Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

JAK SIĘ NIE ODWRÓCISZ...

 JAK SIĘ NIE ODWRÓCISZ..  w dobie koronawirusa

Jak się nie odwrócisz,
Zawsze tyłek w tyle,
Choć byś się starala,
Nie wiadomo ile.

Bo gdzie się nie ruszysz,
Zawsze coś przeszkadza,
Nie wiem, może ogół
Na dobre przesadza.

Idziesz do apteki,
Lecz leku nie mają.
I czy jest w hurtowni
Przy tobie sprawdzają.

Jak jest, to pół biedy,
Jutro po spacerze,
Możesz się przejechać
Na miejskim rowerze.

Wszystko ładnie, pięknie,
Lecz trza wyjść z chałupy.
To się wszystko razem,
Też nie trzyma kupy.

Przecież powiadają,
Żeby siedzieć w domu,
Lecz o dysonansie
Nie gadaj nikomu.

Inaczej w terorii,
Inaczej w praktyce,
Nie pogadasz z nikim,
Bo puste ulice.

Skończył mi się papier,
Idę do "biedrony",
A tu do kas stoją,
Aż cztery ogony.

Ludzie wykupują
Co tylko na półkach,
Wózki ledwo jadą,
Na zużytych kółkach.

Lecz idę spokojnie
Do chemicznych półek.
Wśród huczących z radia,
Znanych już formułek,

Że koronawirus,
Kaszel i gorączka..
O, kurczę! Zdepnęłam
Małego pajączka!

Papier wykupiony,
Liście nie urosły,
Zeszłoroczne zgniły
I do ziemi poszły.

Czym mam wytrzeć tyłek?
Może mi ktoś powie?
Przecież nas uczyli,
Że czystość to zdrowie.

Za to po ulicach
W łapawicach chodzą,
Pod tego chińskiego
Wirusidła wodzą.

Tu ktoś przemknął w masce,
Trzy metry od ciebie,
Lepiej spić się bryndą
Przesączoną w chlebie.

Może iść na spacer?
Lepiej to się uda?
Ale tam też były
Niecodzienne cuda.

Szlak mój był wzdłuż błota,
Stamtąd mnie przegnali,
Bo do dzikiej świni,
Właśnie celowali.

Mówili, że może,
Czasem mieć wirusa,
Choć świnie jest sama,
A wokoło głusza.

Ja się od chińskiego,
Ciut oddalić chciałam,
Lecz odreagować
W lesie nie umiałam.

Od koronowira,
Idę gdzie pieprz rośnie,
Ale mnie olśniło,
Że ma się ku wiośnie.

Zimyśmy nie mieli,
Las rozkwita zdrowy,
Tylko, że w nim kleszcze,
Już łażą jak krowy.

Więc albo ten wirus,
Albo borelioza,
Uciekam, lecz żmija
Wyłazi ze zboża.

Pewnie się zbudziła,
Bo zimy nie było,
A pole się pięknie
Już zazieleniło.

Czegoś nie rozumiem,
W głowie mi świruje,
Nie wiem, na co lepiej
Dzisiaj się choruje.

Patrzę, jedzie leśnik
Prosto do paśnika,
Podejrzę, co wiezie,
Lecz problem wynika.

A tu szczur wyskoczył
Spod siana wprost z woza,
 O, jasna! Tu grozi
Mi leptospiroza!

Schodzę z tej dróżeczki,
A tu mysz ucieka.
Tym gorzej, bo teraz
Mysi dur mnie czeka.

Idzie rudy lisek,
Bierze mnie głupizna,
Bo może być wściekły,
Przede mną wścieklizna!

Ominęłam lasem,
W krzakach sie pokłułam,
A z brudu jest tężec
Brzmi to jak reguła.

Z krzaków jakieś ślepsko
Złowieszczo mnie mierzy,
A to głodny kejter
Warcząc zęby szczerzy.

Wracam ze spaceru
I idę do domu,
O niepowodzeniach,
Nie powiem niekomu.

Po drodze był kościół,
Lecz mnie nie wpusćili,
Bo pięćdziesiąt osób,
Właśnie naliczyli.

Użarła mnie osa,
A więc jestem chora!
W domu biorę pilot
Od telewizora.

Z owiniętej ręki,
Wypadł na podłogę,
Pękła obudowa,
Ja już nic nie mogę!

A w Dzienniku znowu
O chińskim wirusie,
Już się rozniósł gnojek
Po całym globusie.

Czy zamknąć się w domu,
Czy w kosmos polecieć,
Ale mi się nie chce,
Bez zajęcia siedzieć.

Chciałam dnia owego,
Zrobić piękny opis,
Lecz też nic nie wyszło,
Skończył się długopis...