni między kobietami powiedział żonie, iż Hagar jest nadal jej niewolnicą, więc niech Saraj załatwi sprawę jak uważa za dobre, ponieważ niewolnica pozostaje w mocy swojej pani. Saraj wzięła sprawę w swoje ręce i zaczęła spodziewającej się dziecka Hagar sprawiać przykrości i upokarzać ją. Takiego traktowania trudno było Hagar wytrzymać i uciekła na pustynię. Właśnie siedziała zmęczona obok studni przy drodze wiodącej do miasta Szur, gdy pojawił się obok niej wspaniały świetlisty Anioł. Zadał jej pytanie: „Hagar, niewolnico Saraj, skąd przyszłaś i dokąd idziesz?” Kobieta widząc, że Anioł wszystko wie i że nie przyjmuje do wiadomości, iż ona Hagar nosząca pod sercem Abramowe dziecko nie chce być już niewolnicą Saraj, bo uważa, że teraz ma prawo być wolna. Zapomniała o tym, że aby być wolną musi otrzymać dokument zwalniający ją z niewolnictwa. Postanowiła wolność wziąć sobie sama. A tu anioł nazywa ją „niewolnicą Saraj”. Nie śmiała mu się sprzeciwić. Powiedziała prawdę. Na to Anioł rozkazał jej, ażeby wróciła i oddała się pokornie, czyli grzecznie pod rozkazy swojej pani. I powiedział jej jeszcze, że Pan Bóg dostrzegł ich wspólny problem i upokorzenie, jakim obdarzyła ją Saraj i chce Hagar dać też nagrodę za przeżyte upokorzenie. Powiedział jej, że urodzi synka, któremu ma nadać imię Ismael. A on będzie praojcem ogromnej rzeszy ludzi. I zapowiedział, że jej syn-Ismael będzie dzikim człowiekiem, będzie walczył przeciw wszystkim i wszyscy przeciw niemu. Więc Anioł zapowiedział mniej więcej to, że Ismael będzie po prostu nieznośny i niejednemu krzywdę

     krzywdę zrobi. Anioł zniknął. Hagar znów została sam na pustyni, ale już widziała, że tak naprawdę wcale nie jest sama i Pan Bóg ją widzi i czuwa nad nią. Westchnęła ciężko, odpoczęła jeszcze chwilę, napiła się, nabrała wody, żeby w drodze miała co pić i wróciła do swojej pani. A po kilku miesiącach urodziła synka, któremu nadano imię wybrane przez Pana Boga, a zapowiedziane przez Anioła przy studni- Ismael. Jego ojciec Abraham był miał wtedy już osiemdziesiąt sześć lat. My takiego człowieka nazywamy dziadkiem, a on dopiero został ojcem. Malutki Ismael chwał się zdrowo, ale dziecka od jego żony Saraj jak nie było tak nie było. Mijały lata. Abram miał już dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Saraj przestała wierzyć, że kiedykolwiek urodzi dziecko. Tak stare kobiety mogą być najwyżej babciami lub prababciami, a ona by miała dopiero stać się matką? A tu pewnego dnia znów Pan Bóg przemówił do Abrama i powiedział mu, iż zawiera z Abramem przymierze, ale on sam ma służyć Bogu bardzo uczciwie, ma być dobry i nie śmie zrobić nic, co mogłoby się Bogu nie podobać. Na dowód tego przymierza zmienia Abramowi i Saraj imię. Teraz będą Abrahamem i Sarą. Sara to bardzo piękne imię i znaczy po prostu „księżniczka”. A Abraham dlatego, że Bóg uczyni ojcem wielu narodów. Zobacz, jaka wielka nagroda za zaufanie. I powiedział, że będzie błogosławił Abrahamowi i jego żona urodzi mu syna, a od Abrahama będą nawet królowie pochodzili! Niesamowite! A przymierze jakie Bóg zawiera z Abrahamem będzie trwało na wieki, to znaczy na zawsze. I że On – Bóg będzie Bogiem wszystkich potomków Abrahama, wszystkich jego pokoleń i będzie im błogosławił. A Kanaan już na zawsze będzie własnością Abrahama i potem jego potomków, to jest wnuków i wszystkich pra-prawnuków po wszystkie czasy. A na znak przymierza Pan Bóg nakazał coś bardzo ważnego. Każdy mężczyzna w jego rodzie musi otrzymać taki specjalny znak na ciele wykonany za pomocą małego zabiegu chirurgicznego. Zabieg ten Bóg nazwał obrzezaniem. Musi go otrzymać każdy zrodzony i mieszkający pod dachem Abrahama jak i on sam, a także wszyscy słudzy jego. A następnie bOg powiedział mu o Saraj nie tylko to, że zmienia jej imię, ale i to, ze za rok będzie miała syna, On- BOg będzie jej błogosławił i powtorzył Pan to samo, co powiedział przed chwilą już do Abrahama, iż z potomka jej, któremu należy nadać imię Izaak wyjdą królowie, a przez Izaaka ona stanie się matka wielu ludów. Abrahamowi nie chciało się wierzyć, choć w czasie tej rozmowy Abraham czuł tak wielką potęgę Boga, że nie mógł ani ustać ani klęczeć, tylko leżał na ziemi twarzą ku niej. Więc leżąc na ziemi zaczął się śmiać wątpiąc, czy człowiekowi stuletniemu może urodzić się syn i czy dziewięćdziesięcioletnia Sara może oczekiwać dziecka. Westchnął wiec i powiedział prośbę, że niechby chociaż Ismael miał taka Boża opiekę. Pan Bóg nie gniewał się na Abrahama za te wątpliwości, wiedział bowiem, że takie stare kobiety naprawdę nie rodzą dzieci i Abraham po ludzku ma rację, ale tutaj dokona się cud, wiec jeszcze raz bardzo cierpliwie Abrahamowi powtórzył wszystko tak jak przedtem. Po tym widzeniu Abraham dokonał na swoim ciel i wszystkich mężczyzn ze swojego domu nakazane znaczki. I czekał cierpliwie aż żona pocznie pod sercem dzieciątko.              

 

 

ODWIEDZINY Z NIEBA


Jest lato. Upał taki, ze nikomu nie chce się nic oprócz spokojnego siedzenia w cieniu pod drzewem. Abraham siedział więc w otwartych drzwiach namiotu. Nad głową miał cień i był zadowolony, że na razie ma wolne. Spojrzał naraz bo coś mu się zdawało i widzi, że jacyś ludzie nadchodzą. Skąd się wzięli? Przecież nie widział, ich dotąd, a drogę, która była na wprost namiotu, widział z daleka. Coś go tknęło. Był bardzo gościnny, więc wstał szybko i zbliżył się w ich kierunku, a że coś niezwykłego podejrzewał, ukłonił się im niemal do ziemi i zaprosił gości pod swój dach. Zawołał żonę i poprosił, żeby prędko zaczyniła ciasta i upiekła podpłomyków z trzech miar najpiękniejszej mąki. Był to cały wielki talerz małych chlebków. Przyniósł też wody w miednicy, żeby goście po podróży mogli obmyć sobie nogi. Tak należało uczynić, ponieważ goście szli zapewne daleko po zakurzonej drodze. Podał im wody do picia, bowiem na pewno byli spragnieni po dalekiej drodze. Zresztą musiało coś niezwykłego patrzeć z oczu wędrowcom, bo Abraham zorientował się, Kto go odwiedza. Przeprosił Gości na chwilę i pobiegł do stad. Wybrał prędko najtłuściejsze cielę i dał je słudze prosząc o prędkie przyrządzenia jak najsmaczniejszego mięsa. Był mądrym i roztropnym gospodarzem. Wydał zarządzenie i wrócił do swoich Gości, bo bardzo dobrze znał się na gościnności. A potem wziął jeszcze miskę z uszykowanym przez żonę twarogiem wymieszanym z gęstą tłustą pyszną śmietaną, posypanym na wierzchu pachnącymi kawałeczkami szczypiorku i dzban wspaniałego świeżo dojonego cieplutkiego mleka i wszystko to postawił gościom na stół, a gdy sługa przyniósł mięso dodał je jeszcze zapraszając gości do posiłku. Gdy jedli stał pod drzewem i patrzył na nich. W pewnej chwili jeden z nich zapytał : „A gdzież jest twoja żona?”

Odpowiedział, że w namiocie. Sara podsłuchiwała stojąc za ścianą namiotu. Gdy usłyszała, że o nią pytają, natężyła słuch. Wędrowiec powiedział: „O tej porze za rok znów wrócę do ciebie, a twoja żona będzie miała syna”. Sara usłyszawszy to uśmiechnęła się ironicznie myśląc, że teraz gdy się zestarzała, ktoś mówi jej o tym, że będzie miała dzidziusia. W jej wieku to jest zupełnie niemożliwe. Zresztą, Abraham ma już przecież syna- Ismaela więc? Nie, ona nie wierzy. Ale przecież nie odgadła, Kogo gości jej mąż. Naraz zdrętwiała z przerażenia, gdyż gość spytał: „Dlaczego Sara się śmieje i myśli – czy naprawdę będę mogła urodzić gdy już się zestarzałam-? Czy jest coś co by było niemożliwe dla Pana? Za rok o tej porze wrócę do ciebie i Sara będzie miała syna”. Biedna Sara. Ten Gość nawet wiedział, co ona myśli, ale postanowiła się nie dawać. Przecież wcale nie musi się przyznać. Kto może słyszeć jej myśli? Więc odpowiedziała, że wcale się nie śmiała, ale Gość odrzekł jej, że nieprawda, bo się śmiała. Sara była przerażona. Na dodatek nie uwierzyła tej radosnej nowinie. Po ludzku miała rację, ale przecież Pan Bóg zapowiedział, że to będzie cud. Czy ładnie to kłamać i śmiać się ze słów Bożych? Bóg nigdy nie mówi na żarty i jeśli coś obiecuje, dotrzyma. A potem Goście wybrali się w dalszą drogę. Abraham odprowadził ich. Jeden z nich, o Którym Abraham wiedział, że jest samym Bogiem zaczął mówić do siebie, że idzie do Sodomy, żeby zobaczyć, czy mieszkańcy tego miasta są rzeczywiście tacy źli jak słyszał, i że dzieli się wiadomością o planach wędrówki i zamiarze zniszczenia miasta z Abrahamem dlatego, że Abraham stanie się ojcem wielkiego narodu, a wiec bierze udział w planach Bożych, zatem nie ma nic przeciwko, żeby mu powiedzieć, nawet o tym, iż jeśli nie znajdzie tam nikogo sprawiedliwego, zniszczy całe miasto. Przy tym było wiadomo, że mieszkańcy leżącej w sąsiedztwie Gomory są tacy sami źli jak sodomczycy. Abraham wystraszył się, bo w Sodomie mieszkał z rodziną jego ukochany Lot, ale i innych ludzi było mu żal. Postanowił ruszyć im na ratunek, wiec rozpoczął targ z Panem Bogiem. Dwaj towarzyszący Bogu, o których wiemy, że to byli Aniołowie, odeszli w stronę Sodomy i Gomory, a Abraham stanął naprzeciw Pana Boga i zapytał, czy naprawdę zamierza wygubić tylu ludzi. I otrzymał odpowiedź, że skarga na złe postępowanie mieszkańców obu miast doszła do samego Nieba i przyszli sami obejrzeć jak naprawdę jest. Abraham wiedział jak jest, bo na pewno nie raz bywał u Lota lub Lot u niego. Ale postanowił bronić. Zatem spytał Boga, czy gdyby tam się znalazło pięćdziesięciu sprawiedliwych, czy wygubi miasto? Bóg spojrzał w dobre serce swojego rozmówcy i odpowiedział, że jeśli się tam znajdzie pięćdziesięciu sprawiedliwych, to dla nich daruje miastu. To zachęciło Abrahama i spytał czy gdyby było tylko czterdziestu pięciu, a gdy otrzymał odpowiedź, że Bóg zlituje się nad obydwoma miastami dla tych sprawiedliwych, a potem zachęcony Abraham pytał i pytał aż doszedł do dziesięciu. Pan obiecał, że dla dziesięciu sprawiedliwych też daruje obydwom miastom i nie zniszczy ich, a potem pożegnał się z Abrahamem i odszedł. A dwaj Aniołowie doszli do Sodomy. Miało się już pod wieczór, Lot siedział przy bramie miasta, a gdy ich zobaczył postanowił gościnnie przyjąć u siebie, gdyż on też był dobry i gościnny i tak naprawdę wcale nie pasował do złych mieszkańców obydwu miast i właściwie w całej Sodomie i Gomorze wędrowcy tylko u niego mogą się przespać spokojnie. Zatem pokłonił im się do samej ziemi i zaprosił do siebie, ale nie chcieli przyjąć gościny mówiąc, że będą spali na dworze. Na to Lot zgodzić się nie chciał, bo dobrze znał zachowania swoich sąsiadow i tak długo prosił, aż przyszli do jego domu. Dał im wody do umycia nóg i chleba na kolację. Jedli bardzo chętnie, bo po długiej drodze byli głodni. Kiedy wszyscy byli już po kolacji, nagle dom Lota zaczęli otaczać mieszkańcy obydwu miast. Widzieli dobrze, że Lot ma gości i przyszli, żeby im uczynić krzywdę. Przyszli z żądaniem, żeby Lot im swoich gości wyprowadził. Powiedzieli, że Lot nie ma nic do gadania ani do obrony, bo nie jest właściwie stałym mieszkańcem miasta, tylko się do niego przyprowadził, ale tak nalegali na Lota, że o mało go nie pobili, nawet drzwi domu chcieli wyważyć. Wtedy Aniołowie wysunęli ręce przez lekko uchylone drzwi i wciągnęli Lota do domu, drzwi zaryglowali a napastników ukarali ślepotą. Do rana już nic nie zakłóciło nikomu snu, a skoro świt Aniołowie wyprowadzili za ręce Lota, jego dwie córki i żonę i zabronili im oglądać się do tyłu. Kiedy już byli dosyć daleko, Pan Bóg spuścił ogień i siarkę na Sodomę i Gomorę. Wszyscy mieszkańcy co do jednej osoby wyginęli. Ocaleli tylko Lot z rodziną, ale jego żona być może słyszała huk ognia za sobą, może słyszała padające gromy, może z ciekawości się obejrzała bo chciała wiedzieć co tam się dzieje i to co zobaczyła było tak straszne, że z przerażenia natychmiast zamieniła się w słup soli. Na zawsze. A Lot z córkami za radą Aniołów zamieszkali najpierw małym miasteczku, a potem przenieśli się w góry i tam już pozostali.


I WRESZCIE!

 

Długo czekali Abraham i Sara na urodzenie obiecanego przez Boga dziecka, bo aż trzydzieści pięć lat. Czy wiecie ile to jest? To tyle, jakbyście liczyli od swojego urodzenia siedem lat, potem cała szkołę podstawową z gimnazjum razem, potem liceum i studia i jeszcze z dziesięć lat. To jest aż tyle czasu. Abraham nie miał komu przekazać majątku i martwił się tym. W międzyczasie nie raz próbował wymyślać komu by go dać i już nawet sługa miał być spadkobiercą, nastolatkiem był Abrahama i syn niewolnicy Ismael, a Pan Bóg stale przypominał, że na pewno dotrzyma słowa i potomek się urodzi. I wreszcie dziewięćdziesięcioletnia Sara oczekuje urodzenia dziecka. Niesamowite! To cud, aby taka stara babcia mogła począć maluszka. Cieszy się bardzo, ale wstyd jej i boi się ludzkich drwin, dlatego nie wychodzi z namiotu. Dobrze, że ma niewolnicę, która wykonuje wiele prac za Sarę. A ona siedzi sobie i szyje ubranka dla swojego synka, przycina i obrzuca brzegi pieluszek, wykonuje piękne czepeczki. Tak długo oczekiwany synek musi wyglądać pięknie, niemal jak książę, no i nie ma w tym nic dziwnego jeśli przypomnimy sobie, że gdy Pan zmienił imię Sarze, to teraz w nowym brzmieniu oznacza ono księżniczkę. Więc szyjąc nie pokazuje się ludziom, żeby nie śmiali się z niej. Aż wreszcie maleńki synek –Izaak przychodzi na świat. Po kilku dniach wreszcie Sara wyjdzie na dwór i wyniesie synka na pierwsze spacery. Nie miała wózeczka, bo wtedy wózki nie istniały, więc nosiła go na rękach albo w chuście, ale nadal trochę jej wstyd i próbowała się tłumaczyć przed ludźmi gdy ją ktoś zapytał, ale ponieważ miała dziewięćdziesiąt jeden lat, to z ciekawości wszyscy zadawali jej dużo pytań. Trzeba było odpowiedzieć każdemu tak, żeby był zadowolony. Nawet umyśliła sobie taką odpowiedź:

           „Powód do śmiechu dał mi Bóg. Każdy, kto się o tym dowie, śmiać się będzie z mej przyczyny. Któż by się ośmielił rzec Abrahamowi: Sara będzie karmiła piersią dzieci, a jednak urodziłam syna mimo podeszłego wieku mego męża”.

Widzisz? Ona mówiła o podeszłym wieku męża, ale o swoim nie. Wolała milczeć. Pytała, któżby się ośmielił powiedzieć jej mężowi, że ona- Sara będzie karmiła własne dziecko. Nikt. Jeden Pan Bóg tyle lat zapewniał, że tak się stanie i dotrzymał słowa. Bo choć różnie myśleli rodzice Izaaka, to w głębi serca czekali na spełnienie Bożej obietnicy. Zaufali Mu i nie zawiedli się. Bo Pan Bóg jest prawdomówny. A że wiek obydwojgu był aż śmieszny dla ludzi to i Pan Bóg przyznał wybierając dla dziecka imię Izaak, bo ono oznacza po prostu „Uśmiechnął się” albo „zaśmiał się”. I czy Izaak był małym śmieszkiem, tego nie wiemy. Ale rósł zdrowo i przynosił rodzicom wiele radości. Tylko Ismael był wściekły na malutkiego braciszka, bo nie był już jedynakiem, więc dokuczał malcowi ile tylko weszło, wyśmiewał się z niego, ponieważ nie mógł patrzeć jak ojciec nosi na rękach Izaaka, całuje go i pieści. Zrobił się bardzo zazdrosny o braciszka. Nie pomagały ani zakazy ojca ani matki, nie pomagały ostre słowa Sary. wyśmiewał brata wykorzystując do tego każdą sytuację. A przecież nie był już mały bo miał aż piętnaście lat, a taki duży chłopak potrafi dużo zrozumieć. Pokazywało się na co dzień to, co zapowiedział Anioł na pustyni, że chłopak ten będzie przysparzał wszystkim wiele kłopotów i będzie dziki. Pewnego dnia Sara miała już wszystkiego dosyć i zażądała od męża, żeby wygonić Hagar i jej syna Ismeala. Zmartwił się Abraham i nie wiedział co zrobić, ale nie umiał zaradzić, bo Ismael nikogo słuchać nie chciał. Zaczął się modlić o radę i Pan Bóg powiedział mu, że należy posłuchać Sary, a On- Bóg zaopiekuje się i matką i dzieckiem, bo obiecał przecież że Ismael będzie członkiem wielkiego narodu. Na drugi dzień Abraham z ciężkim sercem dał Hagar zapas chleba i duży bukłak wody, żeby razem z Ismaelem mieli co jeść i pić i odprawił ich, a droga była daleka i prowadziła przez piaszczystą pustynię, bo Hagar była Egipcjanką, więc najlepiej było wracać do domu. Pustynia była wielka, więc błąkali się po niej i w pewnym momencie stwierdzili, że kończy im się woda, po niedługim nie mieli jej wcale. Wypili do ostatniej kropli. Co teraz? Brak wody na pustyni to bardzo niebezpieczna sytuacja. Grozi śmierć z pragnienia. I o mało co a by to przytrafiło się to Ismaleowi. Ten chłopak, któremu tak trudno było zachowywać się grzecznie i ściągnął na siebie i matkę nieszczęście wygonienia z domu, okazał się mało odporny na trudy. Położył się na rozgrzanym od słońca piachu i nie miał siły iść dalej. Umierał. Hagar nie umiała pomóc swojemu dziecku. Nie miała wody. Postanowiła odsunąć się kawałek, żeby nie patrzeć na śmieć syna. Płakała. I wtedy po raz drugi w swoim życiu doznała pomocy od samego Boga, bo On widział wygnanie jej i nie opuścił w nieszczęściu. Zawołał do niej z Nieba, przypomniał, że Ismael będzie ojcem wielkiego narodu i nakazał, żeby poszła do dziecka, podniosła je, a następnie pokazał jej, że obok była przecież studnia, należy nabrać wody i napoić chłopca. Hagar z synem zamieszkali na pustyni. Ismael dorósł, a matka sprowadziła dla niego żonę z własnego kraju czyli z Egiptu.

 

IZAAK

Izaak był już sporym chłopcem. Przysparzał rodzicom chluby i radości. Kochali go, a on kochał ich. Wszystko było w porządku. Aż tu pewnego dnia nogi ugięły się pod Abrahamem. Znów odezwał się Bóg, ale tym razem nic nie obiecywał tylko zażądał, żeby Abraham zabrał Izaaka i poszedł z nim na górę Moria gdzie złoży go Bogu w ofierze. Biedny ojciec bił się z myślami. Co ma zrobić? Ma przecież jedynego syna, na którego czekał trzydzieści pięć lat, a zresztą złożenie ofiary łączy się z odebraniem życia ofierze. Jak to? Ma uczynić coś tak strasznego? Ale przecież Pan Bóg obiecał, że Izaak będzie ojcem wielkiego narodu, że jego potomkowie będą tak liczni jak gwiazdy na niebie. Więc może by jednak zaufać Panu Bogu? Nie okłamał tyle razy, choć wystawiał na liczne próby, nie okłamie i tym razem, bo Bóg zawsze mówi prawdę. Abraham nauczył się ufać Mu ponad wszystko. Rano powiedział żonie, że zabiera Izaaka i idą na górę Moria złożyć Bogu ofiarę. Spakował co było trzeba, obciążył tym osły, zabrał sługi i poszli. Do góry doszli dopiero trzeciego dnia, bo było to daleko. Teraz Abraham zdjął z osła wiązki z drewnem i włożył synowi na barki. Sam zabrał co mu jeszcze było trzeba, zostawili sługi i poszli. Zaczęli pić się pod górę. Izaak szedł nieświadomy niczego, zaś Abraham niepokoił się trochę, ale cały czas nie przestawał ufać. W pewnym momencie Izaak spytał:

-Ojcze…

-Co, synu? – Spytał cicho Abraham modląc się cały czas.

-Ojcze, mamy drwa, ale nie mamy jagnięcia?

-Bóg da nam jagnię.-Odparł krótko ojciec i zamilkł. Doszli w milczeniu. Abraham zbudował ołtarz i ułożył na nim drwa. Przypominały mu się różne sytuacje z życia. wspominał jak to różnymi drogami prowadził go Bóg przez pustynię, obiecywał niejednokrotnie potomka, dał zwycięstwo nad królem, którego wojsko porwało mieszkańców Sodomy i pozwolił wyrwać z niewoli ukochanego Lota, a gdy wracał po zwycięstwie kapłan Melchizedek wyniósł chleb i wino. Mimo, że zły duch cały czas podsuwał Abrahamowi zwątpienia, zmartwiony ojciec co chwilkę spoglądał w górę i cały czas się modlił. Wydawało mu się, że między tamtą ofiarą Melchizedeka a tym, co ma za chwilkę zrobić jest jakiś związek. Wreszcie wszystko było przygotowane. Ze ściśniętym z żalu gardłem powiedział, że Izaakowi, że to on na rozkaz Boga ma być tym jagnięciem. Izaak stanął jak wryty. Tego się nie spodziewał. Myśli jak wicher leciały mu przez głowę. I on kochał Boga. Oto za chwilkę będzie w Jego objęciach. Ale?... przecież miał mocne zdrowe nogi. Gdyby wykonać kilka skoków po górze? Nim by się stary ojciec ruszył, on byłby daleko. Ale nie był to chłopiec tchórzliwy. Chwilkę pomyślał i odrzekł;

-Dobrze, ojcze. Jeśli Bóg tak żąda, zgadzam się.-

Ojciec ułożył go związanego na ołtarzu i już, już miał rozpocząć ofiarę gdy z góry usłyszał wyraźny głos Boga.

-Abrahamie! Abrahamie!

-Jestem!- Odpowiedział drżącym głosem zawołany.

-„Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga bo nie domówiłeś Mi nawet swojego jedynego syna!”- Abraham prędko uwolnił Izaaka z więzów i uściskał go. A potem rozejrzał się i zobaczył w krzakach zaplątanego barana. Tego ofiarowali Bogu, a gdy schodzili w dół, Bóg znów odezwał się do Abrahama i obiecał, że za jego wierność Bogu da Izaakowi potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na pustyni i będzie wszystkim błogosławił. A potem wrócili do domu. Izaak rósł zdrowo będąc posłuszny rodzicom. Sara doczekała się stu dwudziestu siedmiu lat. A gdy zmarła, Abraham kupił kawał pola, żeby na nim wykonać pieczarę dla pochowania jej. A będąc o dziesięć lat starszy od niej po jakimś czasie ożenił się jeszcze raz, a nowa żona urodziła mu sześciu synów, a zmarł gdy miał sto siedemdziesiąt pięć lat. Izaak z braćmi pochowali go obok Sary.

 

BÓG BŁOGOSŁAWI IZAAKOWI


Teraz majątek po ojcu otrzymał Izaak, choć i braciom ojciec przeznaczył sporo owiec i pieniędzy. Izaak nie miał żony. Lecz nim Abraham umarł postanowił jeszcze zadbać o to, żeby postarać się o żonę dla syna, więc wysłał po nią do kraju, z którego przybył wiernego sługę. Sługa zabrał dziesięć wielbłądów i różne dary, dobrał sobie towarzyszy podróży i pojechał. Jechał dokładnie tam, dokąd Abraham jechać kazał, do brata swojego Nachora. Stamtąd miał przywieźć żonę dla Izaaka. Ale nie znał nikogo, kto w tym mieście mieszkał, nie znał też ani Nachora ani jego rodziny, nie miał pojęcia jak spośród wszystkich mieszkanek miasta wybierze tą, która ma zostać żoną Izaaka i pochodzi z rodziny Nachora, więc modlił się po drodze, oraz gdy zatrzymał się u studni na skraju ich miasta. Prosił Pana Boga, żeby było tak: Teraz jest wieczór, więc czas, gdy kobiety przychodzą czerpać wodę i pasterze poją zwierzęta. Niechże będzie, że gdy przyjdzie jakaś kobieta, on będzie prosił, żeby mu ze swojego dzbana dała mu się napić i żeby sama zaproponowała, że napoi też jego wielbłądy. I będzie tak prosił każdą, która przyjdzie po wodę, aż trafi się taka, która spełniając oczekiwanie okaże się być dobrą. Bo czy zła osoba zechce sama z siebie pomóc podróżnemu, którego nawet nie zna? Jeszcze nie skończył modlitwy, a tu od miasta nadchodzi śliczna dziewczyna. Podeszła do studni, zaczerpnęła, a on prosi, żeby pochyliła dzban i dała mu z niego się napić. Zrobiła to chętnie, a gdy się napił, zaproponowała, że napoi jego wielbłądy. Naczerpała wody, nalała do koryta i napoiła je. Już wiedział, że Bóg wysłuchał jego prośby, wiec spytał ją, czy w jej domu znalazłoby się miejsce na nocleg i obdarował ją złotym kolczykiem i dwoma złotymi bransoletami. Niesamowite! Poszła po wodę skromna dziewczyna, a wróciła wystrojona w złote bransolety i w kolczyk. I na dodatek opowiadała o niezwykłym podróżnym, który czeka przy studni na odpowiedź, czy może w ich domu zanocować. Dobrze, ze nie widziały jej koleżanki, bo pewnie by zazdrościły. A miała troskliwego i gościnnego brata. Wstał prędko zza stołu i podszedł do drzwi.

-Gdzie idziesz?- Spytała go matka obydwu.

 -Jeśli ten podróżny czeka przy studni, trzeba zaprosić go na nocleg.- Powiedział i ruszył ku nieznanemu, który nadal siedział tam, gdzie go zostawiła dziewczyna, czyli koło studni. A dziewczynie było na imię Rebeka. Brat jej przywitał się z sługą Abrahama i wszyscy słudzy, którzy mu towarzyszyli, zostali zaproszeni i ugoszczeni. Gość opowiedział dokładnie po co i od kogo przybył, jak poznał że Rebeka jest wybraną przez Boga narzeczoną dla Izaaka i spytał, czy ją dla swojego pana dostanie. A gdy synowie Nachora usłyszeli imię wuja, zgodzili się dać siostrę Izaakowi za żonę. Otrzymali w darze dużo kosztowności. A rankiem goście zabrali Rebekę i jej niewolnice i ruszyli ku miastu, gdzie mieszkał Izaak. . Rebeka jechała chętnie, bo dużo dobrego usłyszała wczoraj o przyszłym mężu, który był jednocześnie jej kuzynem. Droga była daleka. Prowadziła przez pagórkowate tereny, przez pola i pastwiska. Gdy dojeżdżali, Izaak akurat wyruszył na pole i ujrzał zbliżające się wielbłądy. Ruszył w ich stronę, bo domyślał się, kto jedzie i był bardzo ciekawy, jak poszły swaty. Rebeka też ujrzała człowieka. Spytała kto to, a kiedy jej powiedziano, prędko narzuciła chustę na głowę i na twarz na znak skromności i tak zbliżyli się do siebie - karawana wioząca Rebekę jako kandydatkę na żonę dla Izaaka i on sam- Izaak. A potem było wesele. Izaak bardzo kochał swoją żonę i kochała męża.


JAKUB I EZAW


Izaak i Rebeka byli dobrym małżeństwem. Izaak szanował żonę, a

ona jego. Obydwoje bardzo kochali Pana Boga i codziennie modlili się do niego. Izaak pamiętał o składaniu wszystkich nakazanych ofiar, poza tym był dobrym gospodarzem. Po ojcu- Abrahamie odziedziczył duże gospodarstwo hodowlane. Jego stada były ogromne. Całe zastępy sług i pasterzy pracowały przy owcach, kozach i krowach. Nikomu nie działa się krzywda. Tylko dziecka nijak nie mogli się doczekać. Już wiele lat byli małżeństwem, ale nawet lekarze pomóc nie umieli. Tylko jeszcze Pan Bóg mógł zaradzić, bo On wszystko potrafi. Dobrze, że Izaakowi się o tym przypomniało jak to jego mamusia staruszką była, gdy począł się w jej łonie i zaczął się modlić o dziecko. A dobry Pan Bóg wysłuchał, bo widział, że Izaak Go kocha i ufa Mu. Wobec tego obdarował go podwójnie i Rachela urodziła bliźniaki. A psotne były już zanim przywitały świat. Już w łonie mamy się biły. Dziwne to były dzieci. Kiedy się rodzą bliźniaki, zawsze jedno rodzi się pierwsze, a drugie za nim i o tym pierwszym mówi się, że jest starsze choćby o jedną minutkę. U Rebeki pierwszy przyszedł na świat Ezaw a zaraz za nim Jakub i trzymał rączką Ezawa za piętkę jakby chciał mówić: A ty dokąd? To ja rodzę się pierwszy! Nie pozwolę, żebyś się pierwszy rodził! Wracaj!- Ale Ezaw nawet nie miał zamiaru wracać. Odpychał Jakuba nóżkami i rodził się pierwszy. A gdy już się urodził, pani położna aż wykrzyknęła ze zdziwienia:

-Och! Co za dziwne dziecko! Jak żyję nie widziałam takiego! Ojej, co to? To są bliźnięta! Drugie dziecko trzyma pierwszego za piętkę! O! Już rodzi się drugie. Też synek! Rebeko, masz dwóch chłopaków!

-Pokażcie mi.- poprosiła Rebeka.

-Zaraz ci pokażemy- odpowiedziała położna i po chwili pokazała dwa bobaski pozawijane w pieluszki. Jakub był mniejszy i bardzo zmęczony. Niewiele się odzywał. Popiskiwał, krzywił buzię, ale co chwilę ziewał. Za to pierwszy wrzeszczał w niebogłosy i fikał nóżkami, wymachiwał maleńkimi rączkami jakby mu się nie podobało, że teraz trzeba żyć na świecie. Ale był to niespotykanie dziwny chłopaczek. Jego skórka była cała pokryta włoskami jak u zwierzątka. Wszyscy podziwiali jego siłę. Pokazali synków ojcu. Patrzył i dziwił się. Skąd mu się takie włosy wzięły na skórze? Dlaczego? Była to wada wrodzona skóry, ale nie potrafili tego tak nazwać. Myśleli, że matka zapatrzyła się na jakieś zwierzę, bo byli trochę zabobonni.

-Nie wiesz, Rebeko? Nie zapatrzyłaś się czasem? – Pytała położna. A może masz kogoś takiego w rodzie?- Rebeka nie przypominała sobie.

-Nie wolno być przesądnym.- To grzech.-Powiedziała piastunka Rebeki, która teraz była jej przyjaciółką. – Czasem zdarzają się włochaci chłopcy. Wytrą się jak mały będzie rósł.

-Już wiem.- Domyśliła się Rebeka.-One cały czas walczyły ze sobą, aż się dziwiłam i prosiłam Boga o odpowiedź.

-I co ci powiedział?- Spytał Izaak.

- Coś dziwnego. Nie rozumiem.

-Powiedział mi, że obydwaj będą ojcami dwóch wielkich rodów. Jeden będzie silniejszy a drugi słabszy, ale ten silniejszy będzie służył słabszemu.

-Jak to? -Zdziwili się dosłownie wszyscy, którzy tam byli.

-Jak to? – Powtórzył ojciec.- silniejszy urodził się pierwszy i ma prawo nazywać się pierworodnym, będzie miał z tego powodu specjalne prawa. To młodszy musi mu służyć.

-Ale Bóg powiedział mi odwrotnie.- Broniła Rebeka swoich wiadomości.

-Czas pokaże.- Skwitował ojciec.-Na razie nadajmy im imię.

-To twoje prawo, mężu.-Odpowiedziała Rebeka.

-W takim razie- namyślał się Izaak.- Starszy niech się nazywa Ezaw, bo jest włochaty, a młodszy będzie Jakub, to znaczy, że trzymał Ezawa za piętę. – I tak zostało. Jakub odespał zmęczenie i rozwijał się zdrowo, choć zawsze był słabszy od Ezawa i mniejszy. Ezaw wyrósł na potężne chłopisko i na zawsze został owłosiony. Był złośnikiem, źle się czuł w domu. Wolał biegać po polach jak mały wilczek i polować. Wkrótce był doborowym myśliwym. Chodził po polach i po puszczy z łukiem i polował. Izaak był z tego zadowolony, bo przepadał za mięsem z dzikich zwierząt i to takim, jakie umiał piec Ezaw. A Jakub nie lubił polowań. Nie dorównywał silniejszemu bratu, poza tym lubił towarzyszyć matce, pomagać jej i pasł trzody ojca. Jednego razu Ezaw wrócił właśnie z polowania. Był bardzo zmęczony i głodny jak wilk. Już daleka pachniała mu potrawa, którą właśnie gotował Jakub. Rzucił upolowaną zwierzynę i podszedł do brata. Zajrzał do garnka i pociągnął chciwie nosem.

-Co to jest, to czerwone, co gotujesz?

-Soczewica.

-Daj mi trochę, bo jestem taki głodny, że chyba nie wytrzymam. I daj mi chleba, żeby się najadł, bo zanim upiekę mięso, chyba umrę z głodu.- Jakub spojrzał chytrze na brata. Przez głowę przeleciała mu szaleńcza myśl. Nie namyślając się wiele natychmiast z niej skorzystał.

-W porządku. Dam ci jeść, ale warunek.

-Jaki?- Mruknął Ezaw.

-Ja dam ci miskę soczewicy pod warunkiem, że tymi oddasz za to prawo pierworództwa.- Ezaw spojrzał i wzruszył ramionami.

-A, bierz sobie. Tylko dawaj jeść, bo zaraz skonam z głodu.

-Masz.- Odpowiedział usłużnie Jakub nakładając mu pełną miskę czerwonej soczewicy i dołożył dwa spore podpłomyki. Ezaw pochylił się nad miską i już buzią pełną jedzenia polecił słudze przygotować do pieczenia upolowane mięso. O sprzedaży pierworództwa za chwilę zapomniał, bo nie miał głowy ani do prawa ani do sentymentów. Ale Jakub doskonale o tym pamiętał i opowiedział o podstępie matce. Ojcu nie mówili nic, bo on uważał, że koniecznie musi je dostać starszy, choć Bóg zapowiedział odwrotnie. Mijały lata. Rodzice postarzeli się, a Izaak na starość zaniewidział. Sam nie wychodził z namiotu. Trzeba go było wyprowadzać i opowiadać czy świeci słońce, jak się zachowują liście na drzewach, jaki kolor wełny mają nowo narodzone owieczki, a on nawet nie odróżniał, kto wchodzi do namiotu i zawsze pytał, kto wszedł. Apetyt jeszcze mu dopisywał i lubił smaczne potrawy. Ale myślał, że z powodu tej dolegliwości długo nie pożyje.

Tylko, że ma jeszcze jeden bardzo ważny obowiązek do wypełnienia. Musi pobłogosławić starszego syna, żeby mu się dobrze działo i żeby mu Bóg błogosławił. Ezaw jest przecież pierworodnym, należy mu się. Ale i on musi coś dla ojca najpierw zrobić. Zawołał syna.

-Weź łuk i kołczan. Idź na polowanie. Upoluj jakieś zwierzę, a jak je przyniesiesz, przyrządź mi tak jak ja lubię jeść. A jak sobie dobrze podjem, podejdziesz i dam ci błogosławieństwo, boś mój pierworodny.- Skoro Ezaw usłyszał o błogosławieństwie, postanowił prędko zataić przed ojcem, że sprzedał prawo do specjalnego błogosławieństwa za miskę soczewicy. Tak ważną sprawę za dosłownie byle co. Przecież tak naprawdę nie umarłby z głodu nim by się wtedy mięso upiekło. Mógł sobie zrobić ze dwa podpłomyki i zjeść, a nie za miskę przysmaku sprzedawać swój los. Bo to była sprzedaż własnej przyszłości. Teraz postanowił prędko, skoro nadarzyła się okazja oszukania brata skorzystać z niej i swoje pierworództwo podstępem odebrać. Dobrze, że wszystko słyszała Rebeka. Kiedy Ezaw z łukiem w dłoni chwycił konia i pojechał, podeszła do siedzącego przy ogniu Jakuba i powiedziała mu o wszystkim.

-Co z tym zrobimy?- Zmartwił się Jakub. On mi je sprzedał.

No, właśnie. Oszuka ojca. Trzeba działać.

-No, ale ja też podstępem kupiłem od niego pierworództwo gdy on był bardzo głodny.

-E, tam! Gdy was nosiłam pod sercem, Bóg mi powiedział, że ty będziesz nim rządził. Idź prędko do stada, bierz dwa koźlęta, zabij i obedrzyj ze skóry. Ja przygotuje z nich ojcu potrawę, bo wiem co lubi jadać, ty ojcu zaniesiesz i on ci udzieli błogosławieństwa. Gdy Ezaw wróci, będzie po wszystkim.

-Ale jak? Jak ty to zrobisz mamo! Ojciec pozna, bo jak mnie dotknie, poczuje, że mam gładką skórę, a Ezaw ma włosy.

-Idź, nie martw się. Już ja sobie poradzę. A śpiesz się, bo jak się Ezawowi powiedzie, lada godzina wróci.- Pogoniła matka Jakuba bo już widziała co zrobi. Jakub poszedł do stada i wrócił z martwymi koźlętami. Prędko pokrajali mięso i już matka zwijała się nad przygotowaniem pieczeni, a Jakub podsycał ogień. A gdy mięso było gotowe, matka pobiegła do skrzyni z ubraniami i przyniosła odzież Ezawa ta, w której lubił polować. Musiała pachnieć Ezawem. Nałożyła ją na Jakuba, a ręce i kark owinęła mu kozią skórką. W rękę włożyła miskę z mięsem.

-No, idź, ale naśladuj głos brata.- Jakub wszedł do namiotu ojca. Nogi uginały się pod nim ze strachu. A nuż ojciec pozna? Wtedy zamiast błogosławić, przeklnie. Tego Jakub nie chciał, bo taki czyn ojca przynosiłby mu nieszczęście po nieszczęściu. Izaak posłyszał kroki.-

-Ojcze mój- Powiedział wchodzący.

-Kim jesteś?

-Jestem Ezaw.

-Podejdź, żebym mógł cię dotknąć i zobaczyć, czyś ty jest Ezaw.- Jakub podszedł. Izaak dotknął jego rąk i rzekł niepewnie.

-Głos jest Jakuba, ale ręce Ezawa.

-Jakże ci się tak prędko udało upolować?

-Najwyższy mi pobłogosławił ojcze. Usiądź i zjedz, bo przyniosłem ci mięso o które prosiłeś, żebyś mógł mi pobłogosławić. - Mówił Jakub naśladując głos brata. Izaakowi smakowała pieczeń. Zjadł z apetytem. Nie poznał, że to koźlina. Rachela była dobrą kucharką. Ledwo zjadł, a do namiotu wszedł Ezaw i woła już od progu:

-Ojcze, poszczęściło mi się… Najwyższy pobłogosławił. Przyniosłem ci mięso takie jak lubisz. Zjedz, a potem mi pobłogosławisz.-

Po plecach Izaaka przeszły ciarki. Więc jednak coś mu nie pasowało, gdy przyszedł poprzedni z mięsem. Skóra była Ezawa, ale głos Jakuba. Czyli…został okłamany i Jakub podstępem wyłudził błogosławieństwo należne starszemu, choć Ezaw był starszy zaledwie może o dwie minuty. Izaak bardzo się zmartwił. Tak bardzo chciał udzielić błogosławieństwa ojcowskiego Ezawowi, bo mu się należało. Ale nagle jak błyskawica jakby strzeliło mu w pamięci, że kiedy jeszcze Rebeka nosiła obydwu synów pod sercem i kopali się wzajemnie ile weszło, Rebeka pytała Boga w modlitwie o co chodzi z tym zachowaniem potomka, gdyż nie wiedziała wtedy, że pod jej sercem rosną aż dwa brzdące. Wtedy Pan Bóg oznajmił jej, że powije dwóch synów i młodszy choć mniejszy i słabszy będzie rządził starszym. Dobrze, że Izaakowi się właśnie teraz przypomniało. Gdyby spróbował na prośbę Ezawa odebrać błogosławieństwo Jakubowi za kłamstwo i dlatego, że jako młodszemu nie przysługiwało mu, ale nie chciał się sprzeciwiać woli Boga. Gdyby to uczynił, Bóg mógłby pomścić się na Izaaku za to, że pokrzyżował Mu plany. Tego Izaak nie chciał. Był już stary i wiedział, że umrze niedługo. Jego ojciec- Abraham nigdy nie sprzeciwiał się Bogu. Więc on - Izaak miałby się sprzeciwić? Nie, nigdy. Musi tak zostać jak się stało, a chociaż Ezaw błagał ojca wielokrotnie, żeby i jego pobłogosławił, Izaak zdecydowanie odmówił i powiedział, że Ezaw będzie żył z polowań i napadów, bo zboża nie będą mu rosły. Powiedział, ale mylił się, że już zaraz umrze. Żył sobie nadal, a Ezaw przestał kochać brata za kradzież błogosławieństwa. Tak bardzo go nie znosił, że powiedział pewnego dnia iż zabije brata jak tylko skończy się żałoba po ojcu. Usłyszała to Rebeka i powiedziała mężowi. Izaak kazał zawołać Jakuba i razem z matką po kryjomu wyprawili go do miasta, z którego ona przyprowadziła się do męża i z którego przywędrował Abraham.

 

JAKUB UCIEKA DO HARANU

Tak to Jakub stał się uciekinierem. Sam jechał do Charanu do wujka. Droga była daleka. Noc zastała go na pustyni. Był dobrze zaopatrzony w wodę i jedzenie, umiał kierować się według słońca i gwiazd, wiedział, że idzie w dobrym kierunku. Ale nie miał ze sobą pościeli, bo nie był wygodny. Nie miał nawet poduszeczki pod głowę, więc podłożył sobie pod nią kamień i usnął leżąc na piasku. W nocy przyśniła mu się ogromna drabina tak wielka, że stojąc na ziemi czubkiem dosięgała nieba. Wchodzili po niej i schodzili Aniołowie, a na czubku stał Pan Bóg. Powiedział On Jakubowi, że da mu całą ziemię na której teraz leży, a potomstwo jego będzie tak liczne jak ziarna piasku. Czy nie powiedział tego samego Abrahamowi i Izaakowi? Tymczasem Izaak był jedynym dziedzicem po Abrahamie i po Sarze, a błogosławieństwo przypadło jemu- Jakubowi. Ezaw nie dostał nawet okruszynki z błogosławieństwa, wiec Jakub myślał, że brat nie miał co liczyć na liczne potomstwo zapowiedziane przez Boga. Ezaw zresztą ze złości na rodziców wziął sobie dwie żony z Kanaanu- obydwie poganki, które były niedobre dla Rebeki, a potem jeszcze jedną, wnuczkę Izmaela. Rebeka była z tego powodu bardzo zmartwiona. Jak ktoś bierze za żony poganki, to obraża Boga, więc nie ma co liczyć na Bożą pomoc. Ale Jakubowi Pan zapowiada liczne potomstwo, więc trzeba czekać wierząc, że dużo dzieci się urodzi. Rano gdy słońce wzeszło, wstał z ziemi, a kamień oblał oliwą na znak, że miejsce to poświęca Bogu. Wróci tu jeszcze. Doszedł do domu wujka. Został tam przyjęty bardzo gościnnie. Ale zanim podszedł do jego zabudowań, akurat zastał stada mieszkańców Haranu przy studni, która była zamknięta ogromnym kamieniem. Był on tak ciężki, że odsuwano go i zasuwano, gdy już wszystkie zwierzęta przyszły do wodopoju. Gdy rozmawiał z pasterzami, nadeszła ze swoimi stadami Rachela- jego kuzynka. Była to prześliczna dziewczyna. Prędziutko przywitał się z nią, pomógł odsunąć kamień i napoił zwierzęta, a potem razem z Rachelą poszli do domu jej ojca - Labana.

U WUJKA LABAMA

Jakub opowiedział wujkowi wszystko, co wydarzyło się w domu Izaaka i o tym dlaczego musiał uciekać. Wuj był nawet zadowolony z przybycia krewniaka. Silny, zwinny przydał się do pracy. Pocieszył Jakuba i dał pracę oraz mieszkanie u siebie, ale o pensji z nim nie rozmawiał. Po pewnym czasie Jakub poprosił wujka Labama o rękę Racheli, bo mu się bardzo spodobała i był w niej zakochany. Powiedział, że chętnie popracuje przez siedem lat i zasłuży sobie na taką żonę. „Dobrze”, powiedział sprytny wuj.- „Dostaniesz ją za żonę, ale najpierw pracuj za nią siedem lat.” – Cóż? Dla tak pięknej dziewczyny warto się męczyć i pracować. Na razie Jakub nie miał po co wracać do mu, a zresztą ojciec – Izaak kazał ożenić się z panną z rodziny Abrahama. Jakub nie mając wyjścia zgodził się na warunki wujka, a po siedmiu latach uczciwej pracy odbyło się wesele. Tylko, że Laban miał dwie córki- starszą Leę i młodszą Rachelę. A w tym kraju była taka moda, że panna do ślubu szła z zakrytą twarzą i owiniętą głową tak, jak to jeszcze teraz możemy zobaczyć u muzułman. Jakub nie mógł poznać, że Laban go oszukał i dał mu starszą córkę zamiast tej, w której Jakub był zakochany. Wesele się odbyło, a wieczorem gdy było ciemno, a że nie było wtedy lamp elektrycznych to była ciemnica choć oko wykol, panna młoda odeszła od swoich druhen i ojciec zaprowadził ją do męża. Rankiem gdy się rozwidniło, Jakub patrzy, a to nie Rachela tylko Lea. Poszedł z pretensjami do Labana, a Laban przybrał hardą minę i powiedział mu, że Lea jest starsza i nie można wydać najpierw młodszej i jeśli Jakub chce koniecznie Rachelę, musi pracować na nią kolejne siedem lat, a kolejne wesele może odbyć się dopiero za kilka dni. Wuj postąpił wobec Jakuba i obydwu córek bardzo niedobrze podsuwając mu podstępem nie tą dziewczynę, z którą chłopak chciał się ożenić. Przecież on kochał Rachelę a nie Leę. Była to ze strony Labana wielka nieuczciwość. Nie podobało się to ani Jakubowi, ani dziewczynom, ale dom był Labana i on tu rządził. Cóż? Jakub był dobrym chłopakiem, więc zgodził się pracować kolejne siedem lat, żeby zapłacić tak za Rachelę. Wtedy była tam taka moda, że można było mieć kilka żon, ale żona mogła mieć tylko jednego męża, bo mąż był ważniejszy i miał większe prawa. Rachelę mógł poślubić już po tygodniu, ale odpracowywać musiał siedem lat. Przyszedł dzień upragnionego wesela. Nareszcie Rachela była także jego żoną. Bardzo się cieszył, ale Rachela nie mogła urodzić mu dzieci, wiec dostał od niej służącą za kolejną żonę, żeby choć ona urodziła dziecko zamiast Racheli. Z zazdrości Lea też prędko podsunęła mu swoją, choć miała już szóstkę swoich maluchów. Biedna Rachela urodziła tylko jednego synka, drugiego jej służąca, a Lea razem ze służącą urodziły dziewięciu maluchów, razem więc Jakub miał dwanaścioro dzieci. Zobacz. Bóg zaczyna spełniać obietnice. Jakub ma dwanaścioro dzieci. Potem będzie jeszcze więcej, gdy dzieci dorosną, bo każde już dorosłe dziecko też będzie miało całą gromadę swoich dzieci. Ale trzeba powoli wracać do domu Izaaka. Jakub porozmawiał o tym z teściem swoim- Labamem. Labam poprosił, żeby Jakub wyliczył jaką część majątku musi dostać, bo przecież zapracował uczciwie na sowitą zapłatę. Jakub poprosił tylko o jagnięta i koźlęta o centkowanej sierści wiedział bowiem, że jest ich dużo, a dzieci musiały mieć zarówno mięso jak i mleko. Dzieci muszą pić mleko i jeść sery, żeby były zdrowe i silne. Jedenastu chłopców potrafiło dużo zjeść na raz, a do tego dziewczynka-Dina i jeszcze wszyscy dorośli, więc jedzenia musiało być pod dostatkiem. Labamowi zrobiło się żal i wszystkie centkowane przed Jakubem pochował. Biedny Jakub musiał czekać aż porodzą się nowe centkowane zwierzęta. Takim niedobrym dziadkiem dla wnuków był Labam. Żal mu było dać stada zwierząt na mięso nich i na wełnę żeby było z czego zrobić ubrania. Całe szczęście, że ich ojciec Jakub wiedział, jak sobie poradzić i jednego dnia gdy Labam poszedł daleko na pastwiska, cała rodzina zapakowała dobytek na wozy, zabrali wszystkie centkowane owieczki i kozy, a Rachela ukradła ojcu jego ulubione figurki. Źle zrobiła, bo kraść nie wolno. Pojechali. Gdy dziadek –Labam wrócił z pastwisk nie zastał już ich. Uciekli bez pożegnania. Rozgniewał się i zaczął ich gonić, a najbardziej mu było żal figurek. Dogonił ich po sześciu dniach. Szukał figurek przetrząsając wszystkie ich rzeczy. Nie znalazł. Rachela ukryła je bardzo dobrze. Pan Bóg przyśnił się Labamowi i zabronił mu domagać się czegokolwiek od Jakuba. Labam był bardzo chciwy i najchętniej nie dałby nic. Sam Pan Bóg stanął w obronie Jakuba i jego ogromnej rodziny, bo za tyle lat uczciwej pracy należała mu się solidna nagroda, a za żony się nie płaci, ponieważ sprzedawanie ludzi jest bardzo złym postępowaniem.

 

JAKUB I EZAW GODZĄ SIĘ WRESZCIE

 

Wędrowali powolutku, bo prowadzili ze sobą ogromne stada wołów kóz i owiec a także osłów. Między zwierzętami dorosłymi było też bardzo dużo jagniątek, cieląt i koźlątek. Te maleństwa należało nieść na rękach. Nie można więc było przyśpieszyć, bo inaczej zwierzęta nie wytrzymałyby tempa i by padły po drodze. Nie można też było przejść więcej niż zwierzęta dawały radę. Na dodatek dzieci choć jechały na wielbłądach, musiały mieć odpoczynki w drodze. Trzeba było mieć czas na przyrządzenie posiłku, więc podróż trwała dość długo. Jakub bardzo bał się spotkania z bratem mimo, że Pan Bóg potwierdzał, iż bardzo rozmnoży ród Jakuba. Ale Jakub wolał być ostrożny i wysłał przed swoją karawaną posłańców, ażeby powiedzieli Ezawowi, że Jakub nadchodzi, ale pragnie zgody. Tymczasem posłańcy napotkali Ezawa już w drodze ku Jakubowi. Miał przy sobie czterystu ludzi. Można powiedzieć, że była to spora wyprawa i Jakub bardzo się wystraszył, bo myślał, że Ezaw idzie z bronią przeciwko bratu. Prędko podzielił ludzi i cały dobytek na dwa obozy, bo pomyślał sobie, że jeśli Ezaw napadnie na jeden obóz, to przynajmniej drugi ocaleje. A gdy już to zrobił, zaczął modlić się do Pana Boga o ocalenie. Potem przyszła noc. Była spokojna. Ezaw był jeszcze kawałek drogi od nich. Rankiem Jakub wybrał ze swojego stada dużą ilość zwierząt jako dar dla brata, podzielił wszystkie na odrębne stada polecił pasterzom poprowadzić je ku Ezawowi jako prezent przebłagalny. Dobrze pamiętał jak porywczy jest jego brat Ezaw i jaką złością pałał ku niemu za wymuszenie na ojcu błogosławieństwa przysługującego pierworodnemu. Sam został jeszcze na pustyni. Przeprawił tylko żony z dziećmi za potok Jabbok dla bezpieczeństwa. Przeniósł także dobytek. Nadeszła noc. A w ciemności przyszedł Anioł Boga i mocował się z Jakubem przez całą noc używając tylko siły ludzkiej, a ponieważ nie mógł go zwyciężyć, dotknął jego biodra i używając siły nadprzyrodzonej wywichnął mu je w stawie. Jakub trzymał mocno ta nieznaną mu osobę, dopiero gdy pierwsze zorze pojawiły się nad horyzontem, nieznany poprosił o puszczenie, jednakże Jakub dobrze wiedział, że nie walczy z człowiekiem tylko z istotą duchową i poprosił o błogosławieństwo. Nieznany spytał Jakuba o imię, a następnie powiedział, że od tej chwili zmienia Jakubowi imię na Izrael na pamiątkę tego, że walczył z Bogiem. Rankiem Jakub o nowym imieniu Izrael utykał na nogę po nocnej walce. Należało jednak iść dalej, ale ostrożnie. W każdej chwili należało się spodziewać, że pojawi się Ezaw ze swoją czterystuosobową ekipą. Uszykował kolumnę do marszu. Wyruszyli. Pierwszy kuśtykał Jakub, potem szły niewolnice z dziećmi, potem Lea z wszystkimi dziećmi a na końcu brzemienna Rachela z synem. Patrzą, a tu nadciąga Ezaw. Jakub ukłonił mu się aż siedem razy, a Ezaw dobiegł do niego i zamiast robić mu krzywdę, zaczął go całować i ściskać. Przeszła mu cała złość. Pan Bóg miał w opiece Jakuba i jego rodzinę. Dzieci poznały wuja. Jakub podarował przygotowane zwierzęta, ale niełatwo było, bo Ezaw mówił, że ma wiele swoich zwierząt i nie chciał tak drogiego podarunku. W końcu przyjął. Ezaw wrócił do domu, a Jakub dotarł do Sychem i tam osiedlił się na krótko, a potem przeprowadził się do miasta o nazwie Betel do tego samego miejsca, w którym spał po ucieczce od rodziców gdy musiał uciekać przed Ezawem i gdzie śniła mu się owa ogromna drabina aż do samego nieba. Tu zaczęły się dla całej rodziny Bardzo trudne dni. Najpierw zmarła stara piastunka Rebeki, a potem kawałek dalej przy drodze do Betlejem zmarła Rachela osierociwszy nowo narodzone dzieciątko- Beniamina. Biedny Beniamin. Nawet nie poznał smaku maminego mleczka. Lea oraz obydwie niewolnice karmiły go mlekiem krowim i kozim, które podawały mu łyżeczką, bo smoczki i buteleczki nie istniały. A potem dotarł Jakub z powrotem do domu, gdzie przywitał go stary ojciec Izaak. Dziadek witał dwunastu synów Jakuba, córkę i żony jego. Cieszył się, że jeszcze zobaczył syna, za którym bardzo tęsknił. Wkrótce okazało się, że Jakub z Ezawem nie mogli mieszkać blisko siebie, bo ich stada były tak wielkie, że nie mogli się pomieścić. Dlatego Ezaw wyprowadził się z całą swoją rodziną a też miał już dużo dzieci. Pan Bóg spełnia obietnice. Jemu też błogosławił. Zobacz. Abraham miał Izmaela, który ożeniwszy się miał gromadkę dzieci, synowie drugiej żony Abrahama też mieli dzieci, Izaak miał tylko Jakuba i Ezawa, ale Jakub miał aż dwunastu synów i córkę Dinę, i Ezaw też miał dużą gromadę. Synowie Ezawa dali początek narodowi Edomitów i spośród nich niektórzy byli królami. Bóg spełnia obietnice.

 

 TRUDNY LOS JÓZEFA

 

Józef był starszym synem Racheli, umiłowanej żony Jakuba. Razem z ojcem, Leą, oraz dwoma pozostałymi żonami ojca oraz jedenastoma braćmi i siostrą Diną mieszkał w Kanaanie. Bracia jego paśli owce i krowy na odległych pastwiskach tak daleko, że nie było ich widać. Jakub przebywał z ojcem w domu. Miał już siedemnaście lat. Ojciec kochał go najbardziej ze wszystkich swoich synów i tego bardzo mu zazdrościli bracia. Znienawidzili go za to tak bardzo, że nie potrafili z nim normalnie rozmawiać, ale dokuczali na każdym kroku. A jeszcze bardziej się rozzłościli, gdy ojciec kupił Józefowi drogą długą szatę z rękawami. Nie mogli tego znieść. Jeszcze jedna sprawa powodowała, że nie potrafili go nawet polubić nie mówiąc już o pokochaniu. Józef miewał ciekawe sny, które rankiem opowiadał. Pewnego razu opowiedział im taki sen: -

Śniło mi się, że byliśmy wszyscy na polu i wiązaliśmy zboże w snopy. Wtedy mój snop wstał, a wasze otoczyły go kołem i ukłoniły mu się. - Gdy bracia usłyszeli sen, skrzyczeli Józefa. Wrzeszczeli jeden przez drugiego:

-Czy myślisz, że my będziemy się tobie kłaniać? Niedoczekanie twoje! Myślisz, ze będziesz królem nad nami?!- Za jakiś czas opowiedział kolejny ciekawy sen. Tym razem opowiedział go braciom i ojcu, ale i ojciec go skrzyczał, choć sen zapamiętał. Józef opowiadał tak:

-Śniło mi się, że słońce, księżyc i jedenaście gwiazd oddają mi pokłon.- Ojciec odpowiedział:

-Czy myślisz, że ja, matka i bracia będziemy ci się kłaniać aż do ziemi?- Ale Józef nic nie myślał. Po prostu mu się śniło. Kto może odpowiadać za sny? Ale bracia jeszcze bardziej go znienawidzili. Nie mogli patrzeć na niego. Na szczęście byli daleko na pastwiskach i nieczęsto się widzieli. Ale pewnego dnia stary ojciec poprosił go, żeby poszedł na pola do braci i przyniósł ojcu wiadomość, jak oni się mają, czy są zdrowi, jak czują się trzody, bo nie widząc ich wszystkich denerwował się. Józef był uczynny i choć wiedział, że od braci nie otrzyma jednego dobrego słowa, poszedł chętnie. Na początku nie mógł ich znaleźć, bo zwierzęta wyjadły trawę i trzeba było przenieść się w inne miejsce. Na szczęście przechodził tamtędy ktoś znajomy i powiedział Józefowi, gdzie powinien szukać braci. Zobaczyli go z daleka.

- Idzie Józef.- Zadrwili.- To ten, który ma sny prorocze.

-Chodźcie, zabijemy go i wrzucimy do studni, a ojcu powiemy, że dziki zwierz go rozszarpał.

-Nie zabijajmy go, bo to przecież nasz brat. – Poprosił najstarszy Ruben.- Wrzućmy go do studni, ale nie zabijajmy.-Prosił. Ruszyło ich sumienie, więc gdy przyszedł, zamiast nakarmić go i napoić po podróży, zdarli z niego tą piękną szatę wrzucili go do studni. Biedny Józef. Płakał i prosił, ale byli niewzruszeni. Naszedł wieczór. Bez szaty było mu zimno. Okrutni byli jego bracia. Niedobrzy tak samo jak i dziadek Labam. Ruben, który go obronił od śmierci, musiał odejść do zwierząt. Nocami należało strzec stad, żeby nie podeszły wilki i nie rozszarpywały ich. Biedny Józef trząsł się z zimna w studni. Gdyby Ruben był obok, na pewno by go uwolnił, bo tak chciał zrobić pod osłoną nocy. W międzyczasie nadeszli kupcy z rodziny Izmaela- ich krewnego po pradziadku Abrahamie. Jechali do Egiptu z towarem. Bracia prędko wymyślili, że sprzedadzą im Józefa i tak zrobili. Wyciągnęli Józefa ze studni, w której na szczęście nie było wody, sprzedali go kupcom, a oni związali mu ręce i przywiązali sznurkiem do wozu. Józef czy chciał czy nie chciał musiał odbyć pieszo bardzo daleką podróż przywiązany do wozu. Gdy Ruben przyszedł do wspólnego ogniska, nie znalazł w studni brata i bardzo rozpaczał, a gdy zobaczył, że oni liczą pieniądze uzyskane z tej transakcji zaczął płakać.

-Co powiecie ojcu?-Pytał przez łzy.- Na to okrutni bracia prędko zabili koźlę, zbrudzili krwią koźlęcia szatę Józefa i odesłali ja ojcu kłamiąc, że znaleźli ją na polu. Jakub nie podejrzewał podstępu i bardzo płakał po stracie ukochanego syna. Tymczasem kupcy z Józefem dotarli do Egiptu.

 

JÓZEF W EGIPCIE

 

Kupcy nie mieli zamiaru zabrać Józefa d swojego domu i ochraniać go, ale sprzedali go pewnemu bardzo bogatemu zarządcy majątku faraona, czyli egipskiego króla. A zarządcy było na imię Potifar. Józef był miły i uczynny, kochał Pana Boga i modlił się do Niego. A kto się dużo modli, tego nawet w nieszczęściu Bóg nie opuszcza i błogosławi mu. Potifarowi bardzo spodobał się młody zdolny i uczynny chłopak tak, że dawał mu coraz więcej obowiązków ale takich, których nie dałby mało zdolnym i nieuczynnym ludziom. Józef zarządzał całym domem i majątkiem Potifara. Był szanowany i dobrze mu się powodziło. Chodził pięknie ubrany, czysty, jadał pyszne dania. Już dawno zapomniał o trudach podróży. Było mu dobrze, choć bardzo tęsknił do domu i modlił się, żeby kiedyś mógł wrócić. Najbardziej tęsknił za ojcem i za najmłodszym braciszkiem Beniaminem. Ale w ciągu dnia musiał wypełniać swoje obowiązki i bardzo dobrze się ze wszystkiego wywiązywał. Także dzięki temu, że Józef kochał Boga i Bóg błogosławił Józefowi, w domu zarządcy działo się coraz lepiej. Potifar to widział, ale nie wiedział, że jego żona podkochuje się w Józefie i namawia go do grzechu. Lecz kto kocha Boga, namówić się nie da, bo każdy grzech bardzo Boga obraża. I Józef nie dał się namówić, więc żona Potifara użyła wstrętnego podstępu, aby zemścić się na Józefie i oskarżyć go o to, czego on nawet nie myślał popełnić. Naskarżyła na Józefa przed mężem, ale w tej skardze nie było nawet jednego słowa prawdy. Samo kłamstwo. Potifar nie miał wyjścia. Uwierzył niedobrej niewiernej żonie i zawołał straże, które zaprowadziły Józefa do więzienia. Biedny Józef. Ale Pan Bóg i tam go widział i błogosławił mu oraz pocieszał.

 

W WIĘZIENIU

 

Nie wiem, czy widzieliście więzienie na filmie? Wygląda bardzo ponuro. Brudne, zakurzone odrapane od dawna albo nigdy nie pomalowane ściany, cele czyli pokoiki są malutkie, wąziutkie, łóżka zrobione z byle czego, niewygodne, poduszka wypchana słomą albo odrobiną siana, zamiast materaca stary siennik z nigdy niezmienianą słomą już dobrze zniszczoną, a do przykrycia stary cienki koc tak, że w nocy więźniowie trzęsą się z zimna, bo często w celach nie ma żadnego ogrzewania. Ściany są aż wilgotne i więźniowie kaszlą i chorują, bo niezdrowe powietrze i wilgoć nie sprzyjają zdrowiu. To teraz w wielu więzieniach jeszcze tak jest, choć teraz już są specjalne komisje, które wstawiają się za losem więźniów. Za czasów, faraonów w więzieniu było jeszcze gorzej, bo więźniowie siedzieli wprost na ziemi przykuci łańcuchami do ściany. W takich to warunkach przebywał w więzieniu nasz biedny nic niewinny Józef. Mógł sobie płakać i prosić ile chciał. Nikt go nie słuchał. Więzienia najczęściej były w ciemnych lochach i trafiali tam ludzie za różne przestępstwa. Niektórzy przebywali tam całymi latami, niektórych udawało się wykupić za drogie pieniądze. Za Józefem nie miał się kto wstawić i zapłacić za niego, żeby mógł wyjść na wolność. Niedobrzy bracia nic nie wiedzieli o jego losie, zresztą i tak nie chcieliby wiedzieć. Po to go sprzedali, żeby go więcej nie widzieć. A on spośród nich najbardziej kochał Boga i stale ile tylko mógł, modlił się do Niego. Bóg wszystko widział i opiekował się Józefem. Nie opuszczał go i Józef modlił się w więzieniu. Prędko zauważył to naczelnik więzienia, że odkąd Józef tam zawitał, zaczęło wszystko wieść się szczęśliwie. Więc naczelnik dał Józefowi pracę pomocnika w zarządzaniu więzieniem i Józef bardzo dobrze wywiązywał się z obowiązków, bo był bardzo uczciwy i pracowity. Chodził sobie po więzieniu swobodnie, nie był związany, jadł też do syta, ale na wolność nie wolno mu było wyjść. Przypadkiem do więzienia trafili dwaj trafili podczaszy i piekarz faraona. Coś wobec króla przewinili tak bardzo, że kazał ich zamknąć w więzieniu. Pewnego dnia Józef przychodzi rankiem do ich celi, a oni obydwaj siedzą bardzo zmartwieni. Zrobiło mu się ich żal i pyta, co się stało. A oni mówią, że mieli sny, których nie rozumieją bo nie ma im kto wytłumaczyć. Tajemnica snów należy do Boga, ale że Józef sam miał dziwne sny, poprosił, żeby mu opowiedzieli. Pierwszy opowiedział podczaszy, że śniła mu się winorośl, która miała trzy pędy. Te pędy wypuściły kwiaty, które dały kiści winogron, a te winogrona dojrzały. Podczaszy wziął kiść, sok wycisnął do pucharu faraona i podał mu go. Józef odpowiedział tak: Trzy gałęzie to trzy dni. Za trzy dni faraon wypuści cię z więzienia i będziesz mu znów usługiwał i nalewał wino do pucharu. I tak się stało. Kolejno opowiedział swój sen piekarz. Jemu śniło się inaczej. Miał na głowie trzy kosze, a w tym najwyższym bułki dla faraona. Przyleciały kruki i wykradły je. Józef odpowiedział tak: Trzy kosze to trzy dni. Za trzy dni faraon wyda na ciebie wyrok śmierci. I tak się stało. W czasie uczty faraonowi przypomniało się o nich. Podczaszego kazał wypuścić, a piekarz pożegnał się z życiem. A kiedy podczaszy opuszczał więzienie Józef poprosił, aby gdy już będzie służył faraonowi, wspomniał mu, że Józef więzieniu przebywa niewinnie. Ale podczaszy nie powiedział nic faraonowi, bo zapomniał o towarzyszu więziennej niedoli, nie odwzajemnił dobrem za dobro i Józef był więźniem kolejne dwa lata. Aż kiedyś faraon obudził się w nocy, bo miał dziwny sen. Absolutnie go nie rozumiał, ale postanowił zapamiętać. Po chwili zasnął i znów miał sen podobny do poprzedniego. Rano gdy go ubrano, uczesano i podano mu śniadanie, zasiadł w sali tronowej i rozkazał zwołać wróżbitów i wróżbiarzy i opowiedział obydwa sny. Ale żaden mędrzec ani wróżbita nic z tego nie rozumiał. Wtedy przełożony podczaszych przypomniał sobie o Józefie. Podszedł do tronu i opowiedział o nim. Faraon kazał posłać do więzienia po Józefa.

 

JÓZEF TŁUMACZY SEN FARAONOWI

 

Najpierw musiano go ogolić, umyć i przebrać, bo jego szaty były brudne, włosy zaniedbane, a na twarzy miał brudny zmierzwiony zarost. Dopiero czystego i pachnącego przyprowadzono przed tron, na którym siedział zmartwiony faraon.

-Słyszałem o tobie, że umiesz tłumaczyć sny?- Zapytał władca Egiptu.

-Sny należą do Boga i On je tłumaczy, ale opowiedz mi królu.

-Śniło mi się tak: Było siedem dorodnych, pięknych i wypełnionych zbożem kłosów. Wszystkie wyrastały z jednej łodygi.Za nimi rosło też z jednej łodygi siedem chudych i brzydkich kłosów. I te siedem chudych kłosów pożarło siedem tłustych. A potem śniło mi się, że było siedem pięknych tłustych krów. I było siedem krów chudych i bardzo brzydkich. I te siedem chudych krów pożarło siedem tłustych, ale przez to nie przytyły i nie stały się ładniejsze.- Faraon zamilkł. Wszyscy czekali w napięciu czekając co powie Józef. A on odpowiedział tak: Obydwa sny znaczą to samo. Najpierw będzie siedem lat wszelkich dostatków i urodzajów. Ludzie będą jedli i będzie im dobrze, ale potem przyjdzie siedem lat głodu. Ziemia wyschnie i nie da plonów. Ludzie zapomną o latach dostatku, tylko będą narzekali na głód. Więc ty faraonie postaraj się znaleźć takich zarządców, którzy będą gromadzili żywność na czas głodu, żeby dla wszystkich starczyło. Musisz poszukać ludzi uczciwych i rzetelnych. A oni muszą zgromadzić wiele żywności bo głód będzie wielki i będzie trwał siedem lat. Tak to Józef wytłumaczył sen, którego nikt nie potrafił zrozumieć. Bóg działał przez niego. Faraon był zaskoczony bystrością umysłu Józefa tak bardzo, że postanowił właśnie jego uczynić namiestnikiem w całym Egipcie. Widział, że przez Józefa przemawia mądrość Pana Boga. Nakazał przynieść najdelikatniejsze szaty i ubrać Józefa, a na palec nałożył mu swój własny pierścień. Tak to Józef z więźnia stał się w paru minutach namiestnikiem i najważniejszą po faraonie osobą w kraju. Wszyscy mieli obowiązek słuchać go i kłaniać mu się. Dostał od faraona piękną bogatą pannę za żonę o imieniu Asenat. Także król zmienił mu imię na bardziej dostojne. Teraz Józef miał się przedstawiać jako Safenat-Paneach. Skończyła się niedola. Wolność, wspaniałe stanowisko, pierścień z królewskiego palca i wesele w jednym dniu. Najbliższa noc już nie w więzieniu, ale we wspaniałym pałacu i w ramionach prześlicznej żony. Co za szczęście! Szczęście? A może nagroda za wytrwanie przy Bogu we wszystkich trudach i niebezpieczeństwach? Teraz jeździł wspaniałym egipskim rydwanem, ludzie kłaniali mu się niemalże do ziemi, jadał najpyszniejsze potrawy i przez lata dostatku gromadził wszelką żywność. Zbudowano nowe wielkie spichlerze, w których gromadzono ziarno, warzywa, suszono mięso, żeby w czasie głodu niczego nie zabrakło. Ziemia rodziła obficie, a Józef nadal pamiętał o Bogu i modlił się nieraz długimi godzinami. Nim nastał głód było tyle zapasów, że nikt ich nie umiał policzyć. Siedem lat gromadzono żywność, a nim przyszedł pierwszy rok nieurodzaju, Pan Bóg pobłogosławił Józefowi także w potomkach i piastunki wodziły za rączki dwóch uroczych jego synków- Manassesa i Efraima. Głód zapanował nie tylko w Egipcie, ale i okolicznych krajach. Ale tylko w Egipcie był zapas żywności, bo tylko faraonowi dał Bóg proroczy sen o zbliżającym się głodzie, a tylko Józef potrafił go wytłumaczyć i zebrać odpowiednie ilości jedzenia dla ludzi i zwierząt. Starczyło dla wszystkich. Nawet myszom wiodło się dobrze. Ze wszystkich okolicznych krajów przyjeżdżali ludzie po zboże do Egiptu, a Józef sprzedawał i pieniądze uczciwie oddawał faraonowi. Majątek królewski powiększał się, a i Józef stawał się coraz bogatszy. Synowie rośli zdrowo.

 

SNOPY SIĘ UKŁONIŁY

 

W Kanaanie, gdzie również głód mocno dawał się we znaki, dowiedziano się, że w Egipcie bez problemu można kupić zboże. Jechały do Egiptu całe karawany kanaanejczyków i okolicznych ludów. Wyprawił też Jakub dziesięciu swoich synów do Egiptu po zboże. Dziesięciu? A było ich dwunastu, prawda? Tak, ale Józef miał teraz tylko jedenastu odkąd stracił Józefa, a najmłodszego Beniamina bał się puścić z nimi, żeby go coś złego nie spotkało w drodze. Przybyli do Egiptu. Zaprowadzono ich przed oblicze namiestnika. Pokłonili mu się do samej ziemi nie poznając, że to ich brat. Sprzedali go gdy miał siedemnaście lat, a teraz miał ich przynajmniej trzydzieści siedem albo trzydzieści osiem. Minęło od tego czasu około dwadzieścia lat, młody chłopiec zmienił się na twarzy, rozrósł, zmężniał i nosił odzież zupełnie niepodobną do tej, jaką nosili jego krewni. Ale on poznał swoich braci i postanowił nie dać poznać po sobie, że coś o nich wie. Postanowił ich wypróbować, czy zmienili się od tamtego czasu i czy zrozumieli swój wielki grzech. Przywitał ich z wyniosłą miną. Patrzył niby obojętnie jak kłaniają mu się do ziemi. Nie mieli oni pojęcia, że spełnia się pierwszy sen ich brata i że to właśnie jemu się kłaniają. Gdy już oddali pokłon temu wyniosłemu władcy, który wcale nie był dla nich uprzejmy, ale bardzo oschły, spytał skąd są, kim są i skąd przybywają, a gdy mu powiedzieli, odrzekł, że kłamią i że muszą być sprawdzeni, czy są prawdomówni. Wmówił im, że są szpiegami i przyszli wyśledzić miejsca w kraju, które są najmniej strzeżone. Gdy się zarzekali, że nie, udawał, że im nie wierzy i postanowił, że jednego z nich zostawi jako zakładnika, a pozostali mają zawieźć zboże do domu. Oni twierdząc, że są prawdomówni sami wygadali, że było ich dwunastu, ale ojciec jednego nie puścił, a jednego z nic już nie ma na świecie. Mówiąc to nie mieli pojęcia, że właśnie przed nim stoją. Ale Józef rozmawiając z nimi udawał, że nie rozumie ich języka i rozmawiał przez tłumacza. Nakazał, żeby ci, którzy odwiozą zboże przywieźli że sobą najmłodszego, bo wtedy on pozna, że oni mówią prawdę o rodzinie. Bracia w jego obecności rozpoczęli spór między sobą, że Bóg widział, co oni z bratem- Józefem zrobili i teraz żąda od nich rozliczenia. Tak. Musieli rozliczyć się w momencie, gdy nie mieli co jeść. Na dodatek zostali oddani pod straż na trzy dni. Nie było wyjścia. Symeon został związany w ich obecności, a oni wracali do domu wioząc zboże i po Beniamina, bo Józef powiedział wyraźnie: „Jeśli chcecie żyć.” A czy Józefa gdy go napadli i zerwawszy długą szatę z rękawami wrzucali do studni nie narażali na utratę życia? Przecież mógł uderzyć głową i zabić się. Wtedy to Ruben przypomniał im jak bronił Józefa przed nimi, a oni nie słuchali go. Józef słyszał i rozumiał ich kłótnię. Wyszedł, żeby zapłakać. A potem wrócił i nadal nieustępliwy i oschły podejrzewał ich o szpiegostwo. Przesłuchanie dobiegło końca. Zboże im sprzedano. Z pełnymi worami pojechali do domu. Symeon musiał zostać w Egipcie. Jakub był bardzo zaniepokojony koniecznością pozostawienia Symeona i rozkazem namiestnika, że muszą jeszcze przywieźć Beniamina. Mało tego. Każdy z nich w swoim worze ze zbożem znalazł sakiewkę ze złotem, więc bali się strasznie, że ten srogi pan oskarży ich o złodziejstwo, a ojciec tym bardziej nie chciał puścić Beniamina. Ale na plecach osła nie da się przewieźć tak wielkiego wora jak na koniu, a oni podróżowali idąc przy objuczonych osłach, więc przywiezione zboże po pewnym czasie się kończyło i znów nie było co jeść. Wtedy Jakub znów nakazał im pójść do Egiptu nakupić zboża, ale oni nie chcieli iść bez Beniamina, bo srogi pan powiedział im, że jeśli nie przywiozą najmłodszego brata, nie będą mogli już nic kupić, bo on-namiestnik w ogóle do nich nie wyjdzie. Byli w bardzo trudnej sytuacji. W Egipcie wtedy musieli zostawić Symeona, po zboże nie mogli nie jechać bo umrą z głodu, a ojciec Beniamina dać im nie chce, bo nie wierzy im, że go przywiozą. Wciąż wspomina Józefa rozszarpanego przez dzikiego zwierza, bo niedobrzy okrutni braci zataili przed ojcem prawdę i powiedzieli mu, że Józef został rozszarpany przez dzikie zwierzę, więc nie znał prawdy, ale czuł, że lepiej synom nie wierzyć do końca. Więc nie da i koniec. Długo pertraktował z nim Juda, że przywiezie Beniamina całego i zdrowego. Po długich dyskusjach stary Jakub zgodził się na wyjazd Beniamina. Zapakowano dla Józefa dary jako dla dobrego pana oraz pieniądze, które znaleźli w swoich worach ze zbożem. Pojechali, by znów stanąć przed owym Panem. Józef znów spytał, czy ojciec żyje i czy ten młody chłopiec to ich najmłodszy brat. Potwierdzili. Józef miał przed sobą nie małego chłopca, ale ponad dwudziestoletniego pięknego młodzieńca. Rozkazał służbie, żeby wprowadzili ich do jego domu i przygotowali całego wołu na obiad. Bracia bali się bardzo, bo nie wiedzieli co się dzieje, o co temu panu chodzi. Myśleli, że może pójdą do więzienia za tamto złoto znalezione w worach, więc nawiązali rozmowę ze sługą Józefa na temat tych pieniędzy, ale on ich uspokoił, że wszystko jest w porządku. Ich pieniądze dotarły do kasy, a te które znaleźli, to dar od Boga. Pewnie sam nic na ten temat nie wiedział, gdyż zapewne Józef włożył im do worów pieniądze w tajemnicy i nie z kasy faraona, ale dał im dar ze swojego majątku. N uczcie siedzieli tak, jak nakazuje prawo egipskie, bo przecież Józef był teraz Egipcjaninem. Beniaminowi służba nakładała na talerz pięć razy tak duże porcje jak braciom, bo tak bardzo kochał go Józef. A gdy już ich wyprawiono do domu, Józef w tajemnicy włożył do Beniaminowego worka swój srebrny kubek, z którego pił podczas uczty. I wystawił ich na kolejną próbę. Gdy już byli za miastem, dogonili ich słudzy z informacją, że brakuje kubka ich pana i należy koniecznie przeszukać przybyszów, którzy byli na uczcie. Bracia zaprotestowali, że nic nie mają ale worki zostały poddane rewizji i kubek znalazł się w worku Beniamina. Musieli wrócić. Bali się strasznie. Teraz więzienie murowane. Nie przywiozą ojcu najmłodszego ukochanego syna, a ojciec umrze z troski o niego. Drżący ze strachu stanęli przed namiestnikiem i znów ukłonili się do samej ziemi. Nie wiedzieli, że są snopami ze snu, które kłaniały się snopowi Józefa, ale on dobrze wiedział. Gdyby wiedzieli komu się kłaniają nie uczyniliby tego. Srogi pan chciał zostawić Beniamina jako niewolnika sobie, a im kazał wrócić do domu. Gdyby odeszli, wtedy Beniamin wcale nie byłby niewolnikiem, tylko najmilszym gościem Józefa, a on mógłby wreszcie nacieszyć się wytęsknionym bratem. Gdy bracia usłyszeli, że Beniamin musi zostać, bardzo się zmartwili i błagali, żeby władca nie zostawiał go w niewoli, a zamiast niego zostanie Juda. Ojciec umarłby ze zmartwienia. Józefowi coraz trudniej było opanować wzruszenie. Kazał służbie wyprowadzić wszystkich i wtedy płakał tak głośno aż go było słychać na dworze faraona. A potem kazał ich zawołać i przyznał się, że jest Józefem, ich bratem. Zapytał jeszcze raz o ojca, a oni ze strachu nie byli w stanie odpowiedzieć. Gdy teraz wiedzieli, przed kim stoją, na pewno do końca życia będą musieli być w więzieniu za uczynioną mu krzywdę. Ale Józef nie miał zamiaru ich zamykać. Nie był mściwy. Gdy ktoś bardzo kocha Boga, wybacza wrogom. I on im wybaczył. I nawet zaprosił całą rodzinę, żeby przyjechali z całym swoim dobytkiem, bo jeszcze będzie pięć lat głodu, a w Egipcie było jedzenia pod dostatkiem. Faraon obiecał najpłodniejszą ziemię. Dostali wozy, żeby żony i dzieci ich nie szły pieszo i żeby było na co załadować majątek, a nawet żywność na drogę. Dał im piękne szaty a najwięcej ukochanemu Beniaminowi, któremu dał również dużo pieniędzy. Wrócili z radosną nowiną, że tym wielkim panem jest Józef i zaprasza ich wszystkich do Egiptu. Starego ojca – Jakuba także. Ale on nie mógł z początku uwierzyć w tą wieść. Dopiero gdy zobaczył dary, uwierzył i oznajmił, że pójdzie do Egiptu, żeby jeszcze nim umrze zobaczyć ukochanego zaginionego syna. 

                       

    

   W ZIEMI GOSZEN

 

Rodzina Józefa prędko przygotowała się do przeprowadzki. Byli do tego przyzwyczajeni, bo wiedli tryb wędrowny. Ze względu na ogromne stada nie mogli mieszkać stale w tym samym miejscu, tylko przenosili się z miejsca na miejsce tam, gdzie trawa była już duża i trzody miały co jeść. Toteż wiedzieli co i jak pakować. Zresztą z Egiptu przybyły wozy dla dzieci i kobiet. Józef dał też jedzenie na drogę. Kiedy on sam został zabrany z Kanaanu, zostawił tam tylko ojca, jedenastu braci i siostrę. Teraz każdy z braci miał żonę i dzieci, siostra miała męża i swoje potomstwo. Wyruszyło do Egiptu siedemdziesiąt osób najbliższej rodziny. Jakub odpłacił się dobrem za wyrządzone zło i powiedział braciom, żeby nie wyrzucali sobie swojego niegodziwego czynu, bo to Pan Bóg wysłał go wcześniej do Egiptu, żeby na czas głodu przygotował dla nich miejsce. Z drugiej strony gdyby nie dobroć faraona, który zgodził się na taką liczbę emigrantów, sam Józef też by dla nich nic nie zrobił. Wyruszyli najpierw do Ber-Szeby, którą mieli po drodze, i tam złożyli Bogu ofiarę. Tam też do Jakuba przemówił Pan Bóg. Powiedział mu, że ma bez obaw jechać do Egiptu, bo przyjdzie czas, że wrócą z powrotem. Gdy już byli blisko, przeciw nim, wyjechał Józef. Powitanie z ojcem było niesamowite. Padł ojcu w objęcia i długo płakał na jego ramieniu. A Jakub był niezwykle szczęśliwy, że jeszcze mógł zobaczyć syna. Potem musieli się wszyscy pokazać faraonowi i od niego dostali najżyźniejszą ziemię jaka tylko w Egipcie była. Zamieszkali i działo im się dobrze. Bracia jego zostali zarządcami trzód faraona. Ale głód w Egipcie, Kanaanie i innych okolicznych krajach był coraz większy. Pola nie rodziły wskutek suszy, nawet karmienie zwierząt było trudne. Wysychały studnie, więc i o wodę było coraz trudniej. Po roku Egipcjanom wyczerpały się pieniądze i nie mieli za co kupować zboża. A Józef był dobrym namiestnikiem, ale wymagającym. Zboże było drogie. Toteż w kolejnym roku gdy ludzie nie mieli czym płacić, musieli przyprowadzić swoje zwierzęta, w kolejnym sprzedać swoje pola w zamian za zboże, a gdy już nic nie mieli, sprzedali samych siebie w niewolę. Tak to faraon pozyskał cały dobytek Egipcjan, a skarbiec był pełen pieniędzy. Tylko grunty kapłanów nie zostały sprzedane faraonowi, bo oni mieli specjalne prawo. Gdy już głód się kończył, Egipcjanie dostali od Józefa ziarna na siew, ale jedna piątą zbioru musieli dawać do spichlerza faraona. I tak zostało na zawsze, dokąd w Egipcie rządzili faraonowie. Rodzinie Józefa wiodło się dobrze. Rozmnożyli się bardzo. Po siedemnastu latach pobytu w Egipcie zmarł Jakub i zgodnie z jego życzeniem pochowano go w Kanaanie. Miał sto czterdzieści siedem lat. Kondukt pogrzebowy był bardzo długi, bo na pogrzeb poszli także Egipcjanie. Przed śmiercią Jakub pobłogosławił swoich synów i wnuków. Każdemu synowi przepowiedział przyszłość. Najpiękniejsze słowa przypadły Judzie. Został nazwany młodym lwem i Jakub do niego wypowiedział bardzo ważne słowa, że jego potomkiem będzie Król nad królami. Chodziło oczywiście o Pana Jezusa, choć do Jego narodzin było jeszcze bardzo, bardzo daleko. Po śmierci Jakuba bracia bardzo się bali, że teraz gdy ojca nie ma, Józef ukarze ich za niegodziwy czyn sprzed lat i krzywdę jaką mu wyrządzili. Poszli wszyscy do niego, żeby przeprosić. Mógł ich wtrącić do więzienia. Nie zrobił tego. Za zło odpłacił dobrem. Poprosił tylko, że gdy on sam umrze, gdy oni będą wychodzić z Egiptu, mają zabrać jego kości, żeby pochować w Kanaanie.

 

 

 

LOS POTOMKÓW JAKUBA, KTÓREGO ANIOŁ NAZWAŁ IZRAELEM

 

Płynęły lata. Było ich już czterysta. Naród izraelski bardzo się rozmnożył. Było ich wszędzie pełno. Nie żył już Józef ani jego bracia, żyli tylko ich pra-pra-prawnukowie. Nie żył już dobry dla nich faraon. Jego miejsce zajął inny- okrutny, który nie znał ani Józefa, ani jego braci, a oni tak bardzo przyczynili się do wzbogacenie królestwa. Przecież gdyby nie Józef, wszyscy Egipcjanie i ludność okolicznych krajów pomarliby z głodu, bo głód jest okropny. Ale nowy faraon nic nie wiedział o dobru wyrządzonym przez Józefa i coraz bardziej denerwowali go przybysze. Postanowił dorabiać się ich pracą, a właśnie budował dwa miasta. Co musieli robić Izraelici? Byli zmuszani do najcięższych prac. Goniono ich tam, gdzie było najtrudniej i najmniej bezpiecznie. Mieszali glinę, wyrabiali cegły z gliny i słomy, budowali mury, dźwigali zaprawę i ciężkie kamienie, obrabiali pola. Często ulegali wypadkom przy pracy, a gdy ktoś zachorował nie obchodziło to ani króla ani naczelników. Jeść mieli co, ale wiodło im się coraz gorzej i płakali na swój los. Modlili się do Boga, prosili, żeby ich wyprowadził, skoro obiecał. Tymczasem faraon widząc ich niezadowolenie wymyślił ohydny podstęp, bo wiedział, że chłopcy izraelscy skoro ciężko pracują od małego, mają silne mięśnie, więc bał się buntu. Zamiast ulżyć im w pracy, goniono ich do coraz trudniejszych czynności. Musieli iść tam, gdzie było najgorzej. Chciał ich umęczyć, udręczyć, chłopców się bał, bo gdyby zrobili powstanie, może być źle. Skoro jest ich tak dużo, na pewno zwyciężą. Tego nie chciał. Wpadł na ohydny pomysł. Zawołał położne izraelskie i rozkazał im tak:

-Pamiętajcie. Jak się urodzi chłopiec, macie go zaraz zabić. A jak będzie dziewczynka, zostawcie.- Dziewczynek się nie bał, bo one do boju nie chodzą. Ale położne bały się Boga i wstrętnego rozkazu wypełniać nie chciały. Wpadł więc na kolejny pomysł. Rozkazał, żeby jego słudzy i żołnierze przemierzali krainę Goszen i zaglądali wszędzie gdzie słyszą płacz dziecka. Wszystkich chłopców rozkazał wrzucać do rzeki, żeby się utopili. Tak to zginęło wielu izraelskich chłopców.

 

MOJŻESZ

 

Pewna kobieta, matka kilkuletniej dziewczynki urodziła chłopca. Był to śliczny chłopaczek, silny i duży. Matka postanowiła go ukryć. Ale tylko przez trzy miesiące jej się to udawało. Potem dziecko coraz głośniej płakało i dalsze ukrywanie było niemożliwe. Modliła się do Boga o radę i wpadła na ciekawy pomysł. Zrobiła kosz z papirusu, wylała go wewnątrz i na zewnątrz smołą i żywicą, żeby był szczelny, włożyła w niego nakarmionego i przewiniętego synka i postawiła kosz w trzcinach, a starsza córka obserwowała, co się będzie działo. Póki dziecko spało, nic się nie działo, ale po jakim czasie maleństwo przebudziło się i zakwiliło. Akurat córka faraona z dworkami przyszły tam wykąpać się i zobaczyły kosz. Z ciekawości królewna nakazała dworkom przynieść kosz i zobaczyła w nim dzieciątko. Zrobiło jej się żal, bo płakało coraz żałośniej. Zdecydowała, że weźmie je do pałacu i wychowa jak swoje. Ale takie maleństwo musi być karmione piersią, a ona nie będąc matką, pokarmu nie miała. Spytała dworek, czy nie znają jakiej kobiety, która by dziecko karmiła. Na to wybiega z krzaków siostra maluszka i mówi, że jeśli pani chce, ona postara się o mamkę. Królewna się zgodziła i dziewczynka pobiegła po mamę.

-Weź to dziecko i wykarm go dla mnie. Ja ci dam za to zapłatę.– Rozkazała.-A gdy będzie miało kilka latek, przyprowadzisz go do pałacu. Bo od tej chwili to jest mój syn. A na imię będzie mu Mojżesz, bo jest wyciągnięty z wody.- Tak to maleńki chłopczyk stał się księciem. Póki karmiła go mama, mieszkał w jej domu, ale gdy miał kilka latek, musiała odprowadzić go do pałacu. Teraz ubrano go w piękne ubranka, jadał potrawy, których nikt z Izraelitów nawet nie miał okazji spróbować, bo w pałacach jada się same frykasy, I rósł jak na drożdżach. Wyrósł na pięknego dzielnego młodzieńca. Wiele się nauczył. Uczyli go królewscy nauczyciele. Wiedział, że nie jest Egipcjaninem, tylko Izraelczykiem. Przyglądał się jak jego rodacy ciężko pracują. Było mu ich żal. Chętnie by im pomógł, ale nie wiedział jak. Odwiedzał matkę i od niej uczył się historii swojego Narodu. Jednego razu w czasie spaceru zobaczył, jak Egipcjanin bije Izraelitę. Podskoczył na pomoc rodakowi, ale uderzył Egipcjanina zbyt mocno i zabił go. Wystraszył się, rozejrzał, nie ma nikogo. Świetnie. Nikt nie widział. Nikt się nie dowie. Prędko zagrzebał go w piasku i poszedł niby nigdy nic. Na drugi dzień znów poszedł tamtędy na spacer i zobaczył, jak bije się dwóch jego rodaków. Postanowił ich pouczyć. Podszedł i spytał, dlaczego się biją i zwrócił im uwagę, że powinni żyć w zgodzie. A ten, który był winny odkrzyknął ze złością.

-A kto cię ustanowił rozjemcą między nami? A może chcesz i mnie zabić jak wczoraj Egipcjanina?-

Wystraszył się Mojżesz. Widać już się wieść o tym rozniosła. Ktoś musiał widzieć. Skoro tak, to i w pałacu wiedzą. Będzie źle, tym bardziej, że broniłem Izraelczyka. A Izraelczyków zwano także Hebrajczykami od nazwy miasta Hebron, skąd wywiódł się Abraham. Oczywiście, że w pałacu już wiedziano i faraon wydał polecenie, żeby go zabić za to, co zrobił. Biedny Mojżesz musiał uciekać. Poszedł na pustynię i doszedł do kraju Madian. Zmęczony zatrzymał się przy studni, żeby odpocząć. Po pewnym czasie przyszło tam siedem pasterek z owcami do wodopoju. Były to siostry, córki pewnego kapłana. Przyszli też inni pasterze i zaczęli odganiać dziewczyny, bo chcieli swoje owce pierwsi napoić. Mojżesz pomógł dziewczynom napoić całą trzodę, odganiając wpierw chłopaków. Z jego pomocą poszło o wiele szybciej. Aż się zdziwił ojciec, gdy spytał, czemu tak szybko wracają i gdy mu powiedziały, że jakiś Egipcjanin pomógł im w pracy.

-Dlaczegoście go nie zaprosiły? Noc idzie. Nocleg i jeść mu damy.-

Dziewczyny cofnęły się do studni. Chłopak jeszcze tam siedział, więc zaprosiły go. Spodobał się ojcu i tak dziewczyna, której było na imię Sefora dostała go na męża. Teraz Mojżesz z księcia stał się pasterzem. Mieszkał w namiocie jak jego przodkowie.



BÓG POSYŁA MOJŻESZA

 

Umarł już zły faraon, który groził śmiercią Mojżeszowi, ale on mieszkając na pustyni o tym nie wiedział. Nowy władca był także bardzo niedobry i nie ulżył losowi Izraelitów. Muszę wam, dzieci opowiedzieć jeszcze o tym, że Egipcjanie nie znali Pana Boga. To byli poganie, ale chcieli się do kogoś modlić, tylko, że nie wiedzieli do kogo, wymyślili sobie całą plejadę bożków. Byli to bogowie zrobieni z kamienia albo wystrugani z drewna. Zbudowali dla takiego boga świątynię, postawili go na środku i modlili się do niego. Ale to był bożek drewniany albo kamienny, więc nigdy nie byli wysłuchiwani w swoich prośbach. Dlatego jeśli piszemy o bogu pogan, piszemy go zawsze przez małe „b”, chyba, że to słowo występuje na początku zdania, bo on jest bogiem fałszywym, a tylko Pan Bóg jest Bogiem prawdziwym, a imię Jedynego Pana Boga piszemy zawsze przez duże „B”. Bogami i świątyniami opiekowali się kapłani egipscy, którzy dużo umieli. Umieli także czarować, więc byli złymi kapłanami. Kapłan katolicki nigdy nie czaruje. Więc mając takich kapłanów i takich bogów, którzy nic nie mogą, faraon nie potrafił być dobry, bo tylko pod opieką prawdziwego Boga i słuchając Jego człowiek może być dobry i umieć odróżnić dobro od zła. Izraelici Prawdziwego Boga znali i przez wszystkie lata modlili się do Niego, On opiekował się nimi, choć nieraz musieli srogo cierpieć za różne odstępstwa i grzechy. Ale zawsze widział krzywdę Swoich dzieci i współczuł im szczególnie, gdy żałowali za grzechy. Mieszkali w Egipcie już czterysta trzydzieści lat. I było im coraz gorzej. Biedny naród izraelski cierpiał i płakał całymi dniami i latami. Modlili się i prosili o pomoc.

Pewnego razu Mojżesz pasł owce w pobliżu góry Horeb na pustyni. Chodził między owcami, spoglądał, czy któraś się nie oddala, czy zły zwierz nie podchodzi, żeby jakąś pożreć, więc musiał być czujny i cały czas uważać. W pewnym momencie gdy tak pilnował, zobaczył krzew, który palił się, ale się nie spalał. Zaciekawiło go to. Pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Podszedł bliżej, a tu z krzewu rozlega się głos:

-Mojeszu! Mojżeszu!

-„Oto jestem”.- Oznajmił Mojżesz i wystraszył się, bo nie wiedział kto go woła.

-Nie zbliżaj się. Zdejm sandały z nóg, bo miejsce na którym stoisz jest ziemia świętą. Ja jestem Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. – Kiedy to Mojżesz usłyszał, zasłonił oczy, bo bał się

spojrzeć na Boga. A On mówił dalej:

-Napatrzyłem się dość na udrękę Mego ludu w Egipcie… …Zstąpiłem, by wyrwać go z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, która opływa w mleko i w miód, do ziemi kananejskiej… Idź przeto teraz, oto posyłam cię do faraona i wyprowadź Mój lud Izraelitów z Egiptu.

Myślę, że zrozumieliście, co Pan Bóg powiedział. Otóż powiedział, że choć mieszka w wysokim Niebie i jest niewidoczny, ale Sam widzi wszystko, co dzieje się na Ziemi. Pan mówi, że przybywa do Swoich ziemskich dzieci, żeby wyrwać z niesprawiedliwej i okrutnej ręki faraona i zaprowadzić do tej ziemi, którą już Abrahamowi obiecał na własność- do ziemi kananejskiej. I do pomocy w tym wspaniałym Dziele prosi Mojżesza.

-Kimże ja jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić Izraelitów z Egiptu?- Spytał wystraszony nie na żarty Mojżesz.

-Nie bój się, Ja będę z tobą.- Odpowiedział Pan Bóg i dopowiedział, że gdy już Izraelici wyruszą z Egiptu, mają oddać cześć Panu Bogu na pewnej górze. Na to Mojżesz odpowiedział, że owszem, pójdzie do Izraelitów, ale oni spytają jakie jest imię Boga, bo do tego czasu nikt Bożego Imienia nie znał. Pan Bóg odpowiedział, że Jego Imię brzmi: JESTEM KTÓRY JESTEM, I powiedział:

-Pójdziesz do Izraelitów i powiesz: JESTEM posłał mnie do was. – I mówił dalej Mojżeszowi, że musi powiedzieć Izraelitom, że będzie koniecznym pójść do faraona i poprosić o wypuszczenie całego narodu na trzy dni, aby na pewnej górze oddać hołd Panu Bogu. Ale faraon ma twarde serce i nie będzie chciał wypuścić ludu izraelskiego z Egiptu. Więc Pan Bóg spuści plagi na Egipt za upór faraona. Mojżesz musi powiedzieć faraonowi, że objawił mu się sam Bóg. Będzie to dziwne dla faraona, bo jak Egipt Egiptem, to tak naprawdę żaden bożek nigdy nie objawił się Egipcjanom. Więc ta prośba będzie jak gdyby egzaminem dla faraona żeby się przekonać, czy chociaż trochę szanuje czyjąś wiarę. Pan Bóg dobrze wie, że faraon nie pozwoli pójść im na pustynię, ale w oczach Boga władca sam musi to oznajmić. Pan Bóg wie, że faraon ugnie się tylko pod dużym przymusem, ale też chce pokazać temu dumnemu pogańskiemu władcy Swoją moc i potęgę. Bóg przemawiający z krzewu nakazał Mojżeszowi, że gdy będą już wychodzić z Egiptu, każda kobieta musi pożyczyć od swojej egipskiej sąsiadki coś cennego na przykład ze złota lub srebra, (garnki czy naczynia, biżuterię) albo drogie szaty, bo na ich pracy niewolniczej wzbogacili się Egipcjanie, a Izraelici byli nędzarzami. Poza tym gdy się rusza w drogę trzeba zabrać pieniądze, oni zaś nie mieli nic. Więc te skarby muszą stać się choćby niewielką pensją za wieloletnią pracę. Ale Mojżesz obawiał się słusznie, że faraon nie usłucha i zadał Bogu pytanie, co ma zrobić, gdy ten nie usłucha. Wtedy Bóg nakazał Mojżeszowi rzucić na ziemię laskę, którą trzymał w dłoni. Mojżesz rzucił, a laska natychmiast zmieniła się w węża. Mojżesz się wystraszył, a Pan Bóg, czyli głos z krzewu ognistego kazał chwycić węża za ogon i gad znowu stał się laską. Potrzebna była i druga próba, bo jedna to za mało. Głos z krzewu kazał Mojżeszowi włożyć rękę w zanadrze, czyli za bluzę, a ręka natychmiast pokryła się trądem. Skąd? Mojżesz był zdrowy jak rydz, a trąd to groźna śmiertelna choroba. Pan znowu kazał włożyć dłoń w zanadrze, a ręka nagle wyzdrowiała. To już będą dwa znaki-cuda od Boga, które Mojżesz musi pokazać przed faraonem. A gdyby ten jeszcze nie uwierzył, Mojżesz musi nabrać wody z Nilu i wylać na ziemię przed faraona, a woda natychmiast zamieni się w krew. Trzy bardzo nieprzyjemne znaki, ale czy one przekonają faraona? Mojżesz bał się tego i bał się tego obowiązku, jaki mu Bóg wkładał na barki. Zaczął się wymawiać, że ma kłopoty z mówieniem od wielu lat. Pan Bóg był zniecierpliwiony, ale zlitował się nad Mojżeszem i polecił mu zabrać ze sobą starszego brata Aarona, który nie ma kłopotu z mówieniem i on będzie mówił za niego. Powiedział też, że Aaron idzie właśnie w odwiedziny do Mojżesza i szuka go nie wiedząc, gdzie się ukrył przed gniewem faraona, gdy musiał uciekać po zabiciu Egipcjanina. Widzenie się skończyło, a krzak stał się taki jak przed widzeniem. Nawet jeden listeczek nie był spalony. Mojżesz wrócił do teścia i poprosił o możliwość powrotu do rodaków. Teść nie sprzeciwiał się, bo sam był kapłanem, więc Mojżesz zabrał żonę i dzieci, wsadził ich na osiołka i ruszyli do Egiptu. Pan Bóg czuwał. Mojżeszowi powiedział, żeby nie bał się, bo stary faraon nie żyje, a nowy go nie zna, a Aarona poprosił, żeby wyszedł naprzeciw Mojżeszowi. Bracia uściskali się po wielu latach i na kolanach dziękowali Bogu za spotkanie.

 

PIERWSZA WIZYTA U FARAONA

 

Mojżesz z Aaronem poszli do faraona i powiedzieli mu, że objawił im się Bóg i nakazał przyjść do króla żeby prosić o wypuszczenie ludu na trzy dni na pustynię, żeby mogli oddać hołd Bogu. Na to faraon powiedział im, że ich Boga nie zna i nie musi Go słuchać. Ludzi jest teraz dużo i pracy mają dużo, więc muszą pracować. Nie załatwili nic, ale od tego czasu ludowi było jeszcze gorzej. Faraon rozzłościł się tak bardzo, że wezwał do siebie naczelników i nakazał, aby jeszcze więcej trudności sprawiali ludowi izraelskiemu. Robotnicy izraelscy wyrabiali cegłę, do której potrzebna była słoma, a ją do tego czasu dostarczano od rolników. Nowe rozporządzenie było takie: Oni muszą wytwarzać tyle samo cegieł ile wytwarzali, ale od tego czasu sami muszą się starać o słomę. Już jej nie będą dostawali. Niech biorą skąd chcą, praca musi być zrobiona, a pisarze, którzy notują każdą wykonaną cegłę też mają powiedziane ile cegieł musi być zrobionych w ciągu dnia. Biedni ludzie. Musieli od tego czasu sami szukać słomy, ale nikt im jej nie dawał a kupić nie mieli za co. Chodzili po polach i wyrywali ściernisko z ziemi. Ale ściernisko jest malutkie, a słomy trzeba było dużo. Nie było z czego robić, pisarze nie notowali żądanej ilości cegieł, bo brakło materiału do ich produkcji, więc byli bici. Poszli z prośbą do faraona, a on im powiedział, że dlatego chce im się świętować bo są leniwi, więc żeby im świętowanie wyszło z głowy, muszą mieć gorzej, dlatego w ramach kary nie dostają słomy i mają wracać do pracy, a nie narzekać. Odeszli z płaczem. Wracając spotkali Aarona i Mojżesza i opowiedzieli o wyniku rozmowy. Mieli żal do obydwu, że jest im teraz jeszcze gorzej i opowiedzieli o wszystkim, jak faraon uznał, że są leniuchami i nie chce im się pracować tylko wymyślają, że chcą świętować. Są bici a nawet zabijani. Mojżesz zaczął się modlić i prosić za dręczony lud. –---Dlaczego mnie wysłałeś?- Pytał z żalem w głosie i opowiadał Bogu co się dzieje. A Pan Bóg odpowiedział, że teraz dopiero zobaczą, co On zrobi faraonowi, na jaką karę zasłużył dumny i okrutny władca. A czym zasłużyli na okrutną karę Egipcjanie i za co będą karani? Za co? Przez tyle lat mieli koło siebie wyznawców prawdziwego Boga i zamiast się nawracać, dręczyli ich. Czcili bożki, odrzucali wiarę w prawdziwego Boga, a On dał im szansę poznania samego Siebie. Po to im Pan Bóg przysłał Izraelitów. Nawet dał im szansę zauważenia Go wtedy, gdy dawał prorocze sny Józefowi i poprzez Józefa uratował Egipt od głodu. Nie skorzystali z szansy. Zamiast nawrócić się, dręczyli lud Boży, więc Ojciec Niebieski postanowił wyprowadzić stamtąd Swój Naród mimo protestu faraona. A władca Egiptu nie chciał tracić Izraelitów, bo pracowali w pocie czoła pod przymusem i wykonywali najcięższe prace prawie za darmo. Kto by nie chciał takich robotników? Teraz byli jego niewolnikami, więc on nimi rządził, każde zmęczenie czy ociąganie się w pracy kazał zarządcy wyganiać z nich batem. Tym bardziej, że zawsze znalazł dla nich najgorsze i najniebezpieczniejsze prace. Byli niewolnikami. Wyrabiali cegłę do budowy dwóch miast. Do jej wytwarzania potrzeba było dużo słomy i gliny, a robiło się to tak, że mieszało się najpierw glinę z małą ilością wody żeby uzyskać plastyczną masę, a potem tą glinę mieszało się z dużą ilością słomy, gotową masę formowało się w specjalnych prasach, wytwarzało bloczki i suszyło w słońcu. Z takich bloczków czyli cegieł budowało się bardzo dobre domy. Żeby nakopać gliny, przenieść ją na plac budowy, nanosić słomy i wody, wykonać to wszystko, potrzebne było bardzo dużo ciężkiej i żmudnej pracy. Za pracę należy sumiennie wynagradzać, bo takie jest prawo Boże, a Egipcjanie byli poganami, więc poznawanie Bożego Prawa nie było im na rękę. Mając niewolników zmuszali ich do darmowych i najcięższych prac, szczególnie do budowy i do uprawy ziemi. Kto chciałby pozbyć się darmowych robotników właśnie wtedy gdy oni budują mu aż dwa miasta? Oczywiście, że nikt. A tu ni z tego ni z owego przychodzi jakiś Izraelita i każe wypuścić cały Naród na trzy dni tylko po to, żeby poszli na pustynię i na jakiejś górze oddali hołd swojemu Bogu, którego na dodatek faraon nie znał, bo nie chciał znać. Nie! Nie pozwoli i koniec! Aa co na to Pan Bóg?

 

DZIESIĘĆ PLAG EGIPSKICH

 

Oj! Źle takiemu, kto drwi z Pana Boga, bo On z Siebie drwić nie pozwoli. Jeśli Bóg nakazuje, spełnia się nakaz bez sprzeciwów. Słowo Boga jest najważniejsze. Kto Mu się sprzeciwia, prędzej czy później będzie płakał. Miał się o tym przekonać faraon. Bóg wybrał Mojżesza, dał mu do pomocy Aarona i będzie się nimi posługiwał. Posłał ich zatem ponownie do faraona, ale nie do pałacu, tylko rankiem nad Nil, gdyż król lubił się tam przechadzać. Król nigdy nie chodzi sam, tylko w asyście, więc będą świadkowie tego, co się tam wydarzy. Mieli powiedzieć ponownie, że Pan Bóg nakazuje wypuszczenie Narodu na pustynię dla oddania czci Jemu. A jeżeli nie posłucha, Bóg ześle karę, ażeby władca Egiptu zobaczył, kto jest Władcą nad władcami. Wysłańcy Boga poszli rankiem nad Nil, gdzie spokojnie przechadzał się wymagający, okrutny i dumny władca. Powtórzyli mu to, co nakazał Pan, iż wysłał ich do niego z żądaniem wypuszczenia ludu, bo jak nie…

Ale faraon powiedział -NIE!

Wtedy Aaron uniósł laskę w górę i uderzył niż w wodę Nilu. I nagle woda zróżowiała, spurpurowiała i już była zamieniona w krew. Jak okiem sięgnąć płynęła ona rzeką jak woda. Wszystkie rowy, kanały, strumienie, studnie, a nawet naczynia domowe, w których dotąd była sobie woda, były pełne krwi. Wszystkie ryby, raki, krokodyle i cokolwiek żyło w wodzie podusiło się i wkrótce wszystko razem niesamowicie cuchnęło. Ale gdy faraon zobaczył, co oni „potrafią”, bo nie wierzył, że to było Boże działanie, zawołał swoich czarowników i oni zrobili to samo, ale nie wytłumaczył Mojżeszowi, skąd czarownicy wzięli czystą wodę wtedy, gdy wszystka była zamieniona w krew. Nie mieli nawet nic do picia ani do pojenia zwierząt, które spragnione piszczały i ryczały. Ale u Izraelitów woda w studniach była czysta i zdrowa. Faraona nie obeszło nawet gdy nie miał co pić. Wszyscy Egipcjanie kopali głębokie dziury w pobliżu Nilu, żeby dokopać się do wody. Minął tydzień i znowu Pan Bóg wysłał Mojżesza i Aarona do króla egipskiego. Mieli ponownie prosić o pozwolenie wyjścia Narodowi na pustynię, ale faraon odmówił. Wówczas Aaron uderzył laską w Nil i natychmiast zaczęły wychodzić z niego żaby. Było ich tak wiele, że weszły wszędzie- do domów, między żywność, były w łóżkach, na podłodze, na stołach i nie było miejsca, gdzie by ich nie było. Nie było jak stanąć, żeby której nie nadepnąć, a król nie mógł siąść ani na krześle ani na tronie, bo tam były całe gromady żab. Wskakiwały do talerzy, łaziły po chlebie, nie było nawet jak położyć się spać. Na dodatek żaba jest śliska i zimna, zostawia za sobą troszkę śliskiej mazi, która się psuje i jak jej jest dużo to cuchnie. Tak było. Ale gdy żaby zaczęły wyłazić z Nilu, faraon prędko zawołał czarowników i też kazał im zrobić to samo, żeby udowodnić Izraelitom, że każdy czarownik to potrafi, nie musi być ani Bogiem ani bożkiem. W ten sposób było jeszcze więcej żab. Faraon długo nie wytrzymał i kazał zawołać obydwu.

-Proście Pana, aby usunął to stąd.-Poprosił. Zobaczmy. Zaczyna docierać, że Pan zsyła te nieszczęścia i prosi o wstawiennictwo.

-Kiedy żaby mają zniknąć?- Spytali.

-Jutro.

-Dobrze. Odpowiedzieli i poszli. Dokąd poszli? Modlić się gorąco o odsunięcie żab. Bóg wysłuchał. Część wróciła do Nilu, reszta pozdychała i pozbierano je na ogromne cuchnące kupy. Ale jak faraon zobaczył, że zostało wysłuchane, widocznie stwierdził, że Bogiem można rządzić, więc nie ma co tylko cofnąć obietnicę i Izraelici zamiast na pustynię musieli iść do pracy. Tymczasem Bóg przygotował na niego kolejną próbę. Była to plaga komarów. Bóg zapowiedział ją przez Mojżesza. Faraon był ciekaw jak to będzie wyglądało i już szykował swoich czarowników, żeby pokazać, że jego czarownicy są mądrzejsi od Boga i potrafią ziemi wyczarować te nieznośne kąsające owady. Ale…Na rozkaz Boga tuż przed nogami faraona Boży wysłańcy uderzyli laką w ziemię. Uniosło się z niej tyle komarów, że niemal świat zasłoniły. Rozleciały się do wszystkich Egipcjan. Latały, brzęczały, dokuczały, wchodziły wszędzie, kąsały tak, że nie tylko faraon i jego poddani chodzili opuchnięci i drapali się do krwi. Dzieci płakały, odegnać owadów od nich nie szło. Zaatakowały faraona z niesamowitą siła, ale on udawał odważnego i znów zawołał swoich czarowników, żeby też laskami wyprowadzili z piasku komary, ale nie umieli. Głupcy! Gdyby Pan Bóg nie przyzwolił, to poprzednich dwóch sztuczek też by nie zrobili, żeby pokazać Panu Bogu, że magia może wszystko. Niestety. Pan Bóg pokazał im, że nie zrobią więcej niż On im pozwoli, bo magia nie pochodzi od Niego tylko od złego ducha i to nie złe duchy mają cokolwiek do powiedzenia, tylko rządzi Bóg.

Ale wszędzie gdziekolwiek przebywali Izraelici, nie było ani jednego komara, tak jak nie było przedtem żadnej żaby w Ziemi Goszen u Izraelitów. Wszyscy Egipcjanie byli niesamowicie pokąsani, a natrętne owady topiły się w zupie, w herbacie, w mleku, wchodziły do nosów, do ust i jednym słowem komarzy brzęk przyprawiał niemal o atak serca. Komarzyska nie darowały nawet zwierzętom i gryzły je tak zawzięcie, że oszalałe zwierzęta nie wiedziały co robić. Pogryziona skóra bolała je, a próba udoju krów łatwo kończyła się uderzeniem krowiego kopyta. Czarownicy powiedzieli, że to Palec Boży, ale faraon udawał mężnego i nie ugiął się. Na następny dzień była kolejna plaga. Pogryziony faraon i opuchnięci słudzy przechadzali się rankiem nad Nilem, atu znów idą Mojżesz z Aaronem. Faraon był wściekły na nich bo już drugi tydzień nie miał od nich spokoju, a oni znów proszą wypuść lud, żeby mógł złożyć Bogu ofiarę, a jeśli nie , to Bóg ześle na Egipt muchy, których nie będzie w domu i na podwórkach Izraelitów.

„ Nie taki ja głupi, żeby uwierzyć w ich czary. Są tylko lepsi od moich czarowników. Trzeba by naszych wysłać do nich, żeby się poduczyli”.- Pomyślał i nie wypuścił Izraelitów. Na drugi dzień przyleciały stada much wszelkiego gatunku i zniszczyły co się dało. Pokąsane przez gzy bydło, które nie było uwiązane, pouciekało nie wiadomo gdzie. Muchy poniszczyły żywność, kąsały, siadały na oczach, wchodziły do ust, nie dawały jeść. Nie było na nie żadnej rady. Na drugi dzień zniecierpliwiony kazał wołać obydwu przedstawicieli Boga.

-Dobrze.- Powiedział- Możecie złożyć swojemu Bogu ofiarę, ale tu w kraju. Nigdzie nie pójdziecie.

-Nie możemy tego zrobić tu u was, bo nasz sposób składania Bogu ofiar wam się nie podoba i byście nas obrzucili kamieniami. My musimy iść na pustynię. Zresztą Bóg wyznaczył nam miejsce.

-Nie pójdziecie! Wracajcie do pracy!- Rozkazał groźnie.

-Wrócimy z kolejnym Słowem od Boga.- Powiedzieli na odchodne i rzeczywiście byli na drugi dzień żeby oznajmić, iż Pan Bóg zsyła plagę pomoru bydła, owiec, kóz, koni, wielbłądów i krów. Ale u Izraelitów nic nie zginie. Kolejna plaga miała przyjść jutro. I Przyszła. Bydło, konie, osły, kozy i owce padały martwe na pastwiskach jedno po drugim. Co chwilę biegł ktoś z wieścią, że na tym na tym pastwisku, w tym a tym okólniku leża bez życia wszystkie zwierzęta, ktoś wbiega z krzykiem, że padły wszystkie krowy i skąd weźmie mleko dla dzieci, Ktoś płakał, że koń mu zdechł, a faraon siedział ponury na tarasie i był coraz bardziej wściekły. Zamiast okazać skruchę przed Bogiem, w jego głowie wrzeszczało jedno głośne NIE!!! Ale Mojżesz zapowiedział, że u Izraelitów nic nie zginie, więc prędko trzeba wysłać zwiadowców. Zawołał dwóch i kazał brać konie i jechać do krainy Goszen. Niestety. Mogli iść już tylko pieszo. Była to bardzo wielka zaraza. Wyginęły na polach egipskich wszystkie zwierzęta domowe, ale u Egipcjan wszystkie były żywe i zdrowe. Uparty władca nadal wierzył, że to nie żaden Bóg Izraelitów żąda od niego posłuszeństwa, ale uważał, e to Mojżesz z Aaronem są takimi mściwymi czarownikami. Ale widocznie się ich bał, że nie wysłał siepaczy. Ludzie izraelscy narzekali. Prosili faraona, żeby prosił kapłanów, gromadzili się w świątyniach bożków, prosili, znosili ofiary, żeby przebłagać rozgniewaną Izydę i zapewne rozwścieczonego Ozyrysa, ludzie żeby uprosić ochronę dla siebie i dobytku znosili kolejne ofiary dla bogów, drewnianym bogom były one niepotrzebne, więc dorabiali się na tym kapłani, a ludzie pomocy nie otrzymywali. Król myślał, że nikt się prawdy nie dowie po czyjej stronie jest wina. Ściągał na swój lud nieszczęście po nieszczęściu, kapłani pogańskich bogów kłamali, że to oni się gniewają. Oj, faraonie! Miara twoich grzechów pełna i już się przelewa. Jeśli nie zegniesz kolan przed Bogiem w pokucie, źle będzie. Bóg widzi twarde serce i wcale nie pomaga faraonowi w zrozumieniu. Przeciwnie. Chce pokazać temu okrutnemu i bezwzględnemu władcy swoją Boską moc. Dał w dłonie Mojżesza i Aarona kolejną próbę dla Egipcjan. Kazał nabrać sadzy z pieca i rzucić ją w powietrze przed oczami faraona, a wrzody pokryją Egipcjan. I tak się stało. Przyszli z naczyniem pełnym Sadzy i nic nie mówiąc rzucili ją garściami w powietrze tuż przed nim. Wiatr porwał sadzę i rozniósł natychmiast po niebie, a przykryła ona słonce ogromną chmurą i na ciałach ludzi zaczęły pojawiać się bolesne wrzody. Nie minęło pół dnia a może godzina i wszyscy jęczeli z bólu. Faraon i jego dwór byli jeszcze zdrowi, ale czarownicy nie mogli się stawić na żądanie faraona, bo chorowali na wrzody. Teraz Bóg przemówił przez Aarona tak:

„To mówi Pan, Bóg Hebrajczyków. Wypuść Mój lud, aby Mi służył, ponieważ tym razem ześlę Moje plagi na ciebie samego, na twoje sługi na twój lud, abyś poznał, ze nie ma równego Mi na całej Ziemi. Bo już teraz mógłbym…dotknąć ciebie i twój lud zarazą, byś został usunięty z ziemi. Lecz dlatego zostawiłem cię przy życiu abyś poznał siłę Moją i by Imię Moje było rozsławione po całej ziemi…”

 

Pan Bóg nie skończył na tych zdaniach swej mowy, ale powiedział, ze kolejna plaga to będzie grad tak wielki, jakiego nie było jeszcze od początku istnienia Egiptu. Dlatego, jeśli faraon chce ocalić te zwierzęta, które jeszcze nie padły podczas zarazy, a które są na polu, należy je przyprowadzić pod dach, bo grad będzie tak ogromny, że zabije ludzi, zwierzęta jeśli nie będą ukryte po dachem, oraz połamie drzewa, a także poniszczy uprawy. Faraon się ugiął? Oczywiście, że nie. Pomyślał sobie, że władcą jest on sam i żaden Bóg izraelitów czy jak ich zwać Hebrajczykami, nie będzie mu rządził. Na drugi dzień rano Mojżesz na rozkaz Boga wzniósł przed faraonem ręce wysoko w górę. Jak Bóg jego ręce zobaczył, natychmiast nastał ogromną chmurę i zaczęła się potworna burza z gradem tak wielkim, że zabijał on wszystko co żywe nie było pod dachem. Grad połamał gałęzie drzew i krzewów, zabijał zwierzęta na polu, wkrótce Pola Egiptu przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Na polach leżały jeszcze nie pogrzebane ciała zwierząt z poprzedniej zarazy, bo kto tyle naraz w jednym dniu pogrzebie? Ludzie jeszcze leczyli wrzody, a już kraj był strzaskany gradem i piorunami. Ledwo zdążyli jakoś zakopać całe kupy zdechłych żab, jeszcze rozdrapania po komarach i muchach swędziały. ludzie płakali i już po cichu złorzeczyli królowi, bo wieść się rozniosła, że nie chce on puścić Izraelitów na pustynię, żeby mogli pomodlić się do swojego Boga. Ale nikt nic nie mógł zadziałać, bo wszyscy bali się faraona. Przy tym widzieli, że Izraelitom się nic złego nie dzieje i bardzo ich to dziwiło. Rozumieli, że bardzo mocny jest ich Bóg i wszyscy zaczynali się Go bać, tylko nie faraon i jego słudzy. A Bóg już szykował kolejną plagę. Aż do skutku. Jak plaga trwała, Faraon posyłał po Mojżesza, żeby ten ubłagał Boga o zatrzymanie nieszczęścia i obiecywał, ze tym razem na pewno wypuści Naród. I tak od początku plag po każdej jednej było. A jak plaga się kończyła, widział, że po problemie, cofał obietnicę. Nie docierało do niego, że przez własny upór i pychę wyniszcza swój kraj. Uznał wprawdzie gdy trwała nawałnica, że tym razem zgrzeszył, ale że grzeszył od początku i że gnębiąc naród Boży też grzeszył, tego już nie zauważał. Na dodatek Mojżesz powiedział, że ze zbóż zostały zniszczone jęczmień i len, bo jęczmień miał kłosy a len właśnie kwitł, ale pszenica i orkisz są późniejsze, więc się nie pokładły. Jak nie wiesz jak wygląda położone przez nawałnicę zboże, poproś rodziców, żeby cię w czerwcu i lipcu zawieźli po nawałnicy na pole i pokazali. Takiego zboża nie da się skosić kombajnem i trzeba zebrać ręcznie, ale co najgorsze, jeśli nawałnica połamie kłosy, zboże już nie wykształci ziarna i nie będzie chleba. Len nie dojrzeje i nie będzie z niego ani ziarna a ziarna oleju, ani nie będzie nici na ubrania. Ogromna bieda. A do tego już nie żyły zwierzęta. Skąd brać mleko, masło ser i mięso? Kraj coraz bardziej zrujnowany, a faraon nadal trwa przy swoim zdaniu. Już kolejny raz Pan Bóg każe prosić o wypuszczenie ludu na pustynię i oznajmić, że sprzeciw pociągnie za sobą kolejną karę. Posłał Mojżesza i Aarona kolejny raz. Już niedługo będą tak chodzili. Tym razem znów Pan Bóg pyta faraona posługując się nimi, jak długo będzie zwodził Boga i ciemiężył lud? Jak długo ma zamiar być uparty i odwlekać wypełnienie Bożego rozkazu? Ale faraon nie miał zamiaru. Wysłańcy boży odeszli z kwitkiem. Ledwo odeszli, odezwali się wreszcie słudzy faraona. Oni też już nie mogli znieść jego uporu. Zadali mu pytanie, czy nie widzi, ze kraj jest zniszczony, czy nie widzi, ze Egipt ginie? Niechże władca pomyśli i wypuści lud, który stał się teraz nieszczęściem dla tego kraju? Musieli być bardzo źli na niego, skoro kazał zawołać Mojżesz i Aarona do siebie i obiecał, że pójdzie Naród, ale sami mężczyźni. Dlaczego sami? Bo jak pójdą wszyscy, to uciekną. A wyzbywać się niewolników, którzy mu miasta budują i wszystko co on rozkaże robią bez żadnej zapłaty? Czuł, że to o wyjście z Egiptu chodzi. Wobec tego Mojżesz wzniósł ręce do góry, a Pan nakazał silnemu wiatrowi ze wiać ze wschodu i przynieść szarańczę, więc nadleciało tyle szarańczy, ze pokryła ziemię pola i krzewy, że nie było nic widać. Weszła i do domów, do budynków gospodarczych, zjadła każdy liść i każdą roślinę, która został jeszcze po gradzie. Wygryzła rośliny do gołej ziemi. Odleciała jak już nie było co jeść. Niewinni ludzie płakali, ale z ogródków Izraelitów szarańcze nie zjadły listeczka ani żadnej roślinki, co rosła w ogrodach. Drzewa wszystkie były całe. Bóg opiekuje się Swoimi dziećmi. Jest czułym, ale i sprawiedliwym Ojcem. Ulituje się nad tym, kto prosi o pomoc i przeprasza za grzechy. Tak było teraz z faraonem. Kazał prędko zawołać Bożych posłańców i jął przepraszać za swoje występki wobec Izraelitów. Posłańcy Boży uprosili u Boga wiatr zachodni, który porwał szarańczę i zaniósł do Morza Czerwonego. A wtedy faraon pokazał znów, że kolejny raz skłamał i Narodu nie puścił. Wtedy Pan zesłał dziewiątą plagę, którą były trzy dni niesamowitej ciemności. Było tak bardzo ciemno, że nikt nic nie widział, nikt nie mógł się ruszyć, gdzie kogo ciemność zastała, tam musiał siedzieć albo leżeć, bo nie było szans się ruszyć. Jak kiedy usłyszysz o egipskich ciemnościach, to właśnie chodzi o dziewiątą plagę zesłaną za karę przez Boga. A u Izraelitów było widno. Cóż? Pan Bóg oddaje Miłością i opieką w zamian za wiarę i przeżyte cierpienie. Faraon postanowił ugiąć się trochę. Zawołał Mojżesza i Aarona i zezwolił na wyjście Narodu z dziećmi, kobietami i starcami, ale bez bydła. Na to odpowiedzieli, że bydło też zabierają, bo dopiero na miejscu z bydła wezmą odpowiednie sztuki na ofiarę dla Boga. Znów nie spodobało się to królowi i wyrzucił posłańców. Powiedział nawet tak:

-Nie zjawiaj się już przede mną, bo jak przyjdziesz, to umrzesz.

- Dobrze. Będzie jak powiedziałeś. Nie zjawię się już przed tobą.-I odeszli obydwaj. Na zawsze. Nie przyszli już nigdy. Ale czy Bóg zrezygnował z ofiary i wyprowadzenia Izraelitów i podporządkował się faraonowi? W końcu to król tego kraju. Nie. To Bóg jest Królem wszystkich władców, więc jest też Królem faraona. To Bóg dyktuje warunki.



NOC PASCHALNA


Naród egipski inaczej niż faraon odnosił się do Mojżesza. Oni go szanowali. I nie mieli nic przeciw swym sąsiadom. Wszyscy widzieli, że plagi wyszły z uporu i zatwardziałości serca faraona. I całe szczęście. Z tej sympatii skorzystał teraz Pan Bóg. Powiedział Mojżeszowi, że jeszcze tylko jedną plagę zniesie faraon, ale najgorszą. Ale każdy Izraelita i Izraelitka niech pożyczą od egipskiej sąsiadki czy sąsiada coś złotego lub srebrnego- na przykład garnek, talerz, broszkę, kolczyki albo przepięknie zdobioną kolię na szyję. Egipcjanki pożyczyły bardzo chętnie. Być może czuły, że nikt już tego nie odda, ale współczuły temu biednemu Narodowi. Wiedziały, że ci biedni ludzie pracują za darmo od wielu lat, są bici i już rozniosło się że nawet swojemu Bogu choć raz nie mogą złożyć ofiary. Ale jak dotąd nic nie mogły pomóc. Teraz pożyczą co mają. Nawet jeśli może czuły, że szykuje się coś niezwykłego, to niech biorą nawet pożyczone i idą, byle już się skończyły te niesamowite i trudne plagi. Najpierw brak wody i krew w Nilu. Zaraz potem żaby, komary, muchy, zaraza na bydło, wrzody, grad, szarańcza, trzy dni egipskich ciemności… Nie miały pojęcia, że to nie koniec. Najgorsze przed Egiptem. Wszyscy Egipcjanie zapłaczą. Faraon też. Ale… czy to na długo pomoże? Mimo, że faraon zabronił przychodzić, Mojżesz z Aaronem poszli jeszcze raz i oznajmili, że o północy pomrą wszyscy pierworodni z ziemi egipskiej łącznie z pierworodnym synem faraona. Pomrą i pierworodne zwierzęta tak, że faraon sam wygoni Izraelitów z ziemi egipskiej. Ale serce faraona było zimne i twarde jak kamień. Teraz Pan Bóg dał Mojżeszowi konkretne instrukcje dla ludu, tak ważne, że trzeba było dobrze słuchać, żeby nic nie pominąć. Powiedział tak niesamowite słowa, że choć jesteś dzieckiem, nie mogę ich streścić, bo są zbyt ważne, dlatego przepraszam Cię, że najpierw zacytuję je w całości. Najpierw Pan Bóg mówi, jak świętym dniem po aż do końca świata będzie dzień, który nastąpił i to, co będzie w najbliższych godzinach po nim. Pan Bóg ten dzień oznacza jako pierwszy dzień roku, czyli nadaje mu bardzo, ale to bardzo ważną rangę. Instrukcje na najbliższe godziny i na kolejny czas są dokładne i bardzo dokładnie muszą być przestrzegane. Nic nie wolno pomylić ani ominąć. Dlatego słuchaj i uważaj, co mówi Bóg. A mówi tak- na razie o przyszłym świętowaniu Paschy czyli dnia Wyjścia z Egiptu:

 

Miesiąc ten będzie dla was początkiem miesięcy, będzie pierwszym miesiącem roku!  Powiedzcie całemu zgromadzeniu Izraela tak: Dziesiątego dnia tego miesiąca niech się każdy postara o baranka dla rodziny, o baranka dla domu.  Jeśliby zaś rodzina była za mała do spożycia baranka, to niech się postara o niego razem ze swym sąsiadem, który mieszka najbliżej jego domu, aby była odpowiednia liczba osób. Liczyć je zaś będziecie dla spożycia baranka według tego, co każdy może spożyć.  Baranek będzie bez skazy, samiec, jednoroczny; wziąć możecie jagnię albo koźlę.  Będziecie go strzec aż do czternastego dnia tego miesiąca, a wtedy zabije go całe zgromadzenie Izraela o zmierzchu.  I wezmą krew baranka, i pokropią nią odrzwia i progi domu, w którym będą go spożywać.  I tej samej nocy spożyją mięso pieczone w ogniu, spożyją je z chlebem niekwaszonym i gorzkimi ziołami.  Nie będziecie spożywać z niego nic surowego ani ugotowanego w wodzie, lecz upieczone na ogniu, z głową, nogami i wnętrznościami. Nie może nic pozostać z niego na dzień następny. Cokolwiek zostanie z niego na następny dzień, w ogniu spalicie. Tak zaś spożywać go będziecie: Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w waszym ręku. Spożywać będziecie pośpiesznie, gdyż jest to Pascha na cześć Pana. Tej nocy przejdę przez Egipt, zabiję wszystko pierworodne w ziemi egipskiej od człowieka aż do bydła i odbędę sąd nad wszystkimi bogami Egiptu - Ja, Pan. Krew będzie wam służyła do oznaczenia domów, w których będziecie przebywać. Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską. Dzień ten będzie dla was dniem pamiętnym i obchodzić go będziecie jako święto dla uczczenia Pana. Po wszystkie pokolenia - na zawsze w tym dniu świętować będziecie. Przez siedem dni spożywać będziecie chleb niekwaszony. Już w pierwszym dniu usuniecie wszelki kwas z domów waszych, bo kto by jadł kwaszone potrawy od dnia pierwszego do siódmego, wyłączony będzie z Izraela. W pierwszym dniu będziecie mieli zwołanie święte, tak samo w dniu siódmym. Nie będziecie wtedy wykonywać żadnej pracy. Będzie wam tylko wolno przygotować pożywienie. Przestrzegać będziecie Święta Przaśników, gdyż w tym dniu wyprowadziłem wasze zastępy z ziemi egipskiej. Przestrzegajcie tego dnia jako ustanowionego na zawsze we wszystkich waszych pokoleniach…

 

Trudne i groźne słowa, prawda? Ale Pan Bóg tej nocy miał dokonać czegoś bardzo ważnego. Noc Paschalną zamieni Bóg kiedyś w Wielkanoc. Zobaczysz, jak to zrobi. Czego dokona. A teraz przez Mojżesza mówi do Izraelitów, ażeby przygotowali sobie w każdym domu baranka do upieczenia i upiekli go wieczorem na ogniu, zapewne na rożnie. Krwią baranka koniecznie trzeba pomazać nad drzwiami domu, bo tej nocy przejdzie przez Egipt Anioł Śmierci i umrze każdy pierworodny syn i każde pierworodne zwierzę. Drzwi domów Izraelitów mają być zamknięte, a oni mają jeść w domu mięso z niekwaszonym chlebem i z gorzkimi ziołami. Dlaczego z gorzkimi? Żeby żołądki nie bolały jakby kto nie mógł tłustego. Dziś przecież robimy to samo, gdy do kiełbasy dodajemy musztardę. To są także gorzkie zioła. Musztarda wykonana jest z gorczycy- z gor-czycy-„gor”- czyli gorzkie. Zobacz, sam Pan Bóg nauczył nas dodawać gorczycę do tłustych mięs. A baranina jest tłusta. Starsi wśród ludu zanieśli tą wieść do wszystkich domów izraelskich. Wszędzie zabijano baranka, pieczono mięso, modlono się, a na zewnątrz odbywał się Sąd Boży nad Egiptem. Umierali wszyscy egipscy pierworodni mężczyźni i chłopcy, ludzie płakali, a syn faraona miał objąć tron po ojcu. Był pierworodny. Kto weźmie tron? Faraon zawołał Mojżesza i powiedział nareszcie, że lud może iść w całości z wołami, owcami i składać ofiarę, ale i za niego- faraona ma się modlić o przebaczenie grzechów. Ludzie egipscy chcieli, żeby ten lud odszedł, bo mieli już dosyć kar i bali się o każdą następną chwilę. Wyjście z Egiptu stało się z chwili na chwilę tak nagłe, że ludzie nie zdążyli się spakować, ani porobić zapasów na drogę. Prędko wiązali w węzły swoje ubrania, pakowali na wozy kto je miał, zakładali tłumoki na osiołki i woły, brali na własne barki, dzieże z ciastem na chleb poowijali szmatami, żeby w drodze nie nasypało się piasku do ciasta i nieśli na ramionach. Dzieci i starców wieźli na osiołkach i na wozach. Ale co do wozów, one nie bardzo się sprawdzą, bo trzeba będzie pójść przez pustynię. Ruszyli w Imię Boga do Ziemi Obiecanej. Na polach zostało dojrzewające zboże. W ogrodach rosły warzywa. Już zostaną na zawsze. Zjedzą Egipcjanie, którym klęski gradu i szarańczy zniszczyły wszystko. Ale za to niosą złoto i srebro- jakby zapłatę. Uszanują? Ruszyli rankiem. Wyglądali bardzo imponująco. Jeśli przypomnimy sobie, że do Egiptu przybyło siedemdziesiąt kilka osób licząc kobiety i dzieci, a teraz równo po czterystu trzydziestu latach wychodzili w ogromnej gromadzie. Samych pieszych mężczyzn był sześćset tysięcy. Nie policzono kobiet, dzieci i nie powiedziano ilu mężczyzn starców jechało na wozach i ilu było woźnicami. Szli powoli, bo owieczki i większe dzieci nie chodzą szybko, krowy także idą powoli. Zresztą nie mogli iść szybko, żeby nie zmęczyć się w czasie przemierzania pierwszych kilometrów, bo potem umęczeni ludzie nie daliby rady tym bardziej, że szli złymi drogami. Wtedy nie było asfaltów tylko polne drogi, czasem błotniste, czasem kamieniste, często korzenie drzew wystawały z ziemi. A gdy trzeba iść przez tereny piaszczyste i nogi grzęzną w piasku i rozsuwają się, to każdy z was wie jak się idzie po plaży i jak rodzice muszą przenosić wózeczki z maluszkami, bo w głębokim piasku koła grzęzną. Piasku na plaży jest kawałeczek, tylko od morza do bulwaru, a tu cały dzień i potem następny i kolejny nic, tylko piasek i piasek po kostki. Na pustyni jest kolejne utrudnienie. Mogą następować burze piaskowe, w czasie których kłęby piachu unoszą się w powietrzu zasłaniając wszystko dookoła, a nawet

Może się zdarzyć, że piasek zasypuje całą karawanę. Wtedy piasek wciska się do ust, do oczu i nieraz nie ma czym oddychać, dlatego ludzie na pustyni zasłaniają usta i nos. Z zasłoniętym nosem trudniej się idzie, bo trudniej jest oddychać. W takich warunkach wychodzili Izraelici do Ziemi Obiecanej. Zanim wyszli, jeszcze na rozkaz Boga poświecili Mu wszystko pierworodne- i synów i zwierzę. Każdy pierworodny syn będzie służył Panu Bogu. Pierworodny syn musiał być wykupiony. Różna to będzie służba. Jeden będzie kapłanem, a drugi będzie mu pomagał, trzeci też coś dostanie do zrobienia dla Boga tak jak i dziś. Zamieśćmy malutką dygresję. Dziś jest podobnie. Zobacz. Jeden chłopiec idzie do seminarium aby zostać kapłanem, a wielu służy do Mszy Świętej jako ministranci, ktoś uczy się na organistę a ktoś jeszcze jest kościelnym. Prawda? Tylko, że wtedy każdy ojciec poświęcał na służbę Bogu swojego pierworodnego syna. Jeśli w jakimś domu pierworodną była dziewczynka, wtedy jej nie poświęcał. Dziewczynek służba Bogu nie dotyczyła. To sprawa mężczyzn. Dlatego ministrantura-czyli służba Bogu przy ołtarzu to wasz przywilej chłopcy, dany w dniu Wyjścia z Egiptu. Tyle dygresji. Naród izraelski wędrował cały dzień zatrzymując się tylko na krótkie odpoczynki, zdrzemnąć się i coś zjeść. Nieśli też ze sobą kości Józefa, ponieważ nim umarł, życzył sobie przecież, żeby nie zostawiali jego kości w Egipcie, ale pochowali je obok ojca. Do Kanaanu było niezbyt daleko, przypomnijmy sobie, że bracia Józefa przyjeżdżali po zboże w czasie głodu i gdy zmarł Jakub, także cały Naród poszedł go pochować w okolice Betlejem. Tymczasem przez czterysta lat od owego czasu dużo się zmieniło. Między Egiptem, a Kanaanem zamieszkali Filistyni. Był to dziki i wojowniczy naród. Pan Bóg nie chciał narażać Izraelitów na zniechęcenie i konieczność walki z nimi już na początku podróży, bo mogliby się zniechęcić i wrócić do Egiptu, a wtedy już nigdy Bóg nie przyszedłby im z pomocą. Dlatego poprowadził ich drogą okrężną ku Morzu Czerwonemu idąc w ciągu dnia przed nimi w słupie obłoku, a nocą słup obłoku stawał się słupem ognia i oświetlał drogę. I gdy odpoczywali, nie odpoczywał nigdy. Szli dniami i nocami, żeby jak najszybciej oddalić się od Egiptu i dojść do miejsca, gdzie można będzie bezpiecznie odpocząć. Skąd znali drogę? Przecież od ponad czterystu nie wychodzili poza dozwolone miejscowości. Właśnie słup obłoku ich prowadził. Wszyscy idący go widzieli.

 

 

POŚCIG I PRZEJŚCIE PRZEZ MORZE CZERWONE

 

Pan Bóg zna wszystkie serca, więc wiedział, że zarówno faraon jak i jego ministrowie są wielkimi kłamcami i urządzą pościg za nimi. I tak zrobili. Najpierw władca wspaniałomyślnie zrozpaczony śmiercią swojego najstarszego syna pozwolił wyjść wreszcie Izraelitom, nawet ludzie ich wygonili, lecz gdy przyszli ministrowie do króla ze skargą, że Naród ucieka, zrobiło mu się żal, że już nie będą mu za darmo pracować i postanowił ich dogonić i zawrócić. Kazał szykować wszystkie rydwany jakie były- z tego sześćset doborowych, na jednym on sam, żeby przewodzić pościgowi, na pozostałych doborowi żołnierze dobrze uzbrojeni. Izraelici też wyszli uzbrojeni, ale na razie broń im niepotrzebna. Izraelici na rozkaz Boga musieli w pewnym momencie kawałeczek zawrócić, żeby zmienić kierunek. Miało to zmylić wojsko faraona. Następnie rozłożyli się obozem nad morzem. Morze w tym miejscu było wąskie, ale dość głębokie. W pewnym momencie patrzą, a tu pędzi wojsko faraona na rydwanach, zaraz ich dopędzi i zacznie się napaść. Zaczęli krzyczeć ze strachu i wymawiać Mojżeszowi, że lepiej żeby zostali w Egipcie, niż mają teraz umierać na pustyni. Mojżesz próbował pocieszyć ludzi, wołał, żeby się nie bali, bo teraz On Bóg pokaże Swą siłę, ale takiej gromady nie było łatwo przekonać. Podniósł ręce w górę i zaczął się modlić. A bóg spytał:

-Dlaczego głośno wołasz do Mnie. Powiedz Izraelitom, niech ruszają w drogę. Ty zaś wyciągnij swą laskę nad morzem i rozdziel je na dwoje, a wejdą Izraelici w środek na suchą ziemię. Ja zaś uczynię upartymi serca Egipcjan, że pójdą za nimi. Wtedy okażę Moją potęgę wobec faraona, jego rydwanów i jeźdźców, wtedy poznają Egipcjanie, że Ja jestem Panem.

Mojżesz nakazał ruszać spokojnie. Szli, ale bali się, bo wojska były coraz bliżej. Ale do brzegu morza było bliziutko, a nastawała noc. Mojżesz zrobił jak Bóg rozkazał. Wyciągnął laskę nad morze i natychmiast powiał silny wiatr ze wschodu i rozdzielił wody morskie na dwie połowy. W środku utworzył się miedzy wodami przesmyk tak szeroki, że spokojnie mogły iść nim rzesze ludzkie i stada. Cały naród izraelski wędrował pośrodku morza po suchej drodze, a z prawej i lewej strony miał mur z wód morskich tak, jakby szli przełęczą górską. Anioł i obłok przesunęli się na tyły i szli na końcu. A obłok zaciemniał widok Egipcjanom tak, że nic nie mogli zobaczyć, co dzieje się w morzu, natomiast Izraelitom oświetlał drogę. Egipcjanie widzieli, że lud wszedł w morze i idzie suchą drogą, bo woda nie zamykała się ledwo przeszli, tylko przełęcz powstała z rozdzielonych wód pozostawała. Naród izraelski szedł przez morze przez całą noc i Egipcjanie nie mogli się zbliżyć do nich. Nad ranem doszli do drugiego brzegu i wyszli na plażę. Gdy Mojżesz widział, że już wszyscy przeszli, na rozkaz Boga wyciągnął laskę nad morze. Wtedy Egipcjanie wystraszyli się, próbowali zawracać i uciekać, bo morze zahuczało, powiał silny wiatr w druga stronę i widać było, że dzieje się coś bardzo złego. A Pan Bóg zblokował koła rydwanów tak, że nie mogli ich ruszyć. Woda z ogromnym szumem i siła zaczęła zalewać Egipcjan i po chwili już nie było przełęczy wśród wód Morza Czerwonego. Po krótkim czasie w tym miejscu jak i poprzedniego dnia szumiało sobie morze i nikt nie powiedziałby, że może jeszcze godzinę temu w tym miejscu była sucha droga pośród morskich fal. A Egipcjanie? Utonęli wszyscy- zarówno faraon jak i całe jego wojsko razem z końmi i rydwanami. I za chwilę dusza dumnego faraona, dusze jego doradców i wszystkich doborowych żołnierzy stanęły przed Obliczem Boga na Sądzie. I zobaczył faraon tak, jak zapowiedział Bóg, Kto tu jest Panem nad kim. Faraon był pewien, że Bóg musi słuchać jego- bo on jest władcą najpotężniejszym na całym świecie. Tymczasem jest inaczej. To Bóg jest Królem nad wszystkimi królami. To Król Niebieski dyktuje prawa, jak z czasem dowie się o tym wędrujący Naród Izraelski. Faraon dowiedział się już. Szkoda tylko, że tak późno, gdy nic już nie mógł zrobić ani dla siebie, ani dla rodziny ani dla Egiptu. Tyle razy dumny faraon sądził różnych ludzi i skazywał na okrutne kary. Mając wśród swoich poddanych ludzi wierzących w prawdziwego Boga odrzucił Go a wybrał drewnianych i kamiennych bogów, którzy nic nie mogą. Teraz prawdziwy Bóg pokazał mu, że nie jest ani z kamienia, z ani kawałka drewna jak pogański Ozyrys czy inni bogowie. Jest Wszechpotężnym prawdziwym Bogiem, który stworzył cały świat, a w tym ziemię egipską i ukochany przez faraona Nil. To właśnie Jemu- Bogu Prawdziwemu faraon powinien oddawać cześć i Jego nakazu posłuchać od razu, bez narażania własnego narodu na tyle klęsk. Miał okazję Boga poznać. Nie skorzystał. Teraz Bóg pokazał faraonowi jego miejsce w wieczności. Piekło. Ministrom i żołnierzom, którzy mieli pozabijać Izraelitów dogoniwszy ich także. Od tamtego czasu minęły całe tysiące lat. I pewnie ktoś z was pomyślałby może, że gdzież tam wody by się rozstąpiły, gdzieżby Bóg tak wielkiego cudu dokonał? Jedni naukowcy pomyśleli podobnie i postanowili zorganizować wielką wyprawę na dno Morza Czerwonego. Zabrali cały ekwipunek potrzebny nurkom , lampy bo pod wodą jest ciemno i aparaty fotograficzne. Spuszczono nurków na dno morza mniej więcej w tym miejscu, w którym według opisu mogli przechodzić Izraelici. I wiecie co nurkowie znaleźli? O, tak. Znaleźli koła od rydwanów, kawałki tych wozów, sfotografowali i porobili dokładne badania. I co zbadali? Otóż to, że są to rydwany egipskie dokładnie z tego czasu, w którym Naród Wybrany szedł przez Morze Czerwone, przeszedł na drugi brzeg i był wreszcie wolny. A dumne rydwany egipskie zostały na zawsze na dnie Morza Czerwonego i dziś gdy do Końca Świata już coraz, bliżej możesz obejrzeć je w internecie i wspomnieć słowa Pana Boga mówiącego „…i wtedy poznają, że Ja Pan…”. Zostały tam, gdzie zatonęły na zawsze jako dowód dla nas, że Biblia mówi prawdę, żeby każdy mógł się dowiedzieć, jak wielkim i potężnym Królem i Panem jest Bóg, który nie pozwoli nikomu drwić z Siebie.

 

BÓG DBA O SWOJE DZIECI


Kiedy Naród Egipski zobaczył, co stało się z Egipcjanami, błogosławił Pana Boga i śpiewał Mu piękną pieśń pochwalną, którą i my dziś śpiewamy na Mszy Świętej w Wielką Sobotę. Pieśń tą ułożyła Miriam-siostra Mojżesza ta, która czuwała nad maleńkim braciszkiem gdy mama wstawiła wylany smołą koszyczek z synkiem w trzciny nad brzegiem Nilu. Pamiętasz to opowiadanie? Teraz Miriam śpiewała przepiękną pieśń pochwalną tańcząc i grając na bębenku. A potem po odpoczynku wyruszyli dalej. Wędrowali pomalutku trzy dni. Przyszli do pewnego miejsca, gdzie była woda, a wiemy dobrze, że jest ona bardzo ważna i dla ludzi i dla zwierząt. Bez niej grozi śmierć z pragnienia. Ale znaleziona woda była gorzka. Taka woda nie nadaje się do picia. Jest bardzo niesmaczna. Ludzie zaczęli narzekać, że nie ma co pić, a Mojżesz był nie tylko opiekunem i przywódcą całej rzeszy ludzi, ale i pełnił rolę kapłana, choć jeszcze tak się nie nazywał. Wzniósł on ręce ku Bogu i pomodlił się, a Bóg rozkazał wziąć kawałek drewna i wrzucić do wody. Gdy Mojżesz to zrobił wody natychmiast stały się słodkie i wszyscy mogli pić do woli. Na pamiątkę temu miejscu dali nazwę Mara. A Pan Bóg powiedział nie tylko do Mojżesza, ale przez niego do całego Narodu:

-„Jeśli wiernie będziesz słuchał Pana, twego Boga, i będziesz wykonywał co jest słuszne w Jego oczach; jeśli będziesz dawał posłuch Jego przykazaniom i będziesz strzegł wszystkich Jego praw, to nie ukarzę cię żadną z tych plag, jakie zesłałem na Egipt, bo Ja, Pan chcę być twym lekarzem”            

To są słowa Pana Boga powiedziane bardzo dokładnie, ale powiem ci, co one oznaczają. Pan Bóg dokonał wielkiego cudu. Najpierw wprowadził rodzinę Jakuba do Egiptu gdy groziła im śmierć głodowa. Za wierność, miłość do Boga i zaufanie Mu, Bóg odpłacał potomstwu Jakuba ogromną pomocą, błogosławił mu i pozwolił ogromnie się rozmnożyć. Dotrzymał słowa danego Abrahamowi, jego synowi potem Izaakowi, że ich potomstwo będzie liczne jak ziarnka piasku na pustyni- i jest. I jeszcze się rozmnoży. Więc zobacz dotrzymuje Słowa. Przyrzekł wyprowadzenie Narodu z Egiptu. Powiedział to czterysta lat temu Jakubowi i dotrzymał Słowa. Poprowadzi dalej Izraelitów i wprowadzi do kraju płynącego mlekiem i miodem czyli bogatego, który obiecał już nie tylko Abrahamowi, ale już jego ojcu. Prowadzi. Czy wszyscy Izraelici zasłużą na wejście? Zobaczymy. Wymagania Pana Boga są bardzo ważne. Bóg wie, co jest dla nas najlepsze i wie jak nas prowadzić i ochraniać, ale człowiek musi bardzo słuchać i szanować Pana Boga. Dziś naszą ziemią Obiecaną jest Niebo, ale wejdą tylko ci, którzy Pana Boga słuchają i wypełniają dokładnie Jego Przykazania. Bo Bóg za dobro wynagradza, a za złe zachowanie karze. Pamiętaj- za dobro nagroda, a za zło- kara. Tak powiedział Pan Bóg, gdy miał wszystkich Izraelitów razem w drodze. Wiedział, że musi im wiele powiedzieć, wiele ich nauczyć, a oni muszą od nowa nauczyć się mieć czas na modlitwę i uczyć się zaufania Bogu. Ale jak nie zobaczą cudów, nie będą umieli zaufać. W Egipcie nauczyli się nie tylko pracy przy budowie, ale nauczyli się też złych rzeczy. Nauczyli się też modlić się do bożków. Czy Pan Bóg jest z tego zadowolony? Co im powie? Na razie jednak zaprowadzi ich na miejsce, gdzie jest dwanaście studni i siedemdziesiąt dwie palmy. Tam mieli odpocząćw ich cieniu.. Kobiety musiały uprać odzież, musieli zetrzeć na mąkę resztki zabranego ziarna, zwierzęta, starcy i matki oczekujące narodzin dziecka oraz dzieci były zmęczone drogą. Rozbili namioty na kilka dni. A potem poszli dalej.

 

PRZEPIÓRKI I MANNA


Izraelici byli w drodze już jakiś czas. Nie znali jej. To Bóg był przewodnikiem, ale też wypróbowywał cierpliwość i ufność Swojego Narodu. Uczył ich zaufania Jemu tak, jak mama uczy dziecko chodzić. Doświadczał ich, pozwalał im przeżywać wielkie niewygody podróży. Skończyło się zabrane jedzenie. Byli głodni, a kto głodny, nie ma sił ani do pracy ani do marszu. Jeśli mama karmi piersią dzidziusia, gdy nie ma co jeść i pić to i pokarmu dla niego jej braknie. Krowa zmęczona marszem też nie da tyle mleka, co wypoczęta, zresztą krowa potrzebuje mleka dla wykarmienia własnego cielątka, więc głód zajrzał wszystkim w oczy. Zaczęli płakać i zganiać na Mojżesza, że wyprowadził ich z ziemi egipskiej, w której co prawda pracowali ciężko jako niewolnicy, ale jedzenia mieli pod dostatkiem. Zatęsknili do mięsa i chleba, bo już i jego nie było, więc bali się, że umrą z głodu na pustyni. Przez te kilka dni zapomnieli, jak Pan Bóg cudownie wyprowadził ich z Egiptu i przeprowadził suchą nogą przez Morze Czerwone. Kiedy narzekali, Mojżesz wzniósł ręce do góry i modlił się do Boga o pomoc, a Pan spytał o co chodzi Narodowi. Mojżesz opowiedział. Ponieważ ludzie chcieli mięsa, Pan Bóg z obłoku zapowiedział, że jeszcze tego wieczoru będą mieli mięsa pod dostatkiem, a rano otrzymają pokarm z Nieba. I rzeczywiście. Wieczorem przyleciało wielkie stado przepiórek i osiadły w obozie. Były tak zmęczone, że nie mogły lecieć dalej. Ludzie zrobili sobie z nich pieczeń, gotowali rosół i jeszcze pieczonego mięsa zostało im na drugi dzień, ale nie mieli chleba i znów narzekali. Pan Bóg znał ich potrzeby i wiedział, że nigdzie nie ma sklepu, żeby mogli sobie kupić, a zresztą jaki wielki to by musiał być sklep, żeby dla wszystkich towaru starczyło? Wtedy i w miastach marketów nie było, a oni szli daleko od miast. Postanowił i temu problemowi zaradzić, ale też poddawał swój Naród próbie. Mieli okazać zaufanie. Prowadził ich idąc w obłoku przed nimi, a nocą oświetlał im Boży obłok obozowisko. Jeszcze nie dowierzali. Zamiast narzekać, lepiej by się pomodlili. A rankiem zobaczyli na piasku coś białego jak szron. Nie wiedzieli co to jest i pytali jeden drugiego używając słowa hebrajskiego „man-hu”. Ale Mojżesz powiedział im, że to jest właśnie chleb z Nieba. Należy nazbierać tyle ile każda rodzina może zjeść w danym dniu. Nie zostawiać nic na jutro. Rankiem będzie świeża. Ale szóstego dnia należy nazbierać na dwa dni, bo w dzień szabatu manny nie będzie. Kto innego dnia poza szabatem ( a szabat był dniem świętym jak u nas niedziela), zostawił sobie na jutro trochę w garnku, zepsuło mu się. Od słów „man-hu” pokarm ten nazwano manną, bo były to ziarenka drobne jak ziarnka kolendra. Poproś mamusię, ażeby ci pokazała jak wyglądają ziarnka tej przyprawy. Mannę można było jeść na surowo, gotować ją i piec z niej ciasto. Była smaczna, przypominała bułkę z miodem. Każdego dnia jak tylko rosa podniosła się, wszyscy z garnkami wyruszali na zbieranie manny. Była ona niezwykła. Sama jedna wystarczała za pokarm. Gdy ktoś nazbierał za mało i tak wystarczyło dla całej rodziny, gdy nazbierał trochę za dużo, też było w sam raz. Ale gdy ktoś z zachłanności nazbierał tyle, że nie dało rady zjeść, do rana popsuła się. Tylko uzbierana dzień przed szabatem była świeża i zdrowa przez cały szabat i można było jeść ją na zdrowie. I popatrz. Szabat dla Izraelczyków został ustanowiony przez Boga już przy stworzeniu świata. Pamiętasz? Stworzenie świata i na końcu człowieka trwało razem sześć dni, a siódmego dnia Bóg odpoczął po pracy i pobłogosławił ten dzień jako dzień odpoczynku, ale przede wszystkim jako dzień modlitwy. W tym dniu dziękujemy Panu Bogu za tydzień, który minął i prosimy za wszystko co nas spotka w kolejnym nadchodzącym tygodniu. Jeżeli Pan Bóg odpoczął po swojej pracy, to pokazał nam, że w tym dniu ustanowił dzień odpoczynku. I dlatego w dniu odpoczynku nie zsyłał manny. Popatrz. Ziemia z której ją zbierali była w tym momencie dla nich jakby sklepem, choć za towar nie płacili. Bóg dawał pożywienie za darmo. Wiesz, co dziś mówi nam przez wstrzymanie zsyłania manny w dzień szabatu? Otóż to, że zakupy na niedzielę wszystkie należy przemyśleć w sobotę i dokładnie wszystko co nam trzeba na niedzielę zakupić, a w niedzielę nie robimy żadnych zakupów. Nawet choćby ci się loda chciało, albo tysiące różnych innych łakoci lub zabawki, którą zobaczyłeś u kolegi. Szabat a dziś niedziela to dzień święty na Chwałę Pana Boga. Modlimy się, odpoczywamy i nic nie kupujemy. Jemy to, cośmy w sobotę kupili. A gdy przyjdzie niespodziewanie ciocia w odwiedziny, a my nie mamy placka, nie musimy biec do cukierni. Możemy podać cioci kanapkę. I nigdy nie narzekamy na to, co nam mama podaje do stołu, bo zarówno chleb jak i wszystko co jest żywnością otrzymujemy od Boga tak, jak oni otrzymali przepiórki. Każde pożywienie jest darem Bożym jak manna z Nieba.


                      A GDY ZABRAKŁO IM WODY.

 

Izraelici mieli co jeść. Już nie groziła im śmierć głodowa. Jedli mannę przez czterdzieści lat, dopóki nie przyszli do Ziemi Obiecanej. Ale Pan Bóg kazał im zabrać trochę manny   wsypanej do dzbana na pamiątkę dla tych, którzy urodzą się w Ziemi Obiecanej i jeszcze później. Ta manna nigdy się nie zepsuła. Pan Bóg wyznaczył im, ile manny należy schować w dzbanie na pamiątkę. Ta ilość nazywała się jednym omerem i dzban miał stać zawsze w miejscu jakie poświęcali na miejscu postoju Panu. Skończył się dłuższy postój w miejscu, gdzie pierwszy raz dostali mannę i gdzie przyleciały przepiórki. Pomalutku szli dalej. Doszli do miejsca, gdzie nie było wody. Na pustyni jest o nią zwykle dosyć trudno. Jeśli wcześniej w jakimś miejscu przebywali ludzie, kopali studnię, ale jeśli trafiło się na miejsce dotąd niezamieszkałe, studni nie było. Tak też trafiło się Izraelitom. Na miejsce noclegu doszli wieczorem bardzo zmęczeni i spragnieni, a tu wody ani na lekarstwo. Ani studni, ani potoku ani rzeki. Zamiast pomodlić się o wodę, zaczęli kłócić się z Mojżeszem. Otoczyli go kołem i wrzeszczeli ile mieli sił w płucach.

-Czy po to nas tu przyprowadziłeś, żebyśmy tu z pragnienia pomarli? Daj nam wody!- Krzyczeli i napierali na biednego Mojżesza. Co miał zrobić? Odszedł na bok, żeby poskarżyć się Panu Bogu, który przecież ich nie opuszczał i stale był przy nich w Obłoku. Pan słyszał i widział tą awanturę jaką wywołali. Ale , że jest bardzo cierpliwym i dobrym Ojcem, darował im jeszcze, choć widział iż nie dostrzegają ogromu Jego Opieki. Kazał Mojżeszowi przejść się przed ludem i wybrać sobie kilku starszych, a potem wziąć ową laskę, którą uderzył w Nil oraz w Morze Czerwone i trzymając ją w dłoni, podejść wraz z wybranymi starszymi ludźmi do skały i uderzyć w nią. A skała należała do góry Horeb. Natychmiast wypłynęła z niej woda. Czy myślisz, ze podziękowali Bogu oraz Mojżeszowi? Rzucili się do wody, pili, poili zwierzęta i śmiem się zastanowić nad tym, czy nie kłócili się ze sobą kto pierwszy, bo bardziej zmęczony, bo musi umyć obolałe nogi. Bo dzieci mu płaczą bo garnek brudny i prędko trzeba go myć i kolację gotować. Pan Bóg patrzył z Horebu kiwał głową. Tyle łask i jeszcze nie dowierzają. Tyle opieki i znów mają o coś pretensje. O mały włos nie obrzucili biednego Mojżesza stertą kamieni. Tyle razy byli w ostatnim czasie świadkami cudów! Mojżesz nazwał to miejsce na pamiątkę owego sporu Massa i Meriba, bo nie dość, że kłócili się o wodę, to jeszcze na dodatek mówili: „Zobaczymy, czy Pan jest między nami czy nie.” Oj, Oj ! Jeśli nie przemyślą swojego postępowania i oni zasłużą na karę. I stało się. Miejsce to było blisko miasta Refidim zamieszkałego przez pogan- Amalekitów. Zorientowali się oni, że nadciągnęła jakaś ogromna grupa ludzi i zaniepokoili się. Postanowili wyruszyć zbrojnie przeciwko nim. Było ich całe mrowie. A Izraelici dobrze, że zabrali broń z Egiptu, bo teraz im się przydała. Na drugi dzień rano rozpoczęła się bitwa. A był to ciężki bój. Mojżesz kierował nią ze wzgórza. Razem z nim był jego brat Aaron oraz Chur. Mojżesz nie rozstawał się swoją laską, więc i teraz miał ją wciągniętą nad walczącymi. Ale mdlały mu ręce. Jeśli je opuszczał, zwyciężali Amalekici, jeśli je podnosił w górę, zwyciężali wojownicy Izraelscy. Nie było wyjścia. Aaron i Chur posadzili Mojżesza na kamieniu, on wzniósł ręce wysoko ,a oni podtrzymywali mu je aż do wieczora. Bitwa została, wygrana, ale okupiona pewna ilością zabitych i rannych. Jak to w boju. Oto pierwsze doświadczenie Boże. A Mojżesz jeśli pamiętamy, był żonaty i miał dwóch synków- Gerszoma i Eliezera. Ale gdy trzeba było zając się wyprowadzeniem Narodu z Egiptu i trwały egipskie plagi, Mojżesz odesłał żonę i dzieci do domu, w którym mieszkali wcześniej, czyli do ojca swojej żony. A ojcu było imię Jetro. Gdy ojciec dowiedział się, że jego zięć prowadzi cały naród do Ziemi Obiecanej, pomyślał sobie, że nadszedł czas, żeby zaprowadzić do niego chłopców i ich matkę. Znalazł Izraelitów pod górą Horeb, gdzie rozłożyli się obozem. Skoro Mojżesz dowiedział się, ze ma gości, wyszedł naprzeciw i serdecznie witał się z nimi. Potem wszyscy razem weszli do obozu i zjedli posiłek, a wieczorem złożyli Bogu ofiarę i wielbili Go. Szczególnie Jetro błogosławił Boga. Na drugi dzień Mojżesz musiał wypełniać swoje obowiązki wobec ludu, a że rozsądzał między nimi ich spory, siadł, a ludzie przychodzili ze swoimi sprawami jedni po drugich i stali w długiej kolejce. Nie spodobało się to teściowi, więc spytał dlaczego Mojżesz sam rozsądza spory, a ten odpowiedział, że ludzie przychodzą do niego, żeby przez jego usta radzić się Boga jak mają postąpić. Jetro był mądrym człowiekiem i rada jakiej udzielił zięciowi była wspaniała. Powiedział tak:

Źle robisz, bo męczysz się i ty i ludzie, którzy muszą stać przed tobą. Sam nie podołasz tej pracy, bo jest za trudna dla ciebie. Trzeba to usprawnić. Przed Bogiem w ich sprawach stawaj ty sam, a dla nich trzeba ustalić przepisy, żeby ich przestrzegali. A nad ludźmi trzeba ustalić przełożonych. Muszą to być ludzie uczciwi, którzy nie dadzą się przekupić łapówkami i mądrzy. Jedni będą odpowiadali za tysiąc ludzi, inni za stu a inni za pięćdziesięciu a inni za dziesięciu. Można by było powiedzieć, że dziś podobnie się dzieli na oddziały lub zastępy. Każdy przywódca ma iluś ludzi pod sobą. Rad spodobała się Mojżeszowi bo była mądra i posłuchał jej. Zresztą on szanował swojego teścia- mądrego starca, a rodzicom należy się posłuszeństwo. Prawda? Potem rozstali się i każdy poszedł w swoją stronę- Jetro do domu, a Mojżesz poprowadził lud dalej, ale teraz miał przy sobie żonę i dzieci.

                  

   POD GÓRĄ SYNAJ

 

Cała ogromna kolumna potomków Izraela szła dalej i trzy miesiące od wyjścia z Egiptu doszli do góry Synaj. Ogromna monumentalna to góra. Rozłożyli się pod nią obozem. Mojżesz wszedł na tą górę, ażeby tam się modlić i w modlitwie rozmawiać z Bogiem. A On postanowił przemówić do Mojżesza i nakazał przekazać ludowi ważne orędzie, w którym przypominał Izraelitom wszystko, co dla nich w ostatnich miesiącach uczynił, jak dbał o nich, co się stało z Egipcjanami, gdyż pewnie zagniewany był na ludzi z powodu ich niedowiarstwa. Pamiętamy z poprzedniego rozdziału, jak domagali się od Mojżesza, aby wymógł na Bogu darowania im wody, ale zrobili to w sposób sprawiający Bogu przykrość, bo pytali: „Czu Pan jest pośród nas, czy nie?” Zobacz, tyle cudów, łask i dowodów, że Pan Bóg był z nimi cały czas i jeszcze im było mało! Teraz On Sam przemówi i da kolejny dowód Swojej obecności i opieki. Tu na górze Synaj Bóg mówi teraz do Mojżesza i obiecuje Izraelitom, że będą szczególną własnością Boga, że będą narodem świętym i królestwem kapłańskim. Obiecuje bardzo dużo. Oni nie mieli pojęcia jak wielkiego doznają zaszczytu. Nie wiedzieli o Kim mówi Pan Bóg. Tak, o Panu Jezusie jako Królu i Najwyższym Kapłanie. Mojżesz zszedł z góry i przekazał ludowi Boże Słowa, a ludzie powiedzieli, że zrobią wszystko o co Pan Bóg poprosi. Czy dotrzymają słowa? Ale to nie było wszystko. Bóg nakazał Mojżeszowi na trzeci dzień znów wejść na górę i On sam na nią zstąpi w gęstym obłoku żeby rozmawiać z Mojżeszem, ale wokół góry należy nakreślić koło, którego w czasie tej rozmowy nie wolno przekroczyć Izraelitom, ani nawet zwierzętom, bo na górze będzie przebywał Sam Święty Bóg. Tylko Mojżeszowi dał prawo stanąć przed Sobą. Bóg zapowiedział, że ten dzień będzie dla nich świętem, więc niech wypiorą swoje ubrania i przygotują się na świętowanie, bo wydarzy się coś niezwykle ważnego. Mają dwa dni na przygotowania. Trzeciego dnia rankiem nad nimi rozpętała się burza, a górę przykrył gęsty obłok. Z góry odezwał się donośny głos trąby a ludzie zadrżeli ze strachu. Wtedy Mojżesz zwołał cały lud i wyprowadził ich pod stok góry, ale tylko dokoła, którego nie wolno było nawet nadepnąć. To była granica między nimi a Bogiem. Gdyby ktoś ją nadepnął, umarłby. Był to cud. Cała góra trzęsła się i dymiła tak, jak leci dym z komina, gdy się dołoży do pieca. Trąba grała coraz głośniej. Mojżesz stał jako pierwszy a ludzie za nim. On mówił do Boga, a Bóg odpowiadał. Ludzie słyszeli. Potem na rozkaz Boga Mojżesz wszedł na górę, ale ludzie bardzo chcieli zobaczyć Boga i podchodzić coraz bliżej góry i iść ku górze, więc Pan Bóg kazał mu zejść i pouczyć lud, że Bóg zabrania wchodzenia, bo chęć zobaczenia Boga mogłaby się dla nich skończyć nagłą śmiercią. Mojżesz z góry nie widział co oni robią, więc powiedział do Boga, że przecież na Jego rozkaz została narysowana granica dokąd wolno podejść. Bóg nie tłumaczył, że ciekawscy ją zignorowali i przekroczyli, ale kazał zejść i zwrócić ludziom uwagę ponownie zakazując wejścia a potem wrócić wraz z Aaronem. Cóż? Mojżesz zszedł i zobaczył, że ludzie pchają się na górę jeden przez drugiego. Trzeba było ich wszystkich zawrócić i przypomnieć, że Bóg zabronił im podchodzenia do góry, na której On przebywa, bo źle się to dla nich skończy. Ciekawscy umrą.

 

DZIESIĘĆ PRZYKAZAŃ BOŻYCH

 

Potem Mojżesz wrócił na górę i Bóg dał dal ludu dziesięcioro Przykazań, które obowiązują nas do dziś i będą obowiązywały aż do skończenia świata. A brzmią one tak:

JAM JEST PAN BÓG GWÓJ, KÓRYM CIĘ WYWIÓDŁ Z ZIEMI EGIPSKIEJ, Z DOMU NIEWOLI.

 

Tu napiszę ci w skrócie wszystkie Przykazania tak, jak się uczysz na lekcji religii, ażeby ci było łatwiej zapoznać się z nimi:

  1. 1.NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ.
  2. 2.2. NIE BĘDZIESZ BRAŁ IMIENIA PANA BOGA TWEGO NADAREMNO.
  3. 3.PAMIATJ, ABYŚ DZIEN ŚWIETY ŚWIĘCIŁ
  4. 4. CZCIJ OJCA TWEGO I MATKĘ TWOJĄ.
  5. 5.NIE ZABIJAJ.
  6. 6.NIE CUDZOŁÓŻ
  7. 7.NIE KRADNIJ.
  8. 8.NIE MÓW FAŁSZYWEGO ŚWIADECTWA PRZECIW BLIŹNIEMU SWEMU.
  9. 9.NIE POŻĄDAJ ŻONY BLIŹNIEGO SWEGO.

10.ANI ŻADNEJ RZECZY, KTÓRA JEGO JEST.  

 

Bóg mówił, a ludzie słuchali drżąc, bo potężny głos dolatywał do nich z góry. A potem Bóg dawał jeszcze wiele innych praw dotyczących sposobu codziennego postępowania, rozstrzygania różnych sporów, cudzej własności, uczciwego postępowania wobec bliźniego, uprawy ziemi, a na końcu nakazał Pan Bóg obchodzić trzy ważne święta. Były to Święta Przaśników, które następowało nazajutrz po Święcie Paschy, Święta Żniw pierwszych plonów i Święta Zbiorów gdy wszystko z pola zostanie już zebrane. W tamtym klimacie Święto Pierwszych Plonów przypadało na wiosnę. I pomyśl, że przez tyle tysięcy lat od tamtego czasu nadal obchodzimy te święta. Przaśniki- to dla nas obecnie czas po Zmartwychwstaniu Chrystusa, Który stał się dla nas Chlebem z Nieba. A Hostie pieczone są z niekwaszonego ciasta czyli przaśnego. Izraelici jedli w dniach Święta Przaśników tylko niekwaszony chleb. Było im to nakazane zaraz po wyjściu z Egiptu. Pamiętasz? Nieśli ze sobą dzieże z niekwaszonym ciastem i z niego piekli podpłomyki. Święto Pierwszych Plonów czyż nie możemy powiedzieć, że to święto jest podobne do dziś obchodzonego u nas Święta Matki Boskiej Zielnej dnia 15 sierpnia, kiedy niesiemy do poświęcenia pierwociny plonów ułożone w bukiecikach lub w wianuszkach, a niektórzy niosą w koszykach owoce i warzywa? U nich przypadało na wiosnę, ale u nas jest inny klimat i pierwsze plony przypadają później. Zakończenie prac i zebranie plonów było u nich świętem Zbiorów, przypadało więc jesienią. Było to dziękczynienie Bogu za plony ziemi. A u nas obecnie? Kto nie zna naszych parafialnych Dożynek pełnych pięknych pieśni, tańców i śpiewów, pięknych korowodów z wieńcem dożynkowym, który stanie potem przed ołtarzem w kościele, a chleb upieczonych ze świeżego ziarna zostanie złożony na ołtarzu w podziękowaniu Panu Bogu za urodzaj i błogosławieństwo. I mamy obecnie jeszcze jedno święto, które możemy połączyć jak gdyby z Dożynkami. To jest Święto Matki Boskiej Siewnej ósmego września. W tym dniu kapłani święcą ziarno na przyszłoroczny siew. Tak jest teraz u nas, ale u Izraelitów miało to inne znaczenie. Nazwano go później Świętem Szałasów.

 

OBIETNICA I NAKAZY BOŻE

 

Nakaz świętowania nie był ostatnim nakazem. Jeszcze wiele ich usłyszą Izraelici. Bóg miał wiele do przekazania ludziom. I wszystkie nakazy przekazywał przez Mojżesza. On spełniał rolę jak gdyby pośrednika między ludem a Bogiem. Pod górą Synaj i na niej zdarzyło się bardzo, bardzo wiele, więc proszę, żebyście uważali. Pan Bóg wyznaczył ludziom Anioła, który zaprowadzi Naród do Ziemi Obiecanej, ale Mojżesz musi słuchać go we wszystkim i nie wolno sprzeciwiać się nakazom Anioła. On będzie wiódł Izraelitów do kraju, który obecnie zamieszkują poganie, a są to ludzie, którzy mogli czcić Pana Boga, ale nie chcieli i zostali poganami modląc się do zrobionych przez siebie nieraz ohydnych kukieł i posągów, które nazwali bogami. Nie podobało się to Panu Bogu i był na nich zagniewany, wobec tego za zdradę Jego i niedowiarstwo ich będą musieli zginąć, a ich ziemię obejmą ludzie wierzący w Boga. I dał Izraelitom obietnicę wspaniałej przyszłości, dostatków i zdrowia, ale warunkiem otrzymania tych przepięknych darów było przestrzeganie wszystkich nakazów i Przykazań jakie otrzymują i jeszcze dostaną. Mojżesz z Aaronem i innymi dostojnikami wybranymi spośród Narodu przekazali ludziom Boże nakazy, a oni przyrzekli, że zrobią wszystko, co Pan Bóg każe. Ale ciągle jeszcze za mało Go znali, bo dopiero trzy miesiące jak wyszli z Egiptu, a tam nie mieli kiedy poznawać dobroci Pana Boga, bo całe lata ciężko pracowali. Teraz gdy szli pod opieką Jego samego, On miał ich wszystkich tylko dla Siebie i ten czas mogli przeznaczyć na rekolekcje w drodze i wszystkiego co Bóg każe, uczyć się od Niego samego. Ale nie mieli gdzie się modlić, bo nie mieli świątyni i poza tym szli co dzień dalej i dalej. Po maleńkim kawałeczku, żeby wszyscy zdążyli. No i w świątyni musi być coś ważnego, co nazywamy sacrum-czyli święte. Pan postanowił dać im to osobiście, więc nakazał aby Mojżesz wszedł na górę Synaj i na niej otrzyma dane już Dziesięć Przykazań, ale spisane na kamiennych tablicach. Na górę Mojżesz miał podejść wraz z Jozuem, a z ludzie zostali pod opieka brata Mojżeszowego- Aarona i Chura. Ludzie z dołu patrzyli jak Mojżesz z Jozuem wspinają się coraz wyżej i widzieli tylko tyle, że gdy oni wdrapali się na pewną wysokość, zstąpiła z Nieba Chwała Pańska wyglądająca jak gęsty obłok, który zakrył ich obydwu. W tym obłoku przebywali najpierw sześć dni nic nie jedząc i nie pijąc. Na noc nie wracali. Pan Bóg dbał o to, żeby im niczego nie zabrakło. Ale siódmego dnia Bóg zawołał z obłoku, żeby Mojżesz wszedł wyżej, a Izraelici widzieli jakby wszedł w gęsty ogień. Mojżesz tego tak nie odczuwał. Nic go nie parzyło, nie dusił się dymem, przeciwnie, czuł się bardzo szczęśliwy i kochany. Pan Bóg rozmawiał z nim przez czterdzieści dni i nocy. Dawał mu różne wskazówki. Uczył, że przede wszystkim należało wybudować przenośną świątynię, gdzie ludzie mogliby się modlić, a kapłani składać ofiary. Więc Bóg opowiedział bardzo szczegółowo jak ma wyglądać wszystko, co ma być w świątyni, którą na razie będą nazywać Przybytkiem. Pan Bóg zaczął od omawiania wyglądu Arki, w której będą nieśli tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Miała być zbudowana z drzewa akacjowego, a w środku i na zewnątrz miała być wyłożona złotą blachą. Mieli ją? Przecież byli w drodze. Gdzie mogli ją kupić? Czy na pustyni są sklepy z cennymi kruszcami? Czy Pan Bóg nie wymagał od nich czegoś czego wypełnić nie mogli? O, nie! Pan Bóg wie, co robi. Pamiętasz? Z Egiptu zabrali bardzo dużo złota i srebra. Teraz im się przyda. Kruszce stworzył Pan Bóg, więc Jemu należą się ozdoby z nich. Dlatego Arkę nakazał wyłożyć od środka i na zewnątrz złotem, ale żeby można ją było nieść, miała mieć dość długie drewniane drążki do trzymania również całe obłożone złotą blachą, a do połączenia arki z drążkami służyły złote pierścienie. Mierzyła 2,5 łokcia długości, 1,5 łokcia szerokości i 1,5 łokcia wysokości (1 łokieć równy jest 52,5 cm). W przeliczeniu obecną miarę Arka Przymierza miała wymiary: długość 131,25 cm, szerokość 78,75 cm i wysokość 78,75 cm i przyozdobiona dookoła złotymi wieńcami wzmacniającymi konstrukcję Stała na czterech krótkich, wygiętych na zewnątrz nogach. Była to bardzo masywna skrzynia i na pewno ciężka. Jej wielkość można by przyrównać do kufra podróżnego, który czasem można zobaczyć w muzeum etnograficznym. Nazwaną ją także Arką Świadectwa i była w pewnym sensie przenośnym sanktuarium.

Miała przepiękny wierzch. Płyta będąca wiekiem nazywała się Przebłagalnią i też była wyzłacana, a na niej stały dwa przepiękne duże Cheruby z rozłożonymi skrzydłami i jak gdyby osłaniały nimi Arkę. Były zwrócone twarzami do siebie, ale spoglądały na wieko i wyglądało to jakby stale modliły się. Była przepiękna. A w Arce nakazane było umieścić kamienne tablice, które Pan Bóg nazwał krótko Świadectwem, gdyż świadczyły o tym, że Bóg sam wypisał dla ludu Przykazania. Oprócz tego nakazał też zrobić stół z drewna akacjowego pokryty złotem, a jego wymiary były mniejsze niż Arki, gdyż wynosiły trochę ponad metr na długość i trochę ponad pół metra na szerokość, bo wymiary jej Bóg ustalił dwa łokcie na jeden łokieć. Stół miał nogi i był pokryty i wzmacniany złotem. Także miał złocone drążki do przenoszenia go. Stół miał służyć do składania ofiar z chleba. I jeszcze musiały być naczynia- dzbany, misy, czasze, dzbanki i patery- wszystko ze złota. Jeszcze nie koniec. Świątynia musi być wyposażona. W każdym kościele pali się świece. Prawda? Ale gdzieś je trzeba umieścić, żeby mogły stać spokojnie i nie przechylać się. Do tego potrzebny jest świecznik. Miał być ogromny, ze szczerego złota i mieć po trzy ramiona z jednej i trzy ramiona z drugiej strony. Musiał być pięknie zdobiony kwiatami migdałowca zrobionymi ze złota. I jeszcze siedem złotych lamp. A na dodatek misę do knotów od lamp i szczypce. Żeby Mojżesz nic nie pomylił, Pan Bóg pokazał bardzo dokładnie wzór, jak co ma wyglądać. I kazał uważać, żeby Mojżesz nic nie pokręcił. Ale te sprzęty musiały gdzieś przebywać w czasie gdy stanęli na postoju. Pan Bóg miał wszystko przemyślane i dokładnie opowiedział Mojżeszowi jak ma wyglądać namiot, który w drodze będzie świątynią. Pan Bóg pokazał i opisał dokładnie każdy szczegół, każdy skrawek materiału i każdą ozdobę. Podał dokładne wymiary namiotu. Namiot należało uszyć z najwspanialszych tkanin, bo przecież to dom dla Pana Boga! Następnie Bóg pokazał mu ołtarz całopalenia i także bardzo dokładnie go opisał, ażeby Mojżesz gdy zejdzie na dół, umiał go zrobić bardzo dokładnie tak, jak zobaczył w widzeniu. Nie wszystko. Kościół ma swoje podwórko nazywane dziedzińcem. Musi mieć swoje wymiary wyznaczone przez Boga a jego ściany muszą być z drogocennych materiałów, bo dla Niego musi być wszystko najpiękniejsze, a poza tym trzeba namiot wykonać tak, żeby zwijanie i rozwijanie szło sprawnie, bo co dzień trzeba go zwijać i nieść aż do wieczora, a wieczorem rozkładać z powrotem, palić przed Bogiem lampy oliwne, natomiast nabożeństwa będzie odprawiał Aaron ubrany w przepiękne szaty kapłańskie. Czy i dziś kapłan do Mszy Świętej nie ubiera przepięknych szat? Ale szaty arcykapłana Aarona były o wiele piękniejsze i bogatsze niż dziś ksiądz zakłada do odprawiania Mszy Świętej. A czy wiesz, że każdy kapłan musi zostać wyświęcony, żeby mógł służyć Panu Bogu? Tak. Koniecznie każdy-i proboszcz i wikary. Bo każdy proboszcz jest najpierw wikarym. A nawet biskup, po nim arcybiskup, kardynał i na końcu papież. Bez święceń nikt nie może być księdzem. Bo kapłan to ksiądz. Myślę, że nie muszę ci tłumaczyć, że każdy papież też na początku zaraz po święceniach był wikarym. Pan Bóg długo i dokładnie tłumaczył Mojżeszowi jak co należy zrobić, ale musiał słuchać i patrzeć mu ważnie jak Bóg tłumaczył , żeby nic nie pomylić. Przecież i wszystkie ofiary w specjalny sposób należało złożyć. Jeśli tłumaczenia i uczenia było tak dużo, nie dziwimy się, że Mojżesz na górze był aż czterdzieści dni i nocy. Było to długie szkolenie. Ale on wszystko zapamiętał doskonale. I jeszcze musiał zapamiętać wiele ważnych rzeczy. Kadzidło tez było potrzebne i należało zrobić samemu według przepisu danego przez Boga. Zobacz. Pan Bóg dokładnie wszystko określił. Mojżesz tylko odważał i odmierzał według przepisu i nie zastanawiał się, czy coś z tego wyjdzie czy nie. Pan Bóg wszystko wspaniale dopasował. Ostatnim nakazem było rozporządzenie Boże, żeby uczciwie przestrzegali szabatu, czyli dnia wolnego, który należało przemodlić i odpocząć w nim po całotygodniowej pracy. I wreszcie tablice z Przykazaniami. Były z kamienia. Myślę, że Mojżesz niósł je z trudem, bo kamień jest ciężki. Bóg napisał na nich Przykazania własnym palcem. Skończyły się dni przebywania w obecności samego Boga. Mojżesz z ciężkimi tablicami ostrożnie schodził w dół.

 

ZŁOTY CIELEC

 

Mojżesz z Jozuem powoli zeszli z góry. Nie szło im się dobrze. Byli zmęczeni i głodni. Czterdzieści dni nic nie jedli. Ciężkie tablice wpijały się w dłonie, ale Mojżesz niósł bojąc się, żeby nie wypadły mu z rąk. Aaron podtrzymywał z boku. Już dochodzili do obozu. A tu słyszą granie i widzą tańce, słychać głosy pijanych, a spomiędzy ludzi coś pobłyskuje. Bóg powiedział Mojżeszowi, że ludzie znowu postąpili po swojemu, ale to co obaj z Jozuem ujrzeli przeszło ich oczekiwania. Zobaczyli, że na cokole z kamienia stoi sobie cielak zrobiony ze złota, przed nim ołtarz, na którym płonie ofiara, a ludzie cieszą się i tańczą wokół tego wszystkiego, a na dodatek jedzą i piją niczym na weselu. Potworność. Mojżesz drżał z gniewu. Już widział, że zdradzili Boga. Wściekły rzucił na ziemię kamienne tablice, które rozprysnęły się na małe kawałeczki, a cielca chwycił w swoje mocne dłonie i trzepnął nim o ziemię aż się złota blacha powyginała. Ludzie chcieli podbiec w obronie swojego bożka, ale powstrzymywał ich strach. Nie wiedzieli, czy to żywy Mojżesz czy może po czterdziestu dniach już tylko zjawa i tym bardziej drżeli ze strachu. A on rozdeptywał złotego cielca, aż misterny odlew rozpadł się na drobne kawałki. Wtedy rozgniewany Mojżesz pozbierał co było i rzucił do ogniska. Stopiło się i nic nie zostało- ani cielca ani ich kolczyków, które mężczyźni odebrali żonom, żeby było złoto na cielca. Stanął i groźnym wzrokiem spoglądał dookoła. Jozue stał obok, a ręce mu drżały. Jak oni mogli!? Kto im pomógł? Mojżesz zobaczył, że Aaron obok stoi blady jak ściana z przerażenia. Chyba coś ma na sumieniu!

-Chodź no tu!- Krzyknął do brata, z którym zostawił ludzi.

-Powiedz mi, co to znaczy? Co tu robił ten złoty cielak? Najwyższy powiedział mi, że mam prędko wracać, bo odwrócili się od Niego.-Mówił trzymając zaciśnięte pięści, które bolały go jeszcze od dźwigania tablic. Sapał z wysiłku i gniewu.

-Bo widzisz- Zaczął Aaron.- Nie było cię długo i myśleli, że nigdy nie wrócisz. Widzieli ogień na górze i myśleli, że umarłeś, bali się, że nie będzie miał kto ich zaprowadzić do Ziemi Obiecanej. A ponadto doszli pewnie do wniosku, że tak długo istnieje Bóg, jak długo ty jesteś obok nich i z Nim rozmawiasz i załatwiasz u Niego ich potrzeby cielesne.

-Nie rozumiem!- Zagniewał się Mojżesz.- Oni myślą, że jak mnie nie ma obok nich, to Boga też nie ma?! A kto to złote cielę zbudował? Dla kogo? Może mi wyjaśnisz, co to wszystko znaczy?!

-Nie gniewaj się na mnie. Przyszli do mnie z krzykiem i zmusili mnie, żebym im zrobił bożka, którego poniosą na przodzie kolumny w dalszej drodze do Ziemi Obiecanej. Wybacz, ale oni cały czas nie bardzo to wszystko rozumieją. Widzą ciebie, że działasz, ty modlisz się do Boga, Jego rozkazów nie słyszą, ale potem ty uderzasz w skałę i wyprowadzasz wodę, ty mówisz o przepiórkach i nadlatują, ty mówisz o mannie i jest. Ty…

-I ty nie umiesz im wytłumaczyć, że to nie ja ich prowadzę, ale obłok, to nie ja świeciłem w Morzu Czerwonym, ale obłok, ja siedziałem za zamkniętymi drzwiami i jadłem pieczonego barana jak i oni, a Moc Najwyższego zabijała egipskich pierworodnych. To nie ja zsyłałem plagi tylko Najwyższy, a ja je tylko zapowiadałem na Jego rozkaz. Przecież ty to wszystko wiesz. I ty też nie dowierzasz? Ty, który ze mną do faraona chodziłeś?

   - Oni by mnie zabili jakbym im nie zrobił, dlatego kazałem przynieść wszystkie kolczyki jakie mają, bo myślałem, że będzie im żal biżuterii i na tym się skończy, ale pozabierali żonom i córkom, a jak mi to przynieśli, nie miałem wyjścia, więc ulałem im to bydlę.

-Oj, źle jest. Pan mówił do mnie, żebym nie wstawiał się już za nimi, bo za tak wielką niewierność chce ich ukarać, ale jeszcze uprosiłem Miłosierdzie nad nimi. Ale słowo daję! Nie ręczę za siebie!- Wrzeszczał Mojżesz, a ludzie stulili uszy bo tak rozzłoszczonego przewodnika jeszcze nie widzieli. Stanął w bramie obozu i wrzasnął aż echo rozległo się po górach.

- Kto jest po stronie Pana, do mnie!!!-

Niestety, przyszli tylko lewici, czyli potomkowie Lewiego.

-Przypaszcie miecze do boków i idźcie karać tych zdrajców!- rozkazał surowo. Pan tak nakazuje! Następnego dnia odbył się niestety wielki pogrzeb aż trzech tysięcy zdrajców. Ludzie byli przestraszeni. Zrozumieli swój błąd, ale jak dotąd nie przeprosili Boga, Który był na nich bardzo zagniewany. Powiedział, że dalej poprowadzi ich już tylko Anioł, bo On- Najwyższy jest tak na nich zagniewany, że spotkania z Nim nikt by nie przeżył. Namiot Spotkania czyli podróżną kaplicę Mojżesz postawił poza obozem i tam chodzili z Jozuem modlić się, a ludzie czekali na zewnątrz. Do kaplicy nie wolno im było wejść. Za bardzo zgrzeszyli. A zresztą podróżna kaplica była tylko dla kapłanów. Mojżesz modlił się o przebaczenie ludowi i o Miłosierdzie. A człowiek ten niesamowicie kochał Pana Boga i rozmawiał z Nim jak z kimś najbliższym, choć Bóg nie pokazał mu swojej twarzy, bo Boga nikomu nie wolno oglądać. Na polecenie Jego, Mojżesz wyrzeźbił w kamieniu nowe tablice i wypisał Przykazania tak samo jak Bóg wypisał na tych potłuczonych. Z tablicami w dłoni Mojżesz znów poszedł na spotkanie z Bogiem na górę. Nikt tym razem nie mógł pójść z Mojżeszem. Pan Bóg tłumaczył Przykazania dotyczące oddawania Mu czci, a szczególnie to, czego nie wolno robić, żeby nie oddawać czci bożkom i jeszcze raz tłumaczył o składaniu ofiar. I wtedy tam na górze Najwyższy pierwszy raz powiedział Swoje Imię – Jahwe. A kiedy Mojżesz zszedł na dół, jego twarz promieniała. Ludzie patrzyli z podziwem i z lękiem. I odtąd zawsze tak było, gdy tylko wchodził do Namiotu Spotkania na rozmowę z Panem Bogiem, wychodził z jaśniejącą jak słonce twarzą. Więc musiał zakładać zasłonę, gdy tylko przekazał Boskie polecenia.